Komentarze

 

Wojciech Adamiecki Wyjście z Libanu
Jan Widacki Dwa Związki Polaków na Litwie?
Wojciech Pięciak Na miarę potrzeb – i możliwości
Krzysztof Burnetko Ruch niekonsekwentny

 

 

Wyjście z Libanu

Premier Izraela Ehud Barak zrealizował (przed czasem) wyborczą obietnicę sprzed roku, w której zapowiadał, iż armia wycofa się z tzw. strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie. No i stało się. Problem, który jeszcze niedawno wydawał się nierozwiązywalny został zlikwidowany zaskakująco szybką i odważną decyzją. W ten sposób Izrael wreszcie wyplątał się z wyjątkowo niekorzystnej sytuacji. „Wojna w Libanie” nieopatrznie rozpętana przed niemal dwudziestu laty przez wojowniczego generała Szarona była bowiem ogromnie kosztowna pod każdym względem – politycznym, militarnym, społecznym i nie przynosiła Izraelowi żadnych korzyści.

Można przypuszczać, że decyzja ta została poprzedzona nie tylko analizami wojskowo-politycznymi. Z pewnością była konsultowana z Amerykanami i zapewne nie zabrakło sondaży przez kanały pośredniczące w stronę Syrii. Najprawdopodobniej uzyskano zapewnienia, że partyzanci Hezbollah powstrzymają się od ataków na płn. Izrael (pytanie – na jak długo?). Nie ulega wątpliwości, że mamy do  czynienia z odważnym posunięciem, które, być może będzie sprzyjać otworzeniu nowych możliwości w bliskowschodnim procesie pokojowym. Jeżeli do tego dojdzie Barak rzeczywiście wygra politycznie.

Właściwie tę rundę już wygrał. Bez względu na to, co zrobi prezydent Syrii Asad. Na razie wszyscy czekają, co powie ten Wielki Milczek. W każdym razie Asad, który od lat niezłomnie i niezmiennie odmawia poważnych rozmów o pokoju z Izraelem, w świetle zmian, które zachodzą na Bliskim Wschodzie, wydaje się coraz bardziej anachroniczny.

Wojciech Adamiecki

 

Dwa Związki Polaków na Litwie?

Tym razem poszło o ambicje liderów, choć nie tylko. Zarówno Jan Sienkiewicz, jak Ryszard Maciejkianiec są działaczami pokolenia, które swą aktywność publiczną zaczynało w czasach sowieckich. Pierwszy jako redaktor partyjnego „Czerwonego Sztandaru” odpowiedzialny był w nim za ideologię i propagandę, drugi był etatowym pracownikiem partyjnego aparatu (w jego najmniej ciekawych segmentach: kontrola partyjna, pion administracyjny). Na przełomie lat 80. i 90. obydwaj przeszli metamorfozę, przechodząc na pozycje skrajnie prawicowe i narodowe. Obydwaj postrzegani są przez Litwinów jako polscy nacjonaliści, niechętni litewskiemu państwu, utrudniający polsko-litewskie pojednanie, jątrzący w stosunkach polsko-litewskich, utrudniający rzeczową dyskusję i rozstrzyganie problemów polskiej mniejszości.

Litewska ordynacja wyborcza do sejmu i samorządów, dopuszczająca do udziału w wyborach tylko partie polityczne, zmusiła Związek Polaków, na czele którego stał Maciejkianiec, do utworzenia, specjalnie dla potrzeb wyborów partii politycznej o nazwie Akcja Wyborcza Polaków na Litwie, na czele której stanął Sienkiewicz. Akcja szybko poczuła się na tyle silną (w końcu to ona, a nie Związek Polaków ma posłów i radnych), że nie potrzebowała już „patronatu” Związku, z jego autorytarnym prezesem Maciejkiańcem, tym bardziej, że ten ostatni wybory do sejmu przegrał i posłem nie został. Konflikt liderów nałożył się więc na konflikt interesów. ZPL wciąż mienił się być jedynie reprezentacją litewskich Polaków, który ma rzeczywistą władzę w społeczności i co ważniejsze – dążył do monopolizacji w kontaktach z Polską, z ośrodkami władzy i instytucjami świadczącymi pomoc materialną.

Być może dopiero litewski sąd rozstrzygnie, który z dwóch ZPL-ów jest legalny: ten z prezesem Maciejkiańcem, czy też z prezesem Sienkiewiczem? Tak głęboko władze litewskie nigdy nie ośmieliły się ingerować w wewnętrzne życie polskich organizacji. Tym razem, będą być może musiały to zrobić na własne życzenie liderów litewskich Polaków. Przed tym dylematem staną też te instytucje w Polsce, które dotąd bezkrytycznie wspierały finansowo działalność ZPL-u. Może ten konflikt, który zaszkodzi Polakom na Litwie tak w opinii litewskiej, jak i w opinii polskiej, będzie miał chociaż ten dobry skutek, że spowoduje wreszcie od tak dawna pożądaną w Polsce dyskusję nad formami pomocy Polakom za wschodnią granicą.

Polskie życie społeczne i polityczne na Litwie czeka zdaje się jeszcze niejeden kryzys. Tak będzie do czasu, aż zmieni się pokolenie liderów społeczności polskiej, a miejsce starych działaczy zajmą ludzie młodzi, wychowani w warunkach demokracji, wolni od bagażu przeszłości, wiążący swą przyszłość z Litwą, której potrafią być lojalnymi obywatelami, nie tracąc przy tym swojej polskości. Ale na to jest jeszcze za wcześnie.

Jan Widacki

 

Na miarę potrzeb – i możliwości

Organizacja sił zbrojnych jest funkcją celów, które wyznacza im władza cywilna, a te wynikają z położenia geopolitycznego i sposobu, w jaki określa się interes państwa. Z krajów NATO wyspiarscy Brytyjczycy mogą pozwolić sobie na niewielką armię zawodową. Amerykanie potrzebują także armii zawodowej, lecz liczebniejszej, która może interweniować w każdym zakątku świata. Francuzi rezygnują od 1996 r. z powszechnego poboru, lecz utrzymują armię sporą i mobilną, co wynika z ich mocarstwowej samoświadomości. W RFN zaczyna się właśnie kolejna redukcja Bundeswehry i kolejna po 1990 r. jej reforma, zmierzającą do jeszcze większego uzawodowienia. Przykład Niemiec jest ciekawy, bo przed Wojskiem Polskim stoją dziś podobne zadania: obrona własnego kraju i udział w NATO (w obronie Paktu i w zaprowadzeniu siłą pokoju, jak Kosowo i Bośnia). Inne jest jednak położenie obu krajów: to Polska jest krajem granicznym Paktu i pozostanie nim, nawet po przyjęciu kiedyś do NATO Słowacji i krajów bałtyckich. Niemcy mogą kłaść większy nacisk na tzw. siły reagowania kryzysowego (przeznaczone do takich operacji jak Kosowo), kosztem tzw. głównych sił obrony, których zadaniem jest obrona terenu samych Niemiec. Natomiast polska armia musi godzić równolegle dwa zadania: wysyłać żołnierzy np. do Kosowa (których, choć są dobrzy, liczyć można tylko w pojedyncze bataliony) i zarazem bronić kraju przed tradycyjnym atakiem, praktycznie możliwym tylko ze wschodu.

Armia zredukowana – jak głosi nowy plan MON – do 150 tys. poradzi sobie z pierwszym z tych celów. Czy sprosta drugiemu? Skutkiem redukcji będzie coraz większe uzawodowienie, a pobór stanie się „sitem” do wyławiania tych, którzy się armii przydadzą; wiadomo, jaka jest dziś kondycja poborowych, których skądinąnd nie sposób wyszkolić na żołnierzy współczesnego pola walki w czasie trwania służby zasadniczej. Niemniej, wojsko w większości zawodowe nie „produkuje” rezerwistów, którzy w sytuacji zagrożenia pozwalają na szybką rozbudowę armii. Ale, z drugiej strony, jaką wartość przedstawiają dziś polscy rezerwiści? Plan MON będzie odpowiedzią na te dylematy, o ile redukcji towarzyszyć będzie modernizacja i dofinansowanie, w tym zakupy sprzętu (zwłaszcza w lotnictwie, które prawie nie istnieje).

Wojciech Pięciak

 

Ruch niekonsekwentny

Największy polski dystrybutor prasy odmówił rozprowadzania kolejnego tytułu – po epatującym okrucieństwem i przemocą „Złym”, z kiosków firmy Ruch S.A. zniknie łódzki tygodnik „Fakty i mity”, który chce zyskać czytelników tanim antyklerykalizmem i sensacjami w rodzaju wywiadu z byłym kapitanem SB Grzegorzem Piotrowskim (gdzie stawiał on m.in. tezę, że śmierć ks. Jerzego Popiełuszki była jedynie wynikiem nieszczęśliwych okoliczności).

Albo można uznać, że Ruch jest ciągle nie tylko monopolistą w branży kolportażu prasy (podlega mu bowiem aż 60 proc. punktów sprzedaży), ale na dodatek wciąż przedsiębiorstwem państwowym i jako taki powinien brać pod uwagę fakt, że oba pisma były legalnie zarejestrowane – więc ma obowiązek sprzedawać te pisma do czasu ewentualnej decyzji sądu o zawieszeniu debitu. Wycofanie obu tytułów należałoby zatem uznać za bezprawne.

Można też przyjąć, że Ruch S.A. przestał być już monopolistą na rynku prasy (kontroluje bowiem tylko 60 proc. punktów sprzedaży), a jako firma działająca na wolnym rynku może sam decydować, jaki towar chce sprzedawać, a jakim się brzydzi. Wówczas jednak pojawia się pytanie, dlaczego Ruch S.A. ciągle rozprowadza w swych kioskach i prenumeracie takie tytuły, jak „Tylko Polska” czy „Myśl Polska” – nawet nie starające się ukryć nastawienia antysemickiego, a więc szerzące co najmniej uprzedzenia rasowe. Czy te gazetki w szefach Ruchu obrzydzenia nie budzą?

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

Nr 23, 4 czerwca 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl