Komentarze

 

Witold Tarczyński Z Feiry do Nicei
Józefa Hennelowa Wina i kara
Krzysztof Burnetko Kościuk milczy, dokumenty mówią
Wojciech Pięciak „Niemcy, Niemcy...”?

 

 

Z Feiry do Nicei

Polscy komentatorzy są rozczarowani wynikami szczytu UE w Santa Maria da Feira wieńczącego półroczne przewodnictwo Portugalii. Choć parę istotnych spraw udało się załatwić, to nie określono warunków ani kalendarza dochodzenia krajów kandydujących do członkostwa deklarując jednocześnie, że rozszerzenie Unii pozostaje priorytetem, a tempo negocjacji zostanie utrzymane.

Wbrew alarmistycznym komentarzom Feira nie zmniejszyła szans Polski na wstąpienie do UE w 2003 roku – pozostały one tak samo kruche jak wcześniej. Niczego by tu nie zmieniło podanie daty naszego członkostwa, czego jednak się domagamy, jakby była to magiczna formuła zdolna zmienić rzeczywistość. Zaś rzeczywistość jest taka, że Polska nie nadąża z dostosowaniem się do unijnych reguł, a państwa Unii nie dojrzały do politycznego konsensusu ani w kwestii rozszerzenia, ani w kwestii reformy zasad funkcjonowania UE. Bez tej reformy zaś przyjęcie nowych członków nie będzie możliwe. Dlatego najwyższy czas, byśmy przestali postrzegać trudną debatę nad kształtem i zakresem zmian w unijnych mechanizmach i strukturach jedynie jako robienie nam na złość.

Niecierpliwimy się jednak słusznie, bo w naszym interesie jest szybkie wejście do UW. Brak konkretów w dziedzinie rozszerzenia możemy postrzegać jako straconą szansę, ale nie wynika z tego konieczność ostentacyjnej zmiany strategii negocjacyjnej. Przeciwnie: należy unikać gwałtownych ruchów, koncentrując się na takim zdefiniowaniu i zgrupowaniu problemów, które pozwoli na postęp w rokowaniach. Naszym głównym partnerem stają się teraz Francuzi, którzy przejmują przewodnictwo UE. Można się po nich spodziewać ambitniejszej prezydencji niż portugalska, ale nie musi to oznaczać, że ich ambicje są zbieżne z naszymi. By tak się stało, polska dyplomacja będzie się musiała wysilić. Na razie jest jasne, że sprawą prestiżową będzie dla Francji doprowadzenie za jej przewodnictwa do zakończenia prac nad reformą UE. Nie uda się bez uzyskania porozumienia „15”, co może prowadzić do unikania decyzji w sprawach spornych, takich jak rozszerzenie. Wtedy będziemy równie niezadowoleni z grudniowego szczytu w Nicei, jak dziś jesteśmy ze szczytu w Feirze. Dlatego nie wolno nam czekać przez tych sześć miesięcy z założonymi rękami.

Witold Tarczyński

 

Wina i kara

Sąd w Gdańsku przyznał odszkodowanie rodzicom pięcioletniego chłopca zmarłego na skutek jaskrawego błędu w sztuce lekarskiej (przy budzeniu z narkozy podanie przez pomyłkę zamiast tlenu – podtlenku azotu). Odszkodowanie zapłacą władze wojewódzkie – zwierzchnik szpitala. W opinii publicznej jest tylko jeden powód, dla którego wyrok ten (proces ciągnął się dwa lata) może być przyjęty z rodzajem satysfakcji: lepsza perspektywa na doczekanie się sprawiedliwości także przez innych poszkodowanych, których jest przecież niemało. Ale to oddanie sprawiedliwości, które nikomu przecież życia nie wraca i nawet nie ratuje rozpadu rodziny (utrata syna doprowadziła do rozwodu rodziców), także w poczuciu ogółu odbierane jest tylko jako względne. I trudno, by było inaczej. Pozostaje nadto kwestia bardzo drażliwa: fakt, że lekarz winny tak tragicznego błędu – do którego w toku przewodu się przyznał – nie tylko dalej pracuje w swoim zawodzie, ale w tym samym miejscu i na tym samym stanowisku. Czy powinno być inaczej? Ktoś powie, że tragedia i dla niego musiała stać się ostrzeżeniem. Może. Ale decyzja bodaj o odejściu z placówki, w której przez jego pomyłkę dziecko straciło życie, byłaby może sygnałem skruchy i przyjętej dobrowolnie pokuty? Pytanie, czy w takich razach ma coś do powiedzenia samorząd lekarski, etyka zawodu, wreszcie sumienie sprawcy – może i w stu procentach mimowolnego, ale przecież sprawcy śmierci dziecka – pozostaje otwartym.

Józefa Hennelowa

 

Kościuk milczy, dokumenty mówią

Sąd badający kolejny już raz sprawę zabójstwa Grzegorza Przemyka pewnie rzeczywiście nie mógł wydać innego werdyktu, jak uniewinnienie byłego funkcjonariusza ZOMO Ireneusza Kościuka od zarzutu udziału w śmiertelnym pobiciu maturzysty w 1983 roku. Kościuk konsekwentnie odmawia wyjaśnień, a wobec braku nowych dowodów, pozwalających przypisać mu winę, wymiar sprawiedliwości musi tłumaczyć wątpliwości na jego korzyść (choć prokurator podnosi, że i tym razem nie doprowadzono do tzw. okazania głównemu świadkowi, Cezaremu F., zomowców i milicjantów, którzy tamtego dnia byli w komisariacie na ul. Jezuickiej w Warszawie, gdzie skatowano Przemyka).

Ale choć Kościuk milczy, znanych jest już wiele dokumentów związanych z tą historią. Dokumentów, które bez wątpienia pozwalają obarczyć przynajmniej moralną winą ludzi odpowiedzialnych za zacieranie śladów tej zbrodni. Chodzi nie tylko o zajmujących się tym funkcjonariuszy MSW czy członków ówczesnej ekipy partyjno-rządowej, ale też choćby o sporą grupę dziennikarzy, zaangażowanych w opracowywane przez resort kolejne „plany przedsięwzięć propagandowych” (analizowała je swego czasu „Rzeczpospolita”). Niektórzy z tych ludzi pracują w mediach do dziś.

Krzysztof Burnetko

Nr 27, 2 lipca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl