Komentarze

 

Marek Orzechowski W głowach, jeszcze nie w sercach
Klaus Bachmann Umowa rolna: sygnał polityczny
Wojciech Pięciak Na urodziny Republiki Berlińskiej

Ks. Adam Boniecki „Ruch”: nadzieja na zmiany

 

 

W głowach, jeszcze nie w sercach

W pierwszym w Unii Europejskiej referendum na temat wspólnej waluty, większość Duńczyków opowiedziała się za własnym pieniądzem. Najbardziej ambitny program integracji doznał bolesnej psychologicznej porażki. Spodziewając się podobnych wyników, pomysł referendum w sprawie euro odrzuciły wcześniej inne kraje – i do dziś elity polityczne konfrontowane są tam z zarzutem, że wspólny pieniądz wprowadzają nad głowami społeczeństw. Po duńskim „nie” unia walutowa tym bardziej pozostanie „projektem elit”, a stosunek zwykłych obywateli do euro zapewne długo jeszcze będzie ostrożny. Nad duńskim sprzeciwem można ubolewać, jeśli jest się euroentuzjastą – albo zacierać ręce, jeśli jest się eurosceptykiem. Dla pierwszych duńska klęska oznaczać może wzmocnienie wysiłków w stronę integracji skuteczniejszej; drugim odwrotnie, dostarcza argumentów przeciw. Prawda leży jak zwykle pośrodku. Europa – być może na szczęście – nie pokonuje „schodów” integracji w wojskowym szyku. Każdy integruje się w tempie, które uzna za stosowne. Istotną rolę odgrywają faktycznie elity, na które tym bardziej spada odpowiedzialność za brak skuteczności w przekazywaniu walorów dalszej integracji. Ale rację bytu mają też wątpliwości, których nie wolno zbywać wzruszeniem ramion, lecz wyjaśniać, w cierpliwej i mozolnej pracy. Tymczasem w reakcjach Komisji Europejskiej i ministrów finansów strefy euro na duńskie „nie” pojawiły się też akcenty niepokojące. Padły zdawkowe słowa o respektowaniu decyzji Duńczyków, ale głośniej wypowiadano zapewnienia, że ich głos nie będzie mieć na nic wpływu. A to brak szacunku dla małego narodu i lekceważenie instytucji referendum, jeśli jego wynik jest dla elit niekorzystny. Duńczyków jest tylko pięć milionów, ale i oni tworzą Europę. Deficyty brukselskiej biurokracji widać w takich reakcjach na nieprzyjemne dla niej zdarzenia.

Nie tylko w Danii, także gdzie indziej, euro zagościło już wprawdzie w głowach, ale jeszcze nie w sercach. Czy nie jest podobnie z tak ważnym dla Polski procesem poszerzenia Unii na wschód?

Marek Orzechowski

 

 

 

 

Umowa rolna: synał polityczny

Atmosfera była uroczysta i doniosła, kiedy w ubiegłym tygodniu przedstawiciele Unii Europejskiej i Polski podpisywali umowę o wolnym handlu towarami rolnymi. Teraz polscy rolnicy zwiększą eksport do UE i szybciej się zrestrukturyzują, unijni rolnicy będą więcej eksportować do Polski, a spadek cen żywności pomoże zmniejszyć inflację. Gdy umowa wejdzie w życie – co stanie się zapewne od nowego roku – na trzy czwarte handlu między Polską a Unią nie będzie już ceł ani dotacji eksportowych, a na wiele produktów nie będzie nawet kontyngentów importowych.

Mimo to zbytni entuzjazm nie jest uzasadniony. Po pierwsze, unijni rolnicy mają przewagę nad polskimi przez dotacje bezpośrednie, które ich polscy koledzy mogą wyrównać jedynie niższą robocizną. Po drugie, rolnictwo unijne zachowuje dotacje eksportowe przy dostawach do krajów trzecich (np. b. ZSRR) i tam dotowana produkcja unijna nadal będzie skutecznie konkurować z niedotowaną polską. Po trzecie, unijne rolnictwo ma lepszy marketing i łatwiejszy dostęp do rynku niż polscy rolnicy (a niemal wszystkie prognozy z ostatnich lat przewidują, że Polska jeszcze przez kilka lat po przystąpieniu do Unii będzie importerem netto żywności). Po czwarte, Unia zachowuje szereg możliwości ograniczania polskiego eksportu do krajów UE, np. pod pozorem niespełnienia standardów sanitarnych. Warszawa może oczywiście odpowiedzieć tym samym, ale nie zmienia to faktu, że Polska jest dla Unii rynkiem znacznie mniej ważnym niż Unia dla Polski. To się nie zmieni do chwili, gdy Polska wejdzie do UE.

Umowa jest krokiem w tym kierunku. Przede wszystkim jest jednak politycznym sygnałem, że Polska przestała być „głównym hamulcowym” negocjacji. A tak była ostatnio postrzegana w Budapeszcie, stolicach bałtyckich i Lublanie. Tamtejsi dyplomaci nieoficjalnie wskazywali palcem na polskich negocjatorów, którzy mieli mniej „odrobionych” rozdziałów negocjacyjnych i nie chcieli liberalizować swego handlu rolnego z Unią, podczas gdy dziewięć innych państw już stosowne umowy podpisało. Inni kandydaci obawiali się więc, że Unia każe im czekać na gotowość Polski ze względów geopolitycznych, i że polskie kłopoty z rolnictwem opóźnią rozszerzenie. Teraz przynajmniej ten ostatni argument odpada. Jeśli Unia każe Polsce czekać, to z innych powodów.

Klaus Bachmann



Na urodziny Republiki Berlińskiej

Chyba jest coś w twierdzeniu – należącym do żelaznego zestawu „skrzydlatych słów” niemieckiej skrajnej prawicy – że Niemcy są „narodowymi masochistami”. Albo, ujmując kwestię oględniej, że gdy o historii mowa, są notorycznie krytyczni. I tak oto dziesiąte urodziny zjednoczonych Niemiec stanęły pod znakiem zażartego sporu rodem z czasów „zimnej wojny” o to, kto w Niemczech Zachodnich przed rokiem 1989/90 pamiętał o perspektywie zjednoczenia, kto zapomniał, kto w roku 1990 zjednoczenia chciał, a kto je kontestował. Oczywiście rację ma ekskanclerz Kohl, gdy wypomina lewicowym adwersarzom, że przed 1989 r. pogodzili się z podziałem Niemiec, że w 1990 r. lider SPD Oskar Lafontaine wołał, że zamiast z NRD woli jednoczyć się z Francją, a premier Dolnej Saksonii, niejaki Gerhard Schröder, na polecenie Lafontaine’a próbował blokować w izbie wyższej parlamentu układ o unii walutowej RFN-NRD. To prawda: gdyby kanclerzem był w 1990 r. Lafontaine, historia potoczyłaby się inaczej. Tak jak prawdą jest, że przed 1989 r. również wielu chadeków dochodziło do podobnego wniosku na temat jedności co lewica; z tą różnicą, że była to akceptacja status quo, bez typowej tu dla lewicy ideologii.

Wiele spośród niemieckich dyskusji historycznych lat 1990-2000 było w istocie sporami o teraźniejszość. Ten spór taki nie jest: z tego, kto co myślał 10 lat temu, niewiele wynika dla zrozumienia współczesności. Istota przemian w Niemczech ostatniej dekady polega i na tym, że „Republika Berlińska” – choć jest kontynuacją Niemiec sprzed 1990 r. – to nowa jakość. Że np. to zbliżone do chadecji środowisko dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” stało się w latach 90. jednym z głównych ośrodków poparcia dla budowy w Berlinie Pomnika Holocaustu. I że to lewica (SPD i Zieloni) poprowadziła wiosną 1999 Niemcy na wojnę, legitymizując udział w niej historią. I że to ludzie lewicy sięgają dziś bez kompleksów po takie 10 lat temu skrajnie dla nich podejrzane pojęcia – znaczące zarazem coś innego niż pół wieku temu – jak „naród niemiecki”, „duma narodowa” czy nawet „patriotyzm”.

Wojciech Pięciak



„Ruch”: nadzieja na zmiany

Zmiany w „Ruchu” napawają nadzieją. W tych dniach zmieniono skład rady nadzorczej, a nowa rada odwołała prezesa i wiceprezesa. Powodem miało być tworzenie spółek zależnych bez uzgodnienia ze Skarbem Państwa i inne nadużycia, a także brak reakcji rady na krytyczną ocenę pracy zarządu.

Nowe władze to szansa na uzdrowienie sytuacji. Nasze nadzieje odnoszą się jednak do spraw niższego lotu. Dla nas, zwykłych klientów, jest istotne, aby wreszcie ustało coraz dokuczliwsze wykorzystywanie przez „Ruch” dominacji na rynku (jak podała prasa: 60 proc. rynku dystrybucji prasy, 32 tys. kiosków, 9 milionów kupujących dziennie). „Ruch” coraz bardziej centralizował wszelkie, nawet najdrobniejsze decyzje, doprowadzając do surrealistycznych sytuacji, typowych dla „epoki minionej”. Beztrosko wymyślał coraz to nowe obciążenia finansowe dla partnerów, dokonując np. reinterpretacji umów w sposób sprzeczny z dotychczasową praktyką. Zarząd Izby Wydawców Prasy oraz blisko 20 wydawców zaprotestowało w lipcu br. przeciw najbardziej niepojętym i dokuczliwym poczynaniom „Ruchu”. Nie przytaczam ich, bo ufam, że to rozdział zamknięty. Oby przyszłość okazała się lepsza.

Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

Nr 41, 

8 października 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl