Komentarze

 

Ks. Adam Boniecki MIC Holandia: eutanazja legalna

Józefa Hennelowa Stan przedzawałowy

Krzysztof Burnetko Silny–słaby wojewoda

Wojciech Pięciak „Szalone krowy” w Polsce?



  

 

Holandia: eutanazja legalna

Niższa Izba parlamentu holenderskiego uchwaliła zmianę artykułów 293 i 294 Kodeksu Karnego, abraniających eutanazji i pomocy w samobójstwie, i postanowiła zalegalizować eutanazję. Ustawę musi jeszcze zatwierdzić Izba Wyższa. Eutanazja została zalegalizowana (w 1994, minimalną większością) w stanie Oregon (USA). Rok później Sąd Federalny uznał tę decyzję za sprzeczną z konstytucją; przywrócił ją Sąd Najwyższy. W 1996 eutanazję zalegalizowało australijskie Terytorium Północne, potem jednak prawo to uchylono. Mimo intensywnej propagandy lobby proeutanazyjnego, legalizacja jej przychodzi z trudem. Na szczęście! Nie znaczy to, że eutanazji się nie praktykuje. W Holandii w 1991 roku na 130 tysięcy zgonów, w 49 tysiącach przypadkach “lekarz podjął decyzję licząc się z tym, że ta decyzja przyspieszy zgon”. W tym samym roku w tejże Holandii specjalnie powołana komisja stwierdziła, że 11,3 proc. wszystkich zgonów (a prawdopodobnie znacznie więcej) było wynikiem niedobrowolnej eutanazji. Stoimy wobec perspektywy legalizacji tego, co się faktycznie działo. I właśnie to jest groźne. Wystarczy jedno głosowanie, by aksjomat o wartości ludzkiego życia został legalnie zakwestionowany, by rozumienie zadań lekarza całkowicie odwrócić, by dotychczasowy sens pojęcia godności człowieka zastąpić innym.

Kiedy wyjdzie się poza krąg emocji poruszonych przejmującymi opisami cierpień, z których wyzwoleniem ma być wspomagane samobójstwo czy po prostu zadana śmierć, widać ogrom konsekwencji, które pociągnie za sobą nowa ustawa. Klarownie pokazuje to w książce “Eutanazja – śmierć z wyboru?” Ryszard Fenigsen. Opisuje tam m.in. błędne diagnozy, eliminowanie ludzi starych, upośledzonych umysłowo, noworodków z niedorozwojem itd. Ukazuje aspekt ekonomiczny, społeczny i psychologiczny całej sprawy. Bo ruch na rzecz eutanazji, prezentujący się jako wolnościowy, jest ruchem eksterminacyjnym. Alternatywą eutanazji nie musi być wydanie chorego na pastwę cierpień. Godną cywilizacji odpowiedzią na cierpienie jest nieustanny rozwój medycyny zmierzającej do eliminacji lub przynajmniej umniejszania bólu, medycyny paliatywnej. Jest to oczywiście trudniejsze i... kosztowniejsze niż eutanazja.

W niedawnej dyskusji o eutanazji zwrócono uwagę, że o tym problemie może mówić tylko ten, kto sam się z nim spotkał. Zainteresowanych odsyłam więc do wstrząsającego świadectwa Victora i Rosemary Zorzów “Sposób na umieranie: Żyć do końca” (Media Rodzina, Poznań 1999) i wspomnianej tu książki Fenigsena, wydanej przez niezawodne wydawnictwo “W drodze”. W kontekście holenderskich eksperymentów legislacyjnych jakże realistycznie brzmią papieskie ostrzeżenia przed “cywilizacją śmierci”.

Ks. Adam Boniecki MIC

 

 

 

 

Stan przedzawałowy

Mało kto odlicza już dokładnie kolejne dni i tygodnie protestu pielęgniarek.

Co najwyżej odnotowywane są szpitale czy oddziały szpitalne, które przestają normalnie funkcjonować. Ale tak naprawdę nie dzieje się nic. Nie ma żadnych perspektyw rozwiązania jednego z najpoważniejszych konfliktów w Polsce. Wszystko zdaje się wskazywać, że rząd postanowił przetrzymać pielęgniarki aż do momentu, gdy ich rozpaczliwa determinacja – rozbijająca się o ścianę obojętności nazwanej przez władzę “brakiem środków” – przybierze masowo takie formy protestu, które obrócą przeciwko pielęgniarkom samych chorych, ich rodziny i wreszcie opinię publiczną. Bo nie może nie być szpitali, i nie mogą w nich leżeć chorzy nie pielęgnowani przez nikogo.

Najwyższy czas, żeby powiedzieć głośno, iż tego protestu w żaden sposób nie da się wygasić pojedynczymi układami między dyrekcjami szpitali a personelem. To uda się tylko gdzieniegdzie i na krótko. Zło tkwi w niepowodzeniu tak szumnie ogłaszanej reformy służby zdrowia. Bo jeśli po dwóch latach dalej nie ma planu restrukturyzacji szpitali i tylko słychać, że gdzieś ich jest za dużo, gdy równocześnie brakuje innych zakładów opiekuńczo-leczniczych; i gdy dalej nie ma precyzyjnej listy świadczeń gwarantowanych przez kasy chorych; i jeśli sposób gospodarzenia składką przez kasy jest utajniony, a dobroczynną perspektywę rywalizacji państwowych kas z kasami prywatnymi utrąca się od razu w pracach ustawodawczych; jeśli wreszcie resort odpowiedzialny za reformę pozostaje doskonale obojętny na jakże dotkliwy absurd kolosalnych utrudnień w dostępie do specjalistów – otóż to wszystko musi skończyć się determinacją tych kobiet, które z jednej strony pełnią w kraju jedne z najważniejszych społecznie obowiązków, a z drugiej ciągle nie mają bodaj nadziei na poprawę swej kondycji materialnej. A gdy pojawia się determinacja, może przestać liczyć się nawet etyka. To już coś jak stan przedzawałowy. Niestety, rząd i politycy – zajęci coraz bardziej wewnętrzwłasnymi grami partyjnymi, wpatrzeni coraz bardziej gorączkowo w perspektywę wyborów – na cokolwiek innego czasu zdają się już nie znajdować.

Józefa Hennelowa

 



Silny–słaby wojewoda

Ci, którzy w przeszłości krytykowali styl rządów wojewody Marka Kempskiego – deklaracje o bezwzględnej walce z korupcją, prowadzone na pograniczu prawa akcje “czyszczenia” miasta z narkomanów itd. – mogą mieć powody do gorzkiej, ale satysfakcji. Okazało się, że „silny człowiek” ze Śląska albo sam nie potrafi kontrolować podwładnych z urzędu wojewódzkiego, wykorzystujących prawdopodobnie stanowiska dla prywatnych korzyści, albo, co byłoby gorsze, hasła o zdecydowanej władzy były tylko fasadą dla budowania polityczno-biznesowego układu „kolesiów”.

Nowym za to znakiem w życiu publicznym jest oddanie się Kempskiego do dyspozycji premiera, choć lepszą reakcją byłaby dymisja; wszak przełożony odpowiada za podwładnych, a jeśli sobie z nimi nie radzi, to się na taką funkcję nie nadaje. Nowym znakiem w polskim życiu publicznym byłoby też, gdyby wytłumaczyli się politycy, biesiadujący na Śląsku na koszt biznesmenów: warto ujawnić, czego dotyczył tu „lobbying” i jakie były jego rezultaty. Nie jest to naiwny postulat. Wprawdzie kontakty polityki i biznesu nie są naganne, ale lobbying – wpływanie grup interesów na decyzje polityków – musi być w demokracji prowadzony wedle jasnych reguł. Wielekroć podawano w Polsce przykład reguł obowiązujących w Stanach Zjednoczonych: kto ma płacić za obiad, jakiej wartości prezent może przyjąć polityk itd. U nas takich norm nie ma. Tym bardziej trzeba się domagać publicznych wyjaśnień w tej sprawie.

Krzysztof Burnetko



„Szalone krowy” w Polsce?

Trudno w to uwierzyć, ale scenariusz powtarzał się wszędzie, gdzie pojawiało się BSE, czyli choroba „szalonych krów”: politycy uspokajali, że wszystko w porządku, że „nasze” krowy są zdrowe. A potem okazywało się, że przypadki BSE są – i że albo nad zdrowie obywateli przedkładano interes lobby rolnego, albo zabrakło wyobraźni. Podobnie jest teraz w Polsce, choć rząd próbuje sprawiać wrażenie, że działa: powołano zespół, który sporządzi „dogłębną analizę” (to kuriozalne, że szefuje mu wicemister... rolnictwa, nie zdrowia), podjęto kilka decyzji. Minister rolnictwa mówi, że polska wołowina jest prawie na pewno bezpieczna. Tajemnicą jego jest, skąd ma taką wiedzę, skoro w Polsce nie testuje się w ogóle krów na BSE. To zaś, że wprowadza się zakaz importu wołowiny, jest sensowne, ale połowiczne, bo zakazy można omijać. Poza tym chodzi nie tylko o krowy „obce”, ale i polskie. Iluzją jest, że po zamknięciu granic będzie można spokojnie konsumować steki, pasztetową albo jogurt. Tak, jogurt: na Zachodzie on też trafia na listy produktów wątpliwych (listy podają rządowe telefoniczne „hotline” i media), gdyż jogurt zawiera żelatynę pozyskiwaną z odpadków; o polskiej żelatyny (tym razem) jest cicho. Podobnie jak cicho jest – to znaczy, głos zabierają tylko niezależni eksperci i dziennikarze – o zakazie stosowania tzw. mączki (paszy z odpadów zwierzęcych), która jest źródłem zakażenia. Rząd boi się go wprowadzić – robią to kraje UE – bo to by słono kosztowało (przy czym zakaz stosowania mączki też nie rozwiązuje sprawy, gdyż mączka to prawdopodobnie tylko jedna z dróg infekcji BSE).

Politycy nie po to są opłacani z podatków obywateli, aby serwowali im pigułki uspokajające, lecz by informowali i podejmowali działania dla dobra ogółu. Nawet jeśli to kosztuje. Jedyną gwarancją – o ile można tak mówić wobec skąpej wiedzy o BSE – jest obowiązkowe testowanie ubitych zwierząt. Takie obowiązkowe testy wprowadzają kraje Zachodu. Ale są one drogie, a Polska biedna. Więc na razie pozostaje wierzyć i – jeśli ktoś chce – zrezygnować z niektórych przysmaków. Przynajmniej dopóki i u nas nie powtórzy się scenariusz, który przerabiały już Anglia, Francja czy Niemcy.

Wojciech Pięciak

 

 

 



 

 

 

 

 

Nr 50, 

10 grudnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl