Komentarze

 

Marek Edelman, Jacek Kuroń Siła społecznej presji

Krzysztof Burnetko Minister idzie w zaparte

Wojciech Pięciak „Małżeństwa homoseksualne”: tolerancja czy uprzywilejowanie?
 


 

Siła społecznej presji

Przed paroma miesiącami rozpoczęliśmy społeczną akcję o uwolnienie Flory Broviny. W grudniu 1999 r. jugosłowiański sąd skazał tę albańską lekarkę (i poetkę) na 12 lat więzienia. Oskarżano ją o terroryzm i współpracę z Wyzwoleńczą Armią Kosowa. Rzeczywistym powodem uwięzienia było to, że w czasie wojny serbsko-kosowskiej niosła pomoc rannym z obu stron frontu i leczyła zarówno serbskie, jak albańskie dzieci. Walczyliśmy o jej zwolnienie, bo lekarz, który pomimo presji zachowuje się zgodnie z przysięgą Hipokratesa, jest człowiekiem prawego charakteru i wysokiej próby.

Przez pół roku z Polski wysłano do władz Jugosławii 12 tys. listów z żądaniem wypuszczenia Broviny z więzienia. W Stanach Zjednoczonych podobny apel podpisały tysiące osób – m.in. wielu znanych intelektualistów oraz rektorzy najbardziej prestiżowych uniwersytetów. Przeciw represjonowaniu lekarki, która zachowała się tak, jak powinien zachować się lekarz, protestowały Towarzystwa Pediatryczne Francji, Danii, Szwecji oraz Izby Lekarskie z wielu krajów europejskich. To nieustanny nacisk społeczny spowodował, że w sprawie Flory Broviny interweniowali u władz serbskich premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, przedstawiciele Departamentu Stanu USA, prezydent Francji Jacques Chirac, przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi oraz niemiecki minister spraw zagranicznych Joschka Fischer.

W efekcie tych działań 1 listopada, już za nowych rządów w Belgradzie, Flora Brovina odzyskała wolność. Dziękujemy wszystkim, którzy się do tego przyczynili. W serbskich więzieniach przebywa jednak nadal z powodów politycznych ok. 950 Albańczyków oraz wielu Serbów, którzy sprzeciwiali się reżimowi Slobodana Miloszevicia. O amnestii zaś jak dotąd nie słychać. Uwolnienie Flory Broviny jest zwycięstwem akcji społecznego nacisku. Ale trzeba prowadzić ją dalej.

Marek Edelman, Jacek Kuroń

 

 

 

 

Minister idzie w zaparte

Szef resortu sprawiedliwości, komentując ucieczkę z wadowickiego aresztu Ryszarda Niemczyka, podejrzanego o zabójstwo domniemanego szefa gangu pruszkowskiego Andrzeja K., zastosował starą metodę zwaną pójściem w zaparte”. Dotąd kwestionował tezę o zagrożeniach związanych z przepełnieniem więzień, które siłą rzeczy ułatwia ucieczki. Nadal więc nie przyjmuje, przynajmniej na użytek publiczny, do wiadomości, że jeśli strażnik ma do pilnowania większą liczbę osadzonych, to trudniej mu zauważyć, czy aby ktoś nie podpiłowuje siatki na spacerniaku albo nie przenosi grypsów z planem ucieczki.

Lech Kaczyński poszedł też w zaparte w innej sprawie. Najpierw zasugerował, że wie o podejrzanych (choćby tylko moralnie) kontaktach polskich polityków z ludźmi powiązanymi ze zorganizowaną przestępczością. Przyciśnięty do muru (także przez premiera) wycofał się, tłumacząc – m. in. w “Kropce nad i” Moniki Olejnik w TVN – że nie może ujawnić tych informacji. Przeszkodą ma być wedle ministra... polskie prawo. Powołał się tu na regulacje dotyczące ochrony dobrego imienia każdego obywatela. Ale w tym samym programie nie miał oporów przed określeniem mianem gangstera człowieka, w którego domu policja przeprowadziła kiedyś rewizję, podejrzewając go o związki z mafią. Kłopot w tym, że jak na razie niczego mu nie udowodniono... Ba, sam minister przyznał, że w komputerze domniemanego przestępcy nie znaleziono – wbrew doniesieniom mediów – żadnych śladów kryminalnych powiązań ze światem polityki.

Prawnik i szef resortu sprawiedliwości powinien wiedzieć, że przynajmniej w oficjalnych wypowiedziach trzeba rozróżniać między osobą, o której związkach z przestępcami można tylko domniemywać, osobą o takie związki podejrzaną (tu wyznacznikiem jest konkretna czynność procesowa: przedstawienie zarzutu) i wreszcie oskarżonym (miano to dotyczy tych, wobec których wniesiono zarzut do sądu), uznanym za winnego czy skazanym. Nie są to jedynie językowe rozróżnienia – w praktyce przekładają się bowiem na przysługujący danej osobie zasób praw i obowiązków.

Nie mówiąc o tym, że poważnemu politykowi nie przystoi nazywać swoich krytyków “frontem obrony przestępców”...

Krzysztof Burnetko





„Małżeństwa” homoseksualne:
   tolerancja czy uprzywilejowanie?

„Nie jesteśmy zacofanymi dziwakami. Sto lat temu większość myślała tak, jak my. Nie my się zmieniamy, lecz świat” – tak zwykli mawiać członkowie amerykańskiej społeczności amiszów, znanych z trwania przy niezmiennej od stuleci tradycji oraz z rygoryzmu obyczajowego. Istotnie, świat się zmienia. I choć nam – żonatym heteroseksualistom – nie grozi los amiszów, to zmienia się sporo. 30 lat temu na Zachodzie pojęcie niedyskryminowania homoseksualistów oznaczało ich nieprześladowanie, czyli starą dobrą tolerancję. Dziś w języku środowisk gejowskich brak dyskryminacji tożsamy jest z „tolerancją plus”: przyznaniem gejom i lesbijkom przywilejów, zrównujących status ich związków z heteroseksualnymi. Po Danii (1989 rok), Norwegii (1993), Szwecji (1995), Islandii (1996), Holandii i Belgii (1998) i Francji (1999) w kolejnych krajach pod naciskiem środowisk gejowskich instytucjonalizuje się takie związki (Francuzi mówią: „homo mariage”). Kilka tygodni temu Holandia zezwoliła parom homoseksualnym na adopcję; kilka dni temu rząd Szwajcarii przyjął projekt nadania specjalnego stasusu prawnego parom homoseksualnym (z wyłączeniem adopcji); za kilka dni rząd Niemiec skieruje do parlamentu pakiet ustaw, ustanawiających homoseksualne „zarejestrowane partnerstwo”, równe rodzinie.

Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy „małżeństw homoseksualnych”, nie chodzi tu o dostosowanie prawa do zmieniającej się sytuacji społecznej i „nowych tożsamości seksualnych”. We Francji po wprowadzeniu „paktu solidarności” zarejestrowano kilkadziesiąt tysięcy takich związków, z tego część homoseksualnych – zaledwie, bo może ćwierć procenta wszystkich legalnych związków, wliczając kilkanaście milionów rodzin. Marginesowym zjawiskiem zarejestrowane homoseksualne partnerstwa są też w krajach nordyckich: w pierwszych ośmiu latach funkcjonowania tego prawa w Danii zawarto 2200 takich związków, po Norwegii w cztery lata – 520, w Szwecji w sześć lat – 620. Czy można więc mówić o palącej potrzebie społecznej, czy raczej o uprzywilejowaniu jednej wąskiej grupy?

Jeśli w wolnym kraju para dorosłych tej samej płci chce wspólnie żyć, to z prawnego punktu widzenia jest to ich sprawa; także Kościoły, krytykując taką praktykę, odwołują się do wolności człowieka, nie do sankcji państwa. Tacy dorośli ludzie mogą u notariusza zawrzeć prywatną umowę regulującą istotne kwestie ich związku, spisać testament, udzielić pełnomocnictw itd. „Małżeństwa homoseksualne” służą w pierwszym rzędzie nie zabezpieczaniu partnera, lecz usankcjonowaniu takiego stylu życia. Spór o nie to także spór o kształt współczesnej kultury. Ich legalizacja podważa – w imię autonomicznego wyboru jednostki – dotychczasowe regulacje społeczne, w tym rolę rodziny, która jest przecież nie jednym z wielu stylów życia, lecz także istotną instytucją społeczną.

Wojciech Pięciak

 

 



 

 

 

 

 

Nr 46, 

12 listopada 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl