Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Sąd broni procedur
Piotr Buras Gorycz sukcesu
Artur Sporniak Jak walczyć z sektami?
Wojciech Pięciak Do Nicei przez Wiedeń?

 

 

Sąd broni procedur

Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego uznający, że wojewoda mazowiecki miał podstawy do unieważnienia uchwał Rady Gminy Warszawa-Centrum, komentowany jest głównie w kategoriach: kto kogo pobił w politycznym ping-pongu, toczonym wokół tej najbogatszej gminy Rzeczypospolitej – a więc w grze mającej też wymierną stawkę finansową. Tymczasem podstawowe znaczenie werdyktu sędziów jest inne: otóż NSA – jako trybunał tradycyjnie badający, czy władze działają zgodnie z ustawami i rozporządzeniami zwłaszcza pod względem fomalnoprawnym – pokazał kolejny raz, jak ważne jest w działalności publicznej zachowywanie wymogów proceduralnych. Ten komunikat powinien przede wszystkim trafić tak do opinii publicznej, jak do samych polityków. Nie ma racji prezydent Warszawy Paweł Piskorski (UW), który dziwi się wyrokowi „z punktu widzenia dotychczasowej praktyki samorządowej”. To, że – jak mówi Piskorski – dotąd „wielokrotnie w radach samorządowych całego kraju zmieniano porządek obrad w trakcie sesji i nigdy z tego powodu nie kwestionowano ważności uchwał” dowodzi jedynie niskiej kultury prawnej polskich samorządowców. Dobrze zatem, że NSA przywołał ich do porządku i to w tak znaczącej i głośnej sprawie.

Ale warto też przypomnieć, że to wychwalający dziś werdykt NSA politycy ugrupowań wchodzących teraz w skład AWS, w przeszłości wielokrotnie za nic mieli sobie proceduralny wymiar prawa. Zarzuty ulegania kultowi pozytywizmu prawniczego bądź przesadnemu formalizmowi (i podporządkowywania mu jedynie słusznych – wedle krytyków – rozstrzygnięć merytorycznych) padały choćby w dyskusjach o dekomunizacji i rozliczaniu PRL-owskiej przeszłości, reformie prawa karnego i podstawowych jego zasadach czy wreszcie w sporach konstytucyjnych. Kierowano je wobec wszystkich tych, którzy zwracali uwagę, że nawet najsłuszniejsze merytorycznie przepisy mogą obrócić się w swe przeciwieństwo, jeśli nie będą funkcjonować w stałych ramach proceduralnych.

Krzysztof Burnetko

 

Gorycz sukcesu

Niecałe pół miliona żyjących jeszcze byłych polskich robotników przymusowych w Trzeciej Rzeszy (oraz ich towarzysze niedoli z Ukrainy, Rosji, Białorusi i Czech) otrzyma odszkodowania – niemiecki parlament uchwalił ustawę o fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość”. Patetyczne słowa o „sprawiedliwości, której stało się zadość” i triumfalizm, karmiący się osiągniętym kompromisem byłyby nie na miejscu – tak w Polsce, jak w Niemczech. Oznaczałyby naigrawanie się z tych, którzy tej chwili nie doczekali, a także z tych, którzy do dziś noszą w sobie ciężar wyrządzonej im krzywdy. Dobrze się natomiast stało, że przynajmniej niektórych spotka zasłużona, choć spóźniona, satysfakcja. Nie podważa jej żadne „ale”, jakim można by opatrzyć niedoskonały tekst wspomnianej ustawy. Niemała w tym zasługa strony polskiej: bez jej zręczności i zdeterminowania pozytywny rezultat negocjacji nie byłby możliwy.

Niemcy pozbyli się wyrzutu sumienia, dawne ofiary otrzymały satysfakcję, a polska dyplomacja zbiera laury za zamknięcie historycznych zaszłości. Ale mimo to kwestia odszkodowań pozostawia w stosunkach polsko-niemieckich posmak goryczy. Okazało się, że potencjał zrozumienia i tolerancji dla wrażliwości drugiej strony jest między elitami Polski i Niemiec nadal bardzo skromny. Wyznawcy tezy „na górze róże, na dole kolce” – tj. że elity świetnie się dogadują, a społeczeństwa żyją ciągle stereotypami – srodze się zawiedli. Zaiste nie różami, a nieporozumieniami, rozczarowaniami, a czasem także ciężkimi zarzutami wysłana była droga do tego kompromisu. Nie umniejsza to jego historycznego znaczenia. Ale niedaleka już przyszłość pokaże, czy z tej lekcji wyniesiono stosowną naukę – po obu stronach granicy.

Piotr Buras

 

Jak walczyć z sektami?

Po raz pierwszy w Polsce sąd orzekł karę grzywny w sprawie o naruszenie dóbr osobistych mniejszościowej grupy religijnej. Właściciel Inicjatywy Wydawniczej „Ad astra” musi wypłacić Buddyjskiemu Związkowi Wyznaniowemu Karma-Kagyu pięć tysięcy złotych zadośćuczynienia, zniszczyć wszystkie egzemplarze wydanej w 1998 r. książki „Sekty. Ekspansja zła” oraz opublikować przeprosiny w prasie. W książce tej znalazły się sugestie, że buddyjski związek jest sektą destrukcyjną, a sekty destrukcyjne „uzależniają psychicznie i fizycznie członków” i dochodzi w nich „do licznych przestępstw, jak molestowanie seksualne, prostytucja, terror fizyczny i psychiczny, przemyt broni i narkotyków, handel organami ludzkimi”. Wyrok nie jest prawomocny.

Co z tego wynika? Jeżeli chce się walczyć z sektami, trzeba – po pierwsze – zdobyć kompetentną informację. Po drugie, nie wolno bez dostatecznego rozróżnienia wrzucać wszelkich mało znanych ruchów do worka z etykietką „sekty destrukcyjne”. Po trzecie, każdy ma prawo do wyznawania własnej wiary i życia zgodnego z sumieniem. Wnioski te są tożsame z zaleceniami Kościoła wobec sekt i nowych ruchów religijnych. Szkoda, że niektórzy muszą się tego uczyć dopiero na sali sądowej.

Tymczasem coraz więcej tzw. inicjatyw antykultowych (tj. walczących z sektami) działa wedle zasady „cel uświęca środki”, nie dbając o to, że takie postępowanie nie tylko jest sprzeczne z nauką Kościoła, ale może prowadzić do skutków odwrotnych niż zamierzone. Niedawno okazało się, że grupa młodych ludzi podających się za satanistów, obrzędów znęcania się nad swymi ofiarami uczyła się z propagandowych wydawnictw antykultowych. To tak, jakby walczyć z narkotykami, podając adresy, gdzie można je nabyć i za ile.

Artur Sporniak

 

Do Nicei przez Wiedeń?

To zrozumiałe, że niektóre z państw „czternastki” – tych krajów Unii Europejskiej, które na początku roku ukarały Austrię za utworzenie rządu przez chadeków i skrajną prawicę – chcą zakończyć sankcje, bo nie odnoszą one żadnego skutku. A nawet przeciwnie: cementują wiedeńską koalicję, która umiejętnie operuje niechęcią Austriaków wobec Unii dla umocnienia swej pozycji w społeczeństwie. Kanclerz Wolfgang Schüssel robi to dyskretnie, faktyczny lider Partii Wolnościowej Jörg Haider nie przebiera w słowach – lecz efekt jest taki sam. W referendum, które prawdopodobnie odbędzie się jesienią, Austriacy odpowiedzą na kilka eufemistycznych pytań. Ta odpowiedź jest znana, bo któż – poza zagorzałymi zwolennikami opozycyjnych socjalistów – powie „nie” na pytania, czy UE powinna znieść sankcje?; czy UE powinna być wspólnotą równoprawnych partnerów? bądź czy jej instytucje powinny szanować zasady państwa prawa i prawa obywatelskie? (tym bardziej, że na sześć pytań można udzielić tylko jednej odpowiedzi: „tak” lub „nie”). Ale przewodnicząca w tym półroczu Unii Francja już zapowiada, że do końca roku nic się w sprawie sankcji nie zmieni. Na to Haider ostrzega, że unijni politycy mogą oszczędzić sobie podróży do Nicei – gdzie w grudniu br. mają zostać przyjęte założenia reformy UE, co jest warunkiem przyjęcia nowych członków – bo Austria zablokuje zmiany, a unijne decyzje wymagają jednomyślności.

W ten sposób austriackie referendum może okazać się kolejnym spośród wielu czynników, opóźniających starania Polski o uzyskanie wiążącej daty zakończenia negocjacji z Unią – w tym czynników zawinionych przez nas samych, bo przecież nie można wszystkiego zwalać na Unię. Daty, która i tak coraz bardziej się oddala – już w czerwcu w prasie zachodniej, np. w dobrze poinformowanym niemieckim dzienniku „Die Welt”, pojawiły się sygnały (których źródłem była Bruksela), że realny jest dopiero rok 2006, a być może nawet trochę później.

Wojciech Pięciak

 

 

 

 

Nr 29, 16 lipca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl