Jak władze NRD fałszowały historię obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie

Podmiana ofiar

JOACHIM TRENKNER

 

Historia, którą zamierzamy opowiedzieć, wydarzyła się pod koniec II wojny światowej. Jest to opowieść o polsko-żydowskim dziecku, którego pełna cierpień wojenna biografia została w komunistycznej Niemieckiej Republice Demokratycznej upubliczniona na wiele sposobów, między innymi na kartach powieści, wydanej w setkach tysięcy egzemplarzy i prezentowanej jako rzecz oparta na faktach. Tytuł tej książki, opublikowanej także w PRL, brzmi: „Nagi wśród wilków”. Ujmująca historia polskiego chłopca uratowanego z rąk nazistów stała się w niej podstawą do skonstruowania bohaterskiego eposu o komunistycznym ruchu oporu w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.
Historia ta będzie również opowieścią o prawdzie i o legendzie. Konkretniej: opowieścią o kłamstwach komunistycznej propagandy – oraz o historycznych faktach.


I.


Zacznijmy od książki.
Buchenwald, największy obóz koncentracyjny w „starej Rzeszy”, jesień 1944. 
Wojna trwa, choć coraz wyraźniej widać, jaki będzie jej wynik. Ale w Buchenwaldzie wszystko toczy się tym samym trybem. Na drutach kolczastych nadal wiszą tablice z trupią główką, a przekraczających żeliwną obozową bramę nadal wita – będący odpowiednikiem oświęcimskiego „Arbeit macht frei” – napis: „Jedem das Seine”. Każdemu to, na co zasłużył. 
I jak co dzień rano, na placu obozowym więźniowie stają do apelu. Blok obok bloku: Niemcy, Polacy, Rosjanie, Francuzi, Czesi, chrześcijanie i Żydzi, Cyganie, homoseksualiści i kryminaliści: ludzka masa, uformowana w wielki kwadrat, odbywająca codzienny rytuał.
Tego jesiennego dnia w szeregach więźniów poruszenie, szepty. Do obozu przedostała się wieść: Amerykanie przeszli Ren i prą w kierunku Turyngii, a Turyngia to przecież Buchenwald. Na twarzach więźniów odrobina nadziei: może to nie potrwa długo, może się uda, może przeżyjemy?
Tego właśnie dnia do przepełnionego już obozu – naziści zwożą do obozów położonych w głębi Rzeszy więźniów z kacetów „ewakuowanych” przed frontem – dociera również wiadomość mniej radosna. Oto do Buchenwaldu dotarł kolejny transport z Auschwitz, z polskimi Żydami. Jeden z przybyłych, głosi wieść podawana z ust do ust, niósł walizkę. Musiał zostawić ją na placu, gdy popędzono go do odwszalni. Walizkę otworzył kapo i znalazł dziecko, trzyletniego chłopca. 
Takie małe dziecko w Buchenwaldzie – to sensacja. Jeżeli dowiedzą się strażnicy, chłopiec zginie. Podobnie jak wszyscy ci, którzy od tej chwili chłopca chronią, ratując jego życie. To komuniści, którzy w Buchenwaldzie stworzyli prężną, międzynarodową organizację konspiracyjną.
W końcu jednak SS-mani odnajdują chłopca i zgodnie z przewidywaniami zamierzają wysłać transportem z innymi do Auschwitz, do gazu (rzecz brzmi absurdalnie, ale to prawda: jesienią 1944, gdy front sowiecki zatrzymał się na Wiśle, aby zabić grupę więźniów, wysyłano ich zgodnie z biurokratyczną procedurą koleją do komór gazowych w Auschwitz). 
Ale polsko-żydowski chłopiec ocaleje. Komuniści – pełniący w obozie różne funkcje i stąd zwani „czerwonymi kapo” – ukrywają go. Ryzykują wiele, bo ścigając dziecko SS-mani mogą wpaść na trop zakonspirowanego komitetu obozowego, który przygotowuje powstanie. Ma wybuchnąć, gdy do obozu zbliżą się wojska amerykańskie – tak, by zapobiec wymordowaniu wieźniów przez SS. 
I tak się stanie: więźniowie-komuniści będą ukrywać chłopca aż do wiosennego dnia 1945 roku, gdy obozowy ruch oporu uderzy na strażników, zdobędzie bramę i koszary SS, i wyzwoli Buchenwald. 
Wybuch powstania i szturm na obozową bramę tworzą punkt kulminacyjny narracji w „Nagim wśród wilków”. Pisarz Bruno Apitz – autor powieści, wydanej po raz pierwszy w NRD w 1958 r. – zakończył ją sceną symboliczną i patetyczną zarazem: po wyzwoleniu obozu nasz chłopiec wychodzi z ukrycia i niesiony na rękach przez więźniów „płynie nad ich głowami niczym wątła skorupka orzecha”, aby razem z niemożliwą już do zatrzymania ludzką masą przecisnąć się przez bramę z napisem „Jedem das Seine”, dalej, na wolność...
Tak to wyglądało w książce. Napisał ją w ponad 10 lat po zakończeniu jego własnej drogi przez mękę Bruno Apitz – były więzień i komunista, który w Buchenwaldzie spędził całe osiem lat. Dla niego samego była to może forma autoterapii: książka, jak głoszono, oparta na faktach, na autentycznych wydarzeniach – oczywiście również w wątku o ocalonym dziecku, które dla ukrywających je więźniów stało się uosobieniem ich nadziei: że jeśli chłopiec przeżyje, to przeżyjemy i my.


II.


W Niemczech Wschodnich książka Apitza szybko stała się bestsellerem. Szybko też zaczęto ją tłumaczyć – tak, że ostatecznie ukazała się w 30 językach, osiągając na świecie łączny nakład dwóch milionów egzemplarzy. Na jej podstawie powstało najpierw słuchowisko, potem dramat w teatrze telewizji, wreszcie film fabularny, w którym zagrały gwiazdy NRD-owskiego kina. Film pokazywano (oczywiście poza NRD i Europą Wschodnią) również w Republice Federalnej, oraz w całej Europie Zachodniej, a nawet w Ameryce. 
Dla władz NRD historia polsko-żydowskiego chłopca ocalonego przez komunistów z Buchenwaldu stała się propagandowym sukcesem na skalę światową. Ten sukces był ważny dla postrzegania wschodnioniemieckiego państwa na arenie międzynarodowej. I nie tylko międzynarodowej: „Nagi wśród wilków” awansował do rangi jakże pożądanego przez władze Berlina Wschodniego – pozbawione jakiejkolwiek legitymizacji, poza wolą i wsparciem Moskwy – „mitu założycielskiego” dla młodego NRD-owskiego państwa, dostarczając temu państwu tożsamości. Książka perfekcyjnie wpasowywała się w rok 1958: w tym roku władze NRD otworzyły w Buchenwaldzie (gdzie, dodajmy, w latach 1945-50 na bazie nazistowskiej infrastruktury działał tzw. „obóz specjalny” NKWD...) muzeum, będące jednak czymś więcej niż muzeum. 
Utrzymane w duchu heroiczno-sakralnym „Miejsce Pamięci i Przestrogi” w Buchenwaldzie – gdzie w następnych latach celebrowano uroczystości państwowo-partyjne – stało się punktem centralnym „antyfaszystowskiego mitu”, który miał uzasadniać istnienie odrębnego państwa niemieckiego, moralnie lepszego od Republiki Federalnej, będącej niczym innym jak tylko nową, faszystowsko-kapitalistyczną kontynuacją III Rzeszy. 
W tamtych latach władze NRD gwałtownie potrzebowały takiego uzasadnienia – i takich sukcesów jak książka Apitza. Nie minął jeszcze szok, jakim było powstanie robotników Berlina (i na mniejszą skalę kilkuset innych miast i miasteczek) z 17 czerwca 1953 r., stłumione przez sowieckie czołgi. Przymusowa kolektywizacja NRD-owskiej wsi ciągle wywoływała wśród chłopów rozgoryczenie: odbierano im ziemię, którą kilka lat wcześniej dostali w ramach reformy rolnej. Kiepskie zaopatrzenie frustrowało społeczeństwo. Granica między NRD a RFN była jeszcze dziurawa i co roku setki tysięcy Niemców Wschodnich opuszczały „raj robotniczo-chłopski”. W Republice Federalnej trwał „cud gospodarczy”, któremu Berlin Wschodni niewiele mógł przeciwstawić. 
Ponieważ NRD nie była w stanie dotrzymać RFN kroku w sferze gospodarczej, próbowano przynajmniej na płaszczyźnie moralnej stanąć po stronie zwycięzców. Legenda o dziecku uratowanym przez komunistów była materiałem idealnym: w jej świetle biedna bo biedna, ale komunistyczna NRD jawiła się jako uosobienie prawdy, dobra i piękna. 
A kiedy jeszcze w połowie lat 60. udało się odnaleźć (we Francji) „dziecko z Buchenwaldu” i nakłonić do przesiedlenia się do Berlina Wschodniego, kampania propagandowa przybrała w NRD niesłychane rozmiary. „Dobra wiadomość dla milionów: chłociec z »Nagiego wśród wilków« żyje!” – wołała wielkimi literami wschodnioberlińska popołudniówka „BZ am Abend”, imitująca zachodnią prasę bulwarową. W wystąpieniach telewizyjnych, dyskusjach radiowych i niezliczonych tekstach prasowych „dziecko z Buchenwaldu” stawało się kimś w rodzaju młodzieżowego bohatera NRD. 
W specjalnym 31-stronicowym dodatku „BZ am Abend” opisał wtedy ze szczegółami losy 23-letniego już młodego człowieka. Wtedy też po raz pierwszy podano prawdziwą tożsamość „dziecka z Buchenwaldu”, które w powieści Apitza występowało pod nazwiskiem Stefan Cyliak: „To Stefan-Jerzy Zweig – ujawniała berlińska gazeta – syn żyjącego dziś w Tel Avivie adwokata polskiej narodowości, doktora Zachariasza Zweiga. Gdy ojciec i syn cierpieli w Buchenwaldzie, żona Zachariasza, siostra Stefana-Jerzego oraz jego dziadkowie zostali zamordowani w Oświęcimiu”.
Czas tych publikacji nie był przypadkowy. Ostrze całej kampanii, doskonale wyreżyserowanej i skoordynowanej, wymierzone było rzecz jasna w Republikę Federalną – gdzie we Frankfurcie nad Menem rozpoczynał się właśnie pierwszy z serii tzw. procesów oświęcimskich, w których sądzono strażników z Auschwitz. Schemat był prosty: Zachód, gdzie byli naziści znaleźli schronienie, musi zajmować się oprawcami; Wschód, gdzie byli członkowie antyfaszystowskiego ruchu oporu sprawują władzę, zajmuje się ofiarami.


III.


Niewątpliwie, powieść „Nagi wśród wilków” stała się jednym z ważnych elementów w tworzeniu legitymizacji dla NRD-owskiego reżimu. Także dlatego, że książka, film i kampania prasowa nie pozostały w społeczeństwie NRD bez echa: wielu ludzi po prostu uwierzyło nie tylko w to, co napisał Bruno Apitz, ale także w to, że żyje w kraju w jakiejś mierze lepszym od tego za „Murem”. Przyczyną sukcesu władz była nie tylko fabuła powieści Apitza: warsztatowo słabej, ale poruszającej serca. Dopiero polityczna ofensywa, trwająca jeszcze przez wiele lat po ukazaniu się książki, której punktem kulminacyjnym było odnalezienie „dziecka z Buchenwaldu”, nadała całości wrażenie wiarygodności i autentyczności. Jej przesłanie – że oto Dobro zwyciężyło Zło, a kontynuacją tego Dobra jesteśmy my, NRD – było na tyle przekonujące, że wśród tych, którzy po 1945 i 1961 r. znaleźli się po wschodniej stronie „Muru berlińskiego” wielu powiedziało sobie wówczas: tak, to musi być prawda, tak było. 
Nie, tak nie było. Historia, według której Bruno Apitz napisał swą powieść, wyglądała inaczej. Przede wszystkim o wiele bardziej tragicznie. 
Zaczyna się ona w Krakowie. Tam w chwili wybuchu wojny dr Zachariasz Zweig prowadzi kancelarię adwokacką. Razem z rodziną, czyli z żoną pochodzącą ze Lwowa oraz z sześcioletnią córką mieszkają na ulicy Grodzkiej pod numerem czwartym. Kiedy Niemcy zajmują Kraków, Zweigowie pozostaną jeszcze przez rok w swym mieszkaniu, choć ich życie całkowicie się zmieni. W Krakowie, zdegradowanym do stolicy Generalnego Gubernatorstwa Hansa Franka, co piąty mieszkaniec to teraz Niemiec; każdy z nich może aresztować – albo zastrzelić – Zweigów, gdy idą po krakowskim Rynku, który teraz nazywa się Adolf-Hitler-Platz. 
Dokładnie miesiąc przedtem, zanim krakowscy Żydzi zostaną zmuszeni do opuszczenia domów i zamieszkania w getcie w dzielnicy Podgórze, u Zweigów na świat przychodzi syn: Stefan Jerzy. Aby uniknąć getta, rodzina najpierw żyje w ukryciu po „aryjskiej” stronie we wsi Wola Duchacka (dziś dzielnica Krakowa). Potem trafia do getta, gdzie przy istniejącej do dziś ulicy Krakusa dzieli pokój z inną żydowską rodziną. Trzy razy Zweigowie cudem unikają wywózki do obozów zagłady. 
Życie adwokata, doktora prawa, koncentruje się na tym, jak uratować rodzinę; najbardziej bezbronny jest naturalnie maleńki Stefan. Szczęśliwie Zweigowie znowu unikają deportacji, tym razem do obozu w Płaszowie, w którym w 1942 r. szaleje psychopatyczny komendant Amon Goeth; to oznaczałoby oddzielenie dzieci od rodziców. Zachariasz pracuje natomiast w obozie pracy przymusowej w Bieżanowie, dzięki czemu żona z dziećmi może zostać w getcie aż do jego ostatecznej likwidacji w marcu 1943. Wtedy także oni trafiają do Bieżanowa. Tam żona i 10-letnia córka pracują; Stefana udaje się przechować w ukryciu. 
Kiedy po wojnie Zachariasz Zweig będzie opisywać swą historię dla izraelskiego instytutu Yad Vashem, wyjaśni również, w jaki sposób udało im się ukrywać synka przed SS. Na przykład pewnego dnia „członek komanda zbierającego śmieci schował chłopca na dnie swojego wozu, przykrył papierem i na to nawrzucał odpadków. Potem na oczach SS opuścił z wozem obóz, dojechał do wysypiska i tam go opróżnił. Zostawił tam dziecko, które było bardzo dobrze wyszkolone i nigdy nie płakało, a gdy usłyszało słowo »SS« to zaraz wiedziało, że musi siedzieć cicho. Kiedy potem sytuacja była sprzyjająca, zabrałem chłopca z wysypiska i przeprowadziłem z powrotem do obozu”.
Po likwidacji obozu w Bieżanowie w listopadzie 1943, rodzina Zweigów przebywa krótko w Płaszowie, potem w obozie w Skarżysku-Kamiennej. Wreszcie trafia do transportu „do Rzeszy”. Aż do tej chwili udało im się pozostać razem: mimo cierpień i niebezpieczeństw, jakoś ukrywali małego Stefana. Teraz, latem 1944, gdy Armia Czerwona jest coraz bliżej, wsiadają do wagonów, które powiozą ich na zachód. W Lipsku zostają rozdzieleni: matka i córka pracują w zakładzie zbrojeniowym, potem trafiają do transportu do Auschwitz, gdzie giną. Ojciec i trzyletni Stefan jadą dalej. 


IV.


5 sierpnia 1944 r. transport dwóch tysięcy więźniów – jest w nim Zachariasz z synem – przybywa do przepełnionego Buchenwaldu. „Tego dnia był straszliwy upał – opowie potem ojciec w sprawozdaniu dla Yad Vashem. – dziecko stało boso tuż obok mnie. Byłem tak wyczerpany, że nie miałem siły, żeby ubrać mu buty. Byliśmy spragnieni i brudni, zupełnie zapomnieliśmy już nawet o głodzie. Otoczył nas niezliczony tłum SS-manów i personelu obozowego. (...) Uszeregowano nas piątkami. Mój syn stanął jako jeden w takiej piątce. SS-mani zauważyli, że w transporcie jest dziecko i powstało zamieszanie”. 
W Buchenwaldzie były wprawdzie dzieci, i to nawet kilkaset, ale zaraz po przybyciu transportów były oddzielane od rodziców i izolowane w tzw. „bloku dziecęcym 66”. Tymczasem Zachariaszowi Zweigowi, który mówi świetnie po niemiecku, udaje się osiągnąć przynajmniej tyle, że nie zostaje od razu rozdzielony z synkiem.
Co oczywiście nie znaczy, że byli bezpieczni, bo bezpieczny nie był nikt, również trzyleni Stefan. Nikt nie wiedział tego lepiej od doświadczonych, wieloletnich więźniów. Wielu z nich, głównie komuniści i socjaldemokraci, utworzyli w Buchenwaldzie, który nazywano „Ordnunghölle” – wzorem porządku w piekle na ziemi – obozowy komitet: prężny, dobrze zorganizowany i po części wpływowy w obozie. „Okazało się – napisze Zweig-ojciec dla Yad Vashem – że elita więźniów politycznych, czeskich, niemieckich i polskich – głównie komunistów – uznała, bez względu na to, że syn był Żydem, iż dziecko trzeba ratować. Powiedzieli mi, że jeżeli do tej chwili takie małe dziecko udało mi się ochronić, to dla nich jest ono symbolem ruchu oporu i załuguje na to, żeby je uratować”.
Jednym z przywódców konspiracyjnej organizacji jest Willi Bleicher, przekonany komunista i mimo to człowiek głęboko wierzący. Po wojnie Bleicher przejdzie w 1950 r. do socjaldemokracji i jako działacz związków zawodowych w rodzinnym Stuttgarcie będzie walczyć o prawa zachodnioniemieckich metalowców. 
W Buchenwaldzie Bleicher ma wpływową pozycję: jest kapo w Effektenkammer, czyli „izbie rzeczy wartościowych”, gdzie nie tylko rejestruje się ubrania odebrane więźniom. Tam to przede wszystkim magazynowane jest zrabowane więźniom złoto; bywa, że w magazynie tym SS-mani „zaopatrują” się także „prywatnie”. 
Tenże Willi Bleicher zostaje aniołem stróżem i „obozowym ojcem” małego Stefana. Kwateruje go na niemieckim bloku, zaopatruje w ciepłe ubranie i buty, a nawet w zabawki, które udało się wykonać „na boku” więźniom, pracującym w należącej do obozu fabryce amunicji. Każdej niedzieli synka odwiedzać może ojciec, zakwaterowany na bloku żydowskim i pracujący jako murarz. Stefan bierze nawet udział w apelach: stoi w szeregu dorosłych i jest normalnie odliczany, jak inni.
Ta „obozowa idylla” nie powinna mylić: w Buchenwaldzie i podlegających mu 130 filiach śmierć i cierpienie są na porządku dziennym. Codziennie więźniowie są bici; codziennie zmuszani do niewolniczej pracy, także w pobliskim kamieniołomie, gdzie strażnicy, bywa, strącają ich w przepaść; codziennie w obozowym bunkrze torturuje się, zwłaszcza politycznych; codziennie ktoś umiera z głodu.


V.


Śmierć upomina się wkrótce także o Stefana. We wrześniu 1944 SS-mani postanawiają dokonać selekcji wśród nastoletnich więźniów, których liczba doszła w międzyczasie do tysiąca (w większości to dzieci żydowskie bądź cygańskie) i zebrać 200-osobowy transport do Auschwitz – do gazu.
Trzyletni Stefan jest w obozie najmłodszy. Jego nazwisko trafia na – zachowaną w archiwum muzeum w Buchenwaldzie – listę dzieci do transportu. Na liście tej, sporządzonej 25 września 1944 r., pod numerem 200 figuruje: „Zweig, St., numer 67509”. Transport ma odejść następnego dnia o dziesiątej rano.
Bleicher postanawia, że nie odda chłopca SS-manom. Najpierw twierdzi, że malca nie ma już w obozie. Potem idzie do lekarza SS. Ale lekarz odmawia przyjęcia chłopca do lazaretu. Bleicher chce ocalić Stefana, za wszelką cenę. Bezskutecznie. Informuje więc ojca, by następnego dnia o dziesiątej zaprowadził synka pod bramę obozową, do transportu. 
W sprawozdaniu dla Yad Vashem Zachariasz Zweig napisze: „Równocześnie zauważyłem jednak, że dalej pracowano nad tym, aby chłopca mojego ocalić od transportu. (...) Obecni więźniowie stali nieruchomo, z opuszczonymi głowami. Nagle Bleicher zacząć głośno krzyczeć i płakać. Bił głową w ścianę, przeklinał Hitlera i cały jego system i krzyczał: »Nie oddam dzieciaka!«”.
W tym momencie następuje zwrot, nieoczekiwany i dramatyczny. Jest dziewiąta trzydzieści, pół godziny przed terminem. I oto w ostatniej chwili do baraku, w którym są Bleicher z dzieckiem i ojcem, przybiega więzień z wiadomością: Stefan zostanie przyjęty do lazaretu.
„Padał okropny deszcz – wspomni później Zachariasz Zweig. – Prawie bez zmysłów, złapałem dziecko i ostatnim wysiłkiem pobiegłem do izby chorych. (...) Kiedy tam dotarłem, w drzwiach lazaretu czekali na mnie lekarz z SS i sanitariusz. Wzięli ode mnie dziecko i polecili, abym szedł za nimi. Weszliśmy na oddział dla chorych na tyfus. (...) Po chwili sanitariusz wrócił i dał dziecku zastrzyk, po którym wystąpiła zaraz wysoka gorączka. Po czym wyrzucono mnie z baraku, bo w każdej chwili spodziewano się kontroli wyższych organów”.
Co skłoniło lekarza z SS, że dał Stefanowi zastrzyk, który uczynił go niezdolnym do transportu? Czy został przekupiony przez „czerwonych kapo”? Tego nie wiadomo. Pewne jest tylko, że uratowało to życie chłopca. 
Tylko: za jaką cenę?
Na liście dzieci do transportu do Auschwitz widnieje 200 nazwisk. Kilkanaście jest przekreślonych. Przekreślono także ostatnie nazwisko pod numerem 200: Stefana Zweiga. 
Co znaczą te przekreślenia?
Wyjaśnia to dodatkowy protokół, sporządzony kilka dni później przez SS i także zachowany w archiwum obozu. Czytamy w nim: „W wyżej wymienionym transporcie dokonano w ostatniej chwili kilku zmian (...). A mianowicie pozostawiono następujących więźniów...”. W tym miejscu figuruje 12 nazwisk, uzupełnionych numerami i datami urodzenia. Jest wśród nich „Zweig, Stefan, ur. 18.1.1941”. „W zastępstwie – czytamy dalej – do transportu do miejsca przeznaczenia włączono następujących więźniów...”. 
I znowu 12 nazwisk, z numerami i datami urodzenia. Jest wśród nich „Blum, Willi, numer 74254, ur. 26.6.1928”.
Nie ma wątpliwości: Stefan Jerzy Zweig mógł zostać ocalony tylko dlatego, że na listę do transportu wpisano kogoś innego – „w zastępstwie”, bo liczba więźniów musiała się zgadzać. Willi Blum, 16-
-letnie cygańskie dziecko, poszedł do gazu zamiast Stefana. 
Dlaczego akurat on? Pokazują to kolejne protokoły, sporządzone przez SS. Czytamy w nich, że „do listy transportu do Auschwitz z 25.9.1944 r. wprowadzono zmiany. Skreślono następujące nazwiska...”. Tu znowu wyliczonych jest 12 nazwisk, z tym że do każdego ze skreślonych numerów dopisano imiennie „zastępstwo”. Znowu na ostatnim miejscu figuruje numer 200, pod którym na liście transportowej zarejestrowano pierwotnie Stefana Zweiga. Dalej czytamy: „W zastępstwie za skreślony numer 200 – Blum, Willi”. 


VI.


Ocalenie „dziecka z Buchenwaldu” – za sprawą powieści Bruno Apitza wystylizowane w NRD na symbol komunistycznego ruchu oporu – było „podmianą ofiar”. Tak nazywa to Lutz Niethammer, historyk z Jeny i doradca rządu Niemiec ds. zadośćuczynienia dla robotników przymusowych. Oto w niektórych przypadkach „czerwoni kapo” byli na tyle władni, że mogli doprowadzić do skreślenia z list śmierci osób z jakichś powodów dla nich ważnych. Byle tylko ogólna liczba „dostawy” się zgadzała. W końcu nie bez powodu Buchenwald nazywano „wzorem porządku w piekle na ziemi”. A więc „ocalenie jednych oznaczało śmierć innych – mówi Niethammer. – Był to okrutny rachunek, który zawsze musiał się zerować”.
Historyk Harry Stein – pracownik muzeum i Miejsca Pamięci w Buchenwaldzie, którego wygląd i koncepcję radykalnie zmieniono po 1990 r. – badał historię Stefana Zweiga. Historyk uważa, że opis w książce Apitza daleko odbiega od obozowych realiów. Dotyczy to zarówno ocalenia Stefana, jak i scen wyzwolenia obozu przez ruch oporu. „Miejsce i prawdziwe wydarzenia stały się jedynie punktem wyjścia dla powieści, a osoba Stefana Jerzego Zweiga czymś w rodzaju ikony” – napisał Stein w analizie, zatytułowanej „Fikcja literacka i rzeczywistość społeczności obozowej”. 
Zachariasz Zweig, który po wojnie zamieszkał w Izraelu, nigdy nie uczestniczył w tworzeniu tej legendy. Stein zaznacza, że do końca życia Zweig-ojciec nie chciał nawet opublikować wspomnień, które spisał dla Yad Vashem w styczniu 1961 – zanim jeszcze dowiedział się o książce Apitza – i które zawierają jedynie to, co on sam widział i przeżył. 
Zweig-ojciec umarł w 1972 r. Tuż przed śmiercią poprosił syna, by wspomnienia udostępnić opinii publicznej dopiero, gdy minie pokolenie od czasu ich sporządzenia. W istocie jego zapiski ukazały się drukiem (jako skromna broszura) już w 1987 r., w niewielkim wydawnictwie we Frankfurcie nad Menem. „Prawie niezauważony – ubolewa Harry Stein – ten jeden z najważniejszych tekstów wspomnieniowych utonął w masie publikacji”.
Stefan Jerzy Zweig – „dziecko z Buchenwaldu”, ocalone w tak tragicznych okolicznościach – nie pozostał długo w NRD. Po hałasie propagandowym lat 60. ukończył szkołę filmową i został kamerzystą, ale wkrótce wyemigrował na Zachód. Dziś ma lat 59 i mieszka w Wiedniu. 
Treść jego listu do redakcji postkomunistycznego dziennika „Neues Deutschland” (przed 1989 r. organu partii komunistycznej SED), opublikowanego w 55. rocznicę wyzwolenia Buchenwaldu przez armię amerykańską, pozwala domniemywać, że Zweig-syn do dziś nie chce przyjąć do wiadomości prawdziwej historii swego ocalenia. Ale trudno się temu dziwić. Ile pamięta ówczesny trzylatek? Co musi czuć ktoś, kto swe życie zawdzięcza temu, że ktoś inny zginął? Jak ma sobie z tym poradzić? 
Niewątpliwie, nie wolno nam oceniać czy wręcz osądzać Stefana Zweiga. 
Oceniać można natomiast nie istniejący już kraj, którego władze przemilczały prawdę i stworzyły propagandowe kłamstwo. 
A wszystko po to, aby umocnić dyktaturę.


J
oachim Trenkner
Przełożył Wojciech Pięciak 


Buchenwald – Kraków – Berlin
Jesień 2000


Joachim Trenkner (ur. 1935) jest berlińskim publicystą. Urodził się w Turyngii. W latach 60., po ucieczce z NRD na Zachód, wyjechał do USA, gdzie zaczynał pracę dziennikarską jako reporter w amerykańskim tygodniku „Newsweek”. Po powrocie do Niemiec Zachodnich był dziennikarzem zachodnioberlińskiej telewizji Sender Freies Berlin, w latach 90. jako zastępca redaktora naczelnego. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl