Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Łaska nie dla każdego
Ks. Adam Boniecki Lubelski Kongres
Ignacy Rutkiewicz Jawność po polsku

 

 

Łaska nie dla każdego

Teoretycy prawa karnego są zgodni: prawo łaski musi być środkiem o charakterze wyjątkowym, oznacza bowiem ingerencję władzy wykonawczej (zwykle głowy państwa) lub ustawodawczej (parlamentu) w niezawisłe i już ostateczne decyzje władzy sądowniczej. I choć należy do najstarszych instytucji prawa, to jest też krytykowane – bo podważa autorytet sądów i narusza zasadę równości wobec prawa. Niezależnie bowiem od tego, jak organ władny ułaskawić prawomocnie skazanego umotywowałby swą decyzję, zawsze powstaną podejrzenia, że służyła ona jego interesom: zdobyciu poklasku, uchronieniu od kary powiązanego z nim przestępcy albo walce z pozycją sądów. Przeciwnicy sprowadzają zatem prawo łaski do samowoli i źródła przywilejów. Zwolennicy podnoszą, że instytucja ta jest konieczna – ze względu na omylność sędziów i zawodność procedur odwoławczych, i jako zwykły wymóg humanitaryzmu.

W ubiegłym tygodniu dotarły do nas wiadomości o rozpoczęciu przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego postępowania o ułaskawienie w dwóch kontrowersyjnych sprawach: Mariana Zagórnego (skazanego za wysypywanie importowanego do Polski zboża podczas protestów rolniczych) oraz Mirosława Stajszczaka (skazanego za próbę przekupstwa oficera Urzędu Ochrony Państwa, a podejrzewanego o przestępstwa gospodarcze). Naturalnie: prezydent ma obowiązek wszcząć procedurę o ułaskawienie, jeśli tylko otrzyma taką prośbę i nie oznacza to, że do ułaskawienia dojdzie. Tzw. procedura prezydencka zastosowana wobec Stajszczaka nie jest niczym nagannym (skoro ustawodawca zdecydował się przyznać prezydentowi prawo łaski, trudno wymagać, by musiał on decyzję uzależniać od zdania sądu). Oba przypadki są jednak kontrowersyjne i wzbudziły stare zastrzeżenia: o chęć przypodobania się elektoratowi chłopskiemu (Zagórny) i o tolerancję dla osoby postrzeganej jako bliska obozowi prezydenta. Aleksander Kwaśniewski nie powinien do takich sytuacji dopuszczać.

I jeszcze jedno: przy okazji okazało się, że od początku kadencji do 31 grudnia 1999 r. (a więc w ciągu 4 lat) prezydent ułaskawił 2881 skazanych. Spora liczba korzystających z tego wyjątkowego środka prawnego świadczy bądź o słabości polskich sądów, bądź o nadzwyczajnej łagodności głowy państwa. Na pewno nie świadczy dobrze o stanie państwa.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

Lubelski Kongres

Mówiono, że takiego wydarzenia jak Kongres Kultury Chrześcijańskiej na KUL-u od lat nie widziano w murach tej uczelni. W ponad pięćdziesięciu wystąpieniach mówiono o problemach, które rzeczywiście trapią dzisiaj chrześcijan. Nie było abstrakcyjnych dywagacji, podejmowano sprawy trudne i nie unikano tematów “delikatnych”. Styl Kongresu: zaraz na początku Leszek Kołakowski pokazał jak nas, Kościół, widzi z zewnątrz on, który naprawdę rozumie Kościół, chociaż z nim się nie identyfikuje. To dla niektórych uczestników było, jak pokazała dyskusja (i oklaski części sali), nie do wytrzymania. Podobnych sytuacji było więcej i to także jest zasługą Kongresu. W większości jednak przyszli ci, których nazwiska prelegentów pociągały. Trzy dni intensywnej pracy intelektualnej przyciągnęły ponad pięciuset ludzi, głównie młodych. Jeszcze w niedzielę wieczór sale, w których odbywały się panele, nie mogły pomieścić uczestników. Wymowny był udział młodych spoza Polski (sporo z krajów byłego Związku Radzieckiego). Wymowna też była nieobecność niektórych zaproszonych. Imprezy towarzyszące Kongresowi (dysputa teologiczna u Dominikanów, Scena Plastyczna KUL, spotkanie chrześcijan i Żydów w Bramie Grodzkiej, najnowszy film Krzysztofa Zanussiego) wpisały się w klimat Kongresu. Msze św. za dusze ks. Tischnera, Herlinga i Herberta, z homiliami kard. Macharskiego i abpa Życińskiego, pokazały, co to jest “Kościół otwarty”. Sukces Kongresu świadczy, jak wielkie jest oczekiwanie na to, że Kościół przemówi ludzkim głosem, że bez lęku podejmie trudne pytania naszego czasu, że spotka się z innymi.

Ks. Adam Boniecki 

 

 

Jawność po polsku

Wreszcie stało się. Procedura parlamentarna została rozpoczęta. W lipcu wpłynęły do Sejmu dwa projekty ustaw mających urzeczywistnić konstytucyjny zapis o prawie obywateli do informacji publicznych. Dopiero 13 września znalazły się na porządku dziennym posiedzenia plenarnego i skierowano je do komisji. Przedstawiciele strony rządowej i opozycji byli zgodni: to warunek sprawnie działającego państwa prawa i walki z korupcją.

Projekt przedstawiony przez pos. Wawryniewicza (AWS) jest tym samym, o którym pisałem dwukrotnie (,,TP” z 19.03 i 26.06.br.) jako rezultacie kilkuletniej pracy Centrum im. Adama Smitha. Określa on już nie prawo, lecz tryb uzyskiwania informacji o instytucjach państwowych i samorządowych, łącznie z wglądem do dokumentów, o majątku i wydatkach publicznych oraz o osobach pełniących funkcje publiczne. Drugi z projektów, złożony w Sejmie parę tygodni później, a przedstawiony przez pos. Wujca (UW), określa warunki lobbyingu oraz kryteria jawności procesu podejmowania decyzji przez organa władzy. Na uwagę zasługuje zbieżność obu projektów w jeszcze jednym punkcie: informacje publiczne byłyby dostępne także w biuletynie internetowym.

Należy mieć nadzieję, że posłowie i senatorowie nie ulegną pokusie licytowania, który z projektów jest lepszy, i z tej materii wykroją dwie ustawy: jedną o charakterze fundamentalnym, a drugą regulującą ważny, ale węższy obszar życia publicznego. I że będą świadomi szczególnej pilności zadania – tak by jego finał nastąpił jeszcze w tej kadencji parlamentu.

Ignacy Rutkiewicz

 

 

 

Nr 39, 

24 września 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl