Komentarze

 

Janusz A. Majcherek Herman to nie Starzyński
Bogumiła Berdychowska Chcę wierzyć...
Andrzej Romanowski IPN wraca...

 

 

Herman to nie Starzyński

Akurat w okresie jubileuszu dziesięciolecia restytucji samorządności lokalnej, premier powołał zarządcę komisarycznego, który zawiesił funkcjonowanie rady warszawskiej gminy Centrum. Można więc było równocześnie fetować rozwój samorządności jako jeden z największych sukcesów III Rzeczpospolitej oraz śledzić kryzys wywołany kompromitacją i klęską samorządu w jej mieście stołecznym.

Przyczyny trwającego od dawna zamętu w samorządzie warszawskim tkwią w kuriozalnej strukturze władzy miejskiej, opartej na dwustopniowym systemie instytucji kontrolowanych przez siedmiuset radnych, co tworzy gordyjski węzeł zależności, powiązań i interesów, paraliżujących pracę ich wszystkich. Bezpośrednim powodem obecnego kryzysu była jednak niesubordynacja grupy radnych AWS, którzy ostentacyjnie złamali porozumienie z Unią Wolności, zawarte uroczyście przy udziale krajowych liderów obu ugrupowań, a następnie, znalazłszy się w opozycji, podjęli bojkot posiedzeń rady. Premier, będący jednocześnie przewodniczącym RS AWS, nie był w stanie przywrócić dyscypliny buntowników, lecz uległ presji i namowom ich partyjnych kolegów, by potraktować wywołany przez nich impas proceduralny jako pretekst do nasłania zarządcy komisarycznego, na wniosek podległego sobie wojewody.

Kompromitacja i klęska samorządności w Warszawie mają jednak nie tylko lokalne konteksty i konsekwencje, nic więc dziwnego, że wywołały reakcje i konsekwencje w całym polskim systemie politycznym. Pilna zmiana ustroju stolicy jest oczywistą koniecznością. Mechanizmy destrukcji ujawnione przy tej okazji są jednak niebezpieczne dla całego państwa. W parlamencie również istnieje grupa niesubordynowanych polityków AWS, sabotujących poczynania rządowej koalicji i pozbawiających ją większości. Jej upadek spowodowałby kryzys gabinetowy. To byłby już kryzys władzy w ogóle. Prezydent i SLD wyrastają na obrońców samorządności i demokracji, AWS może zaś polec od broni przez siebie użytej, a zasługi przy wprowadzaniu reformy samorządowej pójdą w niepamięć. Klęska we wszelkich najbliższych wyborach, poczynając już od prezydenckich, stałaby się wówczas przesądzona. Powinni to rozważyć wszyscy snujący miraże osiągnięć na miarę Stefana Starzyńskiego, uzyskanych bez demokratycznego mandatu, a mających przywrócić im społeczne uznanie i poparcie. Bardziej prawdopodobne jest bowiem wywołanie społecznej dezaprobaty i potępienia.

Janusz A. Majcherek

 

Chcę wierzyć...

Chcę wierzyć urzędnikom rzeszowskiego oddziału Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, iż nie mieli pojęcia, że na terenach, które sprzedają jako grunty rolne, znajdują się połemkowskie cmentarze. Chcę im wierzyć, bo inaczej wychodziłoby na to, że są ludźmi bezdusznymi. Bo jakże inaczej można określić urzędnika, który zdając sobie z tego sprawę, podejmuje decyzję, by wraz z ziemią rolną sprzedać cmentarz? Chcę więc wierzyć, że nie są bezduszni, ale w takim razie chyba nie są najlepszymi urzędnikami. Bo dobry urzędnik powinien wiedzieć, co sprzedaje.

Zastanawiam się, czy jednak nie zbyt pochopnie rozgrzeszyłam rzeszowskich urzędników z bezduszności. Bo wprawdzie sprawa sprzedaży połemkowskich cmentarzy trafiła niedawno na łamy ogólnopolskich gazet, jednak na poziomie regionalnym była o tym mowa wcześniej – tyle tylko, że nikt z kompetentnych urzędników na niepokojące sygnały nie zareagował. Teraz władze Uścia Gorlickiego powołały wspólnie ze Zjednoczeniem Łemków komisję, która ma ustalić, gdzie się znajdują łemkowskie cmentarze, a później wydzielić je z pozostałych gruntów. Do zakończenia prac komisji rzeszowski oddział Agencji Własności Rolnej zobowiązał się do wstrzymania sprzedaży ziemi na tym terenie. Późno to co prawda, ale dobrze, że doszło do tego typu ustaleń. Tym bardziej, że tak naprawdę nie wiadomo, ile cmentarzy urzędnicy Agencji zdołali dotąd sprzedać (plotka głosi, że może nawet kilkanaście). Niemniej komisja nie rozwiązuje problemu całościowo, albowiem poukraińskie cmentarze rozsiane są po całej południowo-wschodniej Polsce, więc pojawia się pytanie: czy na ich inwentaryzację trzeba będzie czekać do następnego skandalu? Osobną kwestią są poukraińskie cmentarze zabytkowe, które były w swoim czasie ratowane i konserwowane z inicjatywy Komisji cerkiewnej działającej przy Towarzystwie Opieki nad Zabytkami, a którym teraz, kiedy rozwiązano Komisję, grozi na powrót degradacja. Pozostaje także kwestia zabytków kultury ukraińskiej. Przed laty z inicjatywy minister kultury Izabeli Cywińskiej opracowano program ratowania tych zabytków, który jednak został przez resort kultury zarzucony. Więc na koniec mam pytanie: czy dziś ktoś czuje się odpowiedzialny za to, co się dzieje nie tylko z cmentarzami, ale w ogóle z zabytkami, które są świadectwem, że kiedyś obok Polaków w południowo-wschodniej Polsce mieszkali również Ukraińcy?

Bogumiła Berdychowska

 

IPN wraca...

Wpółtora niemal roku po przyjęciu przez Sejm ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej pojawia się szansa na rozpoczęcie jego działalności. Ale nie ma się z czego cieszyć. IPN jest pomysłem niedemokratycznym: godzi w równość obywateli wobec prawa, dzieli ich na dwie kategorie – tych, którzy mają dostęp do dokumentów wytworzonych na ich temat („pokrzywdzonych”) oraz tych, którzy takiego prawa nie mają. Skądinąd zabawne byłoby sprawdzić, czy pod kategorię „pokrzywdzonych” będą podpadać członkowie najwyższych władz PZPR (SB niewątpliwie zbierała na nich informacje). Tak czy inaczej, podobnego podziału – ani podobnych dylematów – nie zna lustracja czeska i niemiecka: tam dostęp do dokumentów mają po prostu wszyscy.

Ustawa o IPN łamie też porządek prawny: operuje nie zdefiniowanymi pojęciami (w rodzaju „inspirowania”, czy – zwłaszcza – „tolerowania”), tworzy odrębny rodzaj zbrodni (nawet tych będących w istocie wykroczeniami – o ile tylko popełnił je funkcjonariusz państwa komunistycznego). Nie kto inny, jak Rada Legislacyjna przy Premierze zwracała kiedyś uwagę, że projekt ustawy o IPN „nie został dostatecznie zharmonizowany z obowiązującym porządkiem prawnym”.

Ale i więcej jeszcze. W obowiązującej u nas ustawie lustracyjnej oskarżać może tylko Rzecznik Interesu Publicznego, wyrok wydaje Sąd Lustracyjny, od wyroku przysługuje odwołanie. W ustawie o IPN tego wszystkiego nie ma: tu każdy „pokrzywdzony” ma prawo poznać nazwiska swych donosicieli, może je też wynieść (znowu inaczej niż w Czechach i w Niemczech) poza mury Instytutu. Jeżeli ustawa lustracyjna nie tylko nie zapobiegła pomówieniom, ale otwarła pole dla partyjnych porachunków, zasadne staje się pytanie, co nam zafunduje – o tyle jeszcze gorsza – ustawa o IPN? Na naszych oczach rozpoczyna się nowy etap lustracji dzikiej – tyle że już na skalę masową.

Desygnowany na prezesa Instytutu prof. Leon Kieres jest zasłużonym, uczciwym człowiekiem. Szkoda go do tej roboty.

Andrzej Romanowski

 

 

 

 

Nr 22, 28 maja 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze
Nike 2000

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl