Komentarze

 

Michał Okoński AWS: polityka Balcerowicza bez Balcerowicza
Krzysztof Burnetko Konwencja w stylu staro-nowym
Józefa Hennelowa Po co to KAI-owi?
Jacek Imbramowski Izby, policja, nietrzeźwi

 

 

AWS: polityka Balcerowicza bez Balcerowicza

W ostatnich kilku tygodniach premier Buzek sprawiał wrażenie człowieka, który marzy o powrocie do działalności naukowej. Dziś stoi nadal na czele rządu i – paradoksalnie – jego pozycja jest mocniejsza niż przed kryzysem. Paradoksalnie, bo jego rząd formalnie popiera jedno tylko ugrupowanie, w dodatku wewnętrznie niespójne, z grupą kontestatorów w parlamencie i z coraz słabszym przywódcą.

Konstytucja daje jednak premierowi rządu mniejszościowego silną pozycję. Żeby go odwołać, posłowie (co najmniej 231) musieliby wskazać następcę, na co się nie zanosi. Jakakolwiek poważna obstrukcja ze strony własnego zaplecza może natomiast spowodować rezygnację premiera i w konsekwencji przedterminowe wybory, które dla posłów, którzy wywróciliby rząd, zakończyłyby się katastrofą.

Szybkość, z jaką premier przedstawił kandydatury na nowych ministrów, fakt, że nie wdawał się przy tym w targi z poszczególnymi partiami  i wreszcie deklaracje wicepremiera Janusza Steinhoffa i ministra finansów Jarosława Bauca (zgodnie zapowiadających kontynuację dotychczasowej polityki gospodarczej) oraz przegłosowanie przez AWS-owską większość w Senacie 3-proc. stawki VAT dla rolnictwa (na co nalegał wcześniej Leszek Balcerowicz), pozwalają na umiarkowany optymizm. W wielu sprawach rząd może liczyć na poparcie Unii Wolności. Sejm będzie głosował kilkadziesiąt ustaw przygotowanych jeszcze wspólnie przez niedawnych koalicjantów. Wygląda na to, że politycy AWS nie mają wyboru: chcąc przetrwać na stanowiskach jak najdłużej, muszą realizować politykę Balcerowicza.

Michał Okoński

 

Konwencja w stylu staro-nowym

Miało być po amerykańsku i na miarę XXI wieku: atmosfera zabawy, a nie nudnego politycznego konwentyklu, dynamicznie, a nie oficjalnie (na początek koncert gwiazdy pop, potem precyzyjnie zmontowany film o bohaterze spotkania, precyzyjnie dobrane przerywniki muzyczne podgrzewające atmosferę). A jednak się nie udało. Wszystko popsuł Leszek Miller. Owszem: współczesne kampanie wyborcze bez odrobiny demagogii obejść się (ponoć) nie mogą. Lecz tego, co pokazał szef SLD prezentując kandydata tej partii Aleksandra Kwaśniewskiego, nie da się sprowadzić do przedwyborczych chwytów socjotechnicznych.

Sprowadzenie sytuacji w Polsce roku 2000 do „śmietnika”, a rządów koalicji UW-AWS do „rumowiska” może bowiem wywołać aplauz SLD-owskiego betonu (a może również części nie pamiętającej czasów sprzed 1989 roku młodzieży i tych spośród starszych, którzy nie chcą przypomnieć sobie codzienności PRL-u). Oni też tylko mogą uwierzyć partii prezentującej swoją ofertę przy pomocy obietnicy: gdy obejmiemy rządy, to Polska stanie się krajem, w którym śmietniki służyć będą „do gromadzenia śmieci, a nie szukania pożywienia czy porzucania noworodków”.

Nikt jednak, kto trzeźwo obserwuje historię III RP, na taką jej wizję się nie nabierze. Jak jednak widać SLD nie może wciąż pozbyć się populistycznych nawyków – i w tym sensie mitem jest teza o pełnym profesjonalizmie tego ugrupowania. Może to mieć i taki skutek, że na starcie zrazi do siebie (i do swojego kandydata na prezydenta) przynajmniej część spośród swych nowych sympatyków (m.in. o tym pisze obok Paweł Śpiewak).

Inne pytanie brzmi: dlaczego na taki styl kampanii pozwala sam Aleksander Kwaśniewski? Nie chodzi nawet o to, że w ten sposób nie stanie się prezydentem wszystkich Polaków. Rzecz w tym, że aprobując taki populizm, podważa powagę państwa, którego jest od 5 lat głową, oraz swą opinię poważnego polityka.

Krzysztof Burnetko

 

Po co to KAI-owi?

Katolicka Agencja Informacyjna pełni funkcję nie do przecenienia: dzięki jej serwisom media publiczne o niebo poważniej i bez rażących „wpadek” informują o życiu Kościoła w Polsce i świecie. Ale KAI coraz mocniej demonstruje ambicje polityczne, co siłą rzeczy, nagłaśnia jej własne sympatie i antypatie, choćby przez dobór rozmówców i komentatorów. W serwisie z 7 czerwca aż cztery pozycje to komentarze prawicowych polityków do faktu rozpadu rządzącej koalicji. Ich diagnozy i oskarżenia nie zostały uzupełnione ani jednym głosem drugiego z koalicjantów (ani tym bardziej komentatora neutralnego), co jest podstawowym grzechem dziennikarskiego informowania. Ale w ogóle: po co politycy mają rozprawiać o swoich czysto świeckich sprawach na łamach KAI? Ma ona inne zadania, a politycy aż nadto innych możliwości do zabierania głosu.

Józefa Hennelowa

 

Izby, policja, nietrzeźwi

Młody mężczyzna zmarł po nocy spędzonej w izbie wytrzeźwień. Sekcja wykazała, że przyczyną śmierci był krwiak mózgu spowodowany pobiciem. Niewykluczone, że sprawcami byli sanitariusze – poinformowały w ub. tygodniu media. Kilka dni temu warszawska prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie zgonu Wiesława K., który również zmarł najprawdopodobniej w wyniku pobicia w izbie wytrzeźwień. A parę miesięcy wcześniej Rzeczpospolita przegrała proces wytoczony jej przez 54-letniego rencistę Witolda Litwę, który skarżył się Trybunałowi Praw Człowieka, że został bezpodstawnie zatrzymany w izbie, a tym samym naruszono jego prawa do wolności i bezpieczeństwa osobistego (art. 5 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka). Trybunał uznał wtedy, że wedle konwencji izby wytrzeźwień są wprawdzie legalne, ale nie znaczy to, że można w nich zamykać każdego pijanego obywatela. Sędziowie stwierdzili, że o ile pijany nie stwarza zagrożenia dla siebie ani dla innych, to policja powinna odwieźć do domu, a nie zamykać w izbie.

Werdykt ten komentowany być wówczas w Polsce w lekko pobłażliwej tonacji. Nic dziwnego: choć izby wytrzeźwień rodowodem sięgają PRL-u, to nadal spora część opinii uważa je za instytucję potrzebną: skuteczną w walce z alkoholizmem i pomagającą w utrzymaniu porządku na ulicach. Z kolei dla wielu mediów i polityków mówienie o prawach człowieka w przypadku pijanego obywatela dowodzi jedynie uleganiu politycznej poprawności. W tej sytuacji nie pomagają nawet argumenty o przypadkach okradania czy bicia zatrzymanych w izbach.

Co może jednak ważniejsze: polskie prawo (art. 40 ustawy o wychowaniu w trzeźwości) bynajmniej nie nakazuje doprowadzania nietrzeźwych do izby – dopuszcza bowiem także odtransportowanie ich do „miejsca zamieszkania lub pobytu”. Policjanci jednak rutynowo wybierają wariant: izba. Już zmiana tego nawyku byłaby osiągnięciem – a niewykluczone, że policja zyskałaby i na czasie, i na reputacji, państwo zaś (i samorządy) mniej wydałyby na utrzymanie izb.

Jacek Imbramowski

 

 

 

 

 

Nr 25, 18 czerwca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl