Komentarze

 

Andrzej Czarnecki Znużonym demokracją
Krzysztof Burnetko Trudne zadanie
Wojciech Pięciak Grecka „wojna” religijna
Michał Okoński Odrodzenie futbolu

 

 

Znużonym demokracją

W polityce zagranicznej liczą się nie tylko szczyty międzynarodowych organizacji, traktaty, studium dokumentów oraz sprawne struktury urzędnicze – choć to one tworzą podstawowe mechanizmy proceduralne. Niemniej ważne jest to, co można nazwać dialogiem nieformalnym: nie ujęte w ramy instytucjonalne spotkania, osobiste kontakty między politykami (wtedy łatwiej załatwiać trudne sprawy), umiejętność nieskrępowanego rozmawiania i utrzymywanie bliskich, nie tylko oficjalnych kontaktów. Oraz wreszcie spotkania, mające na pozór charakter nudnych „oficjałek”, z których formalnie nic nie wynika, a jednak integrują polityków, reprezentujących kraje wyznające podobne wartości i budują poczucie wspólnoty.

W przypadku niedawnego spotkania ponad stu ministrów spraw zagranicznych w Warszawie chodziło o wspólnotę krajów demokratycznych, praworządnych, szanujących prawa człowieka. Jeżeli po tej konferencji, pozostanie coś konkretnego, to właśnie próba nazwania standardów, określających ową wspólnotę demokratycznych państw; próba wprowadzenia do światowej realpolityki elementu wartościującego – „Deklaracja Warszawska”, podpisana przez 107 krajów. Z około dwustu państw na świecie demokratycznych – nie formalnie, ale faktycznie – jest dziś może połowa. Warto przypomnieć te standardy również dlatego, że choć Polska demokracją jest zaledwie od 11 lat, widać u nas spadek zaufania obywateli do demokracji oraz oznaki zmęczenia mechanizmami demokratycznymi (ostatnio coraz silniejsze, m.in. wskutek permanentnego w ostatnim roku kryzysu w koalicji AWS-UW, który psuł również jakość kultury politycznej).

Andrzej Czarnecki

 

Trudne zadanie

...czeka nowego ministra spraw zagranicznych (i członka zespołu „TP”) Władysława Bartoszewskiego. Nie tylko dlatego, że siłą rzeczy stale będzie on porównywany ze swoim poprzednikiem – ten zaś ma na koncie zasługi choćby we wprowadzeniu Polski do NATO. Profesora Bartoszewskiego czeka kto wie czy nie trudniejsze zadanie – takim okazać się może walka o członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Minister Bartoszewski na dodatek będzie musiał pełnić funkcję w warunkach sporów wewnętrznych, związanych z dwiema kampaniami wyborczymi, a deklarowana dziś zgoda czołowych sił politycznych odnośnie integracji może okazać się pozorna, gdy przyjdzie do ustalania szczegółów i walki o głosy wyborców. Nie mówiąc o tym, że i wyniki wyborów zdają się być – przynajmniej wedle sondaży – przesądzone. Niełatwo zaś jest prowadzić długofalową operację polityczną wiedząc, że prawdopodobnie rychło trzeba będzie oddać pałeczkę następcy z przeciwnego obozu. Co więcej, nominacja Bartoszewskiego na szefa dyplomacji nie została przyjęta z entuzjazmem przez wszystkie siły wchodzące w skład rządzącej AWS: jedni mają mu za złe dobre kontakty z Unią Wolności, inni czują się taką nominacją pominięci. Są też krytycy – już spoza AWS – którzy nowemu ministrowi wypominają szczególny styl sprawowania urzędu w rządzie SLD-PSL (od marca do grudnia 1995, za prezydentury Lecha Wałęsy).

Liczyć można natomiast na polityczne doświadczenie nowego ministra, jak i na jego pozycję za granicą. Można mieć nadzieję, że szacunek, jaki ma on zwłaszcza w Niemczech i Austrii, okaże się atutem także we Francji, która od kilku dni sprawuje prezydencję w Unii Europejskiej i dlatego musi stać się teraz szczególnie ważnym terenem dla polskiej dyplomacji.

Krzysztof Burnetko

 

Grecka „wojna” religijna

Zaczęło się od sprawy na pozór drobnej: socjalistyczny rząd Grecji podjął decyzję, zaakceptowaną przez parlament, by z nowych dowodów osobistych usunąć rubrykę „wyznanie” (a także m.in. rubrykę „zawód” i odcisk palca). Premier Kostas Simitis argumentował, że adnotacja o wyznaniu dyskryminuje obywateli wyznania innego niż prawosławne, do którego formalnie należy 97 proc. Greków. Kościół prawosławny decyzję rządu skrytykował i zaproponował rozmowy, co rząd odrzucił. W odpowiedzi zwierzchnik Kościoła greckiego, arcybiskup Christodoulos Paraskevaidis, oskarżył władze o próbę zniszczenia „chrześcijańskiego charakteru państwa”. A synod zarzucił rządowi niszczenie „ścisłych więzów, łączących państwo i Kościół” – i wydał mu „wojnę na ulicach”, wzywając wiernych do demonstracji. Wkrótce też ruszyły wielotysięczne pochody pod hasłem „prawosławie albo śmierć”...

Skąd taka reakcja greckiego Kościoła? W sporze o adnotację w dowodach osobistych chodzi o coś więcej, niż o rubrykę „wyznanie”. Naprawdę obawy biskupów dotyczą miejsca greckiego prawosławia w nowoczesnym społeczeństwie. Chodzi o całościowe relacje Kościół-państwo, których filary instytucjonalno-mentalne pozostają z grubsza niezmienne od 1830 r., czyli od uwolnienia się Grecji spod niewoli tureckiej. W Grecji trudno mówić o rozdziale Kościoła od państwa, co dziś jest normą demokracji, także w Polsce. Naturalnie, Grecja nie jest państwem wyznaniowym, lecz na stosunki kościelno-państwowe silny wpływ wywiera tradycja, ukształtowana jeszcze przez wieki walk z Turcją, gdy prawosławie było religią opozycyjną wobec okupantów (historyczny przykład to republika mnichów Athos, mająca status autonomicznego regionu). Efektem są nie tylko sprzeczności ustrojowe – konstytucja w jednym miejscu mówi o wolności religii, a w innym stanowi, że prawosławie jest religią dominującą – lecz również szereg kościelnych przywilejów (np. pensje duchownych opłaca budżet państwa; Kościół jest największym udziałowcem największego banku Grecji).

W takiej tradycji ukształtowana jest również samoświadomość większości greckich biskupów: prawosławie jest dla nich głównym elementem greckiej tożsamości narodowej („Grek to prawosławny”). Ich rzecznikiem jest wybrany dwa lata temu na zwierzchnika Kościoła abp Christodoulos Paraskevaidis: zabieranie głosu w kwestiach polityki zagranicznej Grecji (zwłaszcza normowania stosunków z Turcją) jest dla niego czymś równie oczywistym, jak wypowiadanie się w sprawie przystąpienia Grecji do wspólnej waluty euro – w obu sprawach zresztą negatywnie, i w obu bezskutecznie.

Wojciech Pięciak

 

Odrodzenie futbolu

Pojedyncze rozróby kibiców czy częste pomyłki sędziów nie zmienią tego, że zakończone właśnie piłkarskie Mistrzostwa Europy w Belgii i Holandii były jednymi z najwspanialszych w historii futbolu. Kibice piłkarscy w ostatnich latach wystawiani byli na ciężkie próby: karierę w języku sprawozdawców robiło pojęcie „skracanie pola gry”, walka toczyła się głównie w środku boiska, mecze kończyły się wynikiem 1:0 albo oczekiwaniem na karne. Tym razem padło mnóstwo bramek, sytuacje w poszczególnych meczach zmieniały się radykalnie (Jugosławia, przegrywająca 3:0 ze Słowenią, doprowadza do remisu grając bez jednego zawodnika, Anglia traci zwycięstwo w meczach z Portugalią i Rumunią; nawet w finale na kilkadziesiąt sekund przed końcem wydawało się, że Włosi utrzymają jednobramkową przewagę nad Francuzami), znakomici piłkarze – Hiszpan Raul, Holendrzy Kluivert czy Frank de Boer – nie wykorzystywali w decydujących momentach rzutów karnych. Nade wszystko: triumfowały drużyny grające piękny, techniczny futbol, a te, których jedynym atutem było przygotowanie fizyczne – odpadały jako pierwsze.

To były wspaniałe trzy tygodnie ze smutnym morałem dla piłkarzy polskich. Drużyny, które bez kłopotów pokonały Polaków w walce o finały ME, nie odegrały na stadionach Holandii i Belgii żadnej roli. Nie wykluczone więc, że prędzej zostaniemy przyjęci do Unii Europejskiej (co przecież nie stanie się w ciągu najbliższych pięciu lat) niż zagramy w dużej imprezie piłkarskiej.

Michał Okoński

 

 

 

 

Nr 28, 9 lipca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl