W najnowszym numerze

 

On-line: Obraz tygodnia •  Kronika religijna •  Komentarze  


 

Ks. Adam Boniecki Nowy wiek


 
RAPORT „TYGODNIKA”:

JAK ZMIENIAŁA SIĘ POLSKA RODZINA PO ROKU 1989?

Autorka raportu „TP”, IWONA HAŁGAS, próbuje odpowiedzieć na pytanie: jak zmieniała się polska rodzina po roku 1989? Czy przechodzi kryzys – czy też są to „tylko” zmiany, istotne, ale jednak nie świadczące o kryzysie?

Przemiany polityczne i gospodarcze po roku 1989 wpłynęły także na sytuację polskiej rodziny. Coraz mniej przypomina ona tradycyjną »familię« – liczną, z silnymi więzami emocjonalnymi, obejmującą także dalszych krewnych”. Wzrasta ilość rozwodów, spada przyrost naturalny i liczba zawieranych małżeństw, a coraz więcej jest związków nieformalnych. „Młodzi ludzie dążą do stabilizacji życiowej i materialnej, a to zajmuje im pierwsze 10 lat pracy. Jeżeli zaczynają ją w wieku 24–25 lat, to do posiadania dzieci będą gotowi na kilka lat przed czterdziestką, gdy zyskają poczucie materialnego bezpieczeństwa” – to tylko niektóre z wniosków.

A jednak, mimo wszystko, rodzina nadal postrzegana jest jako ostoja: daje poczucie bezpieczeństwa, stabilizację, wzajemne zrozumienie i miłość. „Dla większości Polaków ani upływ czasu, ani zmiany społeczne czy obyczajowe nie podważyły roli instytucji rodziny. Szczęśliwa rodzina ciągle uważana jest za jeden z warunków udanego życia”. A więc: polska rodzina jest inna, ale nadal ważna.

Raport ilustrują dwa reportaże: o sytuacji rodzin wielodzietnych oraz o porodach rodzinnych – jednej z niewątpliwych „rodzinnych” zdobyczy III Rzeczpospolitej.

 

ESEJ: STANISŁAW LEM

Świat tkwi na jakichś rozstajach, o żadnych konwergencjach nie ma mowy, nie widać tendencji scalających. Kula ziemska w epoce globalizacji przypomina duży ser mocno nadjedzony przez myszy, które wyłażą z różnych dziurek” – mówi STANISŁAW LEM w eseju, podsumowującym koniec ubiegłego (dwudziestego) stulecia i będącym zarazem prognozą na nowy wiek. Lem jest, mimo wszystko, optymistą: „Osobiście nie sądzę, by wszystkie ponure przepowiednie miały się sprawdzić”.

KRAJ...

Aktualność »Etyki solidarności« polega na tym, że sprzeciwia się ona »odmowie heroizmu«, która niszczy nasze życie społeczne, nie mówiąc o politycznym” – WOJCIECH BONOWICZ dowodzi, że ten doskonały tekst księdza Józefa Tischnera, który powstał za czasów pierwszej „Solidarności”, powinien czytany być również – a nawet zwłaszcza – dziś: „Trwają strajki pielęgniarek. Pojawia się problem szantażowania moralnością. Jedna z protestujących oburzona tym szantażem, mówi: »Etyką i moralnością nie wyżywimy naszych dzieci«. Jednak choć mowa o pieniądzach, naprawdę nie o pieniądze chodzi. Tischner powiedziałby: chodzi o sens pracy”.

 

...I ŚWIAT

Społeczeństwo holenderskie już płaci za »prawo wolnego wyboru« i »prawo do śmierci z godnością«” – RYSZARD FENIGSEN, kardiolog, w przeszłości pracujący i wykładający w Holandii, autor wielu prac z zakresu filozofii medycyny i etyki lekarskiej, w tym głośnej książki „Eutanazja. Śmierć z wyboru?”, komentuje holenderską ustawę, legalizującą praktykowaną w tym kraju od kilku lat eutanazję. „Ujawniono dużą liczbę tragicznych przypadków, omyłek w rozpoznaniu, eutanazji dokonanej pod presją, zgonów, które nastąpiły dlatego, że lekarz stracił cierpliwość i zabił pacjenta w wybuchu gniewu, albo zakończył życie chorego, aby ulżyć rodzinie. Obawiam się – dowodzi FENIGSEN – że za parę lat młody lekarz holenderski, który odrzuca eutanazję, nie będzie mógł uzyskać prawa praktyki. Musi przecież złożyć przysięgę, że zawód lekarza wykonywać będzie zgodnie z obowiązującym prawem ”.

Nowy prezydent USA być może będzie musiał stawić czoło nowej wojnie w Zatoce albo kolejnej rundzie walk arabsko–izraelskich. Albo obu zagrożeniom kolejno lub naraz” – amerykański politolog Edward N. Luttwak analizuje wyzwania, czekające nowego prezydenta USA Georga W. Busha w przyszłej polityce zagranicznej, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie.

Czy Francja to dziś – jak usiłują przekonać nas tamtejsi politycy – światowe mocarstwo? Dlaczego Francuzom tak trudno pożegnać się z imperialną przeszłością? Jaki ma to wpływ na posunięcia francuskiej dyplomacji? Odpowiedzi na te pytania udzielić próbują politolog OLAF OSICA i ALEKSANDRA BAJKA.

Przez wiele lat głęboko zakorzeniona potrzeba posłannictwa skutecznie zakłócała francuskim politykom racjonalne postrzegania rzeczywistości – prowadziła IV, a następnie V Republikę do spadku znaczenia w świecie” – pisze Olaf Osica, przedstawiając motywy i działania francuskich polityków. Aleksandra Bajka notuje z Paryża: „W dyskusjach, które Francuzi prowadzą na temat pozycji ich kraju w świecie. Obok nazwiska generała De Gaulle’a najczęściej pojawia się drugie słowo-klucz »wielkość«”.

Kambodży – „kraju niepojętej zbrodni”, jak ją nazywa „Czarna Księga Komunizmu” – do dziś nie może uporać się z przeszłością. Do końca grudnia 2000 kambodżański parlament miał przyjąć – i nie przyjął – ustawę o trybunale do osądzenia zbrodni ludobójstwa. ADRIENNE WOLTERSDORF, reporterka i sinolog, poszukiwała w Phnom Penh przyczyn tego legislacyjnego impasu: „Dyrektor Centrum Rozwiązywania Konfliktów, Ok Serei Sopheak, twierdzi, że bardziej istotne od historii są aktualne problemy, a trybunał wydaje się być ważniejszy dla zagranicy niż dla mieszkańców Kambodży”..

 

NAUKA

Hipoteza o wywołanym przez człowieka globalnym ociepleniu może być wielką pomyłką naukową lub celowym działaniem dla otrzymywania miliardowych funduszy z ONZ. Także w celach kompletnie pozanaukowych” – o mitach i faktach dotyczących globalnego ocieplenia i tzw. efektu cieplarnianego pisze ZYGMUNT KOLENDA, profesor krakowskiej AGH i Polskiej Akademii Umiejętności.

W połowie grudnia 2000, ponad 14 lat po awarii, elektrownia w Czarnobylu została ostatecznie wyłączona. O tym, co się wtedy stało opowiada wstrząsająca książka SWIETŁANY ALEKSIEJEWICZ „Krzyk Czarnobyla”, którą recenzuje JAN STRZAŁKA: „Człowiek Czarnobyla – zauważa autorka – »interesuje wszystkich i nie obchodzi nikogo«. Interesuje przede wszystkim naukowców – jak z goryczą powiada któryś z bohaterów – bo »jesteśmy dla uczonych analiz«”.

Kiedy mówimy, że wiek XXI będzie wiekiem biologii, to dlatego, że biologia dokonuje spektakularnych postępów. Ale dokonuje ich głównie dzięki fizyce, ponieważ biologia molekularna jest po prostu fizyką pewnych układów molekularnych” – twierdzi profesor ANDRZEJ STARUSZKIEWICZ, z którym rozmawiają KATARZYNA JANOWSKA i PIOTR MUCHARSKI. – „Nie mam więc obaw, że fizyka stanie się nauka podrzędną, na pewno jej to nie grozi. Paradoksalnie, jeśli grozi jej zastój, to jego przyczyną jest pogoń za szybkim sukcesem”.

 

ETYKA i FILOZOFIA

PAWEŁ ŚPIEWAK, socjolog i historyk idei, omawia traktat HANNAH ARENDT „Kondycja ludzka”, niedawno wydany w Polsce, a napisany w latach 50.

Pisze: „Projekt polityczny Arendt na pierwszy rzut oka brzmi fantastycznie i niewiarygodnie. Bo jak »zmusić« ludzi do tego, by zechcieli być wolnymi i weszli na polityczna arenę? Jak ustanowić owe przestrzenie działania, w których indywidualność i wyjątkowość obywateli się ujawni?”.




  KOŚCIÓŁ

Rozmowa z jezuitą o. WACŁAWEM OSZAJCĄ: Słodkie jarzmo posłuszeństwa, o chrześcijańskim ślubie posłuszeństwa rozmawia Jarosław Makowski

„Jest w Kościele miejsce na powiedzenie »nie«. Ale rzecz w tym, jak się to »nie« wypowie. Czy jest to wynik tego, że nadal troszczę się o Kościół, bo to jest mój dom, czy też mówię »nie«, gdyż czuję się skrzywdzony... Nawet jeśli rzeczywiście jestem skrzywdzony, to z tego jeszcze nie wynika, że mam porzucać Kościół”.

KS. BOGDAN PAŃCZAK: Wielki sercem i Duchem, czyli wspomnienie o .kard. Myrosławie Iwanie Lubacziwskim

„Dwudziesty wiek dla ukraińskich grekokatolików rozpoczął się objęciem w 1900 r. urzędu metropolity halickiego przez Andrzeja Szeptyckiego. Kończy – odejściem trzeciego ze zwierzchników, którzy kierowali Ukraińskim Kościołem Greckokatolickim w najbardziej dramatycznym dla niego stuleciu. 14 grudnia 2000 r. w wieku 86 lat zmarł we Lwowie kard. Myrosław Iwan Lubacziwski”.

HANSJAKOB STEHLE z Wiednia: Bóg nie jest policjantem, czyli o nowym „wywiadzie-rzece” z kardynałem Ratzingerem

„Czy kardynał Ratzinger ma dwie dusze? Bliski przejścia na emeryturę i bez ambicji zostania papieżem , prefekt watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary próbuje w swej nowej książce połączyć to, co dziś jest dla niego obowiązkiem, z tym, ku czemu kiedyś się skłaniał”.

Z cyklu „Dwanaście koszy ułomków” ks. STANISŁAWA MUSIAŁA SJ: Także zwierzęta kiedyś będą nas sdzić

„Napis znaleziony na piramidach w Egipcie z lat ok. 2300-2200 przed Chr., noszący zapis wyroku uniewinniającego na faraonie, zapadłego podczas sądu pośmiertnego nad nim, brzmi m. in.: »Nie ma żadnej skargi ze strony osoby żyjącej przeciw NN, nie ma żadnej skargi ze strony osoby zmarłej przeciwko NN, nie ma żadnej skargi ze strony gęsi przeciw NN, nie ma żadnej skargi wołu przeciw NN«”. Doprawdy, także zwierzeta będą nas sądzić”.

KS. JAN SŁOMKA: Przeszedł dobrze czyniąc czyli cotygodniowa medytacja nad czytaniami liturgicznymi.

 



KULTURA

Władysław Stróżewski: esej Kultura i rozwój

W przypadku ,,kultury wysokiej” aktywność twórcy służy przełamywaniu bierności odbiorcy: nakłanianiu go do wysiłku rozumienia, do współtworzenia. W przypadku kultury popularnej aktywność twórców (a zwłaszcza menadżerów tej kultury) zmierza w kierunku utrzymania bierności odbiorcy i obsługiwania jego potrzeb, nastawionych wyłącznie na konsumpcję.

Paweł Śpiewak o wydanej niedawno w Polsce książce Hanny Arendt „Kondycja ludzka”

Projekt polityczny Hannah Arendt na pierwszy rzut oka brzmi fantastycznie i niewiarygodnie. Bo jak ,,zmusić” ludzi do tego, by zechcieli być wolnymi i weszli na polityczną arenę? Jak ustanowić owe przestrzenie mówienia i działania, w których indywidualność i wyjątkowość obywateli się ujawni?

Wiersze Marcina Świetlickiego

Jan Błoński: Wprowadzenie do dramatopisarstwa

Obecnie znajdujemy się na antypodach dramatu czy dramatyczności, która jeszcze przed stu laty była jakością decydującą o sukcesie czy porażce spektaklu, tak w rejestrze tragicznym jak komicznym. Czy jednak samo to rozróżnienie zachowało jeszcze czytelność?

Jacek Podsiadło: Zwierzęta są ateistami

Zostawmy głupotę na boku. Ostatnio spotykam się często z dowodami miłości wobec zwierząt, na pozór nie pozbawionymi sensu, ale... Zdarzały się już w Polsce Msze Święte dla zwierząt. Mamy pierwsze cmentarze dla psów i kotów. W Krakowie ma stanąć pomnik psa. Zetknąłem się też właśnie z reportażem, którego bohater, niewidomy, uskarża się na proboszcza nie chcącego wpuszczać go do kościoła z psem przewodnikiem. W walce o tzw. prawa zwierząt zaczynamy żądać praw dotyczących życia duchowego, zastrzeżonych dotąd dla ludzi. Msza, na którą możemy zabrać czworonoga, o ile odbywa się pod gołym niebem, jest sympatycznym gestem, wyrazem naszego uznania dla zwierzaka. Ale także egzaltacji. Pies nie słucha Ewangelii i nie przeżywa tajemnicy Eucharystii. Tak samo w nosie ma tzw. godny pochówek. Jeśli pan tak się przywiąże do swego zwierzęcia, że potrzebuje odwiedzać jego grób, również nie widzę w tym nic zdrożnego ani szczególnie nowego (przypomnijmy sobie „Nadgrobek Perlisi” J. A. Morsztyna i inne psie epitafia naszych poetów), ale już ustawiony na takim grobie krzyż, który widziałem niedawno w TV, wydaje mi się nadużyciem. No i pamiętajmy, że to my potrzebujemy grobu jako śladu minionej obecności, nie zwierzęta. Bólu Dżeka, psa oczekującego przez bity rok na pętli tramwajowej, z której pogotowie zabrało jego pana, nie ukoiłaby wizyta na cmentarzu. Akurat pomysł z pomnikiem Dżeka najmniej mnie odstręcza, bo sama idea upamiętniania przez pomnik wydaje mi się głupawa, a nobliwe głowy wielkich Polaków obsrane przez gołębie są przede wszystkim śmieszne. To już rzeczywiście lepiej postawić pomnik psiej wierności. Ale tu znowu pamiętajmy, że to człowiekowi i tylko człowiekowi potrzebne są do szczęścia pomniki.

Bogusław Deptuła o jubileuszowej wystawie w Zachęcie – „Uważaj wychodząc z własnych snów. Możesz się znaleźć w cudzych”

Wystawa Haralda Szeemanna mieści się w kategorii: o nas bez nas. I bardzo dobrze, przecież wcale nie musi być tak, że tylko my mamy coś do powiedzenia o nas samych, bo wiemy najlepiej! Wręcz przeciwnie, powinniśmy się uczyć o nas od innych, bo to oni mogą mieć czystsze spojrzenie.

„Zły adres” to tytuł kilkuminutowej filmowej noweli Krzysztofa Zanussiego, pokazywanej w Zachęcie, a zestawiającej ze sobą dwa sławne obrazy Leonarda da Vinci: „Monę Lisę” z Luwru i „Damę z łasiczką” z Muzeum Czartoryskich. Myśl Zanussiego jest prosta: obraz krakowski jest wprawdzie ładniejszy, mniej jednak znany, ponieważ wisi w mniej sławnym muzeum. Być może syndrom złego adresu dotyczy całej sztuki polskiej ostatniego stulecia. Podobne wrażenie odniosłem widząc polskie obrazy wśród innych dzieł europejskich i światowych, np. na słynnej wystawie „1900. Sztuka na rozdrożu”, pokazywanej w Londynie i Nowym Jorku. Wiele z dzieł pokazanych w Zachęcie, gdyby przynależało do innej kultury, zajmowałoby inne miejsce, również w dziejach sztuki.

„Uważaj wychodząc z własnych snów. Możesz się znaleźć w cudzych” (St. J. Lec). Wystawa Jubileuszowa. 16 grudnia 2000 – 28 stycznia 2001. Kurator Harald Szeemann.

 

Juliusz Kurkiewicz o powieści „Żar” Sándora Márai

Lektura „Żaru” Sándora Márai jest, z kilku powodów, wielką radością. Po pierwsze, jest to powieść znakomita. Po drugie, „Żar” czyta się jednym tchem, a literatura współczesna rzadko ofiarowuje nam książki porywające czytelnika już od pierwszych akapitów. Wreszcie – jest to pierwsza książka Márai, która ukazuje się po polsku, zresztą w 58 lat po powstaniu. Wolno więc żywić nadzieję, że literatura XX wieku nie jest zamkniętą kartą, że jej hierarchie są, przynajmniej w jakiejś mierze, prowizoryczne i że wielu jeszcze autorów czeka na odkrycie.

Syn narodu, syn milczenia – rozmowa z Ko Unem, poetą koreańskim

– Czy wolno było Panu pisać wiersze w więzieniu?

– Nie. Chciałem studiować słownik języka koreańskiego, ale musiałem prowadzić dwutygodniową głodówkę, żeby mi na to pozwolili. Przez ponad 2 lata skazany byłem na przymusowe milczenie. Było ciężko, trudno mi było nawet marzyć czy ćwiczyć pamięć. Ratowałem się układaniem w myślach zarysu powieści czy sztuki. Gdy mnie uwięziono po raz trzeci, na początku lat 80., siedziałem z obecnym prezydentem Kim Dae Dzongiem. Torturowano mnie, zamknięto w maleńkiej celi. Tam też układałem fabułę powieści, którą zacząłem pisać po zwolnieniu.

KO UN (1933) – poeta, eseista i edytor koreański o dorobku szacowanym na blisko 150 książek. Podczas wojny koreańskiej w roku 1950, wcielony siłą do wojska, przeżył załamanie nerwowe, podejmując pierwszą próbę samobójczą. Wstąpił do klasztoru buddyjskiego, praktykując medytację Zen. W 1962 r., będąc już znaną postacią w kręgach buddyjskich, ogłosił w prasie „Manifest rezygnacji” i porzucił wspólnotę buddyjską. Na lata 1963-66, wypełnione nauczaniem języka i sztuki koreańskiej, przypadają kolejne kryzysy i próby samobójcze. Po okresie nihilistycznych manifestów, zawartych w wielu wierszach, powieściach i esejach, w 1973 następuje kolejny zwrot: Ko Un włącza się w walkę o prawa człowieka. Zostaje pierwszym sekretarzem Stowarzyszenia Pisarzy dla Budowania Wolności. Inwigilowany przez służby bezpieczeństwa, był wielokrotnie aresztowany, więziony i torturowany. Po otrzymaniu w 1980 wyroku dożywotniego więzienia, w dwa lata później zostaje ułaskawiony i zwolniony. Jego książki przekładano na najważniejsze języki europejskie, a także na japoński i chiński. Ko Un był gościem II Spotkania Poetów, zorganizowanego w ramach Festiwalu „Kraków 2000”. O Spotkaniu pisaliśmy obszernie w „Kontrapunkcie” zatytułowanym „Poezja – między piosenką a modlitwą” i dołączonym do „TP” nr 48/2000. Zobacz też informacje na naszych stronach internetowych.

Anita Piotrowska o filmie „Tytus Andronikus”

Patos i groza w pokazywaniu cierpienia i przemocy każą nam oglądać „Tytusa Andronikusa” Julie Taymor z mieszaniną przerażenia i zachwytu.

Piotr Gruszczyński o „Requiem dla gospodyni” Wiesława Myśliwskiego w reż. Kazimierza Dejmka

Agata Mamoń o krakowskiej wystawie ikon z Macedonii

RECENZJE Z NOWOŚCI KSIĄŻKOWYCH

Edward Gibbon: UPADEK CESARSTWA RZYMSKIEGO NA ZACHODZIE

„W Rzymie, 15 października 1764 roku, siedząc bezczynnie pośród ruin Kapitolu, gdy bosi zakonnicy śpiewali nieszpory w świątyni Jupitera, powziąłem po raz pierwszy myśl, aby opisać upadek i kres Miasta”. W sławnym cytacie, przytoczonym tu za Pawłem Hertzem, pobrzmiewa już tendencja, której podporządkowane jest wielkie dzieło Edwarda Gibbona (1737–1794): racjonalista i człowiek Oświecenia, miał więcej zrozumienia dla Rzymian, którzy wznieśli świątynię Jupitera, niż dla „bosych zakonników” reprezentujących triumfujące chrześcijaństwo. Choć jednak napisany przed ponad dwustu laty „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego” wyrasta ze swojej epoki i wiele zawartych tam sądów tymczasem zrewidowano, trudno nie ulec urokowi podszytego ironią stylu angielskiego historyka i nie podziwiać rozległości jego historycznej wizji.

„Zmierzch i upadek...” liczy w oryginale pięć tomów i obejmuje ogromny obszar czasowy, od panowania dynastii Antoninów (II w. po Chrystusie) do zdobycia Konstantynopola przez Turków w 1453 roku. Po polsku mieliśmy dotąd, kilkakrotnie wznawiane, dwa pierwsze tomy (do śmierci Juliana Apostaty i klęski próby restytucji pogaństwa w Rzymie). Teraz otrzymujemy trzeci, który zamyka się symboliczną datą 476 roku, datą abdykacji ostatniego cesarza Zachodu Romulusa Augustulusa i przejęcia władzy w Italii przez Odoakra; ostatnie rozdziały poświęcone są sporom religijnym i kształtowaniu się państw barbarzyńskich na europejskich ziemiach Cesarstwa.

Wspomniałem o tendencyjności dzieła Gibbona: w tym tomie jego sympatie i niechęci widać szczególnie mocno. W podsumowaniu przeczytamy, że „błędy chrześcijaństwa miały pewien wpływ na zmierzch i upadek cesarstwa rzymskiego”, bowiem „duchowni z powodzeniem krzewili doktrynę cierpliwości i ostatnie resztki ducha wojennego uległy pogrzebaniu w krużganku klasztornym, dużą część państwowego i prywatnego majątku poświęcono pozornie słusznym wymaganiom miłosierdzia i pobożności, a żołd należny żołnierzom marnowano na mnóstwo bezużytecznych kobiet i mężczyzn”. Gibbon dodaje wprawdzie, że „służalcza i zniewieściała epoka chętnie podsycała gnuśność mnichów” i że „gdyby zabobon nie dostarczył wygodnego pretekstu do wycofania się, te same wady kusiłyby niegodziwych Rzymian do porzucenia z niższych pobudek sztandaru państwa”, ale obraz młodego chrześcijaństwa jest tu bardzo jednostronny. Jednak podczas lektury dominuje inna myśl: żal za epoką, w której wielkie historyczne syntezy były równocześnie wielkimi dziełami literatury. (Państwowy Instytut Wydawniczy, s. 580. Przekład: Irena Szymańska, przypisy przełożył Mikołaj Szymański. Seria „Rodowody Cywilizacji”, czyli tzw. „ceramowska”. Ilustracje, indeksy.)

Nadieżda Mandelsztam: MOZART I SALIERI ORAZ INNE SZKICE I LISTY

Trzydzieści lat temu ukazał się pierwszy w Polsce wybór wierszy Osipa Mandelsztama. inicjator tej edycji, Ryszard Przybylski, przełożył też dwa tomy Mandelsztamowskiej prozy („Słowo i kultura”, 1972, oraz „Zgiełk czasu”, na początku lat 70. zatrzymany przez cenzurę, wydany dopiero w 1994 roku) i opublikował w paryskiej Libelli książkę „Wdzięczny gość Boga”, poświęconą poezji autora „Zeszytów woroneskich”. Rok wydania „Gościa” był zarazem rokiem śmierci wdowy po poecie, Nadieżdy Jakowlewny Mandelsztam; odeszła 29 grudnia 1980. To dzięki jej uporowi i odwadze niepublikowane wiersze zmarłego w stalinowskim łagrze Mandelsztama w ogóle przetrwały. Była przez kilka dziesiątków lat przewodniczką wszystkich, którzy zajmowali się jego dziełem – także Przybylskiego. I właśnie Ryszard Przybylski ułożył teraz wybór jej szkiców i listów, opatrując go wnikliwym, bardzo osobistym komentarzem.

Nadieżda Mandelsztam była bowiem nie tylko strażniczką dzieła i pamięci męża; sama była także wybitną pisarką. Wartość jej wspomnień nie ogranicza się do suchego świadectwa. „Oczywiście, że jest to dokument czasu historycznego – pisze Przybylski – ale jednocześnie jest to wściekła próba wprowadzenia w świadomość czytelnika pojęcia Sądu Ostatecznego nad rozpanoszoną w nowożytnych społeczeństwach, totalitarnych i demokratycznych, socjopolityczną redukcją człowieka, która stanowiła samą istotę morderczych manipulacji systemu stalinowskiego”. I cytuje dalej Josifa Brodskiego, który zauważył, że w swoich wspomnieniowych książkach Nadieżda Mandelsztam „ukazała historię w świetle sumienia i w świetle kultury. W takim oświetleniu historia wykrzywia twarz, a jednostka uświadamia sobie stojący przed nią wybór – między dążeniem do źródeł światła a popełnieniem antropologicznej zbrodni przeciw samej sobie”. Państwo radzieckie – dodaje Przybylski – było dla autorki „Księgi Wtórej” tworem, w którym zło osiągnęło stadium infernalne, a sąd nad nim był zarazem Sądem Ostatecznym nad współczesnym światem. Jej rzeczowy i ironiczny styl myślenia, jej „religijność poszukiwania” wzbudzały przy tym gwałtowną niechęć tej części opozycyjnie nastawionej inteligencji rosyjskiej, której bliskie były ideały „nowego słowianofilstwa” i rosyjskiego nacjonalizmu.

Po polsku nie mamy wciąż całości wspomnień Nadieżdy Mandelsztam, a jedynie skróconą wersję ich pierwszej części. Trzonem książki obecnie wydanej jest esej tytułowy. Dwa utwory Puszkina: „Noce egipskie” i jedna z „małych tragedii”, zatytułowana właśnie „Mozart i Salieri”, a także wypowiedzi Mandelsztama i Achmatowej, są w nim punktem wyjścia dla wnikliwej analizy procesu twórczego i równie wnikliwych uwag o przemianach poezji samego Mandelsztama. Dwaj kompozytorzy, w których chętnie widzi się symbol opozycji geniuszu i pozbawionej talentu pracowitości, reprezentują tutaj dwa bieguny zawsze współobecne w twórczości nie tylko poetyckiej.

To wspaniale napisane studium o roli wyobraźni i rzemiosła w powstawaniu dzieła sztuki otwiera zresztą znacznie szersze horyzonty. „Między artystą, który buduje swój utwór, a człowiekiem, który buduje swoje życie, zachodzi podobieństwo – pisze Nadieżda Mandelsztam. – W końcu wszystkie zakręty na drodze życiowej są również określone przez uniesienia, a sama droga życiowa zachowuje jednolitość tylko wówczas, kiedy każde uniesienie podporządkowane jest znaczącej całości. Zawsze też gotowi jesteśmy poddać się oszukańczemu uniesieniu i zgubić drogę. (...) W każdym człowieku żyje i ślepiec, i przewodnik. To dobrze, kiedy przewodnik daje sobie radę z fantazjami ślepca. Szarpany przez uniesienia Mozart – to ślepiec. Wyabstrahowany pierwiastek intelektualny, Salieri, to przewodnik. (...) Podczas powstawania dzieła sztuki intelekt nigdy nie próżnuje. Przeciwnie. Jest nieprawdopodobnie wyostrzony. Inaczej Mozart, prowadzony przez uniesienia i zatopiony w słuchaniu tajemnic, zgubiłby drogę. Salieri zresztą to nie tylko pierwiastek intelektualny. To również wola, niezbędna artyście na wszystkich etapach procesu twórczego”.

W tomie znalazły się również fragmenty „Trzeciej Księgi Wspomnień” poświęcone rodzinie autorki, trzy reportaże opublikowane na początku lat 60. w almanachu „Tarusskije stranicy”, dwa listy Nadieżdy do Osipa i blok jej listów do Ryszarda Przybylskiego. „Część tych listów przyszła do mnie pocztą – wspomina adresat. – Pozostałe to notatki na karteluszkach przekazywane mi przez różnych naszych znajomych podróżujących między Warszawą a Moskwą. Całość jest jednym ze świadectw żywych wówczas, nieoficjalnych związków między polską i rosyjską inteligencją”. Zachował się też w tych listach ślad zainteresowania Nadieżdy Mandelsztam kulturą polską, o czym szerzej pisze we wprowadzeniu edytor.

Na koniec pozostaje wytłumaczyć się z tytułu tej notki. Tak właśnie – „Ptasiopióra gwiazda” – zatytułował Ryszard Przybylski piękne wspomnienie o Nadieżdzie Mandelsztam, ogłoszone dwadzieścia lat temu na łamach podziemnej jeszcze „Res Publiki”. Określenie zaś pochodzi od Jarosława Marka Rymkiewicza, który także miał szczęście zdobyć przyjaźń autorki „Wspomnień” i tak ją sportretował w wierszu: „Nadieżda w bieli poprzez zboża leci / a jako gwiazda ptasiopióra świeci”. (Wydawnictwo Sic!, s. 186. Wybór, przekład, komentarz: Ryszard Przybylski. Na końcu: bezcenne archiwalne fotografie.)




   FELIETONY
:

Józefy Hennelowej, Ewy Szumańskiej, Michała Komara

i Marcina Króla

 

 

 

 

 

 

Nr 1, 7 stycznia 2001

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl