Komentarze

 

Wojciech Pięciak Ostatnia podróż, czyli pożeganie Clintona
Krzysztof Kozłowski O historyczną uczciwość
Krzysztof Burnetko Sąd Najwyższy swoje, praktyka swoje

 

 

Ostatnia podróż, czyli pożeganie Clintona

Kiedy osiem lat temu zostawał prezydentem jedynego supermocarstwa, mało kto wierzył, że jego nazwisko znajdzie się w podręcznikach historii. Zbyt duży był choćby kontrast jego osobowości – „uśmiechniętego chłopca”, który zapewniał, że choć palił marihuanę, to „się nie zaciągał”, a wybory wygrał w stylu „demokracji telewizyjnej” – z kostycznym Georgiem Bushem, prezentującym się (bezskutecznie) wyborcom jako prawdziwy (w odróżnieniu od Clintona) mąż stanu i zwycięzca znad Zatoki Perskiej. Ale choć przyszłość przyznała rację tym, którzy akcentowali specyficzne podejście Billa Clintona do kwestii prawdomówności – rozmaite skandale ciągnęły się przez obie kadencje jego rządów, z kulminacją w postaci „afery rozporkowej” – to równocześnie, patrząc z perspektywy Europy, bilans jego rządów wygląda bardzo dobrze. A że w ciągu paru miesięcy, które pozostały do wyborów w USA, prezydent nie podejmuje ważnych decyzji w polityce zagranicznej, jego ostatnia europejska podróż – od Lizbony przez Akwizgran po Moskwę – służyła głównie jednemu: uroczystemu podkreśleniu miejsca, jakie Clinton zajmie w Historii.

Zajmie je też w historii Polski: wszak przyjęcie trzech krajów Europy Środkowej do NATO to jego zasługa (choć pierwszy impuls wyszedł z Niemiec). Co prawda w Akwizgranie – gdzie odbierał prestiżową Nagrodę im. Karola Wielkiego – Clinton mówił, że drzwi do NATO (i UE) nie mogą pozostać zamknięte, ale jeśli można mu (czy szerzej: Zachodowi) coś zarzucić, to właśnie brak jasnego komunikatu, iż pierwszy etap otwarcia Paktu na Wschód nie był ostatnim oraz brak polityki, przygotowującej teren na przyjęcie do NATO np. krajów bałtyckich. Zasługą Clintona jest też utrzymanie ścisłych związków między USA a Europą – co dziś brzmi banalnie, ale na początku dekady nie było wcale takie pewne. Wszak zwycięzcy „zimnej wojny” popadli wtedy jakby w zagubienie, a ofiarą sytuacji – gdy NATO, USA i Wspólnoty Europejskie zastanawiały się, czym mają być – padli najpierw mieszkańcy Sarajewa. Później jednak to zaangażowanie USA zakończyło wojnę w Bośni, a potem zatrzymało Miloševicia w Kosowie. Na koncie Clintona trzeba więc zapisać zdefiniowanie na nowo roli NATO – a także mediacje w Irlandii Północnej i na Bliskim Wschodzie (kruche, ale dające jakieś szansę).

Co nie znaczy, że w polityce europejskiej Clinton nie zostawia następcy trudnej schedy: otwarta jest nie tylko przyszłość NATO (czy dalej rozszerzać?) i stosunków z Rosją, (w tym plan budowy przez USA „antyrakietowego parasola”), ale przede wszystkim pytanie o kształt relacji USA z Unią Europejską.

Wojciech Pięciak

 

O historyczną uczciwość

Polskie Stronnictwo Ludowe doprowadziło do sprowadzenia prochów Stanisława Mikołajczyka do Polski. Jesteśmy wdzięczni za to. Bylibyśmy jeszcze bardziej wdzięczni, gdyby PSL i jego przywódcy zachowali elementarną miarę – czyli trochę więcej przyzwoitości. Nawet najbardziej wzruszające przemówienia  obecnych prezesów nie przysłonią faktu, że wówczas – w 1947 roku – ludzie bliscy prezesowi Mikołajczykowi poszli do więzień, a ludzie ulegli i zastraszeni utworzyli pośpiesznie pseudo PSL zależne od PPR, a niebawem równie satelickie ZSL mające być antidotum na  legendę PSL i jego Prezesa. Powtarzam: ZSL wyrosło z potępienia Stanisława Mikołajczyka i nigdy tej hańby nie zmazało, tak samo jak dzisiejsze PSL nigdy nie odcięło się radykalnie od swoich ZSL-owskich korzeni. Nie wystarczy zmiana nazwy Stronnictwa, nie wystarczą słowa o „ukochanym Prezesie” nad jego trumną. Trzeba w takiej sytuacji publicznie przeprosić za tych wszystkich działaczy ZSL, którzy razem z polskimi komunistami wyrządzili tak wielką krzywdę Stanisławowi Mikołajczykowi.

Krzysztof Kozłowski

 

Sąd Najwyższy swoje, praktyka swoje

„Wygrało prawo do informacji” – taki był ton nagłówków prasowych po ubiegłotygodniowym werdykcie Sądu Najwyższego w sprawie odmowy udostępnienia dziennikowi „Głos Podlasia” przez radę gminy Łosice protokołu z niejawnego posiedzenia komisji rewizyjnej, poświęconego wykonaniu gminnego budżetu. Nic dziwnego: Sąd Najwyższy potwierdził konstytucyjne prawo obywateli (a więc i dziennikarzy) do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy wszelkiego szczebla. Tym samym potwierdził obowiązek urzędów publicznych udzielania mediom informacji. Co więcej, w uzasadnieniu Sąd przywołał art. 2 prawa prasowego, który obliguje organa państwowe do stwarzania mediom warunków niezbędnych do wykonywania ich funkcji.

Okazuje się, że choć od przełomu roku 1989 minęło sporo lat, czasem potrzeba aż werdyktu Sądu Najwyższego, by przywołać do porządku polityków-urzędników (oraz sędziów – bo przecież jeden ze składów Naczelnego Sądu Administracyjnego, gdzie najpierw trafiła sprawa gminy Łosice, stanął po stronie władzy i oddalił skargę dziennikarzy). I musi chyba minąć jeszcze wiele czasu, aby elementarne – zdawałoby się – reguły funkcjonowania urzędników demokratycznego państwa, zaczęły działać samoczynnie, bez sankcji sądowych wyroków.

Taki przykład: w dniu ogłoszenia przez prasę werdyktu Sądu Najwyższego redakcja „Tygodnika” próbowała zdobyć w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji tekst protokołu, podpisanego właśnie przez szefa MSWiA Marka Biernackiego i wiceszefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji, gen. Wiktora Komogorowa o wymianie archiwaliów służb specjalnych obu krajów w celu wyjaśnienia historycznych „białych plam” w stosunkach rosyjsko-polskich. Chcieliśmy – korzystając z wiedzy prof. Andrzeja Paczkowskiego, nie tylko znakomitego historyka, ale też członka Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej – ocenić wagę tego porozumienia. Tymczasem odpowiedzialny za tę sprawę urzędnik centralnego archiwum MSWiA stwierdził, że nie jest możliwe przesłanie protokołu na zewnątrz, a jedynie można się z nim zapoznać na miejscu, w ministerstwie. Dlaczego? Bo ponoć tak życzyła sobie strona rosyjska. Był to argument absurdalny: skoro dokument jest jawny i może być udostępniony do wglądu w MSWiA, czemu urzędnicy resortu odmawiają wysłania go zainteresowanym mediom? Co więc zdecydowało: niechęć do mediów, obsesja tajności (na jakiej podstawie Rosjanie mieliby żądać takiego niby-utajnienia?) czy zwykłe lenistwo?

Gdy w 1972 roku reporterzy „The Washington Post” Bob Woodward i Carl Bernstein rozpracowywali sprawę podsłuchu w sztabie wyborczym partii demokratycznej (nazwaną później Aferą Watergate), źródłem ich informacji było nie tylko osławione „Głębokie Gardło”. Wiele faktów, tropów i sugestii zdobyli przez telefon: nie musieli nawet wychodzić z redakcji, wystarczyło wykorzystać prawo do jawności życia publicznego w USA i tradycję odpowiadania na pytania dziennikarzy. W Polsce – mimo wsparcia, jakie zyskały media ze strony majestatu Sądu Najwyższego – w praktyce najważniejszą władzą okazują się wciąż urzędnicze przyzwyczajenia.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

Nr 24, 11 czerwca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl