Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Róbta co chceta, czyli nie będzie nas, ale będziemy...
Wojciech Pięciak Sygnał bezsilny, ale sygnał
Andrzej Czarnecki O luksusie, czyli internet po polsku

 

 

Róbta co chceta, czyli nie będzie nas, ale będziemy...

Najpoważniejsze ugrupowanie centrum polskiej sceny politycznej zgłasza brak zainteresowania wyborami głowy państwa. Jego lider utrzymuje, że „znaczenie wyborów prezydenckich jest w Polsce zdecydowanie przeceniane” – i tym uzasadnia pozostawienie zwolennikom swej partii swobody wyboru. Twierdzi też, że decyzja ta to wynik chłodnej kalkulacji (porównuje tu wręcz politykę do fizyki). W efekcie takiej analizy kierownictwo partii uznało, że ważniejsze jest utrzymanie koalicji rządzącej i polepszenie pozycji wyjściowych przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi niż narażanie się na wewnątrzkoalicyjne spory wskutek wystawienia konkurencyjnego wobec koalicyjnego partnera kandydata na prezydenta. Z kolei ojciec-założyciel tegoż najpoważniejszego ugrupowania polskiego centrum przyznaje, że podjęta decyzja jest, owszem, ryzykowna i wynika z zasady mniejszego zła, ale deklaruje: „niepopieranie żadnego kandydata nie oznacza, że będziemy nieobecni w polityce”. Prominentni działacze dołączają do tej listy usprawiedliwień argumenty w rodzaju: nie każda partia musi zawsze wystawiać w wyborach swojego człowieka, albo: nasi członkowie i elektorat jest podzielony i nie możemy ludziom nikogo narzucać, bo groziłoby to rozłamem. Kłopot w tym, że tłumaczenia te i zapewnienia nie tylko zdają się również wynikać z reguły mniejszego zła, ale, na dodatek, mogą bałamucić wyborców.

Bo przecież, po pierwsze, nie jest tak, że na znaczenie urzędu prezydenta składa się w Polsce jedynie suma jego uprawnień wyliczonych w konstytucji. Na znaczenie głowy państwa wpływa też fakt, że jest ona wybierana przez cały naród. Wybory powszechne dają prezydentowi już na starcie o wiele silniejszą legitymację niż wynika to z suchej litery prawa. Z kolei praktyka ostatniego dziesięciolecia pokazuje, jak wiele zależy od osobowości człowieka pełniącego tę funkcję. Inny model prezydentury reprezentowali Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. Styl ten nie pozostał bez wpływu choćby na wizerunek Polski w świecie. To chyba wystarczający argument, by nie pomniejszać znaczenia wyborów głowy państwa? Nie mówiąc o tym, że także w kraju trudno sprowadzać rolę prezydenta do wręczania orderów. Nawet tak ostatnio bagatelizowane uprawnienie, jakim jest prawo weta wobec ustaw, może mieć sens dla edukacji prawnej społeczeństwa – i to nawet wtedy, gdyby weto zostało odrzucone przez opozycyjny wobec głowy państwa parlament.

Bagatelizowanie wyborów, po drugie, przeczy jednej z kluczowych dla rozwoju nowoczesnej demokracji tendencji: że oto kampanie wyborcze nie powinny służyć jedynie walce o to, kto zajmie fotel głowy państwa, lecz przede wszystkim mają być okazją do debaty nad stanem państwa i jego najważniejszymi problemami oraz do promowania liderów i programów politycznych. Pewnie: w Polsce jak dotąd kampanie sprowadzały się często do wzajemnych ataków (by nie powiedzieć awantur). Lecz może po 10 latach demokracji pora wreszcie na zmianę?

Niewiele było prób naszkicowania możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji i układów po wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Dyskusja tyczyła tylko jednego: kto wystartuje, a kto nie. Wynik? Upadek kolejnych mitów: że to Unia Wolności jest jedynym w kraju ugrupowaniem, które nie może narzekać na brak autorytetów politycznych do pełnienia czołowych stanowisk w państwie oraz że tzw. ugrupowania postsolidarnościowe, z kłopotami, bo z kłopotami, ale jednak potrafią w ważnych sprawach przedłożyć interes państwa nad ambicjonalne spory. „Interes państwa” – bo nie jest dobrze, gdy w demokracji zaczyna brakować alternatywy dla jednej orientacji politycznej i już na długo przed głosowaniem można z dużym prawdopodobieństwem wskazać zwycięzcę. Więcej: wiele wskazuje na to, że podobne zjawisko czeka nas przy wyborach parlamentarnych. Trudno bowiem spodziewać się, to po trzecie, by akurat rezygnacja Unii Wolności z wystawienia kandydata rzeczywiście mogła wpłynąć na poprawę pracy i wizerunku koalicji rządzącej. O wiele bardziej prozaiczne są przyczyny wpadek tej ekipy i o wiele bardziej błahe sprawy wywoływały groźbę rozłamu tego układu.

A już na ironię historii wygląda fakt, że nie kto inny, ale właśnie najpoważniejsze ugrupowanie polskiego centrum miało swój udział w stworzeniu wśród obywateli wrażenia, iż to, kto zostanie prezydentem, może wręcz decydować o losach państwa – by przypomnieć tylko styl kampanii podczas poprzednich wyborów, której symbolem były próby wykorzystania tzw. sprawy Oleksego (niezależnie od tego, jak ocenia się jej meritum).

Krzysztof Burnetko

 

Sygnał bezsilny, ale sygnał

W historii ONZ nigdy dotąd nie zdarzyło się – nawet w czasach „zimnej wojny” – aby komisja ONZ potępiła mocarstwo, będące stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa. Kiedy w minionym tygodniu na forum komisji praw człowieka ONZ trafił projekt rezolucji potępiającej Rosję za łamanie praw człowieka w Czeczenii i domagającej się wysłania tam aż pięciu specjalnych sprawozdawców ONZ, mało kto wierzył, że to przejdzie. Autorzy projektu, czyli kraje Unii Europejskiej, nawet specjalnie nie naciskały, traktując go jako formę nacisku na Rosję. Ale gdy nie powiodły się negocjacje, których celem była kompromisowa formuła akceptowalna przez Moskwę, Zachód nie miał wyjścia: wycofując projekt, Unia straciłaby twarz. W ten sposób, trochę przypadkowo, rezolucję uchwalono większością głosów (m.in. Polski).

Oczywiście można powiedzieć, że to niewiele zmieni: Rosja dalej będzie prowadzić wojnę, a Zachód miotać się między wartościami a Realpolitik – czego ostatnimi przykładami była tyleż „realpolityczna” co nieskuteczna wizyta Blaira w Moskwie i ujawniona przez prasę współpraca wywiadu RFN z rosyjskimi spesłużbami (Niemcy, i podobno nie tylko oni, dostarczali Rosjanom informacji o aktywności Czeczenów na Zachodzie). Ale, mimo wszystko, rezolucja jest sygnałem. W końcu tradycją tej komisji było dotąd, iż rezolucje dotyczące „wielkich” odrzucano – przykładem nigdy nie skarcone za łamanie praw człowieka Chiny.

Wojciech Pięciak

 

O luksusie, czyli internet po polsku

O ile przystąpienie Polski do Unii Europejskiej leży w interesie obywateli i ich portfeli, o tyle najwyraźniej nie leży ono w interesie Telekomunikacji Polskiej. Jak wiadomo, ten monopolista zdziera z konsumentów, gdzie tylko może – w tym i tam, gdzie (przepraszam za wielkie słowa) doraźne zyski państwowej firmy powinny ustąpić przed długofalowym interesem państwa i społeczeństwa. A tym właśnie jest stworzenie obywatelom powszechnego i jak najtańszego dostępu do globalnej sieci komputerowej internetu, będącej nieograniczonym źródłem wiedzy. Tymczasem w gronie państw cywilizowanych Polska należy do tych krajów, gdzie internet jest nie dobrem powszechnego użytku, lecz luksusem. To ostatnie zdanie brzmi już banalnie, ale warto je powtórzyć dziś, kiedy Komisja Europejska ogłasza, że uczyni wszystko, by w krajach członkowskich Unii dostęp do internetu był możliwie najtańszy – i grozi opornym postępowaniem pod zarzutem nieuczciwej konkurencji. Pomijając szczegóły techniczne, chodzi o to, by bardziej zliberalizować rynek usług telekomunikacyjnych, a firmy oferujące dostęp do internetu nie były uzależnione od monopolu państwowych przedsiębiorstw telekomunikacyjnych.

Niestety, polskim użytkownikom internetu przyjdzie długo czekać na podobne dobrodziejstwo – być może dopóki Polska nie wejdzie do Unii. Bo choć Telekomunikacja obiecuje wiele, równocześnie utrzymuje np. skandaliczny zakaz świadczenia usług internetowych przez ponad ośmiuset operatorów telewizji kablowych. A koszt korzystania z internetu jest w Polsce nadal wielokrotnie wyższy niż choćby w USA.

Andrzej Czarnecki

 

 

 

 

 

Nr 19, 7 maja 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl