Komentarze

 

Jarosław Makowski Zło choć konieczne

Krzysztof Burnetko Ich ulice

Wojciech Pięciak AIDS: biskupia prowokacja
 

 

Zło choć konieczne

Wojna jest czymś nieuniknionym. I choć pokój – jak przekonywał Jan Paweł II wojskowych i policjantów, przebywających w minioną niedzielę w Rzymie, w ramach obchodów Wielkiego Jubileuszu – jest podstawowym prawem człowieka, to wojna ma, niestety, stałe miejsce w krajobrazie życia społecznego. Po okropnościach, jakich doświadczył wiek XX, i których negatywnymi symbolami są Auschwitz, Kołyma i Sarajewo wyzbyto się złudzeń, że można znaleźć trwałe i niepodważalne mechanizmy, raz na zawsze chroniące człowieka przed okropnościami konfliktów zbrojnych.

I nawet przynależność do najpotężniejszego sojuszu obronnego – jakim jest NATO – nie oznacza pełnego spokoju i bezpieczeństwa. Są sytuacje – takie jak wojna NATO z Jugosławią o Kosowo – w które trzeba się zaangażować, w imię wyższych wartości, do których należy prawo człowieka do życia i wolności, stawiane w tym wypadku ponad hasłem „nigdy więcej wojny!”.

Dla Papieża konflikty zbrojne są ostatecznością wobec niepowodzeń wysiłków politycznych. Dlatego zamiast mówić o wojnie, woli on używać określenia „ingerencja humanitarna”, stanowiące „ostateczną próbę, do której należy się uciec, aby powstrzymać rękę niesprawiedliwego agresora”. A uciekać się do interwencji zbrojnej należy, ilekroć łamane są prawa człowieka czy naruszane prawa mniejszości. Dlatego wojna, choć jest oczywistym złem, jest zarazem złem – czasem – koniecznym.

Jarosław Makowski

 

 

 

Ich ulice

Znane hasła “Jude raus!”, „Żydzi z Polski precz” i “Nasze ulice, nasze kamienice” można było w ubiegłym tygodniu usłyszeć na ulicach Katowic. Grupa około 400 skinów oraz działaczy Stronnictwa Narodowego i Organizacji Narodowo-Radykalnej z – a jakże – pochodniami przemaszerowała w Święto Niepodległości przez centrum miasta. Nikt ich nie niepokoił. Nie zareagował naczelnik wydziału spraw obywatelskich Urzędu Miasta w Katowicach, wysłany do obserwowania, czy manifestanci nie naruszają prawa i nie wykraczają poza zgłoszony cel demonstracji – a deklarowano, że będzie nim jedynie sprzeciw wobec przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Tymczasem wedle ustawy urzędnik ten miał możliwość – i obowiązek – nakazania w takim przypadku rozwiązania zgromadzenia. Nie zrobił tego i tłumaczył potem, że jego zdaniem manifestacja nie była faszystowska, a skandowane hasła miały co najwyżej “nacjonalistyczny” charakter.

Nie interweniowała też policja. Funkcjonariusze tłumaczą się tym, że przedstawiciele magistratu nie polecili im wkroczyć do akcji. Ale wzniecanie okrzyków nawołujących do nienawiści rasowej i publiczne znieważanie grupy narodowościowej jest w Polsce uznawane za przestępstwo, na które policja ma obowiązek reagować sama. Nie mówiąc o tym, że demonstrujący skini pobili fotoreportera Polskiej Agencji Prasowej i zabrali mu film – co też było powodem do interwencji bez oglądania się decyzje urzędników. Więcej: Urząd Ochrony Państwa uprzedzał policję, jaki charakter może przybrać zgromadzenie.

Brak reakcji urzędnika mógł mieć dwie przyczyny: albo w gruncie rzeczy nie przeszkadzały mu rasistowskie hasła (a więc solidaryzował się z wznoszącymi je narodowcami?), albo też bał się reakcji swoich przełożonych na decyzję o przerwaniu zgromadzenia (jeśli tak było, to widać, jaka jest orientacja katowickiego urzędu miasta i jaki panuje tam klimat). Zachowanie policji może z kolei dowodzić albo braku znajomości własnych kompetencji, albo – co bardziej prawdopodobne – także strachu: tym razem przed wmieszaniem się w przepychanki, uznane przez funkcjonariuszy za polityczne.

Pewne jest jedno: to nie obowiązujące w Polsce liberalne prawo o zgromadzeniach jest winne przejawom rasizmu i antysemityzmu na ulicach. Winni są ludzie, którzy nie potrafią bądź nie chcą zapewnić, aby było ono właściwie stosowane, tak po względem poszanowania praw obywateli, jak przestrzegania porządku w państwie.

Krzysztof Burnetko



AIDS: biskupia prowokacja

Biskupi Kościoła anglikańskiego z RPA, na czele z przewodniczącym arcybiskupem Njongonkulu Ndungane, postanowili poddać się dobrowolnie testowi na AIDS i zaapelowali do księży i wiernych, by szli ich śladem. Wydarzenie to niezwykłe w kraju, gdzie AIDS nadal jest tabu, także dla tamtejszych polityków, którzy profilaktykę zostawiają organizacjom społecznym, w tym Kościołom; gdzie zarażenie oznacza stygmatyzację, i gdzie zarazem liczba zarażonych HIV bije rekordy, nawet jak na warunki afrykańskie (dwie trzecie wszystkich zarażonych na świecie mieszka na południe od Sahary). Ale nigdzie, także nigdzie w Afryce, wirus nie rozprzestrzenia się tak, jak w RPA, gdzie choroba przybiera znamiona epidemii: codziennie zaraża się 2500 osób, gdy już dziś nosicielem jest co dziesiąty mieszkaniec (4,2 mln osób), przy czym w niektórych regionach liczba ta jest większa (w prowincji Kwazulu-Natal co trzecia kobieta w ciąży ma HIV). Oblicza się, że do 2010 r. w RPA umrze na AIDS 6 milionów ludzi. A że umierają głównie ci między 25 a 50 rokiem życia – w tym roku 150 tys. – AIDS rozsadza i tak wątłe struktury społeczne (masowość choroby uderza w budżet państwa, w gospodarkę, system socjalny, odstrasza inwestorów, sprzyja przestępczości). Anglikańscy biskupi postanowili więc dać przykład i przełamać milczenie – narażając się władzy, gdyż prezydent Thabo Mbeki do niedawna zaprzeczał rozmiarom epidemii, twierdząc, że tak wielka śmiertelność jest skutkiem powszechnej biedy, nie wirusa. Dopiero pod koniec października Mbeki przyznał to, co wiadomo od dawna: że AIDS to największe zagrożenie dla RPA.

Skala zachorowań na AIDS to wyzwanie także dla Kościołów wobec anglikanów siostrzanych. Dla wielu problematyczne jest tu zestawienie nauki Kościoła katolickiego z praktyką charytatywną. W tej drugiej sferze Kościół katolicki angażuje się ofiarnie w krajach Afryki; w pierwszej wielu działających tam katolików przeżywa dylemat. Pewien katolicki psychiatra i członek świeckiego zgromadzenia z Dar-es-Salaam w Tanzanii, autor broszury ostrzegającej przed AIDS i rozpowszechnianej w Kościołach lokalnych Afryki, rozwiązał go tak: AIDS, pisał, jest jak powódź; gdy powódź wzbiera, trzeba dotrzeć do jednej z łodzi ratunkowych. Łodzie te to: abstynencja, wierność, prezerwatywa. Najważniejsze nie jest, której z nich się użyje, bo tu ma się wybór, lecz to, by użyć jakiejkolwiek, choćby jednej.

Wojciech Pięciak

 

 



 

 

 

 

 

Nr 48, 

26 listopada 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl