Komentarze

 

Jacek Wesołowski PKP na (kolejnym) rozdrożu
Anna Husarska Czarnogóra: bezpieczny remis
Ignacy Rutkiewicz Wolność informacji i... dezinformacja

 

 

PKP na (kolejnym) rozdrożu

PKP to dziś przestarzały tabor, „koślawe” szyny i „dziurawa” sieć. Ale też katastrofalna wydajność pracy, nieskoordynowane rozkłady jazdy, niedoinformowani klienci. „Obiektywny” brak pieniędzy i „subiektywne” niedopełnianie powinności na wszystkich szczeblach. Z punktu widzenia konsumenta, którego interesuje standard usług, konieczna jest wielka operacja reanimacyjna kolei – na wszystkich frontach. Z punktu widzenia rządu (i podatnika) niezbędny jest plan restrukturyzacyjny, mogący zagwarantować, że zwiększone nakłady przyniosą pożądane skutki. Z punktu widzenia kolejarzy potrzeba przywrócenia sensu i godności zawodu, mierzonych nie tylko płacą, lecz również jakością usług i poziomem organizacji.

Chodzi więc o program sanacji usług kolejowych, precyzyjny, lecz równocześnie dla wszystkich zrozumiały. Trzeba bowiem uświadomić przeciętnemu odbiorcy, po co ma łożyć na kolej, jaki uzyska poziom usług i dlaczego nie da się tego zrobić zachowując status quo. Tylko wtedy można próbować przekonać gminy i województwa do finansowania kolei. Swojej kolei – nie kolei rządowej, związkowej, czy jakiejś innej. Na to zadanie władze państwowe, wskutek grzechu zaniedbania, prawie nie mają już czasu.

Wieści z ubiegłotygodniowych rozmów rządu z kolejarskimi związkowcami nie rokują dobrze. Wymagania strony grożącej strajkami są nie do przyjęcia. Funkcjonowanie kolei jak najszybciej musi zostać oparte na zasadzie prostych i łatwych do wyegzekwowania kontraktów. To oznacza zwrot do klienta – i wielkiego, i małego. Nie słychać tych tonów w wypowiedziach stron, a wszystko wydaje się zmierzać do prób zapełniania worka bez dna.

Na dodatek autentyczna odbudowa kolei – oraz jej rozwój – nie jest możliwa bez konfrontacji z tymi, w których interesie leży utrzymywanie samonapędzającej się superstruktury. Są to, jak wolno sądzić, potężne grupy, na które składają się i konduktorzy sprawdzający bilety z rzadka i niechętnie, i niezdarni organizatorzy wyższego szczebla zarządzania, i w końcu rozbudowane lobby samochodowe. Przy okazji rząd mógłby też – śladem premier Thatcher – wykorzystać niechęć związkowców do przeprowadzenia stosunkowo małym kosztem mądrych redukcji do złamania potęgi kolejarskich syndykatów.

Państwo bez kolei jest możliwe, ale czy będzie jeszcze spełniać europejskie standardy – proszę Rządu?

Jacek Wesołowski

 

Czarnogóra: bezpieczny remis

Wybory samorządowe w stolicy Czarnogóry Podgoricy i w nadmorskim mieście Herceg-Novi przebiegały bez zakłóceń i nie przyniosły wyraźnego rozstrzygnięcia. Dziennikarze się nudzili, co w tej części świata jest akurat dobrym objawem. Sporo z nich wyjechało zaraz po wyborach, więc nie było komu pisać o zamachu na Vuka Draszkovicia, jednego z przywódców serbskiej opozycji, w jego domu letniskowym w Budvie na czarnogórskim wybrzeżu. Ja tam, co prawda, pojechałam następnego dnia, ale niewiele  się dowiedziałam – że „śledztwo trwa, a Vuk oskarża władze z Belgradu”.

Głosowało 75 proc. uprawnionych. To zaskakująco wysoki wynik, zważywszy choćby, że w dniu wyborów w telewizji pokazywano trzy ciekawe mecze EURO 2000. Wybory pokazały, że można być Jugosłowianinem, a jednocześnie mieć cywilizowane podejście do polityki: do tej pory spory polityczne rozstrzygano tu raczej przy pomocy karabinu niż kartki wyborczej.

Rezultaty wyborów są niejednoznaczne: rządząca koalicja prezydenta Milo Djukanovicia wygrała w Podgoricy, natomiast w Herceg-Novi zwyciężyła opozycja Momira Bulatovicia (takim samym, symetrycznym stosunkiem 50:39 proc.). Fakt, że Herceg-Novi przerzuciło swe sympatie z Djukanovicia na partię związaną z jugosłowiańskim prezydentem Miloszeviciem przysparza zmartwień społeczności międzynarodowej, bo ta postawiła na Djukanovicia – polityka, którego ostrożne posunięcia przyczyniają się do zwiększenia niezależności republiki. Ta zmiana nastrojów niepokoi tym bardziej, że Herceg-Novi to największy nadmorski ośrodek turystyczny (a Czarnogóra turystyką stoi), miasto położone najbliżej granicy z Chorwacją (wkrótce ma zostać ponownie otwarta) i port, w którym może znaleźć bezpieczne schronienie federalna (czyli podlegająca Miloszeviciowi) marynarka wojenna. Faktycznie jednak sytuacja, w której sojusznicy dyktatora przejmują władzę w kolejnym (siódmym z dwudziestu jeden) mieście, jest wprawdzie niewygodna, ale nie daje powodów do paniki.

Generalnie zaś scenariusz pt. „W Czarnogórze bez zmian” jest zachęcający. Jakie były bowiem inne możliwości? Jakikolwiek „incydent” mógł sprowokować Miloszevicia do inwazji, bowiem prezydent Serbii chętnie wszcząłby czwartą wojnę bałkańską w celu odwrócenia uwagi od stanu samej Serbii. Z kolei wyraźne zwycięstwo koalicji Djukanovicia w obu miastach mogło skłonić Miloszevicia do wspomożenia swych oblężonych protegowanych, a wariant „opozycja bierze wszystko” mógł go ośmielić do tego, by na fali zwycięstwa „wykończyć” Djukanovicia za pomocą wojska.

W miarę ustabilizowana sytuacja w Czarnogórze pozwala prezydentowi Djukanoviciowi kontynuować taktykę secesji sukcesywnej: przy wsparciu finansowym ze strony UE i USA powoli zmienia on uprawnienia, politykę, symbole, a nawet społeczeństwo obywatelskie swej republiki, unikając jednocześnie hasła  „referendum na temat niepodległości”, by nie rozjuszyć Belgradu. A kiedy dwie strony konfliktu politycznego mają trochę powodów do świętowania, a trochę do jojczenia, łatwiej utrzymać spokój społeczny. Tak jak w futbolu: remisowe mecze są mniej ciekawe, ale mniejsza jest też szansa, że kibice-zadymiarze zrobią na mieście rozróbę.

Anna Husarska (Podgorica)

 

Wolność informacji i... dezinformacja

Sprawa ustawy o wolności informacji szczęśliwie nie schodzi z pola widzenia opinii publicznej. Na konferencji prasowej, zorganizowanej przed tygodniem przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, został przedstawiony już nie pomysł czy założenia, lecz projekt takiej ustawy, opracowany w Centrum im. Adama Smitha pod kierunkiem mecenasa Jana Stefanowicza (Centrum podjęło tę inicjatywę przed trzema laty, m.in. dzięki grantowi U.S. Information Service). Latem 1999 założenia do projektu ustawy zostały przekazane kancelarii premiera i wkrótce znalazły się, wraz z walką z korupcją, wśród priorytetów rządu w przemówieniu Jerzego Buzka  o tzw. „nowym otwarciu”.

Projekt stanowi ustawowe – a więc dające się wyegzekwować – rozwinięcie artykułu 61. konstytucji RP o prawie obywateli „do uzyskiwania informacji o działalności władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne”. Naczelną przesłanką jest pogląd, że jawne i dostępne dla każdego obywatela (nie tylko dziennikarza) musi być wszystko, co nie jest objęte ustawowo zdefiniowaną tajemnicą państwową, wojskową, handlową, skarbową, ochrony danych osobowych itd. W razie odmowy udzielenia informacji spór ma rozstrzygać niezawisły sąd, a nie urzędnik czy specjalny rzecznik (jeszcze jeden?). Teraz projekt ustawy ma szansę wejść na tzw. szybką ścieżkę legislacyjną, jako projekt poselski popierany przez rząd.

Aby jednak nie ugrzązł on w parlamencie i nie stał się przedmiotem partyjnych przetargów, konieczne jest stworzenie lobby ponad podziałami – i w tym kierunku należy skupić wysiłki. Natomiast występowanie z innymi pomysłami rozprasza społeczną energię i dezinformuje opinię publiczną. Zwłaszcza idea tzw. projektu obywatelskiego, sama w sobie słuszna, odsuwa sprawę – ze względu na kalendarz parlamentarny – w bliżej nieokreśloną przyszłość.

Ignacy Rutkiewicz

 

 

 

 

Nr 26, 25 czerwca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl