Komentarze

 

Marek Orzechowski z Brukseli Nicea: z naszego powodu

Ks. Adam Boniecki Kongres

Józefa Hennelowa Publiczna TV: bezradność

Janusz A. Majcherek UMTS: źródło wyschło



  

 

Nicea: z naszego powodu

Kompromisem dla Unii Europejskiej i kompromisem dla Europy zakończył się maraton spotkań na unijnym szczycie w Nicei. Kompromisy są istotą wspólnoty europejskiej, jest więc do nich przyzwyczajona. Naciski krajów kandydujących przed nicejskim spotkaniem – polska dyplomacja i polityka stanęły na wysokości zadania – i ambicje przywódców „15”, by z Nicei wyjechać jednak „z tarczą” skończyły się naszkicowaniem nowej mapy Europy. Obejmuje ona też Polskę i inne państwa, doświadczone po 1945 r. przez system sowiecki. W tym sensie szczyt w Nicei był historyczny: jako akt, którego skutkiem będzie ostateczne przekreślenie skutków powojennego podziału kontynentu.

Unia kłóciła się w Nicei także z naszej przyczyny. Był to spór nie tyle o podział władzy, co o ustalenie mapy wpływów w przyszłej, powiększonej Unii. Zarysował się rozdźwięk między Francją a Niemcami: złożone przez Paryż, i dyskryminujące Polskę oraz inne mniejsze kraje, oferty przyszłego podziału głosów w unijnej Radzie Ministrów były w gruncie rzeczy próbą ograniczenia pozycji Niemiec. Francja, która obawia się odnowy siły Berlina w Europie Środkowej, postrzega Polskę jako najważniejszego sojusznika Niemiec, a symboliczna – zarówno w warstwie historycznej (odwołanie do Brandta i jego Ostpolitik), jak politycznej – wizyta kanclerza Schrödera w Warszawie tuż przed szczytem francuskie obawy tylko potwierdziła. Bowiem mimo wspólnotowej retoryki, Europa jest żywym organizmem, pełnym ludzkich przywar, tęsknot i nadziei, błędów i sukcesów, a dochodzenie w tejże jednej Europie do czegoś, co nazwać by można europejską tożsamością, jest procesem dynamicznym, czasem koślawym, czasem przepełnionym wizją – ale przede wszystkim procesem, w którym liczyć się trzeba z wielką grą interesów. Polska musi się tej gry nauczyć i – co ważniejsze – nie bać się, aby (kiedy to konieczne) odpowiedzieć faulem na faul. Nie wolno się tylko obrażać – trzeba być gotowym do rozsądnego kompromisu. Jak widać, państwa Unii nie boją się głośno mówić o własnych interesach i o nie walczyć. Tylko z otwarcie wyrażonych oczekiwań i interesów może się narodzić zaufanie, będące warunkiem trwałego porozumienia.

Nicea pokazała również, że dla Unii data przyjęcia nowych krajów nie jest tylko problemem technicznym. Kiedy polscy politycy przeczytają wszystkie dokumenty szczytu, będą w stanie wyliczyć sobie możliwą datę wejścia Polski do Unii. Czy oczywisty poślizg będzie ich przegraną? Niech na drugą szalę położą zapisaną już perspektywę polskiej obecności w unijnych instytucjach i uznanie przez wspólnotę zgłoszonych przez Polskę zastrzeżeń – naszych polskich interesów! Maraton w Nicei jest ważną lekcją dla przyszłych członków Unii i trzeba mieć nadzieję, że polska klasa polityczna, która dzisiaj, jutro i pojutrze współdecydować będzie o naszej drodze do Unii i naszej tam obecności, dobrze się Nicei przysłuchiwała, i że wyciągnie wnioski. Idealistów mogą one nieco otrzeźwić, a pragmatykom dostarczą z pewnością argumentów.

Marek Orzechowski z Brukseli

 

 

 

 

 

Kongres

Kongres Kultury Polskiej 2000 zakończył się w niedzielę, 10 grudnia. Ogarnięcie tej gigantycznej, przygotowywanej od maja 1999 roku imprezy jest trudne, choćby dlatego, że większość spotkań odbywała się w różnych miejscach równocześnie. Do dyskusji na forum „Kultura a rozwój” zgłosili się kolejno: przedstawiciel sztuki ludowej, który wyraził żal, że Kongres nie poświęca dość uwagi sztuce ludowej; artysta malarz – że nie dość o malarstwie; architekt – że zaniedbano problemy architektury. Czekałem na poetę – nie zgłosił się, choć mógłby. To, czego i kogo nie było, zaprzątało uwagę wielu. Nikt pewnie się nie dowie, czy ci, którzy powinni być, a nie byli, nie byli dlatego, że i ich nie zaproszono, czy dlatego, że nie chcieli lub nie mogli przybyć.

Wypada jednak odnotować także to, co było. Był ogromny wysiłek organizacyjny i wielka liczba uczestników: wystarczył rzut oka na salę, by skonstatować, że obecność mężczyzn przeważała nad obecnością kobiet, przedstawicieli pokolenia starszego nad młodszym. Ponoć także (tego już nie można było zobaczyć tak wyraźnie) przeważali administratorzy kultury nad twórcami. Kongres to wymiana myśli – czyli słowa. Można było usłyszeć słowa mądre i ważne, dotykające rzeczywistych problemów: wykład Ryszarda Kapuścińskiego, niektóre głosy podczas pierwszej sesji plenarnej o twórczości i potencjale twórczym Polaków, wprowadzenie do dyskusji na drugiej sesji plenarnej prof. Edmunda Wnuka-Lipińskiego, wystąpienie prof. Władysława Stróżewskiego. Takich było wiele. Jak zwykle na takich kongresach, były też wystąpienia mniej zajmujące, dyskusje lepsze i gorsze. Przerwy były okazją do spotkań ludzi, którzy, gdyby nie Kongres, pewnie nigdy by się nie spotkali.

Czy Kongres coś w polskiej kulturze zmieni? Mam nadzieję, że czas, w którym kongresy służyły do wprowadzania zmian polityki kulturalnej minął. Kongres był okazją do refleksji nad – używając określenia prof. Stróżewskiego – rozwojem kultury i kulturą rozwoju. Podziwiam organizatorów, wdzięczny jestem za to spotkanie i spodziewam się, że następny taki kongres odbędzie się w roku 3000. W zwyczajniejszym czasie zbiorowa refleksja o ambicjach tak globalnych, w tak wielkim gronie i w niespełna trzy dni nie jest możliwa. W oceanie słów wiele bezcennych myśli zatonie niezauważone. Spotkania, debaty różnych środowisk, także tych spoza wielkich centrów – tak, próba opisu sytuacji widzianej z różnych stron – tak. Spojrzenie na teraźniejszość kultury i jej przyszłość to warunek sensownych działań. Solidarność ludzi z różnych środowisk tam, gdzie w grę wchodzi dobro kultury, lepiej jej służy niż wzajemne ujadania. Wolno mieć nadzieję, że to, co w imprezach takich jak ten Kongres, kiepskie, koniunkturalne, doraźne – odejdzie w zapomnienie a zostanie to, co tam było najlepsze.

Ks. Adam Boniecki

 



Publiczna TV: bezradność

Parę tygodni temu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wraz z dziennikarzami podsumowywała pół roku obowiązywania porozumienia „Przyjazne media” (system znaczków, ostrzegających przed programami nie dla dzieci). Wyszło na to, że redaktorzy telewizji potrafią wbrew zobowiązaniom zgrabnie przemycać treści nieprzyjazne i szkodliwe. Teraz uczestnicy Kongresu Kultury Polskiej zaapelowali o stworzenie osobnego kanału TV, przeznaczonego dla kultury z prawdziwego zdarzenia. Czy nie jest to jednak projekt zrodzony z bezradności wobec chłamu, który telewizyjny przekaz publiczny bez skrępowania prezentuje obecnie? Dlaczego nikt i nic nie jest w stanie niczego uzdrowić, zmienić – i można tylko upominać się o uzupełnienie?

Józefa Hennelowa





UMTS: źródło wyschło

Unieważnienie przetargu na sprzedaż licencji dla operatorów telefonii komórkowej trzeciej generacji (UMTS) rozwiało marzenia o strumieniu pieniędzy, które zasilą wątłe fundusze publiczne. Nadzieje takie rozbudził przetarg brytyjski, który przyniósł 35 mld funtów, a władzom innych krajów przeświadczenie, że znaleziono źródło żywej gotówki. Licytacja w RFN śledzona była z zapartym tchem, a uzyskana suma 100 miliardów marek wzbudziła euforię.

Pierwsze otrzeźwienie przyszło ze strony akcjonariuszy zwycięskich firm, przerażonych koniecznością poniesienia ogromnych kosztów za prawo świadczenia usług, których popularności i zyskowności nie sposób przewidzieć. Akcje telekomunikacyjnych operatorów zaczęły spadać. Ich szefowie rezygnowali z udziału w kolejnych przetargach, organizowanych ochoczo przez następne państwa. Te kończyły się więc podejrzeniami o zmowę oferentów i zaskarżaniem wyników. We Włoszech wycofał się jeden z pretendentów i liczba chętnych zrównała się z ilością licencji, co zakończyło przetarg, wywołując zawód i oskarżenia o machinacje. W Szwajcarii, mniejszej, lecz bogatszej od Polski, za 4 licencje uzyskano raptem 135 mln euro. W Szwecji uznano, że opłaty za licencje osłabią możliwości operatorów i dla szybkiego rozwoju sieci postanowiono przyznać je za darmo (za symboliczne 100 koron + 0,15 proc. przyszłych obrotów).

W Polsce resortowi stratedzy łudzili się, że na 5 licencji będzie wielu chętnych i licytacja wywinduje cenę; planowane 7 mld zł zaczęto wliczać do budżetu 2001. Ale oferty złożyło w ostatniej chwili tylko 3 operatorów działających na krajowym rynku i przetarg trzeba było unieważnić. Ostatecznie przydzieli się każdemu z nich zgodę na rozszerzenie usług o UMTS, za co uda się może zainkasować ponad 7 mld, lecz rozłożonych na wiele rocznych rat. To nie katastrofa, ale rozbudzone nadzieje zostały zawiedzione.

Janusz A. Majcherek

 

 

 



 

 

 

 

 

Nr 51, 

17 grudnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl