Komentarze

 

Andrzej Łukowski Czy przestaliśmy bić Murzynów?

Krzysztof Burnetko Zachować spokój

Jacek Imbramowski Rumuńska lekcja
 

 

Czy przestaliśmy bić Murzynów?

Stara metoda radzieckiej dyplomacji polegała na tym, że na indagacje Zachodu w sprawach „bratniej pomocy” dla Angoli, wspierania terroryzmu na Bliskim Wschodzie, interwencji w Afganistanie czy wykorzystywania szpitali psychiatrycznych do „leczenia” nieposłusznych obywateli, politycy ZSRR zawsze mieli pod ręką gotową odpowiedź: „A wy bijecie Murzynów”. Po krótkim i romantycznym okresie prozachodniej polityki „wczesnego Jelcyna” nastąpił powrót na wydeptane ścieżki. Rolę wysłużonych „Murzynów” przejął poniekąd Sojusz Północnoatlantycki, ze swoim programem przyjmowania nowych członków. Odtąd dyżurnym zawołaniem rosyjskiej dyplomacji stało się: „A wy rozszerzacie NATO”. Dialog zahibernowano, o stosunkach polsko-rosyjskich częściej decydowały incydenty (wyrzucanie dyplomatów, palenie flag i miotanie farbą w ambasady i konsulaty, wypominanie historycznych nieścisłości itd.) niż wypracowana „linia”.

Ekipa prezydenta Putina próbuje taką „linię” wypracować. Dziś trudno jednoznacznie powiedzieć, na czym ta nowa polityka będzie polegać: czy rosyjski pragmatyzm w stosunkach z Europą to tylko gra, obliczona na przyciągnięcie zachodnich pieniędzy (miejsce „wyklętych” kredytów miałyby zająć inwestycje, zwłaszcza w ropę i gaz), czy też może szczera chęć integracji i zmiany sposobu kształtowania polityki (rezygnacja z dyktatu i tradycyjnego myślenia geopolitycznego na rzecz partnerstwa, nawet z „małymi” sąsiadami). W obecnych kontaktach rosyjskich polityków z Zachodem brakuje konkretów. Poprawianie klimatu polega na badaniu gruntu, z obiecującym – acz tajemniczym – uśmiechem rosyjscy dyplomaci nie chcą rozmawiać o problemach, ale o tym, że mają gaz, którego tak potrzebuje Europa. Wizyta ministra spraw zagranicznych Rosji w Polsce wpisuje się w ten schemat. Warto nadto zauważyć, że Igor Iwanow bezpośrednio z Warszawy poleciał do Berlina, a potem do Wiednia.

I jeszcze jedno: Piotr I – ten, którego portret wisi na ścianie prezydenckiego gabinetu na Kremlu – otwierał Rosję na świat po wizycie w Niderlandach. Nie zapominajmy, że Władimir Putin kształtował swoje pojęcia o Zachodzie podczas pobytu służbowego w prowincjonalnym mieście ówczesnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Andrzej Łukowski

 

 

 

Zachować spokój

Tylko w jednym tygodniu do opinii publicznej trafiły – co skądinąd pewnie nie jest przypadkiem – dwie szokujące informacje tyczące polskiego sądownictwa. W Poznaniu dwie sędziny mogą być zamieszane w oszustwo, polegające na przejęciu na podstawie sfałszowanych testamentów zarządzanych przez miasto cennych kamienic. W Toruniu przewodniczący Wydziału Karnego tamtejszego sądu był być może powiązany z ludźmi oskarżanymi o strzelaniny i kierowanie miejscowymi grupami przestępczymi. Dotąd sędziom zarzucano co najwyżej zbytni liberalizm w orzekaniu (niekiedy pojawiały się też sugestie o przesadnej solidarności zawodowej i tuszowaniu niekompetencji bądź niechlubnej przeszłości niektórych sędziów przez samorząd zawodowy). Obecne zarzuty – jeśli się potwierdzą – są dużo poważniejsze.

Sądownictwo, jak wszystkie inne władze, musi w demokratycznym państwie podlegać kontroli. Ze względu na specyficzną pozycję i rolę w państwie winna być ona przeprowadzana szczególnie skrupulatnie – tak w sensie wyjaśnienia do końca podejrzeń, jak zachowania wszelkich procedur, gwarantujących zachowanie sędziowskiej niezawisłości oraz poszanowanie Trzeciej Władzy. Także społeczna ocena – a jeśli trzeba to krytyka – nieprawidłowości w sądownictwie musi cały czas mieć na uwadze, że od pozycji sądów zależy sprawne funkcjonowanie państwa oraz ochrona prawna jego obywateli. Nawet więc najbardziej bulwersujące afery z udziałem sędziów nie powinny służyć wzniecaniu nagonki na Trzecią Władzę i podważaniu jej autorytetu. W Polsce jest to szczególnie ważne: ciągle bowiem nie docenia się roli sądownictwa, a prestiż sędziów nie jest najwyższy.

Obie sprawy są wyzwaniem dla samych sędziów. Na razie kolegia zawodowe zawiesiły poznańskie sędziny w wykonywaniu obowiązków, a sędzia z Torunia został odwołany z funkcji (lecz nadal może orzekać). Decyzja o zawieszeniu ich immunitetów – co umożliwić może m.in. przesłuchanie sędziów i ewentualne postawienie im zarzutów – należy do Sądu Najwyższego. Sprawy te są także wyzwaniem dla mediów – bo od sposobu ich opisywania i komentowania zależeć będzie m.in. społeczny szacunek dla sędziów i zrozumienie ich roli. Są wreszcie wyzwaniem dla polityków – tak z rządu, jak z opozycji. Nie powinny być wykorzystywane ani jako argument za ograniczaniem samorządności sędziowskiej czy wprowadzaniem ręcznego sterowania, ani też używane do zwykłych politycznych przepychanek. Bo stawka jest tym razem najpoważniejsza.

Krzysztof Burnetko



Rumuńska lekcja

Gdy przed czterema laty obserwowałem tłumy wyległe na ulice Bukaresztu na wieść o zwycięstwie koalicji sił demokratycznych Emila Constantinescu nad rządzącymi dotąd komunistami Iona Iliescu, to prócz huku otwieranych szampanów, miałem w uszach zasłyszaną wówczas przestrogę. Oto ceniony intelektualista, prof. Pavel Campeanu z Instytutu Studiów Socjologicznych tłumaczył, że demokraci mimo tak wielkiego społecznego poparcia wcale nie są skazani na sukces, bo spoiwem ich obozu jest jedynie niechęć do komunistów, program zaś to zbitka często wzajem sprzecznych haseł, by już nie wspominać o rozmaitych niesnaskach i ambicjach w tej „koalicji różnych koalicji” (bo zwycięska ekipa była zbitką szeregu ugrupowań i koalicyjek).

Profesor miał rację. Gdy objeżdżałem Rumunię tuż przed obecnymi wyborami, nastroje społeczne były diametralnie odmienne. Wprawdzie związani z rządem politycy i ekonomiści powtarzali listę zasług, z których wiele jest zresztą faktem – jak choćby początki wzrostu gospodarczego po okresie zastoju, rozpoczęcie prywatyzacji trudnych gałęzi przemysłu, ocieplenie relacji z NATO, pomysły na politykę narodowościową. Ale z innych źródeł (tak opozycyjnych, jak niezależnych) słychać było narzekania: na upartyjnienie państwa, tolerowanie struktur mafijnych, korupcję, niski poziom życia większości obywateli, brak koncepcji rozwiązania problemu Romów itd. Wszyscy zgadzali się, że spory procent głosów wyborców zagłosuje na postkomunistów i Iliescu może wrócić na fotel głowy państwa.

Przykład Rumunii lat 1996–2000 jest kolejnym, po choćby Słowacji i Polsce, dowodem na banalne w gruncie rzeczy tezy: że antykomunizm nie wystarczy za polityczną platformę działalności gabinetu i że deformacje demokracji w rodzaju kreowania państwa kolesiów czy grania nastrojami nacjonalistycznymi, nie są przypisane postkomunistom, ale mogą przytrafić się wszystkim orientacjom.

Jacek Imbramowski

 

 



 

 

 

 

 

Nr 49, 

3 grudnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl