Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Nie ma sensacji
Wojciech Pięciak Camp David: kosztowny sukces Arafata
Józefa Hennelowa Rozdawanie
Michał Okoński Władza prezesów

 

 

Nie ma sensacji

Na razie sprawa oskarżenia dwóch kandydatów Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Wałęsy na najwyższy urząd w państwie o zatajenie prawdy w oświadczeniach lustracyjnych pozostaje niewyjaśniona. Docierające do opinii publicznej komentarze i hipotezy są naturalnie różne – i zależą od sympatii politycznych komentatora. Pewne jest bodaj tylko, że obywatele otrzymali kolejny dowód na słabość obowiązujących rozwiązań prawnych i systemu kompetencji w państwie oraz brak skutecznych procedur regulujących życie publiczne.

Nieprecyzyjna – a być może nawet podatna na manipulacje – okazuje się ustawa lustracyjna, która wedle entuzjastów miała właśnie uporządkować i oczyścić sytuację na scenie politycznej. Nieprecyzyjne – i też pozwalające na rozmaite gry – okazują się mechanizmy działania Urzędu Ochrony Państwa oraz Rzecznika Interesu Publicznego.

Najgorsze, że w żadnym z tych przypadków nie można mówić o zaskoczeniu. Na luki wprowadzonego w III RP systemu lustracyjnego (bądź obiektywne powody, które muszą uczynić go nieskutecznym) wskazywano wiele razy. Z ostatnich lat znanych jest też kilka przypadków czy to samowoli funkcjonariuszy służb specjalnych, czy – przeciwnie – wykorzystywania ich do celów partyjnych. Wątpliwości budzić też może specyficzna polityka uprawiana przez biuro Rzecznika Interesu Publicznego.

Teraz wszystkie te luki dały o sobie znać w tak ważnej sprawie, jak wybory głowy państwa. Niezależnie od tego, kto tym razem próbuje manipulować czy jest manipulowany, afera takiego kalibru nie może zostać niewyjaśniona – przez sejmową komisję ds. służb specjalnych, media, a może i niektórych zainteresowanych – zaś wadliwe regulacje winny być zmienione. Bo przejrzystość życia publicznego nie polega tylko na wiedzy o przeszłości jego bohaterów, lecz także na klarowności działań jego uczestników.

Krzysztof Burnetko

 

Camp David: kosztowny sukces Arafata

Po fiasku dwutygodniowych negocjacji izraelsko-palestyńskich w Camp David obie strony oraz pośredniczący Amerykanie tworzą wrażenie, że rozmowy nie były porażką. W rzeczywistości Camp David inaczej skończyć się nie mogło. Oba społeczeństwa nie są gotowe do kompromisu, który musiałby oznaczać rezygnację z żądań politycznych i części świadomości narodowej. A ich elity nie wiedzą, jak kompromis mógłby wyglądać. Ale prędzej czy później rozmowy zostaną wznowione. Termin ogłoszenia przez Jasera Arafata palestyńskiej niepodległości (pierwotnie 13 września) nie może być stale odsuwany. Poza tym Arafat jest chory, a w odróżnieniu od zmarłych władców Maroka, Syrii i Jordanii, on – gwarant stabilności w Autonomii Palestyńskiej – nie ma spadkobiercy; w Autonomii nie istnieje też mechanizm wyłaniania przywódcy.

Niemniej jeżeli ktoś wrócił z Camp David wzmocniony, to Arafat. Rzecz nie tylko w psychologii: media świata arabskiego i nawet lider opozycyjnego wobec Arafata ruchu Hamas, szejk Jassin, chwalą go, że „pokazał Izraelczykom”, iż „zgodnie z prawem międzynarodowym” wschodnia Jerozolima, Zachodni Brzeg Jordanu i Gaza nie są własnością Izraela. W Camp David po raz pierwszy poruszono oficjalnie sprawy najtrudniejsze, w tym status Jerozolimy. Nawet jeżeli premier Barak swą odrzuconą przez Palestyńczyków propozycję kompromisu (przewidującą częściową autonomię Palestyny we wschodniej Jerozolimie) złożył nieoficjalnie, to padło izraelskie tabu „jednej izraelskiej Jerozolimy”. W tym samym czasie politycy z koalicji Baraka zaczęli wysyłać sygnały do społeczeństwa: Izrael nigdy nie panował całkowicie nad wschodnią Jerozolimą i nie do końca jest tam u siebie. W obu przypadkach zakwestionowano obowiązującą od 33 lat (od zajęcia wschodniej części miasta) wykładnię, będącą częścią izraelskiej samoświadomości. Kiedy więc rozmowy izraelsko-palestyńskie zostaną wznowione, punktem wyjścia będą pozycje z Camp David – nie ma znaczenia, że nieoficjalne.

Tyle że dla Palestyńczyków ten połowiczny sukces może być gorzki: Camp David osłabiła i tak chwiejną pozycję Baraka. A jego możliwy w każdej chwili upadek oznaczałby kolejne zawieszenie procesu pokojowego. W takim razie nawet Arafatowi trudno byłoby powstrzymać Palestyńczyków przed podjęciem kroków jednostronnych – i o skutkach trudnych do przewidzenia.

Wojciech Pięciak

 

Rozdawanie

200 milionów zł przeznaczył rząd na tegoroczny jednorazowy zasiłek jesienny dla rodzin liczniejszych (od trzeciego dziecka począwszy po sto kilkadziesiąt zł na dziecko). Za tę sumę można by przywrócić zlikwidowaną opiekę medyczną w paru tysiącach szkół, albo uzupełnić niedobory w zasilaniu terenowych urzędów pracy, sygnalizujących, że od września może im zabraknąć na wypłaty zasiłków dla bezrobotnych. Chcąc ulżyć liczniejszym rodzinom w wydatkach szkolnych można by podnieść sumę stypendiów w szkołach biednych województw, albo zwyczajnie rozdzielić talony na podręczniki. Niejedno jeszcze można. Zwyciężyła jednak idea doraźnego rozdawnictwa pieniędzy, najłatwiejsza do realizacji, a najtrudniejsza do skontrolowania, na co one tak naprawdę pójdą. Sejm zresztą ograniczył nowy zasiłek tylko do rodzin poniżej pewnego minimum, senat jednak chce wrócić do rządowej idei prezentu dla wszystkich liczniejszych rodzin bez wyjątków, począwszy od modelu dwa plus trzy (a więc łącznie i z niektórymi rodzinami kandydatów na prezydenta...). Przemożna chęć stawania się przynajmniej od czasu do czasu świętym Mikołajem dominuje we władzy niezmiennie nad próbami wypracowywania dla rodziny w Polsce długotrwałych perspektyw, same rodziny również angażujących.

Józefa Hennelowa

 

Władza prezesów

Luis Figo został najdroższym piłkarzem świata: za pomocnika Barcelony i reprezentacji Portugalii Real Madryt zapłacił ponad 56 mln dolarów. W cieniu tej informacji pojawiły się dwie inne: Barcelona, poszukująca wzmocnień po utracie Figo, kupiła za 45 mln dolarów piłkarzy londyńskiego Arsenalu: Emmanuela Petit i Marca Overmarsa, zaś Real, dla podreperowania klubowej kasy, sprzedał Milanowi Fernando Redondo. Co ciekawe, ten ostatni piłkarz nie chciał zmiany klubu: w Madrycie grał sześć lat i chciał tu skończyć karierę. Odejścia Redondo nie chciał też trener i kibice. Podobnie z Petit i Overmarsem – trener Arsenalu mówi, że nie miał żadnego wpływu na decyzję o ich sprzedaży.

Powiedzieć, że futbolem rządzą pieniądze to truizm. Dotąd jednak, zwłaszcza po wejściu w życie tzw. prawa Bosmana (piłkarz, któremu kończy się kontrakt z klubem, może przejść za darmo do innego), to przede wszystkim zawodnicy stanowili o swoim losie. Można – jak watykański dziennik „L’Osservatore Romano” – oburzać się, że kluby wydają na zakupy piłkarzy tak ogromne sumy. Można też widzieć inną stronę takich transakcji: ci zarabiający wielkie pieniądze młodzi ludzie pozwalają milionom biedaków zapomnieć o troskach. Nie można jednak nie dostrzec istotnej zmiany, którą pokazuje przypadek Redondo: dla właściciela klubu piłkarz jest przedmiotem; inwestycją, która albo się zwróci, albo nie (np. w przypadku przewlekłej kontuzji), magnesem dla sponsorów, reklamodawców, dziennikarzy. Jego uczucia, np. przywiązanie do barw klubowych, wierność, nie mają znaczenia.

Za tydzień kolejne wiadomości z targu niewolników.

Michał Okoński

 

 

 

 

Nr 32, 6 sierpnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl