Komentarze

 

Bartłomiej Sienkiewicz Kaliningrad: co z tą bronią?

Wojciech Pięciak Berlin 2003: czekanie na cud

Krzysztof Burnetko Prasa: „w tym 7 proc. VAT”

Piotr Bernardyn z Tokio Czerwoni Khmerzy pod sąd



  

 

Kaliningrad: co z tą bronią?

„The Washington Times” podaje, że Rosjanie rozmieścili w graniczącym z Polską okręgu kaliningradzkim rakiety z głowicami nuklearnymi. Ministerstwo obrony Rosji zaprzecza. Informację dziennika potwierdzają jednak wysocy urzędnicy amerykańskiej administracji.

Rzecz nie w badaniu wiarygodności obu oświadczeń. Prawdomówność rosyjskich generałów to przecież oksymoron. Jest jasne, że Rosjanie musieli wykorzystać ten teren dla swoich celów strategicznych. I mało istotne, od kiedy i w jakim stopniu to zrobili. Dla Polski kluczowe pytanie brzmi: dlaczego administracja Stanów Zjednoczonych nagłośniła sprawę właśnie teraz? Czy jest to zwrócenie uwagi nowej ekipy w Białym Domu na problem Rosji, czy też element wewnątrzamerykańskiej dyskusji o dalszym rozszerzaniu NATO na poradzieckie państwa nadbałtyckie? Czy też może są jeszcze inne powody?

Jakkolwiek ułożą się relacje polsko-rosyjskie, nie ma wątpliwości, że jednym z istotnych czynników na nie wpływających będzie fakt, jak Federacja Rosyjska zostanie potraktowana przez nową ekipę w Waszyngtonie. To dlatego warto się dowiedzieć, jakie były faktyczne powody ujawnienia informacji o nośnikach broni atomowej w rejonie kaliningradzkim. Pozwoli to nam lepiej zorientować się nie w strategicznych celach Rosji (bo te są oczywiste), lecz w planach naszego amerykańskiego partnera wobec Federacji. Na pochwałę zasługuje przy tym zrównoważona postawa rządu polskiego w tej sprawie: zareagował on natychmiast, acz spokojnie. Zaś pomysł, aby problem ten rozwiązać poprzez inspekcję międzynarodową wydaje się i dostosowany do sytuacji, i zgodny z międzynarodowymi obyczajami.

Bartłomiej Sienkiewicz

 

 

 

 

 

Berlin 2003: czekanie na cud

Czy w roku 2003 w Berlinie wydarzy się ów cud, na który czeka nie tylko wielu chrześcijan zaangażowanych profesjonalnie w dialog ekumeniczny, lecz i wielu tych katolików i ewangelików, którzy kiedykolwiek uczestniczyli w nabożeństwie innego wyznania, nie mogąc uczestniczyć w Komunii i sytuację tę odczuli jako niezrozumiałą? Niestety, prawdopodobnie cudu nie będzie – i na pierwszym takim spotkaniu kilkudziesięciu tysięcy chrześcijan różnych wyznań w Berlinie w maju 2003 r. każdy będzie świętować ten centralny moment życia kościelnego w swoim gronie – choć siłą rzeczy nadzieje przed Ekumenicznym Kirchentagiem (jego przygotowanie niemieccy protestanci i katolicy właśnie rozpoczęli, z typową dlań solidnością) kierują się w kierunku wspólnej Eucharystii. I choć berlińscy biskupi Wolfgang Huber (ewangelik) i Georg Sterzinsky (katolik) przestrzegali, by wspólnego Kirchentagu nie sprowadzać do tej jednej sprawy, to jednak brak będzie widoczny. Tym bardziej, że zapewne znajdą się grupy, które wbrew organizatorom będą praktykować wspólną Komunię; zdarzało się tak podczas ekumenicznych Zielonych Świątek 1971 w Augsburgu i ostatnich Katholikentagów. Młyny Boże, czy raczej ludzkie, mielą powoli (zwłaszcza, jak obawia się bp Joachim Wanke z Erfurtu (katolik), po dokumencie „Dominus Iesus”). Przy czym Kościół katolicki jest przekonany, że wspólna Komunia św. – najpełniejszy znak jedności – nie może być praktyką, kiedy tej jedności chrześcijan nadal nie ma (zresztą „realną obecność” Chrystusa w Eucharystii różne wyznania rozumieją w różny sposób).

Wojciech Pięciak

 

 



Prasa: „w tym 7 proc. VAT”

Dopisek „w tym 7 proc. VAT” pojawił się od 1 stycznia przy cenach zdecydowanej większości polskich gazet. Równocześnie ceny wielu tytułów wzrosły. Jest to efekt wprowadzonej przez Sejm na wniosek rządu podwyżki stawki podatku VAT. Dotąd wynosiła ona 0 procent – co oznaczało w praktyce zwolnienie wydawców od obowiązującego powszechnie obciążenia. Uzasadnienie tego wyjątku było oczywiste: chodziło o wsparcie – nie dość, że i tak w Polsce niskiego, to jeszcze stale malejącego – czytelnictwa prasy. Wiadomo bowiem, że akurat w przypadku gazet popyt jest silnie związany z ceną – jest to wszak produkt, z którego ludzie w razie kłopotów finansowych rezygnują w pierwszej kolejności. Zerowa stawka VAT miała też pomóc w ustabilizowaniu rynku prasowego w Polsce.

Od kilku jednak lat ekipy rządowe naciskały, by podwyższyć VAT na gazety. Sztandarowym argumentem ma być konieczność dostosowania naszego prawa do ustawodawstwa europejskiego. Tyle że to akurat nie do końca jest prawdą: jak podnosili wielekroć wydawcy i przedstawiciele ich stowarzyszeń (m.in. na tych łamach) prawo europejskie wcale nie wyklucza zerowej stawki VAT. Nie dość więc, że obowiązuje ona w niektórych państwach, to na dodatek będzie nadal stosowana także w Polsce: objęte będą nią niektóre czasopisma specjalistyczne o nakładzie nie większym niż 15 tys. egz. Inna sprawa, że już po paru dniach obowiązywania nowego prawa widać, jak wadliwie jest ono skonstruowane. Chodzi przy tym nie tylko o to, że przyjęte rozwiązanie blokuje rozwój co popularniejszych i dobrze robionych pism specjalistycznych (sztandarowy już przykład miesięcznika „Mówią wieki”, którego dotąd wydawano 23 tys., a który teraz – by uniknąć wyższego VAT i przetrwać na rynku – musiał zmniejszyć nakład do 14,9 tys.). Okazuje się, że w nowych regulacjach są i inne absurdy oraz luki.

W rzeczywistości stawkę VAT podniesiono dlatego, by zyskać kolejne źródło pieniędzy dla budżetu. Pytanie, czy za 50 mln (bo tyle fiskus chce zyskać na gazetowym VAT) warto fundować sobie następną rzeszę niedoinformowanych obywateli.

Krzysztof Burnetko




Czerwoni Khmerzy pod sąd

Potrzeba było 21 lat od zakończenia krwawych rządów ultramaoistycznej formacji Czerwonych Khmerów w Kambodży, aby parlament tego kraju przyjął ustawę o powołaniu trybunału, mającego osądzić winnych „ludobójstwa i zbrodni przeciw ludzkości”. Czteroletni (1975-1979) okres rządów Khmerów stanowi jeden z najbardziej mrocznych rozdziałów w historii XX wieku (patrz „TP” nr 1/2001). W imię obłąkańczej utopii stworzenia „nowego społeczeństwa agrarnego”, skierowanej przeciw mieszkańcom miast i ludziom wykształconym, śmierć – w wyniku egzekucji, tortur, chorób i przepracowania – poniosło około 1,7 miliona ludzi, czyli blisko jedna czwarta ówczesnej ludności Kambodży. Uchwalona jednogłośnie 3 stycznia ustawa – jeśli przejdzie kolejne szczeble legislacyjne i zostanie podpisana przez króla Norodoma Sihanouka – przewiduje powołanie trybunału, mającego składać się z trzech instancji, każda o składzie mieszanym (kambodżańsko-międzynarodowym, wyznaczonym przez ONZ). Trybunał byłby władny do orzekania wyroków od pięciu lat więzienia do dożywocia, bez możliwości amnestii.

Jednak zasadnicze pytanie brzmi: kto z żyjących byłych Czerwonych Khmerów zostanie postawiony w stan oskarżenia? Niemal każda z kambodżańskich rodzin utraciła kogoś bliskiego w wyniku ówczesnych represji. Co nie zmienia faktu, że począwszy od lat 80. wielu członków (wtedy już partyzantki) Czerwonych Khmerów, a wśród nich także oprawcy, dezerterując przechodziło na stronę rządową, aby po złożeniu broni podlegać prawu amnestii. Poza tym wielu funkcjonariuszy tamtego reżimu zajmuje prominentne stanowiska w obecnym establishmencie: od parlamentu poczynając, a na wojsku i policji kończąc. Z kolei inni, cieszący się pełną swobodą, zamieszkują jedną z północno-zachodnich prowincji Kambodży, będącą de facto państwem w państwie. Chęć postawienia przed sądem wszystkich, którzy mają krew na rękach, prowadziłaby więc wprost do kolejnej wojny domowej, która pogrążyłaby Kambodżę na wiele lat w chaosie. Premier Hun Sen zapewnia, że osądzeni zostaną tylko „najwyżsi przywódcy i ci bezpośrednio odpowiedzialni za ludobójstwo”. Nie jest zatem wykluczone, że po śmierci lidera Khmerów Pol Pota (zmarł w 1998 r.) w stan oskarżenia postawiona zostanie jedynie grupa kilku osób z ówczesnego ścisłego kierownictwa.

Biorąc pod uwagę stan cywilizacyjnej zapaści, w jakiej znajduje się Kambodża, nawet symboliczny, ale rzetelnie przeprowadzony proces zbrodniarzy mógłby w dłuższej perspektywie stać się początkiem odnowy: przywracania ludziom wiary w praworządność i w sens istnienia i funkcjonowania demokratycznych instytucji. Czy jednak do tego dojdzie? A jeśli tak, to kiedy? Na te pytania nikt nie zna dzisiaj odpowiedzi.

Piotr Bernardyn z Tokio

 

 

 



 

 

 

 

 

Nr 2, 14 stycznia 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl