W najnowszym numerze

 

On-line: Obraz tygodnia •  Kronika religijna •  Komentarze  


 

ROZMOWA „TYGODNIKA”

Męża stanu nie można traktować albo w kategorii wzorca cnót moralnych, albo wzorca skuteczności politycznej. Mąż stanu to polityk, który jest skuteczny w długim okresie – ma on bowiem poczucie odpowiedzialności nie tylko przed wyborcami, ale także przed historią” – uważa profesor BRONISŁAW GEREMEK, historyk i były minister spraw zagranicznych, z którym o polityce mijającego wieku, wartościach w niej obowiązujących i deficycie prawdziwych mężów stanu rozmawiają KRZYSZTOF BURNETKO i MAREK ZAJĄC.

 

 

KRAJ i ŚWIAT

MAGDALENA ŚRODA, profesor filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, pyta w eseju „Pochwała patriotycznego minimalizmu” – przy okazji niedawnych obchodów Święta Niepodległości – o istotę polskiego patriotyzmu dzisiaj:

Jaki sens ma dzisiaj pochwała militarnego bohaterstwa i pytanie o gotowość poświęcenia życia za Ojczyznę? Wspólnocie politycznej, jaką niemrawo się stajemy, potrzeba nie ducha walki, lecz zdrowego rozsądku, praworządności i elementarnej – choć nie tak spektakularnej: uczciwości”.

Przedstawiony projekt budżetu na pierwszy rzut oka wygląda wspaniale. Taki budżet należy jednak rozpatrywać jako »economical fiction«, a jego wykonanie, choć niewykluczone, wydaje się mało prawdopodobne” – tak kategorycznie twierdzi MICHAŁ ZIELIŃSKI, analizując podstawowe założenia tej kluczowej ustawy na rok 2001.

O nastrojach panujących w Kosowie, potencjalnych punktach zapalnych oraz wzajemnej podejrzliwości i braku zainteresowania ostatnimi wydarzeniami – obaleniem Miloszevicia i pierwszymi wolnymi wyborami lokalnymi w Kosowie – zarówno ze strony Belgradu, jak i kosowskich Albańczyków donosi z Prisztiny ANNA HUSARSKA:

Gdy po szturmie na parlament w Belgradzie Koštunica zwracał się do zgromadzonych, oskarżył Miloševcia o... prowadzenie proalbańskiej polityki i dodał, że gdyby Milošević wezwał Albańczyków do głosowania na niego, to masowo by tak uczynili”.

Panikę we Francji i Europie po wybuchu kolejnej, tym razem francuskiej epidemii „szalonych krów” i zagrożenia związane z chorobą Creutzfelda-Jakoba, także w Polsce, opisuje JACEK KUBIAK, biolog i pracownik uniwersytetu w Rennes we Francji:

Lekkomyślne dopuszczenie choćby minimalnych dawek mączki zwierzęcej w paszy dla bydła może bardzo utrudnić opanowanie epidemii. Ale czy nowy wstrząs spowoduje otrzeźwienie francuskiej klasy politycznej? A może jest już za późno i wszyscy cierpią na gąbczaste zwyrodnienie mózgu?”.



REPORTAŻ

Piotr Chudziński oprowadza po »królestwie« bezdomnych. Schronisko ma 53 miejsca: 13 pokoi, w każdym cztery łóżka. »Ale zimą trzeba dostawiać łóżka nawet na korytarzu, bywa bardzo ciasno. W razie potrzeby możemy przyjąć nawet sto osób” – słupskie schronisko dla bezdomnych im. Św. Brata Alberta przedstawia GRZEGORZ BORKOWSKI w reportażu „BEZDOMNOŚĆ NA WYBRZEŻU”.



  KULTURA

 
KONTRAPUNKT:
 Poezja: między piosenką a modlitwą


Żeromski, 75 lat później

75 lat temu w mieszkaniu na warszawskim Zamku zmarł Stefan Żeromski. „Po spokojnie spędzonej nocy – pisał Artur Hutnikiewicz – obudził się około godziny 11 i zadzwonił na domowników. Gdy na prośbę chorego, aby rozchylić zasłony, pani Anna stojąc na wysokim parapecie zamkowego okna mocowała się ze storą, zanim zdołała to uczynić, usłyszała jęk i westchnienie. Śmierć nastąpiła gwałtownie, na anewryzm serca”.

Już w parę godzin później „począł się formować długi korowód, zdążający do skromnego mieszkania na drugim piętrze pod basztą, w oficynie zamkowej”. Cztery dni później, 23 listopada, odbył się pogrzeb na koszt państwa: „Przy dźwiękach marsza żałobnego Chopina kondukt pogrzebowy zdążał Placem Zamkowym, ulicą Senatorską, Placem Teatralnym, Elektoralną, Chłodną, wśród błotnistych wybojów warszawskiego przedmieścia aż na cmentarz przy ulicy Młynarskiej. Młodzi poeci – Lechoń, Wierzyński, Iwaszkiewicz, nieśli odznaczenia zmarłego. Wzdłuż całej trasy orszaku pogrzebowego trzymała szpaler młodzież szkół powszechnych, średnich i wyższych. A za nią – tłumy”.

Twórczość Żeromskiego budziła gwałtowne emocje, zachwyt i sprzeciw. „Przedwiośnie” – niemal na gorąco podjęta próba diagnozy świeżo odzyskanej niepodległości – wywołała falę ataków ze strony prawicy. Z kolei teksty takie jak „Snobizm i postęp” czy „Na probostwie w Wyszkowie” jeszcze po kilkudziesięciu latach okazywały się niestrawne dla PRL-owskiej cenzury.

A dzisiaj? Kilka miesięcy temu Sejm przyjął uchwałę o uroczystym uczczeniu 75 rocznicy śmierci Władysława Reymonta i uznał rok 2000 za „rok Reymontowski”. O „roku Żeromskiego” jakoś nie było słychać. Stąd pomysł ankiety, zawierającej trzy pytania:

1. Czy któreś z zasadniczych przesłań twórczości i postawy Żeromskiego zachowało swoją moc?

2. Czy inteligencji polskiej potrzebny jest dzisiaj pisarz typu Żeromskiego?

3. Czy czeka Pan/Pani na nowe „Przedwiośnie”, a jeśli tak – kto byłby kandydatem na autora takiej powieści?

W tym numerze „TP” publikujemy głosy:

Stefana Chwina

„Z Żeromskim miałem ten kłopot, że z Żeromskiego była moja Matka. W Powstaniu ratowała rannych jako sanitariuszka – tak Polaków, jak Niemców – wierzyła bowiem głęboko, że człowiekowi cierpiącemu nie można nie pomóc. W latach pokoju jako pielęgniarka robiła zastrzyki wszystkim, którzy tego potrzebowali i na dodatek wstydziła się wziąć za to nawet jedną złotówkę. Wszystko robiła z czystej potrzeby serca. Siłaczka Żeromskiego to była przy mojej Matce pestka.”

Henryka Markiewicza

„Czy czekam na nowe „Przedwiośnie”? Powieść ta ma wiele znakomitych fragmentów, zwłaszcza rozdziały o Nawłoci, w całości jednak nie jest – jak mi się wydaje – osiągnięciem artystycznym wysokiej klasy. Znaczenie swoje zawdzięczała przede wszystkim odwadze zawartych tu diagnoz i prognoz społeczno-politycznych, a także temu, że wypowiadał je pisarz o autorytecie tak wielkim jak Żeromski. Dziś w diagnozach i prognozach tego rodzaju zastępuje powieści ambitna publicystyka (jakiej w czasach „Przedwiośnia” było mało), a przede wszystkim reportaż (którego wtedy w ogóle nie było), twórcy zaś o autorytecie Żeromskiego nie ma. W ogóle zresztą wśród pisarzy obecnie czynnych nie znajduję nikogo, kto by chciał i mógł taką powieść napisać.”

Andrzeja Romanowskiego

„Myśląc nad zasadniczym przesłaniem twórczości Stefana Żeromskiego, zastanawiam się nad tą właśnie sceną: nad zachodzącą w niej konfrontacją ludzi minionego czasu z następcami – czy to nieudolnie kontynuującymi, czy wręcz negującymi ich dzieło. I dochodzę do wniosku: sprawa polska była zawsze dla Żeromskiego „sprawą przegraną”. Przecież nie tylko wtedy, gdy chodziło o bitwę pod Cecorą, rabację galicyjską, powstanie styczniowe, czy rewolucję 1905 roku. Przegraną musiała stać się Polska Niepodległa, skoro nie była w stanie sprostać wymaganiom stawianym niegdyś przez Krzemińskiego, Abramowskiego i Bohusza. „Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei!” – krzyczy do Gajowca Baryka – „U nas nie powinno być niżej, nie tak samo, lecz wyżej!” Nigdy może te słowa nie brzmiały tak dobitnie jak dziś – wobec sponiewieranego dziedzictwa Solidarności.”

Andrzeja Wajdy

„Czy inteligencji polskiej potrzebny jest dzisiaj pisarz typu Żeromskiego? Tak, na pewno tak! O co walczyliśmy? O wolność również dla polskiego artysty i pisarza. Niech się zagłębia w sobie, niech tworzy literaturę ze słów, a nie wyłącznie z idei. Ale kiedy polskie kino zanurzyło się niemal całkowicie w marginesie społecznym i tam znalazło swój temat, wolność pozwoliła zrobić również taki film jak „Pan Tadeusz”, na który przyszło sześć i pół miliona widzów. Czego się nikt nie spodziewał po naszych czasach, w których – jak sądziliśmy – odrzucono tradycję, przeszłość i wzory ze szkolnych lektur. Być może więc czytelnik czeka dziś na taką powieść o współczesności jak „Przedwiośnie”. Niestety jego rola ogranicza się do wyczekiwania.”

 

 

Jerzy Pomianowski: Celnik z Drohobycza – o Brunonie Schulzu

„Niech egzegeci powiedzą, czy Schulzowi potrzebna była taka wiara dla uzasadnienia jego olśniewających wizji. Niech nie zarzucają mu też więcej, że nie bronił w swoich książkach żadnej wiary politycznej. Wystarczy, że nasz nauczyciel z Drohobycza dba w swoim dziele o podstawową funkcję społeczną sztuki: narzuca chaosowi przypadkowych i bezsensownych zjawisk porządek doskonałych zdań, dających czytelnikowi poczucie, że mamy przynajmniej możność szukania w świecie urody i sensu.”

Anita Piotrowska: Opowieść o kobiecie z szafy, czyli o nowym filmie Jana Jakuba Kolskiego

„Programowy minimalizm »Daleko od okna«, który miał być filmowym ekwiwalentem lapidarnej prozy Hanny Krall, staje się niestety efektem, celem samym w sobie.”

Jan Błoński: Sienkiewicz, niestety

„Pytano kiedyś mądrego Francuza, kto jest największy z nadsekwańskich poetów? Odpowiedź brzmiała: Wiktor Hugo, niestety... Czy nie podobnie z powieściopisarzem, który poruszył miliony? Czy więc nie był w polskiej prozie największy? Chyba był, niestety.”

Jacek Podsiadło: Czas wszystko zmienia

„Jak na poetę, jestem dość popularny i może mógłbym sporządzić własny formularz do rozesłania po wydawnictwach. »Jaki nakład wchodzi w rachubę?« »Ile mogą państwo zapłacić?«, W którym talk-show mogą państwo zapewnić mi występ? (telewizje regionalne nie wchodzą w rachubę)«”.


Recenzje nowości wydawniczych

Wisława Szymborska: Poczta literacka, czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem

„Miła Pani, pomysłów nie kupujemy ani nie sprzedajemy. Nie pośredniczymy również w kupnie i sprzedaży. Raz tylko, z dobrego serca i całkiem bezinteresownie, usiłowaliśmy podsunąć znajomemu pomysł na powieść – o kupcu, który wysadził się w powietrze. Znajomy jednak uznał pomysł za ekstrawagancki i oświadczył, że nic się z tego nie da zrobić. Od tego czasu jesteśmy zrażeni”.

To lapidarne streszczenie „Lalki” znalazło się w jednej z wielu odpowiedzi, jakich Wisława Szymborska udzieliła na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” korespondentom marzącym o pisarskiej karierze. „Pocztę literacką” prowadziła na zmianę z Włodzimierzem Maciągiem. Aby się od niego odróżnić, a jednocześnie nie ujawnić swej tożsamości – była jedyną kobietą w zespole pisma – używała dumnie brzmiącej pierwszej osoby liczby mnogiej.

Teksty „Poczty”, wygrzebane teraz w starych rocznikach nie istniejącego już tygodnika i ułożone przez Teresę Walas, złożyły się na książeczkę niezwykle zabawną, a przy tym wewnętrznie spójną. Szymborska nie mogłaby się jej wyprzeć: humor, zdystansowany sposób widzenia świata, niechęć do nieokiełznanej emocjonalności i stylistycznego banału, przywiązanie do solidności w pisarskim rzemiośle („przy okazji przypominam, że Czechow przepisywał swoje rzeczy po siedem razy, a Tomasz Mann robił pięć korekt”), podkreślanie wagi konkretu – wszystko to przecież obecne jest w jej własnej twórczości, a klimat „Poczty” spokrewnia ją blisko z „Lekturami nadobowiązkowymi”.

„Więcej w tej »Poczcie« zabawy niż wartości dydaktycznych” – mówi dziś poetka. To nie do końca prawda. Zabawa jest oczywiście przednia, Szymborska bywała dla korespondencyjnych partnerów okrutna, zamykając czasem swą radę w bezlitosnym aforyzmie, śmiesznym pewnie dla wszystkich prócz adresata („Opowiadanie może od biedy nie mieć początku ani zakończenia, środek jednak wydaje się konieczny”; „Niech Pani spróbuje kochać się prozą”), zwykle jednak odpowiedzi zawierają jakiś ważny element sztuki pisania. „Temat przychodzi najłatwiej, sam dla siebie nie stanowi żadnej wartości literackiej – czytamy w odpowiedzi początkującej autorce. – Staje się nią, jeżeli zostanie umieszczony w jakiejś rzeczywistości psychologicznej i obyczajowej, jeśli będzie udokumentowany obserwacją i doświadczeniem autora. W opowiadaniu Pani wszystko jest byle jakie i ledwie zamarkowane: jakieś miasteczko, jakaś dziewczyna, jakiś mężczyzna. W sercu dziewczyny mieszają się »różne sprzeczne uczucia«, mężczyzna »zamyka jej usta pocałunkiem«... Tak można pisać, ale tak pisać nie trzeba”.

Surowa wobec nieudolnych pierwocin (choć zastrzega przy tym: „Jak pamiętam, nikogo nie nazwałam w »Poczcie« grafomanem. Starałam się raczej kierować tę pisarską nadpobudliwość na inne tory”), Szymborska z dystansu i nie bez autoironii obserwuje też własną rolę doradczyni czy sędziego. Widać to we fragmencie cytowanym tu na początku oraz w umieszczonych na końcu książki odpowiedziach-apokryfach: dla Safony, Lukrecjusza, Tacyta, Szekspira... Zwłaszcza zaś w odpowiedzi dla jednego z ulubionych pisarzy samej poetki, Michela de Montaigne: „»Próby« Pańskie składają się z zawiłych popisów erudycyjnych i chaotycznych rozważań na luźne tematy. Nie ma w nich cienia kompozycji, nie mówiąc już o chwalebnej tendencji do zwięzłości. Dlaczego nie spróbuje Pan fraszek, które są doskonałym ćwiczeniem myślowego skrótu? Dzisiejszy czytelnik jest nerwowy, woli formy krótkie i w miarę możności do śmiechu. Rozmiar Pańskich dywagacji wyprowadza z równowagi”...

Antoni Szymborski: Burzliwe obroty fortuny. Mój pamiętnik (1831–1881)

„Siedzę w pałacu, składającym się z pokoi 10 parterowych i 12 piętrowych, na suterynach, samotnie, zajmując z tych wszystkich jeden pokój najdogodniejszy, jaki w wydzieleniu został mi naznaczony (...) Wieczory zimowe i święta to prawdziwe męki do rozwiązania nawału myśli. Postanowiłem sobie wolny czas od pracy i nudnie spędzane godziny wieczorne poświęcić wspomnieniom przeszłości lat młodych, wrażeń, widzeń, obcowań z ludźmi i charakterów, zmiennych w kolejach zwykłych życia ludzkiego”.

Pisząc te słowa pod koniec 1879 roku w Duchnicach pod Pruszkowem Antoni Szymborski miał za sobą 48 lat burzliwego, barwnego, ale niezbyt szczęśliwego życia. „Od 17 roku życia – mówi jego wnuczka Wisława – kiedy uciekł z domu do powstania wielkopolskiego, jego udziałem stała się bezustanna tułaczka, bezdomność i pogoń za okazją do wojowania”. „Wysadzony z siodła”, bez własnego majątku, w Duchnicach był tylko rządcą i z goryczą odnotowuje upokorzenia, jakie z tym stanowiskiem się wiązały. Nie miał w dodatku rodziny, bowiem poślubiona kilka lat wcześniej żona odeszła, zabierając małego synka. I właśnie dla synka, Antoniego Szymborskiego, przeznaczał swoje wspomnienia. „Nie mam Ci nic więcej do pozostawienia – pisał – więc też tylko pozostawiam tobie w spuściźnie przeszłość od wieków przetrzymaną niesplamionego imienia...”. Rękopis przechował się na pawlaczu mieszkania państwa Szymborskich, fragment poświęcony powstaniu styczniowemu opublikowało kiedyś „Życie Literackie”, całość ukazuje się po raz pierwszy.

Historia życia Antoniego Szymborskiego przypomina powieść historyczno-przygodową z dużymi walorami dydaktycznymi. Mamy tu trzy powstania: wielkopolskie, węgierskie i styczniowe, wędrówki po Europie i podróż za ocean, aż po złotonośne pola Kalifornii, niewolę pruską i więzienie w warszawskiej Cytadeli. Wśród bohaterów pojawiają się Józef Bem i Marian Langiewicz. Dowiedzieć się możemy u źródła – zauważa we wstępie Stefan Bratkowski – „co czuł i jak myślał, jak sobie w epoce Wiosny Ludów radził żywy, z krwi i kości polski siedemnastolatek ze zubożałej rodziny szlacheckiej, który jednak później straty powstańcze, swoich padłych w boju podkomendnych, określi nowym już mianem; »inteligencji«”. Urodzony żołnierz, drażliwy na punkcie swego honoru, jest zarazem samokrytyczny, nie próbuje budować sobie pośmiertnego pomnika, a przyczyn życiowych porażek doszukuje się we własnych błędach.

Szymborski obdarzony był przy tym niepoślednim darem obserwacji. Zostawiając nawet na boku batalistykę i cały „węzeł polski”, można długo wynotowywać jego uwagi o ludziach i miejscach, jak tę o Turynie: „Miasto ładne i duże, z wystawami, pod którymi pełno włoskich próżniaków przepędza noce, za centa kupi makaronu, żyje cały dzień, a stara się tylko o to, aby mógł być wieczorem w teatrze”. Albo zachwyty nad amerykańską przyrodą: „Lasy kaktusowe z rozmaitych gatunków olbrzymiego wzrostu, na których pełno kolibrów, tak że olbrzymi kaktus zdawał się jednym kwiatem poruszającym się”. I potem zabawnie dziś brzmiąca notatka: „Po sześciotygodniowej wędrówce przybyliśmy do San Francisco, zbudowanego z chat ziemnych lub też z drzewa, niezgrabnie stawianych”.

Ostatnim epizodem zaoceanicznej podróży będzie dla Szymborskiego pobyt nad Niagarą. Opisze go, splatając w jedno relację skrupulatnego naturalisty, zachwyt nad przyrodniczym fenomenem przeradzający się w niemal mistyczne uniesienie – i obserwacje socjologiczne. Kilka godzin spędza medytując nad swoim życiem w altanie na wystającej skale. „Byłem przykuty do ławki bez odwrócenia ócz od lecącej wody. Tak się cała wielkość świata rozbije o stałość wiekową, od stworzenia jego” – filozofuje podróżnik. Wcześniej jednak nie omieszka odnotować obecności „spekulantów z kioskami na wypoczynek, z kawiarniami dla zasilenia podróżnych”. I sprzedawców oferujących owoce, zwłaszcza zaś „ananasy pożywne tak wybornego smaku, że chęć była ciągłego użycia”, bardzo jednak nad wodospadem drogie – po dolarze za sztukę...



  Dodatek Książki w „Tygodniku”



   FELIETONY
:

Józefy Hennelowej, Andrzeja Dobosza,
  Michała Komara
i Stanisława Musiała.

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48,

26 listopada 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl