Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Triumf bez nadziei
s. Małgorzata Chmielewska Pytania o bezdomnych
Wojciech Bonowicz Nie boję się, gdy ciemno jest

 

 

Triumf bez nadziei

Sąd lustracyjny z godnością wybrnął z politycznej pułapki i prawnego kuriozum w postaci możliwości umorzenia postępowania, gdy brak wystarczających materiałów do stwierdzenia, czy osoba, której oświadczenie o współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL jest weryfikowane, kłamie czy też nie. Tak w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego, jak Lecha Wałęsy, sędziowie uznali, że jeśli współpracy nie można udowodnić ponad wszelką wątpliwość, to jedynym uczciwym rozwiązaniem jest uznanie lustrowanych za niewinnych. Odwołali się też do definicji współpracy zaproponowanej przez Trybunał Konstytucyjny, wedle której deklaracja współpracy czy zarejestrowanie kogoś przez służby specjalne jako agenta nie wystarcza – by uznać lustrowanego za agenta potrzebne są bowiem dowody na to, że współpraca była świadoma i rzeczywiście do niej doszło. Co równie ważne, uwzględnili też – jak się zdaje – realia czasów PRL oraz metody stosowane przez SB.

Mimo to nie ma się co łudzić. Oba werdykty będą podważane. Już są – dowodem choćby wymyślone przez niektóre gazety tytuły w stylu „uniewinniony dzięki SB-kom”. Tyle że dotąd akurat tym pismom i innym bezkrytycznym zwolennikom lustracji jakoś nie przeszkadzało, że kluczowymi dowodami w procesach lustracyjnych mogą być właśnie funkcjonariusze bezpieczeństwa. Dowodem też reakcja rzeczników interesu publicznego – pełniący funkcję oskarżycielską sędziowie Nizieński i Kauba w obu przypadkach wnieśli o umorzenie postępowania nie bacząc na to, że musieli wiedzieć, że negują tym samym klasyczną w prawie zasadę domniemania niewinności. Trudno też spodziewać się, by jako prawnicy nie byli świadomi, że wprowadzona przez autorów ustawy o lustracji furtka w postaci możliwości orzekania w wątpliwych przypadkach jedynie o umorzeniu sprawy – a nie o pełnym uniewinnieniu lustrowanego – przeczy tak prawu oskarżonych o współpracę do jednoznacznego oczyszczenia się z zarzutów, jak prawu obywateli do tego, by znać przeszłość kandydatów do najwyższych stanowisk w państwie. Umorzenie kojarzone jest bowiem co najwyżej z zawieszeniem postępowania, nie zaś z jednoznacznym rozstrzygnięciem. Werdykty mogą być podważone również dlatego, że zawsze mogą odnaleźć się (lub zostać odnalezione) kolejne (stare albo i nowe) teczki i kwity mające skompromitować ludzi teoretycznie już uniewinnionych. Próbki tego właśnie doświadczyliśmy – a brak ostrej reakcji choćby ze strony sejmowej komisji ds. służb specjalnych na naciąganie procedur przez UOP może tylko zachęcać do powtórzenia operacji.

Wreszcie nie bez znaczenia jest, że autorytet głowy państwa po całym lustracyjnym spektaklu musi podupaść. I to niezależnie od tego, kto wygra wybory. Jeśli zwycięży Aleksander Kwaśniewski (czy Lech Wałęsa) – to mimo werdyktu sądu przyszły prezydent RP będzie oskarżany o agenturalność. Jeśli wbrew sondażom wygra ktoś inny – to ciążyć na nim będzie cień podejrzeń o nieuczciwe chwyty w walce z przeciwnikami. Bo do tego, że kampanie wyborcze zamiast na programach koncentrują się na oskarżeniach o życiorysy, zdążyliśmy się w Polsce przyzwyczaić.

Krzysztof Burnetko

 

Pytania o bezdomnych

Zjednej strony przyznanie przez rząd 5 milionów złotych z rezerwy budżetowej na walkę z bezdomnością już w lipcu to postęp – zwykle trzeba było czekać do grudnia, kiedy dramatyczne wiadomości o umierających z głodu bezdomnych powodowały gwałtowną mobilizację decydentów. Jest to także zasługa pani minister Staręgi-Piasek, przeżywającej wraz z nami koszmar poprzedniej dotacji, którą otrzymaliśmy 27 grudnia z zastrzeżeniem, że należy ją wydać... do końca grudnia. Do tej pory w podobnej sytuacji musieliśmy błagać instytucje, którym płacimy za czynsz, prąd, ogrzewanie, wywóz śmieci itd., żeby przyjęły pieniądze z góry na następne miesiące. Ale wtedy mieliśmy kłopot: brak rachunków do rozliczenia. Nie ukrywajmy, że w takiej sytuacji trzeba było balansować na granicy prawa.

Z drugiej strony nie dowiedzieliśmy się jeszcze, kiedy Ministerstwo Finansów uruchomi te pieniądze i kiedy wojewodowie opracują sposób ich przyznawania. Ostateczny termin, w którym dotacje powinny trafić do organizacji zajmujących się bezdomnymi, to koniec września – w październiku zaczynają się przymrozki i schroniska się zapełniają. Ale zasadnicze pytanie brzmi: czy uda się przekonać urzędników, że zima w tym kraju nie kończy się w Sylwestra? Czy i tym razem z pieniędzy rządowych, które są nam potrzebne jeszcze w marcu, będziemy musieli rozliczać się do końca grudnia? Czy i tym razem samorządy, które przyznają nam część dotacji, zatwierdzą budżety dopiero w kwietniu i przez pierwsze, najtrudniejsze ze względu na warunki atmosferyczne miesiące nie dostaniemy żadnych pieniędzy – ani rządowych, ani samorządowych? Czy nie można by namówić urzędników samorządowych, żeby finanse uruchamiali już w styczniu, tak jak robią to ze szkołami czy placówkami służby zdrowia? Dlaczego bezdomni mają być zawsze na szarym końcu? Czy dlatego, że nie każemy strajkować, nie wyrzucimy na ulice w środku zimy?

Pięć milionów złotych to oczywiście kropla w morzu. Cieszę się, że o ich przeznaczeniu będą decydować urzędy wojewódzkie. Dotąd ministerstwo rozdzielało je odgórnie, między cztery największe organizacje, i niewielkie instytucje opiekujące się bezdomnymi na ogół nie dostawały nic. Wojewodowie wiedzą, co mają na swoim terenie, powinni więc poinformować resort o liczbie schronisk, i proporcjonalnie do tego otrzymać pieniądze. Wiadomo, że im większe miasto, tym bardziej lgną do niego bezdomni, ale trzeba brać pod uwagę także to, że np. Towarzystwo Brata Alberta prowadzi schroniska w małych miejscowościach na prowincji, które nie otrzymują pomocy ze swoich ubogich gmin czy powiatów.

Mam natomiast nadzieję, że te 5 milionów nie zostanie pomniejszone przez program ubezpieczeń zdrowotnych dla ludzi bezdomnych. To oczywiście bardzo poważny problem, ale nie wyobrażam sobie, żeby do końca roku udało się stworzyć system, który go ureguluje i że na jego stworzenie wystarczy tak niewielka kwota.

s. Małgorzata Chmielewska

 

Nie boję się, gdy ciemno jest

Najpierw były piosenki w telewizyjnym programie „Ziarno” – zwracające uwagę szczerością muzyczną (trochę folku, trochę rocka) i bezpretensjonalnością tekstów, opowiadających o Dobrej Nowinie językiem zrozumiałym dla dziecka. Potem płyta „A gu gu” – najlepiej sprzedający się album pierwszej połowy roku (blisko 260 tys. egzemplarzy do końca czerwca, choć wydano go zaledwie na początku kwietnia). Potem był koncert urodzinowy dla Papieża w Wadowicach – i huragan braw, jaki żegnał „Arkę Noego”, która przypomniała, że świętym może być każdy: i duży, i mały, i gruby, i... kardynał Macharski. Potem szaleństwo na festiwalu Song of Songs w Toruniu, gdzie posłuchać grupy prowadzonej przez Roberta „Litzę” Friedricha przyszło blisko 20 tysięcy osób. I wreszcie ubiegłotygodniowe spotkanie Papieża z polskimi pielgrzymami w Castel Gandolfo, podczas którego Ojciec Święty niespodziewanie zainteresował się refrenem piosenki „Święty, święty uśmiechnięty”, śpiewanej przez wiwatującą młodzież.

Co się stało? Polacy – i to wcale nie tylko najmłodsi – oszaleli na punkcie grupy kolorowo ubranych dzieciaków, które śpiewają o Jezusie-ratowniku, o tym, że „tylko nawrócona jest zadowolona”, że „trzeba pokochać to, czego nie da się polubić”, że treścią Roku Jubileuszowego są „przebaczone winy, darowane długi”. Nietrudno odpowiedzieć na pytanie, czego najbardziej potrzeba dziś polskiej religijności: potrzeba jej nadziei, optymizmu, naturalności w mówieniu o sprawach wiary. I tego charakterystycznego tonu psalmów, w których zamiast kierowanych do Boga wezwań o pognębienie przeciwnika, słychać radość z przebywania w Jego bliskości. „Arka Noego” idealnie utrafiła w tę potrzebę.

Wojciech Bonowicz

 

 

 

 

Nr 34, 20 sierpnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl