Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Szczyt pełen rozczarowań?

Józefa Hennelowa Patos i rzeczywistość

Krzysztof Kozłowski Obywatel polski

Wojciech Pięciak Cień (nie tylko) Łambinowic

 

 

Szczyt pełen rozczarowań?

Żadnych konkretów, a tylko obietnice; eksponowanie kwestii mało istotnych, a przemilczanie rzeczywistych problemów; nieuzasadnione faworyzowanie prezydenta Putina; olbrzymie pieniądze na organizację imprezy – oto lista zarzutów, jakie niektórzy komentatorzy, działacze humanitarni i politycy (m.in. szef ONZ Kofi Annan) wysunęli wobec uczestników zakończonego na japońskiej Okinawie szczytu „G 7”, grupującego najbogatsze i najbardziej uprzemysłowione (w założeniu) państwa świata. Ale czy tak ostra krytyka nie wynika z nadmiernych oczekiwań, i to powstałych w wyniku ulegania stereotypom? Bo przecież w dzisiejszym, zglobalizowanym świecie państwa odgrywają coraz mniejszą rolę. Złudna jest nadzieja, że samymi decyzjami prezydentów i premierów można rozwiązać problemy globu. Szansę na sprostanie wyzwaniom naszych czasów mają za to ponadpaństwowe organizacje i konsorcja biznesowo-kapitałowe. One dysponują rzeczywiście dużymi pieniędzmi i w przeciwieństwie do polityków nie muszą dbać o głosy wyborców (nieskorych do płacenia cudzych rachunków). Natomiast kierując się, paradoksalnie, własnym interesem, mogą poprawić (m.in. poprzez inwestycje) sytuację najbiedniejszych regionów świata. Tymczasem to podział na biednych i bogatych staje się dziś światowym problem numer jeden – i dobrze, że politycy na Okinawie wreszcie otwarcie przyznali to, o czym od dawna mówiło w alarmistycznym tonie wielu ekspertów.

Naturalnie, czołowe państwa i ich przywódcy mają nadal do spełnienia dużą rolę; wpływają np. na kształt klimatu, towarzyszącego sprawie biedy w świecie. Są też dysponentami przynajmniej części zobowiązań, jakimi obciążone są kraje Trzeciego Świata. Niektórzy sądzili, że właśnie tego dotyczyć będzie szczyt na Okinawie, i że pod hasłem jubileuszu roku 2000 zebrani tam bogaci umorzą długi biednym. Jednak i takie nadzieje dowodzą ulegania mitom: samo darowanie pożyczek nie poprawi przecież sytuacji ludności zadłużonych krajów. A historia wielokrotnie dowodziła, że jeśli taki akt wielkoduszności nie jest powiązany z konkretnymi zobowiązaniami przeprowadzenia reform politycznych i gospodarczych w zadłużonym państwie, to prowadzi jedynie do konserwowania status quo, czyli pogłębiania zapaści i umacniania władzy lokalnych satrapów, a więc w efekcie niweczy nadzieje na wyjście z biedy. Trudno się zatem dziwić przywódcom „G 7”, że ewentualne darowanie części długów zaoferowali tylko dwudziestce państw, dających w zamian choćby minimalne gwarancje reform.

Krzysztof Burnetko

 

Patos i rzeczywistość

Ustawa o repatriacji przeszła w Sejmie jednogłośnie (przy jednym wstrzymującym się). Można ją przyjąć jako zbiorową chęć oddania sprawiedliwości przez otwarcie wszystkim kiedyś ojczyzny pozbawionym – możliwości powrotu do niej. Czym jednak tak naprawdę różni się obecne rozwiązanie od dotychczasowych działań? Głównie funduszami obiecywanymi przez państwo: raz na koszta powrotu i zagospodarowania repatriantów (a nie, jak mylnie podał „Nasz Dziennik”, stałego zasiłku w wysokości dwu średnich krajowych!) oraz pomocą (ale na razie tylko możliwą) gminom, które po dawnemu zobowiązane są zadbać o mieszkanie i pracę dla powracających. Po dawnemu też trzeba udowodnić polskie pochodzenie przed konsulem, którego rozstrzygnięcie jest zresztą ostateczne. To nie jest łatwe dla chcących wrócić (zwłaszcza dla drugiego i trzeciego pokolenia po wywiezionych), a lokalne związki Polaków na razie nie zgłaszają tu chęci pomocy. Ustawa pomyślana była przede wszystkim dla Polaków z Kazachstanu. Chętnych do przyjazdu stamtąd szef komisji sejmowej szacuje optymistycznie na dwanaście do dwudziestu tysięcy, ale prezes kazachstańskich Polaków – na 4-5 tysięcy. Dlaczego? I tu pada zdanie prezesa godne zastanowienia: „Polska traci na atrakcyjności” (cytuję za „Życiem”). A to może znaczyć, że oczekiwania przyjeżdżających przerosną możliwości opiekuńcze oferowane nawet z najlepszą wolą i przez państwo, i przez samorządy. Bez niczyjej winy, sprawa nie przestanie  być delikatna, najeżona trudnościami, wolna od niespodzianek.

Józefa Hennelowa

 

Obywatel polski

Powoli, choć bez żywych polemik, dopracowujemy się sensownej ustawy o obywatelstwie polskim, o jego otrzymywaniu bądź poświadczeniu lub odzyskiwaniu. Wbrew obawom niektórych przedstawicieli środowisk polonijnych ustawa nie tylko w niczym nie pogarsza ich dotychczasowego statusu, lecz przeciwnie, wychodzi naprzeciw skomplikowanym nieraz sytuacjom naszych rodaków, regulując i upraszczając formalności. Spór i nieporozumienia dotyczyły głównie tego, ile paszportów może mieć obywatel polski i czy wielość paszportów będzie karana. Otóż do tej pory Polska tolerowała podwójne obywatelstwo i nikogo z tego tytułu nie karała – tak też w myśl poprawek Senatu będzie w przyszłości. Co więcej, Senat chce, by możliwość podwójnego obywatelstwa była oficjalnie przez Polskę uznana, co wszakże nie zmienia faktu, że na terytorium RP obywatel polski nie może wobec władz polskich posługiwać się innym paszportem, w zależności od tego, jak jest mu w danej sytuacji wygodniej. Inaczej mówiąc: podwójne obywatelstwo nie może rzutować na prawa i obowiązki wobec państwa polskiego, chyba że inne przepisy te prawa i obowiązki modyfikują. W przeciwnym razie ktoś mógłby posłużyć się paszportem polskim kupując w Polsce nieruchomość, a zasłaniać się obcym paszportem w przypadku konfliktu z naszym prawem. Dlatego też obywatel polski wobec władz polskich musi być po prostu obywatelem polskim.

Krzysztof Kozłowski

 

Cień (nie tylko) Łambinowic

W latach 1945-46 Łambinowice na Śląsku Opolskim były – trzeba użyć tego słowa – polskim obozem koncentracyjnym dla ludności niemieckiej. Miejsc takich, zwanych oficjalnie „obozami pracy”, było więcej – jak Zgoda na Górnym Śląsku czy Potulice pod Bydgoszczą. Z historycznego punktu widzenia nie sposób stawiać ich na jednej płaszczyźnie z hitlerowskimi. Obozy hitlerowskie tworzyły system, którego celem była planowa eksterminacja kolejnych grup, definiowanych jako wrogowie Rzeszy. W Polsce nowe władze włączyły poniemiecką infrastrukturę w aparat represji, skierowanej przeciw usuwanej za Odrę ludności niemieckiej, ludności ukraińskiej (obóz w Jaworznie) czy członkom AK (obóz na Majdanku). Niemniej rozróżnienie to – ważne dla historyka i polityka – nie ma znaczenia w oczach jednostki: niewinnego człowieka, głodzonego i (za)katowanego przez polskich strażników.

Spośród tych miejsc – jeśli kogoś razi określenie „polski obóz koncentracyjny”, niech przynajmniej używa: „obóz represji” – Łambinowice są najbardziej znane (m.in. z wydanej w 1991 r. monografii Edmunda Nowaka). Nadto tylko w tym przypadku próbowano pociągnąć kogoś do odpowiedzialności: w latach 1956-59 odbyło się śledztwo i tajny proces przeciw Czesławowi Gęborskiemu, komendantowi obozu (zakończony zresztą niczym). Ostatnio prokuratora ponownie postawiła Gęborskiemu zarzuty – i wszystko wskazuje na to, że będzie to jedyne postępowanie karne w sprawie takich obozów. Niezależnie od tego, jaki zapadnie wyrok, proces ten będzie miał znaczenie dla historycznego upamiętnienia wydarzeń sprzed pół wieku. Po roku 1989 jest ono w Polsce możliwe: postawiono kilka pomników (w Potulicach, Rudzie Śląskiej, Zgodzie), ukazało się kilka książek i artykułów prasowych. Nie jest to wiele. Latem 1999 byłem w Łambinowicach: wśród wielu pomników (m.in. jeńców radzieckich i powstańców warszawskich) stoi tam kamienny krzyż, przypominający ofiary lat 1945-46. Ale w pobliskim muzeum – opowiadającym nie tylko o historii Łambinowic od czasów, gdy w 1871 r. Niemcy utworzyli tam pierwszy obóz jeniecki, ale także o zbrodni katyńskiej – nie ma słowa o powojennym obozie. Dlaczego?

Wojciech Pięciak

 

 

 

Nr 31, 30 lipca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl