Komentarze

 

Klaus Bachmann Do Unii szybciej lub lepiej – byle razem

Janusz A. Majcherek Zasłużony, choć zadłużony

Wojciech Pięciak Niemcy się rozbrajają, niestety
 

 

Do Unii szybciej lub lepiej – byle razem

Rząd się cieszy, że raport Komisji Europejskiej o postępach Polski na dro dze do członkostwa w Unii Europejskiej wypadł tak dobrze. Słusznie: kasandryczne zapowiedzi po rozpadzie koalicji AWS-UW, że teraz Polska może zostać pominięta w pierwszym etapie rozszerzenia Unii, były nieuzasadnione. Rząd jest wprawdzie mniejszościowy, a partie za nim stojące zajęte głównie sobą, lecz dostosowanie polskiego prawa do prawa unijnego przebiega sprawniej niż zakładano. Nie jest to jednak wyłącznie sukces rządu, lecz skutek szerokiej zgody w tej sprawie, od SLD po ZChN.

Ale przysłowie mówi, że sukces ma wielu ojców, tylko do klęski nikt nie chce się przyznać. Warto o tym pamiętać za rok lub półtora, gdy rokowania – zgodnie z nową strategią, którą zaproponowała Komisja Europejska – wejdą w najostrzejszą fazę. Opinia publiczna w Polsce chyba nie zdaje sobie sprawy, jak wąski jest margines, który mają negocjatorzy krajów kandydujących. W przypadku Polski jest on szczególnie mały, ponieważ Polska od początku stawiała na konkretny termin: rok 2003. Przy tak napiętym harmonogramie, który rysuje się na przyszły i 2002 rok, Polska prędzej czy później stanie przed wyborem, czy negocjować dłużej i wywalczyć więcej, ale za to poświęcić datę, czy też poddać się i wcześniej wejść do Unii. Sprawy dla Unii najważniejsze, czyli wszystko, co dużo kosztuje (dopłaty bezpośrednie dla rolników, udział w funduszach strukturalnych, sprawy budżetowe) mają być negocjowane na końcu i – z punktu widzenia Polski – pod presją czasu. Proces rozszerzenia od początku był tak zorganizowany, by maksymalnie ograniczyć pole manewru kandydujących. Wyścig między kandydatami, ciągłe oceny przez Komisję, biurokratyczne procedury dostosowawcze, od których uzależniano pomoc przedakcesyjną – wszystko robiło swoje.

Następny polski rząd, prawdopodobnie zdominowany przez SLD, będzie więc zmuszony do rezygnacji z wielu pozycji zbudowanych przez obecny gabinet. Pokusa, aby go wtedy okrzyczeć „zdrajcą interesów narodowych” będzie wielka, zwłaszcza dla przyszłej, zapewne wewnętrznie skłóconej, opozycji prawicowej. Dlatego byłoby dobrze, gdyby obecne porozumienie ponad podziałami przetrwało wybory do Sejmu – bo mimo dobrej pogody, którą zapowiada tegoroczny raport Komisji Europejskiej, na horyzoncie widać już chmury.

Klaus Bachmann

 

 

 

Zasłużony, choć zadłużony

Bankructwo koncernu Daewoo oznacza upadek jednego z największych (według niektórych źródeł – największego) inwestora zagranicznego w Polsce. Może to pogorszyć wewnętrzny klimat inwestycyjny, polityczny i społeczny stosunek do obcego kapitału, a także zniechęcić zewnętrznych inwestorów. Dlatego też niefortunna jest choćby zbieżność informacji o upadłości Daewoo z wiadomością o wycofaniu się brytyjsko-holenderskiego koncernu Corus z planów zakupu Huty Katowice.

Fabryki Daewoo mają znaczący udział w produkcji polskiego przemysłu: spółka Daewoo-FSO z Żerania zajęła w ub. roku siódme miejsce na liście największych polskich przedsiębiorstw, koncern zatrudnia w polskich zakładach ponad 20 tys. pracowników, a wraz z kooperantami pracuje dla niego ok. 55 tys. ludzi. Bankructwo właściciela i kontrahenta tylu fabryk musi się odbić i w tej mierze na sytuacji gospodarczej kraju.

Koreański bankrut działa głównie w branży motoryzacyjnej, przeżywającej w tym roku na polskim rynku gwałtowne załamanie (możliwy jest spadek sprzedaży aż o 30 proc.) Choć marka Daewoo w ciągu ledwie kilku lat wdarła się na szczyt najpopularniejszych w Polsce, za granicą nie odnosi takich sukcesów. Trudno będzie jej więc liczyć na powetowanie strat w eksporcie. Na dodatek, główny – czy właściwie – jedyny kandydat do przejęcia bankruta – konsorcjum General Motors i Fiata – ma już w Polsce fabryki, produkujące konkurencyjne modele samochodów we wszystkich klasach. Może zatem nie być zainteresowane utrzymaniem wytwórni dotychczasowego rywala.

Losy Daewoo mają dla polskiej gospodarki takie znaczenie, że uzasadnione było wysłanie w sprawie koncernu specjalnej delegacji rządowej do Korei. Tyle że, jak wiadomo, nic ona nie wskórała. Pozostaje liczyć jedynie na... zagraniczny kapitał, który doceni pozycję marki Daewoo w Polsce oraz wysoki potencjał technologiczny fabryk noszących ten szyld. Nie zapominajmy, że gdyby Koreańczycy nie przejęli kilka lat temu Żerania i innych przedsiębiorstw, dawno by one nie istniały. Na ówczesnego producenta polonezów i wytwórnie czarno-białych telewizorów trudno byłoby znaleźć amatorów, tak jak dziś na polskie huty. Powinniśmy pamiętać, że dzięki inwestycjom Daewoo jesteśmy już na innym poziomie technologicznym i ekonomicznym. Może to złagodzi nieco pretensje i frustracje wywołane bankructwem.

Janusz A. Majcherek



Niemcy się rozbrajają, niestety

Dopóki po 1990 r. Niemcy pozostawały w NATO krajem „granicznym”, Bundeswehra miała dwa cele: gotowość do obrony przed tradycyjnym zagrożeniem oraz do udziału w nowych operacjach zaprowadzania pokoju, jak w Bośni. Teraz to się zmienia: celem zaczynającej się reformy ma być uczynienie z Bundeswehry armii mniejszej, ale bardziej mobilnej, nastawionej na operacje poza NATO. Na drugi plan spadnie obrona tradycyjna. Dlatego największe cięcia obejmą wojska lądowe: z 21 brygad zmechanizowanych (czołgów i piechoty) zostanie 10, czyli z 240 tys. około 138 tys. żołnierzy. To minimum, poniżej którego Niemcy zejść nie mogą, chcąc wypełnić zobowiązania w NATO. Także wobec Polski, której bezpośrednim sąsiadem w Sojuszu jest Bundeswehra i siły USA w Niemczech. W razie zagrożenia to armia niemiecka – posiadając dziś więcej czołgów niż pozostałe europejskie armie NATO razem wzięte – ma dać Polsce pierwsze wsparcie w sile 33 tys. żołnierzy, dotąd równowartość dwóch dywizji. Powstaje więc pytanie, jak będzie wyglądać ów polski aspekt niemieckich zobowiązań, skoro dywizje Bundeswehry będą mniejsze o jedną trzecią? Czy 14. Dywizja Grenadierów z Neubrandenburga – zmniejszona po reformie do dwóch brygad zamiast trzech – potrafi skutecznie funkcjonować w szczecińskim korpusie, który w razie kryzysu ma prowadzić także „wysuniętą obronę” Polski? I czy zredukowana radykalnie (liczebnie i materiałowo) Bundeswehra, inwestująca w nowy sprzęt mniej niż Polska (oczywiście nie nominalnie, ale w porównaniu wydatków do produktu krajowego brutto) będzie w ogóle w stanie spełnić zobowiązania, wynikające z kluczowej przecież roli Niemiec w NATO? Czyli: jak wszystko to wpłynie na wspólne bezpieczeństwo?

To prawda, że podobne reformy prowadzą dziś wszystkie niemal armie europejskie, także krajów neutralnych. Ale jeśli również Bundeswehra tak radykalnie odmieni swój charakter, ograniczając do minimum gotowość do obrony tradycyjnej – niektórzy komentatorzy mówią wręcz o tworzeniu tej armii na nowo – to przyszli partnerzy w Unii Europejskiej nie powinni oczekiwać, że Polska włączy się aktywnie w budowanie tzw. europejskiej tożsamości obronnej. Jako kraj „graniczny”, postawiony wobec redukcji w armiach NATO (poza amerykańską), Polska nie może pozwolić sobie na coś podobnego. Problem to także finansowy i polityczny, bo sytuacja może zmusić wojsko polskie do utrzymania tradycyjnych sił, kosztem innych reform i zachowania poboru jako źródła rezerw.

Wojciech Pięciak

 

 



 

 

 

 

 

Nr 47, 

19 listopada 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl