Komentarze

 

Klaus Bachmann Jak pomóc Daewoo

Janusz Okrzesik Parki, czyli prywatny folwark

Krzysztof Burnetko Cena za złe administrowanie
Wojciech Pięciak I szlachetny i wątpliwy

 


 

Jak pomóc Daewoo

Południowokoreański koncern Daewoo wpadł w kłopoty, które spowodowały przerwanie niektórych inwestycji w Polsce i zapowiedź zwolnień w polskich fabrykach. I to w sytuacji, gdy od kilku miesięcy popyt na nowe samochody i tak spada. Związkowcy z „Solidarności” zgłosili więc pomysł, by państwo z powrotem przejęło strategiczny pakiet akcji „Daewoo Polska” i zapobiegło zwolnieniom. Pomysł to chwytliwy, ale niemożliwy do wykonania, nie tylko z braku środków w budżecie. Nawet gdyby środki były, renacjonalizacja Daewoo nie pomogłaby w niczym nikomu. Nowy-stary właściciel musiałby dokończyć inwestycje – czyli nie tylko wyłożyć pieniądze na wykup akcji, ale też dać fabrykom dodatkowy zastrzyk. Inaczej straty wzrosłyby, a później trzeba by zwolnić jeszcze więcej ludzi. A odpowiedź na pytanie, czy państwo poruszałoby się na rynku samochodowym lepiej niż prywatny właściciel, jest znana: przecież dlatego FSO została sprywatyzowana. Obdarowanie państwowego lub prywatnego FSO/Daewoo ulgami celnymi i podatkowymi też mogłoby się źle skończyć, gdyż Polskę obowiązują od lat unijne przepisy o pomocy państwa dla przedsiębiorstw i jedyna pomoc, którą UE dopuszcza, to doraźne i jednorazowe dotacje. Co prawda polskie rządy długo przepisy te ignorowały, ale czy mogą sobie na to pozwolić, gdy negocjacje z Unią zbliżają się do najgorętszej fazy?

Wszystko to przykre, nie tylko ze względu na Bogu ducha winnych pracowników Daewoo, ale też dlatego, że ostatnie prognozy pokazują, iż za dwa lata popyt na nowe samochody w Polsce znów zacznie rosnąć. Gdyby nie chwilowy dołek Daewoo, Koreańczycy mogliby być może zwiększyć swój udział w rynku. Jednorazowa pomoc państwa miałaby więc sens i mogłaby się później zwrócić w postaci podatków. Dziś jedyna nadzieja w tym, że albo jakiś silniejszy koncern przejmie cały Daewoo (jak zamierzał to zrobić General Motors), albo taki inwestor przyjdzie do Polski i kupi polskie fabryki Daewoo. Szukanie takiego inwestora to w tej chwili najważniejsze zadanie rządu – a nie wykupywanie zagrożonej zamknięciem fabryki.

Klaus Bachmann

 

 

 

 

Parki, czyli prywatny folwark

W końcowej fazie prac parlamentarnych znajduje się nowelizacja ustawy o ochronie przyrody. Środowisko miłośników przyrody czeka na nią od dawna, wiążąc z nią nadzieje na większą skuteczność działań w zakresie ochrony terenów i gatunków szczególnie cennych przyrodniczo. Niektóre z tych nadziei zostały spełnione. Ale przy okazji okazało się, ile interesów (prywatnych i lokalnych) stoi w kolizji z ochroną przyrody – i jak mocno te interesy, a raczej interesiki są reprezentowane w parlamencie. Oto większość posłów i senatorów uznała, że gminy powinny mieć prawo weta wobec decyzji rządu o utworzeniu parku narodowego czy rezerwatu. Jego stworzenie będzie wymagać zgody każdej z gmin, na której terenie znajdowałby się choćby kawałek terenu chronionego. Czytelnikom pozostawiam odpowiedź na pytanie, czy gdyby w przeszłości stosowano podobne reguły, powstałby Park Białowieski lub Tatrzański? I czy w przyszłości powstanie choć jeden nowy park narodowy, skoro mając w ręce tak skuteczny instrument szantażu, samorząd będzie mógł w nieskończoność eskalować żądania finansowe (jak to już dzieje się w Białowieży)?

Jeszcze ciekawsze refleksje budzi prześledzenie losów poprawki, zakładającej kadencyjność dyrektorów parków narodowych. Tego kuriozalnego pomysłu nie było w projekcie rządowym, nie poparto go w Senacie ani w odpowiedniej komisji, ani w ministerstwie środowiska. Mimo to poparcie dla tego wniosku znalazło się na anonimowej ściągawce rozdawanej senatorom AWS przed głosowaniem. Mając większość w Senacie, AWS przeforsowała ten zapis – i tak staliśmy się świadkami spektaklu, w którym dla załatwienia porachunków z dyrektorem TPN Wojciechem Gąsienicą-Byrcynem senatorowie AWS zdecydowali się na ingerencję w ustawę i upolitycznienie parków narodowych (bo kadencyjność oznacza uzależnienie od politycznych koniunktur).

Z ochroną przyrody jak z drzewem: gdy z podniesioną głową patrzy się na drzewo, widać jego piękno. Jeśli na to samo drzewo patrzy się z nosem przy ziemi, widać tylko kolejną przeszkodę do pokonania.

Janusz Okrzesik





Cena za złe administrowanie

Ponad 2 mln zł może kosztować Skarb Państwa decyzja wojewody bielskiego z 1996 r., wstrzymująca budowę centrum handlowego “Maja”, które miało stanąć w sąsiedztwie byłego obozu w Oświęcimiu. Taką sumę przyznał sąd właścicielowi spółki, która uzyskała pozwolenie na rozpoczęcie inwestycji, lecz musiała wstrzymać prace, gdy po protestach środowisk żydowskich władze administracyjne uznały, iż działalność wielkiego obiektu handlowo-rozrywkowego obok KL Auschwitz może naruszać powagę tego miejsca oraz ranić uczucia byłych więźniów i ich rodzin.

Werdykt sądu wzbudzi zapewne protesty. Jedni będą oburzeni, że wskutek (spowodowanego niefrasobliwością? głupotą? brakiem wrażliwości? a może jeszcze innymi przyczynami) błędu urzędnika, który wydał zgodę na lokalizację supermarketu, szef “Mai” zarobił kosztem podatników. Inni – zwłaszcza spośród obywateli Oświęcimia – stwierdzą, że po tylu latach nie można aż takiej wagi przywiązywać do historii, uzależniać od niej rozwoju miasta i komfortu życia jego mieszkańców. Będą i tacy, którzy podniosą krzyk, że sędziowie (a wcześniej wojewoda) ulegli presji Żydów. W rzeczywistości werdykt sądu dowodzi jednego: że w Polsce nawet w tak drażliwych sprawach można wywalczyć respektowanie standardów tzw. przyzwoitego administrowania. Bo jednym z nich jest reguła, że jeśli administracja ma możliwość uchylenia w każdym czasie każdej decyzji (o ile ta była od początku obciążona błędem nieważności), to równocześnie obywatel musi mieć prawo do odszkodowania za straty, jakie poniósł w wyniku urzędniczego błędu. Ryzyko błędnej oceny czy nieprawidłowej interpretacji prawa zawsze bowiem spoczywa na urzędzie, a nie na obywatelu (jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy on sam ponosi winę za spowodowanie wadliwości decyzji, wprowadzając w błąd urzędnika, używając groźby itp.). A inną kwestią jest samo ustalenie wysokości rekompensaty (winna ona obejmować rzeczywiście poniesione straty, nie zaś spodziewany zysk) czy też wyciągnięcie konsekwencji wobec urzędnika.

Krzysztof Burnetko




I szlachetny i wątpliwy

Trudno kwestionować akcję społeczną, która odwołując się do tego, co w człowieku szlachetne, uruchamia odruch dobrej woli, i której efektem jest realna pomoc. Taką akcją stał się apel „Gazety Wyborczej”, by polskie społeczeństwo zebrało 60 tys. złotych (równowartość 30 tys. marek) na odszkodowanie dla sześciorga dorosłych dziś dzieci tych obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku w 1939 r., którzy polegli w walce – i którym rząd RFN odmówił odszkodowań właśnie dlatego, że ich ojcowie zginęli w boju (a nie padli ofiarą mordu sądowego, jak 38 rozstrzelanych pocztowców, których rodziny odszkodowanie otrzymają). Odpowiedź na apel „GW” była natychmiastowa: w kilka dni zebrano nie 60 tys., ale 150 tys. zł., a oprócz kilku firm, które zadeklarowały duże wpłaty, napływają „wzruszające deklaracje niewielkich wpłat od osób prywatnych” (jak czytamy w „Wyborczej”).

Jednak apel budzi wątpliwości, i nie chodzi nawet o to, że dziwną jest sytuacja, w której Polacy mają zbierać na ofiary Hitlera (zauważyła to zresztą sama „Wyborcza”, pisząc, że pieniądze te to forma „wdzięczności”). Otóż, być może mimowolnie, gazeta dotknęła problemu poważniejszego i boleśniejszego: kwestii zadośćuczynienia dla poszkodowanych przez wojnę i jej skutki po 1945 r. Spadkobiercy pocztowców mają szczęście, choć bardziej oczywiste byłoby, gdyby to państwo polskie wypłaciło im świadczenia (np. Niemcy mają system rent dla swych obywateli, uznanych za „ofiary wojny”; Polska jest na to za biedna). Symbolicznym gestem będą też świadczenia, które Niemcy wypłacą robotnikom przymusowym. Tak więc dla setek tysięcy sprawa ta nigdy nie będzie rozwiązana, podobnie jak nigdy nie będzie sprawiedliwego – nie w sensie prawa, ale ludzkiego poczucia sprawiedliwości – zadośćuczynienia za komunizm (o jednej z takich zwyczajnych rodzin, poszkodowanej przez oba systemy, opowiada tekst na stronie 8). Najszlachetniejsza nawet zbiórka pieniędzy pozostanie kroplą, która kilkorgu pomoże, ale u wielu innych rozbudzić może na nowo albo uczucie goryczy, albo roszczenia.

Wojciech Pięciak



 

 

 

 

 

Nr 45, 

5 listopada 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl