Komentarze

 

Jacek Woźniakowski Wizerunek Papieża i nasz

Marek Orzechowski z Brukseli Ręka francuska, ręka szwedzka

Václav Burian z Pragi Czeski bunt świąteczny w TV

Wojciech Pięciak Bliski Wschód: kłopot z językiem



  

 

Wizerunek Papieża i nasz

Nie tak dawno miałem sposobność wypowiedzieć się krytycznie o kilku wystawach, związanych z warszawską Zachętą: o gołych staruszkach w łaźni, podpatrywanych ukrytą kamerą, o zwierzętach zarżniętych, by je ustawić jedno na drugim, o fotografiach aktorów w hitlerowskich mundurach jako „nazistów”. Martwi mnie, że – sądząc z niektórych otrzymanych później listów oraz uczonych artykułów – są osoby, chyba słabo zorientowane w sztuce ubiegłego, czyli XX wieku, które mają wrażenie, że takie wystawy świetnie wzbogacają i reprezentują polską kulturę i otwierają bramę do raju hipernowoczesności albo postnowoczesności. Osoby te jakby straciły węch, jakby nie czuły, że wionie od owych wystaw stęchły zapach wielokrotnie nicowanych, zleżałych pomysłów.

Ale dziś chciałbym wrzucić trzy grosze do skarbonki obrońców Zachęty. Chodzi o rzeźbę Cattelana przedstawiającą papieża przygniecionego kamieniem i wznoszącego krucyfiks. Znam ją tylko z fotografii i podejrzewam, że artystycznie jest warta niewiele więcej niż gipsowe szopki i lakierowane figury Chrystusa w grobie. Najbardziej czcigodne motywy ikonografii chrześcijańskiej nie mają dziś na ogół szczęścia do wybitnych artystów i do wiernych o wyrobionej artystycznej kulturze. Faktem jest jednak, że są to motywy – powtarzam – czcigodne i że nieraz wyraża się w nich – choć jakże nieudolnie, na miarę naszych wątłych możliwości – prawdziwa pobożność. Może tę właśnie tradycyjną już gipsowość, niewspółmierność motywu i jego marnej plastycznej realizacji chciał podkreślić Cattelan? Bo sam motyw jest dla mnie oczywisty: papież, przygnieciony złem współczesnego świata, upada na swojej drodze krzyżowej (analogię z upadkami Chrystusa pięknie dostrzegła prof. Maria Poprzęcka), ale przecież wznosi w górę wizerunek Ukrzyżowanego, znak miłosierdzia i nadziei.

Protest Olbrychskiego, kiedy zobaczył siebie jako nazistę, był zabawnie wyreżyserowanym happeningiem, na tym samym z grubsza biorąc poziomie tzw. umowności, na jakim chciała się sytuować tamta wystawa. Ale wywijanie szablą wśród eksponatów nie może stać się przykładem ani precedensem. Protest dwojga posłów, pani Konopczyny i pana Tomczaka przeciw rzeźbie Cattelana wydaje mi się nie tylko nudną powtórką pomysłu słynnego aktora (jak wiadomo pierwszy poeta, który porównał kobietę do róży, był artystą, a drugi był plagiatorem), ale co gorzej ich wystąpienie w obronie (jak mniemają) papieża dowodzi niezrozumienia wymowy owej rzeźby. A pozostawiony w Zachęcie i rozgłoszony przez prasę list pana Tomczaka do premiera i dwóch ministrów jest w sformułowaniach wysoce antypapieski, w stylu wysoce antykulturalny (i szkodliwy dla naszego wizerunku w świecie – bądź co bądź napisał go poseł!), a w całości wysoce obrzydliwy.

Jacek Woźniakowski

 

 

 

 

Ręka francuska, ręka szwedzka

Francuskie przewodnictwo Unii Europejskiej na szczęście się skończyło. Towarzyszy temu ulga, nie tylko wśród krajów kandydujących. Przez sześć miesięcy Francja pokazała, czym Unia być nie powinna – udowadniając, że słowa o odpowiedzialności, ciążącej na spadkobiercach ojców-założycieli, to w przypadku Paryża złudzenie. Francja nie zarządzała interesami wspólnoty, lecz swoimi i to w sposób, który z jedną Europą nie ma wiele wspólnego. Unia – ta stara i ta, która się tworzy – długo nie zapomni tej lekcji. Nic z obietnic francuskiej dyplomacji nie spełniono. Paryż działał wedle maksymy: jednej Europy tyle, ile Francji na rękę. A ręka ta dla Europy, nie tylko naszej części, okazała się chciwa. Szczyt w Nicei, finalizujący półrocze francuskiej prezydencji, był nie tylko najbardziej mozolny w historii Unii, ale i najgorzej przygotowanym (patrz str. 6 – red.). Wbrew intencjom gospodarzy, Nicea ujawniła jednak siłę wspólnoty: to ona pokonała francuski ostracyzm i myślenie w kategoriach I poł. ubiegłego (XX) wieku. Szwecja, która 1 stycznia objęła prezydencję, będzie musiała pokazać, że odpowiedzialność za wspólnotę jest czymś więcej niż dochodzeniem własnych spraw. Szwedzi będą przewodniczyć Unii pierwszy raz, jej członkiem są od lat sześciu i na Unię patrzą z zapałem nowicjusza. I mają w pamięci problemy kraju kandydującego. Ich skandynawska przyzwoitość pozwala spoglądać na nadchodzące miesiące z optymizmem. W dzwony bić jednak nie sposób. Szwecja nie jest sama, a unijne przywództwo przejściowe. Ale Szwecja ma, na szczęście, rękę inną od francuskiej, doświadczoną mrozami i złą pogodą. Prawie jak my.

Marek Orzechowski z Brukseli

 

 



Czeski bunt świąteczny w TV

Bunt pracowników czeskiej telewizji publicznej ma poetykę romantyczną. Protestujący przeciw nowemu kierownictwu wracają do wzorców “aksamitnej rewolucji” z 1989 r. Z członkostwa w Radzie CzTV ustępuje Miloš Rejchrt, ksiądz ewangelicki, jedyny w Radzie były działacz Karty 77. Składa rezygnację członek Rady ds. Radiofonii (decydującej o przydziale częstotliwości) Stanislav Milota, też działacz Karty, wybitny kamerzysta “nowej fali” lat 60. Telewizja przez całą dobę nadaje tekst informujący o ingerencji “osób nieautoryzowanych”; straty z reklam to miliony koron. Nowe kierownictwo nadaje po amatorsku, a jego język przywołuje brednie słowackiej telewizji czasów Mečiara. Rezygnuje też z własnych programów, a w czasie występów na żywo... nadaje tekst, żądający interwencji “organów państwa”. A moi sąsiedzi, którzy mają kabel, oglądają wiadomości przygotowane przez zbuntowanych redaktorów...

Co się stało? 12 grudnia odwołano dyrektora CzTV, a jego następcę Jiřígo Hodača telewizyjna Rada wybrała z ponad 30 kandydatów... w ciągu doby. Większość pracowników TV i wielu przedstawcieli elit odebrało to jako demonstrację siły rządzącej socjaldemokracji i niby-opozycyjnej Obywatelskiej Partii Demokratycznej Václava Klausa (ODS), związanych kartelem, zwanym “umową opozycyjną”. Podejrzenia, że dyrektor jest związany z ODS, potwierdza mianowanie Jany Bobošíkovej na stanowisko szefa wiadomości; ta skądinąd zdolna kobieta pracowała jako doradczyni Klausa. Ugoda między personelem TV a nowym kierownictwem jest niewyobrażalna – jakie jest więc wyjście? Najlepsza byłaby rezygnacja dyrektora, nowa ustawa o TV, odwołanie upolitycznionej Rady CzTV. Szanse są: socjaldemokracja dostrzegła, że sojusz z ODS jest mało korzystny i nowego dyrektora sama wezwała do dymisji.

Kryzys jest wynikiem niepewności kierownictw socjaldemokracji i ODS po jesiennych wyborach do Senatu i samorządów nowo powstających województw – warto było spróbować zdobyć telewizję. Ale jest też najważniejszym przejawem rosnącego napięcia między w/w kartelem a elitami kraju. Powiedzmy szczerze: bunt pracowników publicznej TV jest pod względem prawnym niejednoznaczny, a wybór nowego dyrektora, choć arogancki, w sensie prawnym był w porządku. Współwina środowiska dziennikarskiego jest niewątpliwa: czescy politycy mieli z nim za długo łatwe życie. Jednak nieposłuszeństwo obywatelskie jest na miejscu: bez tego protestu upolitycznienie TV postępowałoby szybko (w końcu grudnia bunt popierało ponad 80 proc. obywateli). To nie kryzys, lecz dojrzewanie czeskiej demokracji.

Václav Burian z Pragi





Bliski Wschód: kłopot z językiem 

Kiedy w miniony czwartek palestyńskie bomby zabiły dwóch Izraelczyków i raniły kilkunastu – podnosząc liczbę ofiar intifady do 340 zabitych (320 to Palestyńczycy) – w telewizyjnej „Panoramie” usłyszeliśmy, że zamachów dokonali „powstańcy” z palestyńskiego „ruchu oporu”. Z kolei „Wiadomości” podały, że zamachowcami byli „terroryści” z „organizacji ekstremistycznych”. Czy to zasadnicze – bo kształtujące nastawienie odbiorcy – rozróżnienie oznacza, że jeden program sprzyja Palestyńczykom, a drugi Izraelczykom? Wątpię. Opisując konflikt, większość polskich mediów sympatyzuje z Izraelem – może z racji silniejszych więzi kulturowych, a po części stąd, że Izrael jest jedyną demokracją w stylu zachodnim w regionie – ale dostrzega też dramat i racje Palestyńczyków. Różnica wynika raczej z kłopotu, jaki sprawia (nie tylko w Polsce) język opisu państwa powstającego drogą faktów dokonanych. Nie po raz pierwszy zresztą. Bo jak wyznaczyć granicę, za którą „terrorysta” staje się „żołnierzem”? O ile jasna jest data, po której „terroryści” żydowscy, „mordujący” brytyjskich kolonizatorów i arabskich cywili stali się „żołnierzami” armii Izraela (powstanie państwa), o tyle z Palestyną jest problem, bo to państwo już jest (ma prezydenta, który kilka lat temu był liderem terrorystów), choć formalnie go nie ma, a ci, którzy o nie walczą, to nadal nie „żołnierze”, ale przynajmniej „bojówkarze”.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 



 

 

 

 

 

Nr 1, 7 stycznia 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl