Komentarze

 

Wojciech Adamiecki Nie ma pokoju pod oliwkami
Marek Orzechowski W poprzek Unii?
Andrzej Romanowski z Wilna Powrót Brazauskasa

 

 

 

Nie ma pokoju pod oliwkami

Sytuacja, w której tak wielką rolę odgrywają emocje, wzajemne uprzedzenia, postawy religijne przesycone ideologią, od pokoleń zakodowana w umysłach nieufność – taka sytuacja trudno poddaje się racjonalnej analizie. Przypuszczenia, co z niej może wyniknąć, wydają się być bliższe proroctwom niż logicznym przewidywaniom. I tylko tyle można powiedzieć o kolejnym załamaniu się procesu pokojowego. Załamaniu, ale jednak nie przekreśleniu. Jak się wydaje, Bliski Wschód ma bowiem w znacznie większym stopniu niż inne rejony świata to do siebie, iż nie ma takiego gestu, któremu nie można by zaprzeczyć, takiej obelgi, której nie można by wymazać komplementem, takiego dramatu, nad którym nie można by przejść do porządku dziennego. I to stosunkowo szybko.

Najnowsze dramatyczne starcia palestyńsko-izraelskie dowodzą przede wszystkim ogromnie wysokiego poziomu frustracji ludności Autonomii Palestyńskiej, a zwłaszcza wśród jej młodego pokolenia, a po stronie izraelskiej – determinacji do prowadzenia polityki faktów dokonanych i niewygasającego poczucia zagrożenia. I zapewne to właśnie sprawia, iż tak łatwa jest po obu stronach manipulacja nastrojami społecznymi. Zwłaszcza, gdy oba społeczeństwa na poziomie tzw. prostego człowieka właściwie nic o sobie nawzajem nie wiedzą, mają głębokie poczucie wzajemnej obcości, krzywdy, zagrożenia.

Można się zastanawiać, czy premier Ehud Barak postąpił rozsądnie, gdy zapowiedział właściwie w trakcie negocjacji pokojowych rewolucyjną zmianę w Izraelu, polegającą na zdecydowanym oddzieleniu religii od państwa, czyli zmianie status quo istniejącego od 50 lat. Pozbawiło go to poparcia partii religijnych i ułatwiło zadanie ciosu przez prawicowy Likud: szef Likudu, gen. Szaron wiedział co robi, wybierając się na Wzgórze Świątynne, co stało się początkiem tragicznych zamieszek.

Można też pytać jakie były intencje Josera Arafata, gdy w Camp David i później tak zdecydowanie odrzucił proponowany przez Baraka kompromis dotyczycący wschodniej Jerozolimy i Wzgórza Świątynnego. Ewentualny powrót do tego kompromisu, jeśli to w ogóle możliwe, będzie niesłychanie trudny. A jednak jest to chyba jedyne wyjście.

Co dalej? Intensywne interwencje mocarstw w Jerozolimie i Autonomii, zapewne stopniowe opadanie wojowniczych nastrojów, próby mediacji i dość długa zima w procesie pokojowym. A potem jeszcze trudniejsze negocjacje.

Być może budowanie pokoju na Bliskim Wschodzie powinno zacząć się od szkół po obu stronach? Od obrazków, na których nie byłoby uzbrojonych po zęby żandarmów.

Wojciech Adamiecki

 

 

 

 

W poprzek Unii?

Ostatni kryzys paliwowy przestraszył zachodnią Europę, a Komisja Europejska tym razem zareagowała szybko: przygotowała katalog posunięć, które mają uodpornić „Piętnastkę” na kolejne zawirowania z ropą. Przewiduje się więc rozwój alternatywnych źródeł energii i redukcję zużycia. Program zakłada także rozwój współpracy z Rosją: jej celem ma być podwojenie dostaw nośników energii z Rosji i uzyskanie w ten sposób większej niezależności od krajów arabskich. Rosja z Unią nie graniczy, więc transport ropy czy gazu musi odbywać się tranzytem. Dróg jest wiele. Projekty nowych rurociągów omijają Ukrainę, a częściowo także Polskę – na wypadek, gdybyśmy się upierali, że bez udziału Ukrainy nie pozwolimy kłaść rur u siebie. Ale tego Unia się nie obawia; w razie konieczności rurociąg po prostu Polskę ominie.

Czy to znaczy, że Unia bardziej lubi Rosję od Ukrainy? Unia lubi przede wszystkim siebie. Zachód szacuje, że na Ukrainie kradnie się rocznie 7-10 mld metrów sześć. gazu; stacje odbiorcze w krajach Unii notorycznie skarżą się na niskie ciśnienie w rurach. Amerykańscy prokuratorzy zarzucają eks-premierowi Ukrainy Łazarence, że miliony dolarów przywłaszczonych z kradzieży rosyjskiego gazu usiłował wyprać na Zachodzie (w 80 bankach, przy pomocy 560 fikcyjnych firm). Informacji takich Bruksela nie ignoruje, gdyż przez Ukrainę biegnie 90 proc. gazu, który państwa UE importują z Rosji. Jest mało prawdopodobne, by Bruksela zgodziła się dalej tolerować kryzysową sytuację wokół rurociągów, dzięki którym chce zabezpieczyć się przed kaprysami gdzie indziej. Polskie racje nie mają tu nic do rzeczy. Unia zawsze (a my nie?) wybierze energię tańszą od droższej i drogi przejezdne od zablokowanych protestami.

Unia zabiega o strategiczną gwarancję dla rozwoju gospodarczego i poziomu życia, co wymaga nośników energii. Polska nie powinna mieć złudzeń: nasza zachwalana funkcja „pomostu” między Zachodem a Wschodem może doznać uszczerbku, jeśli staniemy w poprzek podstawowych interesów Unii. Most do Rosji zbudowany zostanie gdzie indziej, zaś Unia po raz kolejny nie zrozumie, o co nam tak naprawdę chodziło. Ostatni kryzys paliwowy przestraszył Unię. A nas nie?

Marek Orzechowski




Powrót Brazauskasa

Nie ma jeszcze oficjalnych wyników wyborów parlamentarnych na Litwie i wiele mogą zmienić rezultaty w okręgach jednomandatowych. Pewne jednak było jedno: społeczna determinacja w odsunięciu od władzy konserwatystów. Nic nie pomogły publiczne przeprosiny Vitautasa Lansbergisa za „niedobre cechy swego charakteru”. Konserwatyści są powszechnie oskarżani o doprowadzania do gospodarczej ruiny kraju, o prymat ideologicznego antykomunizmu nad racją stanu państwa. Dziś, w powyborczy ranek, litewskie radio donosi, że konserwatyści otrzymali tylko 8 proc. poparcia wraz z ośmioma, jak dotąd, miejscami w 141-osobowym Sejmie. Będą więc najsłabszą siłą w parlamencie, co zresztą jest i tak sukcesem, bo według sondaży mogli mieć kłopoty z przekroczeniem 5-cio procentowego progu.

Triumfatorką wyborów jest natomiast koalicja socjaldemokratyczna Algirdasa Brazauskasa, poparta przez 31,5 proc. obywateli i mająca, jak dotąd, 38 mandatów. Były prezydent (a wcześniej pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Litwy, który wyprowadził swą partię ze struktur KPZR) wrócił tym samym po trzyletniej przerwie do polityki i niewątpliwie zostanie teraz premierem. Lecz przecież nawet on nie będzie w stanie utworzyć rządu samodzielnie – jest skazany na koalicję z socjal-liberałami (Nowy Związek) Arturasa Paulauskasa. Socjal-liberałowie uzyskali wprawdzie poparcie nieco niższe niż oczekiwano (19 proc. i prawdopodobnie 19 miejsc w Sejmie), ale są i tak drugą siłą polityczną w kraju. Niemal równie mocna okazała się jednak partia liberałów: 17 proc. poparcia zapewniło im już teraz 19 miejsc w Sejmie, a były premier (i obecny mer Wilna) Rolandas Paksas – niewątpliwie najpopularniejszy dziś litewski polityk – zostanie zapewne marszałkiem Sejmu.

Przyzwyczailiśmy się już, że kolejne wybory litewskie wytyczają kierunek przemian w całej Europie Środkowej. Tak było w roku 1992 z powrotem do władzy postkomunistów oraz w roku 1996 z wyborczym triumfem prawicy. Dziś znowu się wydaje, że Litwa poruszyła kamyk, który wywoła lawinę. Bo oto rysuje się już litewski krajobraz po bitwie: główne partie zbiegające się w szerokie spektrum politycznego centrum, zmarginalizowana prawica oraz odchodzące w przeszłość czarno-białe formułki ideologicznego antykomunizmu.

Andrzej Romanowski

(Wilno)





 

 

 

 

 

Nr 42, 

15 października 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl