W najnowszym numerze

 

On-line: Obraz tygodnia •  Kronika religijna •  Komentarze  


 

ŚWIAT

»Wielkim wstrząsem« określam kryzys wartości widoczny w ostatnich czterdziestu latach w społeczeństwach postindustrialnych – w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech. Jego wyznaczniki to: wzrost przestępczości, kryzys rodziny
i brak społecznego zaufania
”. Z FRANCISEM FUKUYAMĄ, wybitnym filozofem, ekonomistą i politologiem, o kryzysie demokracji, nadmiernym indywidualizmie, potrzebie odbudowy społecznego kapitału i powrotu do ludzkiej natury rozmawia MAGDALENA ŚRODA.

Czy na Lazurowym Wybrzeżu wydarzy się cud?” – pyta MAREK ORZECHOWSKI przy okazji grudniowego szczytu Unii Europejskiej w Nicei. „O unijnej reformie mówi się od kilku lat i jak dotąd wszystko sprowadza się do mówienia. Trudno oczekiwać, by szefowie »Piętnastki« naraz doznali olśnienia. Będą więc grać na zwłokę, a najgorsze, co może się przytrafić, to »odklepanie« problemów dla świętego spokoju”.

Nad przyszłością Unii Europejskiej zastanawia się też JEAN OFFREDO, francuski pisarz i dziennikarz: „Utworzenie federacji państw narodowych byłoby z pewnością dobrym rozwiązaniem – pomiędzy mitem o Europie-federacji a nacjonalistycznym krokiem wstecz. Taki proces musi być poparty zaangażowaniem polityków i społeczeństw, traktowanych jako odpowiedzialni obywatele”.

Rozpad ZSRR i kryzys towarzyszący schyłkowemu okresowi pierestrojki miał, według wielu politologów i socjologów, doprowadzić w Rosji do rychłego zwycięstwa faszystowskiej dyktatury. Jakkolwiek faszyzm nie zwyciężył, to znalazł swoją – wcale pokaźną – społeczną niszę” – o rosyjskiej odmianie tego ekstremizmu, jego przedstawicielach i źródłach informuje z Moskwy ANNA ŁABUSZEWSKA.


REPORTAŻ

Julian, Wiktor i Ryszard Schrammowie – dziadek, syn i wnuk. Trzech profesorów polskich uczelni, którzy za swoją rodzinną miejscowość uznali Olchowę, małą wioskę w Bieszczadach”. „Wszystko już ostygło” – opowieść PAWŁA SAWICKIEGO o dziejach rodziny Schrammów.


  KULTURA

Powrót do natury – Magdalena Środa rozmawia z Francisem Fukuyamą, amerykańskim filozofem, ekonomistą i politologiem. (W Polsce ukazały się najważniejsze prace Fukuyamy: „Koniec historii i ostatni człowiek” oraz „Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu”. Najnowsza jego książka: „Wielkie zaburzenie. Natura ludzka i odbudowa ładu społecznego” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa „Politeia”.)

– Jest Pan w Polsce znany jako autor „Końca historii”, książki, której polska edycja trafiła na bardzo podatny grunt. Wydano ją bowiem w 1996 roku, gdy kolejny rok z rzędu budowaliśmy naszą liberalną demokrację, o której pisał Pan, że jest tak dobra, iż już nic lepszego nas nie spotka. Teraz ukazuje Pan przede wszystkim kłopoty, jakie z demokracją mają współczesne społeczeństwa. Co zaszło, że w ciągu kilku lat tak Pan zmienił zdanie?

– Tak naprawdę nie zmieniłem zdania. „Koniec historii” był książką polityczną, dotyczącą instytucji i ekonomicznych struktur nowoczesnego społeczeństwa. Twierdziłem tam, że nie mamy innej alternatywy niż kapitalizm, globalizacja i liberalna demokracja. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Nie ma alternatywy, bo nie ma powodów, by promować socjalizm czy jakikolwiek inny system. Teraz zaś zwracam uwagę na fakt, że społeczeństwo rynkowe wymaga pewnej kultury moralnej – siatki moralnych norm, jakich nie zbudują polityczne czy ekonomiczne instytucje. Mechanizmy rynkowe nie zapewnią pełnego sukcesu żadnego społeczeństwa. Potrzebujemy wartości – i o tym jest moja ostatnia książka.


Dyskusja wokół wystawy „Naziści” i Daniela Olbrychskiego

Barbara Majewska: Katarktyczny gest Daniela Olbrychskiego w „Zachęcie” przeciął szablą nie tylko parę fotosów aktorów grających filmowe role hitlerowców, fotosów zgromadzonych przez Uklańskiego (twórca pomysłu) i Szymczyka (komisarz wystawy) na wystawie pt. „Naziści”. Przeciął problem, który dla wielu bywa nie do rozwiązania: jak reagować na działania i wytwory, które bywają czasem prezentowane w galeriach sztuki. Dość często ludzie nie reagują wcale, nie chcąc być uznani za „wsteczników”.

Materia, z której zbudowana jest wystawa Uklańskiego i Szymczyka, stanowi prowokację polegającą na odwróceniu wartości, a więc negatywna reakcja osób, których wizerunków w celu tej prowokacji użyto, należy także do scenariusza wystawy. Może nie spodziewano się, że reakcja będzie tak gwałtowna. Że będzie tak odważna i jednoznaczna, jak gest Olbrychskiego. Sądzono pewnie, że umieszczenie w „świątyni sztuki” nobilituje wystawę, onieśmieli jej przeciwników. Na szczęście tym razem tak się nie stało. Przyszła reakcja proporcjonalna do nadużycia moralnego i humbugu tej „wystawy”. Dodać należy nawiasem, że dyrektor galerii odpowiada w pełni za program wystaw, którego już żadne ministerstwo kultury nie zatwierdza, żadna rada programowa nie konsultuje. Ma pełną wolność wyboru i wybierając – ujawnia bezpośrednio i bez osłonek swe poglądy na sztukę i szerzej – swoje myślenie o świecie. Nie ma się kim zasłonić.

Piotr Uklański przebywa w Stanach Zjednoczonych (dowiadujemy się o tym z prasy, w mediach bowiem wciąż szaleje burza komentarzy, choć minął już tydzień od „wydarzenia”). Z tła wyłonił się po kilku dniach komisarz wystawy pan Szymczyk, który w jednym z programów telewizyjnych usiłował tłumaczyć nam, zwykłym ludziom, że artysta Uklański polemizuje tu z medialnym obrazem nazisty, męskiego i przystojnego herosa. Było to wyjaśnienie w duchu ideolo tzw. „sztuki krytycznej”, czyli dyskurs w pełni poprawny politycznie w tym „świecie sztuki”. W prasie odezwał się także m.in. Piotr Rypson, niezależny kurator, który pokazywał „Nazistów” Uklańskiego na targach książki we Frankfurcie, a także w Londynie, Berlinie i Nowym Jorku. Rypson stwierdza, że „nigdzie nie było sarmackich reakcji – bo też Sarmatów tam niewielu”. W swej cienkiej ironii wobec sarmatyzmu łączy się tu niezależny kurator Rypson z Dorotą Jarecką z „Gazety Wyborczej”, która swój felieton poświęcony wydarzeniu tytułuje „Zajazd w Zachęcie”: „Olbrychski połączył sarmatyzm z nowoczesną kulturą masowego widowiska, zaprosił ekipę telewizyjną i fotografa”. Jeżeli to jest sarmatyzm – to na szczęście jeszcze kilku Sarmatów pozostało. I choć Olbrychski nie rozumie sztuki współczesnej – stwierdza Jarecka – i „wypowiedź artysty odebrał dosłownie” (na szczęście), to nie uczestnicząc w krętactwach, które zastąpić mają nieobecną kreację artystyczną, broni swego wizerunku i nie pozwala używać wobec siebie i kolegów-aktorów nazwy „naziści”, bo po prostu nimi nie są. Bo to jego (ich) obraza.

A że Dorota Jarecka wyjaśnia dobrotliwie, że w Polsce wizerunek nazisty budzi emocje inne niż na Zachodzie i że artysta Uklański następnym razem już o tym nie zapomni? Nie byłabym tego taka pewna, skoro to, co na Zachodzie, rozstrzyga o wielu sprawach w sztuce polskiej i nic się tu od czasów PRL-u nie zmieniło.

Artysta Uklański z kuratorem Szymczykiem ubezpieczyli swe dzieło: „Wystawa Uklańskiego jest dziełem sztuki, wycenionym w USA na 60 tys. dolarów” – stwierdza Adam Szymczyk. Tego samego dnia, lecz w innej gazecie, dyrektor Zachęty Anda Rottenberg stwierdza: „Wniosłam sprawę do prokuratury – przecież zniszczono pracę ubezpieczoną na 80 tys. dolarów! To kosztowna zabawa, być może Olbrychski nie brał tego pod uwagę”. Cóż to znaczy, 20 tys. dolarów różnicy w oświadczeniach.

Wystawa „Naziści” ma swoich poprzedników w polskiej sztuce współczesnej, ożywionych tą samą ideologią „krytyczną”. Obóz koncentracyjny z klocków lego Zbigniewa Libery, który miał pojechać na Biennale do Wenecji, ale nie pojechał, bo kurator się przestraszył, a artysta wycofał wszystkie prace. Była także łaźnia męska Katarzyny Kozyry filmowana ukrytą kamerą, podczas gdy artystka przechadzała się wśród myjących się mężczyzn z doprawionym penisem; ten gatunek twórczości opuszcza już pewnie kategorię „sztuki krytycznej” i umieszcza się w dziale „podglądactwa” oraz transwestytyzmu. Podobno piękna i stara łaźnia w Budapeszcie miała artystce wytoczyć proces, pewnie tego nie zrobiła, a szkoda. Po zdemolowaniu wszelkich kryteriów artystycznych i estetycznych ten pasożyt, który wyrósł na sztuce w XX wieku, zaczął odżywiać się etyką, konsumować ludzką przyzwoitość i może wymaga to naszej reakcji w kategoriach pozaartystycznych.


Jacek Woźniakowski:

Spróbujmy wyliczyć szablonowe cztery spośród wielu typowych ról, w jakich występować może aktor, grający SS-mana:

1) SS-man zgodny z trafnym na ogół, choć prymitywnym jego stereotypem: potwór w ludzkiej skórze, od bydlaka do perfidnego eleganta, od znieczulonego urzędasa do sadysty itd., itp.;

2) przeciętny SS-man jako postać pozytywna. Scenariusz dzisiaj chyba nie do pomyślenia;

3) SS-man przynajmniej chwilami pozytywny, niekiedy tylko w jakimś niespodziewanym odruchu, jako wyjątek w bestialskiej instytucji, której służy. Tu oczywiście różne odcienie, od zaślepionego żołdaka, któremu bielmo spada z oczu, aż po współczesnego Konrada Wallenroda;

4) oficer anglosaskiego wywiadu, chwilowo przebrany za SS-mana.

Może to wyliczenie wystarczy, by stwierdzić, że pokazanie bez komentarzy filmowego aktora w mundurze SS-mana niczego absolutnie nie mówi o jego roli i nie pozwala na żadne ogólniejsze wnioski, które by mogły dotyczyć sensu tej roli, intencji reżysera czy scenarzysty, emocjonalnych nawyków publiczności, jednym słowem, które by dawały szansę jakiejkolwiek refleksji. Jedyna wiedza, jaką nam przynosi fryz fotograficzny Piotra Uklańskiego w „Zachęcie”, zatytułowany „Naziści”, to po pierwsze, że jest sporo filmów, w których występują ludzie w mundurach SS czy innych niemieckich mundurach (co nie powinno chyba dziwić po II wojnie światowej – miło jest prezentować klęskę szatańskiego wroga, a ponadto przeżycia ludzi w tych mundurach dosyć są intrygujące choćby psychologicznie), i po drugie, że te mundurowe role powierzano nieraz (co nie zawsze musiało ich zachwycać) wielu wybitnym aktorom. Ale co z tego? Nic. Taka wystawa nazywa się podobno happening. Albo może aranżacja. Albo performance. W takim razie zupełnie się nie dziwię Danielowi Olbrychskiemu, który – ujrzawszy siebie jako nazistę – na taki nudny i nic nie mówiący happening zareagował happeningiem o wiele żywszym, zabawnym i bardziej zrozumiałym. Oczywiście równowartość zniszczonych fotografii powinien zapłacić.


Bogusław Deptuła:

Aktor ma odgrywać role – zatem gra.

W życiu może zagrać dziesiątki, a może nawet setki postaci. Daniel Olbrychski, wkraczając z szablą do sal „Zachęty”, by wyciąć z wystawy Piotra Uklańskiego „Naziści” swoje zdjęcie oraz zdjęcia, jak to określił, przyjaciół: Jana Englerta, Stanisława Mikulskiego, Jean-Paula Belmondo – postąpił delikatnie mówiąc dziwacznie. Czy to złudzenie, fotomontaż albo inna diabelska sztuczka, czy też Daniel Olbrychski rzeczywiście grał w filmie Lelouche’a w nazistowskim mundurze? Grał! Czemu zatem siekł szablą swoją aktorską postać? Podobno na wieczorze pieśni patriotycznych nastolatka zapytała go, czy był w armii hitlerowskiej... Dzielny aktor zabrał szablę Kmicica i ekipę telewizyjną, i postanowił z ich pomocą zrobić porządek, rozwiać błędne podejrzenia, odciąć się od nich i już, raz a dobrze!

Składając wizytę w salach „Zachęty”, dał się złapać w niezbyt wymyślną pułapkę zastawioną przez autora pomysłu wystawy. Dla mnie to smutna okoliczność, że nie ma w Polsce kompletnie znajomości i zrozumienia dla technik albo sztuczek, jeśli kto woli, jakimi od lat prawie stu posługuje się sztuka współczesna. Ciemna baba zamyka oczy przed szarżą kawalerii na kinowym ekranie, ale od aktora o tej renomie można oczekiwać czegoś więcej. Tymczasem zdaje się on sugerować, że Polacy zupełnie nie są przygotowani do oglądania filmów, bo nie odróżniają filmowej fikcji od rzeczywistości. Interwencja ministra zdaje się tę tezę potwierdzać.

Uklański zauważył ciekawy fakt: za sprawą filmowych fabuł popularni i lubiani aktorzy często przebierali się w niemieckie mundury, najczęściej, co również ciekawe, galowe. Brando, Eastwood czy Kinsky oddawali się w służbę estetyzowania czy oswajania zła – i tyle, jak sądzę, swoją wystawą chciał powiedzieć jej autor. Przystojni, znani i sympatyczni naziści wielokrotnie wyglądali do nas z kinowego ekranu i mimowolnie zapewniali, że przecież nie są tacy najgorsi.

Przyjmując rolę w filmie i biorąc za to pieniądze, Olbrychski nie przypuszczał, że kiedyś ktoś może włączyć jego osobę w tak zupełnie nieoczekiwany kontekst. Mnie się to podoba. Nie podoba mi się natomiast argumentowanie, że to nie jest żadna sztuka, tylko jakieś reprodukcje, nie uczynione ręką artysty. Ten spór w znacznie mniejszym stopniu dotyczy sztuki, a w znacznie większym socjologii. Także norm wychowania i zachowania. Są inne, bardziej cywilizowane sposoby wyrażania niezadowolenia. Obrażony Olbrychski mógł wystąpić na drogę sądową i w sądzie domagać się zadośćuczynienia. Sławny aktor woli zachowania komedianckie. Nie można jednak wchodzić do publicznej instytucji i wymachiwać szablą. To się nie godzi, nawet wielkiemu komediantowi. Powinien za swój czyn ponieść konsekwencje, a wraz z nim ekipa telewizyjna, która nie przeszkodziła w dokonaniu aktu wandalizmu. Nie jestem prawnikiem i nie wiem, czy ten czyn podpada pod kodeks karny czy kodeks wykroczeń. Nie ulega jednak wątpliwości, że chodzi o wandalizm. W przyszłości wolałbym uniknąć podobnych wizyt aktora Daniela Olbrychskiego w salach wystawowych.

Ofiarami całej sprawy nie są zresztą ani Olbrychski, ani Uklański, a jedynie ów biedny portier zwolniony z pracy za to, że wpuścił sławnego aktora z szablą ukrytą pod płaszczem, w towarzystwie telewizyjnej ekipy. Pewnie myślał, że za chwilę zobaczy jakąś wspaniałą filmową scenę; zobaczył blamaż.

 

 

Moją religią jest poezja – Adama Szostkiewicz rozmawia z Bei Dao, jednym z najwybitniejszych poetów chińskich, wielokrotnie wymienianym w gronie kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Bei Dao poprzez twórczość i polityczne zaangażowanie opowiadał się po stronie ludzkiej godności oraz osobistej i intelektualnej wolności. Po masakrze na Placu Tiananmen (4 czerwca 1989), podczas której przebywał w Berlinie, zdecydował się na emigrację. Jego wiersze tłumaczono na blisko 30 języków. Poeta mieszka w USA, jest wykładowcą University of California.

Bei Dao był gościem II Spotkania Poetów, zorganizowanego w ramach Festiwalu „Kraków 2000”. O Spotkaniu pisaliśmy obszernie w „Kontrapunkcie” zatytułowanym „Poezja – między piosenką a modlitwą” i dołączonym do poprzedniego numeru „Tygodnika Powszechnego”.

Myślę, że współczesna literatura słabnie, popadając w retorykę i gubiąc wymiar duchowy. Dlatego zająłem się poszukiwaniem języka poetyckiego, wyrażającego doświadczenie cierpienia.

Jan Błoński: Król esej

Cechą polskiego eseju jest jego szczególna – a nawet ostentacyjna – personalność: jestem taki i taki, i reszta mnie niezbyt obchodzi; to właśnie muszę wywalczyć sobie pod literackim słońcem. Jest to szczególnie ważne u Gombrowicza, który całą literaturę rozumiał jako prowokację i walkę. Jerzy Stempowski był bardziej przewrotny, szukał przede wszystkich intelektualnych osobliwości. Bolesław Miciński był subtelniejszy, bardziej wrażliwy na odcień i dwuznaczność, przemilczenie i tym podobne. A najbardziej rozmaity był i wszechstronny, mniej na książkach skupiony, lecz na własnych doświadczeniach, bo też najmocniej zakochany w świecie? Zgadnąć nietrudno, Miłosz, oczywiście... A cóż powiedzieć o Lemie, który w swoich nieustannych „próbach” światy całe buduje i przenika?

Joanna Olech: Sprawdź, czy nie jesteś mugolem, czyli Harry Potter w Polsce

Łatwo byłoby poznęcać się nad książką, ale nie zamierzam wbijać gola do własnej bramki. Joanne Rowling gra w mojej drużynie – to jest w drużynie rodziców, którzy chcą, aby ich dzieci czytały. Na początek cokolwiek. Wierzę, że każda przeczytana dobrowolnie przez dziecko książka (także ta, która nie zasługuje na Nobla) przyczynia się do kształtowania nawyku czytania. Nałóg czytania, ten najszlachetniejszy z nałogów – neutralizuje smutne skutki panoszenia się tandety w naszym życiu duchowym. Jeżeli zgodzimy się co do tego, że czytanie jest lepsze od zabawek elektronicznych – spróbujmy zdyskontować sukces angielskiej pisarki i posłużyć się nim w interesie własnych dzieci. Stał się bowiem cud – dzieci zamęczają rodziców prośbami o kupno książki. Nie kolejnej gry komputerowej, nie kasety video... tym razem książki!


  Leszek Engelking: Autobiografia Eliški Hrabalowej

W roku 1933 ukazała się książka Gertrudy Stein „Autobiografia Alicji B. Toklas”. Jest to w istocie rzecz o samej amerykańskiej pisarce, rzeczywistej autorce tego utworu, opowiedziana z punktu widzenia jej przyjaciółki (nieomal jej „żony”), która przez cały czas prowadzi narrację. Mamy tu więc naprawdę do czynienia z autobiografią samej Stein. Ten sam chwyt stosuje Bohumil Hrabal w swojej trylogii autobiograficznej „Wesela w domu”.


  Łukasz Drewniak: „Wodze za nas myślą”

Mimo wyrażanych tu i ówdzie umiarkowanych zachwytów nad spektaklem „Spaghetti i miecz” ze Starego Teatru trzeba postawić sprawę jasno: to kolejne nieudane przedsięwzięcie tej potężnej niegdyś intelektualnie i artystycznie instytucji. Tym razem winowajców jest dwóch: jeden nazywa się Kazimierz Kutz, drugi to zespół aktorski. Wina obu jest niewspółmierna. Więcej narozrabiał zespól, ale zacznijmy od Kutza.

 


  RECENZJE Z NOWOŚCI KSIĄŻKOWYCH:

„Historia Europy Środkowo-Wschodniej” – dzieło pod redakcją prof. Jerzego Kłoczowskiego powstałe na zamówienie prestiżowej francuskiej serii historycznej „Nouvelle Clio” i jej naczelnego redaktora prof. Jeana Delumeau, znanego u nas z wielu prac, zwłaszcza zaś z dwuczęściowej monografii „Strachu w kulturze Zachodu”. Wersja polska ukazuje się dzięki wsparciu Fundacji Lanckorońskich oraz Komitetu Badań Naukowych.

Tom pierwszy zawiera pięć rozdziałów w układzie chronologicznym. Henryk Samsonowicz przedstawia historię Europy Środkowo-Wschodniej do początku XIV wieku, a Jerzy Kłoczowski – od XIV do XVII wieku. Daniel Beauvois – „Rzeczpospolitą polsko-litewską w XVIII wieku i pięć narodów na jej obszarach w wieku XIX”, Marie-Elizabeth Ducreux – „Czechy i Węgry w monarchii habsburskiej w XVIII-XIX wieku”, Piotr Wandycz – dzieje tej części Europy w wieku XX. W tomie drugim umieszczono artykuły problemowe związane z kluczowymi i kontrowersyjnymi zagadnieniami, które stanowią od lat przedmiot dyskusji historyków. Prof. Samsonowicz pisze o etnogenezie ludów Europy Środkowo-Wschodniej, gospodarce średniowiecznej na tym obszarze oraz miejscu zakonu krzyżackiego, Prus i Inflant w jego dziejach; prof. Kłoczowski – o unii polsko-litewskiej, unii brzeskiej i tolerancji w Rzplitej polsko-litewskiej; prof. Beauvois – o sporach historyków wokół Ukrainy-Rusi i relacji między szlachtą a inteligencją polską w XVIII i XIX wieku; prof. Wandycz – o odrodzeniu narodowym, nacjonalizmie i powstaniach w XIX i XX wieku, o XX-wiecznych problemach ustrojowych, lokalnych konfliktach, wojnie i „zbrojnym pokoju” lat 1945-1989; prof. Ducreux – o tożsamości Czechów, a Natalia Aleksiun – o odzwierciedleniu zagłady Żydów w historiografii środkowoeuropejskiej lat 1945-1998. W tomie drugim znalazła się także obszerna, licząca blisko 80 stron gęstego druku bibliografia.

Jerzy Kłoczowski, zarysowując we wprowadzeniu geograficzno-tematyczne ramy książki, podkreśla, że „ścisłe rozgraniczenie zakresów historyczno-geograficznych wobec bardzo skomplikowanej i zachodzącej niekiedy na siebie historii państw i narodów nie jest możliwe ani pożądane”. Jak bowiem traktować ziemie dawnych Inflant? Czy Estonia nie należy już do kręgu północnoeuropejskiego? A co w takim razie z Łotwą? Jakie jest miejsce Słowenii i habsburskich krajów austriackich? Narodowe punkty widzenia są przy tym nieraz tak rozbieżne, że uzgodnienie stanowisk wydaje się niemożliwe. Dlatego potrzebny jest maksymalny obiektywizm i wyjście poza perspektywę jednonarodową; spojrzenie porównawcze, szersze, europejskie.

Takie właśnie spojrzenie reprezentują autorzy. Dlatego z pewnością niejeden przytoczony przez nich fakt i niejedna konkluzja stanowić będzie nowość dla wielu polskich czytelników. Zdystansowane spojrzenie na własną przeszłość i spokojny nad nią namysł jest jednak wszystkim narodom „naszej Europy” niezbędny. Tylko wtedy spełnią się nadzieje wyrażone w książce przez prof. Wandycza: że z biegiem czasu ten doświadczony dramatyczną historią region „znormalnieje” i „dzieląc z resztą kontynentu wzloty i upadki, nie będzie się odróżniał od niego ani martyrologią, ani bohaterstwem”. (Wyd. Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000, s. 554+ 354. Mapy, indeksy. Tłumaczenie: Jan Maria Kłoczowski.)


   FELIETONY
:

Józefy Hennelowej, Małgorzaty Musierowicz, Ewy Szumańskiej, Andrzeja Dobosza, Michała Komara, Marcina Króla, Jana Miodka i Stanisława Musiała.

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49,

3 grudnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl