Komentarze

 

Krzysztof Burnetko Przypadek Lecha Wałęsy
Wojciech Pięciak Eurokorpus na poligonie
Jacek Imbramowski Więcej danych – lepszy wybór
Ks. Adam Boniecki „Tygodnik” i pornografia

 

 

Przypadek Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa przeszarżował. Najpierw upublicznił kopie dokumentów, które nie dość, że objęte są klauzulą tajności, to pochodzą z niewiadomego źródła – i musiały być zdobyte w nieformalny sposób. Potem zapowiedział, że nie zgodzi się, by sąd lustracyjny sprawdzał jego przeszłość, choć wymóg taki stawia polskie prawo. Kandydatowi na prezydenta nie przystoi ani jedno, ani drugie. Wszak przystępując do walki o najwyższy urząd, zgodził się siłą rzeczy na obowiązujące w tej mierze procedury. Nie mówiąc o tym, że pretendent do funkcji głowy państwa winien być wzorem obywatela.

Tyle że Lechowi Wałęsie trudno się dziwić. Nie chodzi nawet o to, że kiedyś można nie wytrzymać ciągłych oskarżeń o współpracę z SB. Ani o to, że rzeczywiście jest upokarzające, gdy życie człowieka z tak wspaniałą opozycyjną kartą ma oceniać sędzia, który w PRL pracował jako urzędnik resortu sprawiedliwości. Rzecz w tym, że obecna ustawa lustracyjna nie uwzględnia złożoności czasów komunizmu, dylematów, jakie wywoływał ten system, nie mówiąc o perfidii metod służb specjalnych.

Może Wałęsa – zamiast wyciągać kolejne nieformalnie zdobyte teczki i ostentacyjnie lekceważyć prawo – powinien obrać inną taktykę? Kto jak nie on, działacz Wolnych Związków Zawodowych oraz legendarny przywódca „Solidarności”, mógłby dać kolejne świadectwo powikłania tamtych czasów i trudności ówczesnych wyborów? Taka rzetelna, do końca uczciwa i maksymalnie precyzyjna, relacja Lecha Wałęsy byłaby mocnym argumentem przeciw lansowanej głównie przez antykomunistów ostatniej godziny uproszczonej wersji historii, wedle której każda rozmowa z funkcjonariuszem SB czy podpis na podsuniętym przez niego dokumencie, oznaczały kolaborację.

Zwłaszcza, że w przypadku Lecha Wałęsy są sprawy ważniejsze niż doraźny sukces w wyborach – nawet prezydenckich.

Krzysztof Burnetko

 

Eurokorpus na poligonie

Od początku obecności NATO na Bałkanach (od 1995 r. w Chorwacji i Bośni, a od roku też w Kosowie) kraje uczestniczące w tej misji traktują ją również jako poligon. Kiedy więc teraz dowództwo nad 38-tysięcznymi siłami KFOR w Kosowie objął hiszpański generał Juan Ortuno ze sztabem „Eurokorpusu”, wydarzenie to ma nie tyle znaczenie symboliczne, co jest formą ćwiczeń dla „Eurokorpusu” – tego skromnego zalążka tzw. tożsamości obronnej Unii Europejskiej. Ćwiczeń bezpiecznych, gdyż odbywających się pod parasolem NATO – bo najwyższą władzę dowódczą nad Kosowem zachowuje głównodowodzący NATO w Europie generał Wesley Clark.

Historia „Eurokorpusu” to pochodna unijnych prób stworzenia „armii Europy”, nie będącej konkurencją wobec NATO i USA (choć inne zdanie ma tu Francja), za to zdolnych do samodzielnego działania w sytuacji kryzysu. Punktem kulminacyjnym była tu decyzja szczytu UE w Helsinkach w grudniu 1999 o powołaniu do 2003 r. europejskiego korpusu szybkiego reagowania – tak, by w przyszłości Europejczycy mogli sami organizować operacje wojskowe. Tyle że uniezależnienie wojskowe Europy od USA długo jeszcze będzie mrzonką. Także „Eurokorpus” – którego sformowanie w 1995 r. politycy fetowali jako sukces – jest papierowym tygrysem. Faktycznie funkcjonuje tylko jego sztab w Strassburgu, bo wchodzące w jego skład formacje z RFN, Francji, Belgii, Hiszpanii i Luksemburga po części są podporządkowane Siłom Szybkiego Reagowania NATO. Także teraz personel sztabu gen. Ortuno składa się częściowo z tzw. modułów, czyli jednostek sztabowych NATO.

Dyskusja nad „armią Europy” będzie trwać, bo chcą jej politycy. Polska słusznie zajmowała dotąd sceptyczne stanowisko, co we Francji i RFN odnotowano z irytacją. Bezpieczeństwa europejskiego nie rozwiąże się przez tworzenie struktur dublujących NATO, ale przez unowocześnianie sił zbrojnych. Robi to jednak tylko USA. Europa obcina budżety na obronę, przez co jej ambicje i możliwości dzieli coraz głębsza przepaść.

Wojciech Pięciak

 

Więcej danych – lepszy wybór

Jedni twierdzą, że żywność zmodyfikowana genetycznie nie tylko nie szkodzi zdrowiu konsumentów, ale przeciwnie: zyskuje nowe – lepsze ich zdaniem – właściwości (zawiera choćby więcej mikroelementów i witamin). Podnoszą też, że udoskonalone poprzez zmiany genetyczne odmiany płodów rolnych są bardziej odporne na szkodniki i choroby (nie wymagają więc choćby intensywnego nawożenia). Są wreszcie znacznie wydajniejsze (entuzjaści dostrzegają w tym nawet receptę na klęskę głodu w świecie). Są jednak i tacy, którzy ostrzegają przed próbami poprawiania (czy – jak mówią – przechytrzania) natury. Sugerują m.in., że zmiany w genotypie produktów żywnościowych nie mogą nie odbić się na organizmach spożywających je ludzi. Spór wiodą nie tylko zainteresowani konsumenci, ale też naukowcy, ekolodzy i oczywiście producenci.

Od niedawna producenci i importerzy żywności powstałej w efekcie inżynierii transgenicznej mają obowiązek informowania o tym klientów przez umieszczenie na opakowaniu stosownych informacji. Regulacje te oparte są na prostych założeniach wolnego rynku. Po pierwsze: im więcej konsument ma informacji o oferowanym mu produkcie, tym łatwiej przyjdzie mu dokonać wyboru. Po drugie: metodą troski państwa o konsumentów nie powinny być ograniczenia handlu, lecz stwarzanie klientom możliwości podjęcia racjonalnej decyzji o zakupie danego asortymentu lub wyborze sklepu. Te oczywiste, zdawałoby się, prawidła ciągle jednak napotykają w Polsce na opór. Wciąż, na przykład, nie udało się przeforsować takiego myślenia w debacie o roli supermarketów (niektórzy generalnie są przeciwko nim pod pretekstem troski o tzw. mały, krajowy handel) czy w dyskusji o zasadach reklamy (tu dowodem są absurdalne rygory, a efektem ograniczanie informacji o produktach i omijanie idiotycznych przepisów przez reklamodawców za cenę lekceważenia prawa). Przegranym ostatecznie okazuje się klient.

Jacek Imbramowski

 

„Tygodnik” i pornografia

Wywiad z dr. hab. Krzysztofem Krajewskim i umieszczony obok mój komentarz „Erotyzm komercyjny” („TP” nr 10/2000) stały się przedmiotem kilku ataków na „Tygodnik”. W tych wystąpieniach tak rażąco przekręcano sens naszych materiałów, że podejrzewając złą wolę polemistów, nie podejmowaliśmy dyskusji. Kilka jednak listów do redakcji, a zwłaszcza list Społecznego Komitetu Zwalczania Pornografii (do wiadomości: J.E. Ks. Kard. Franciszek Macharski!) skłania mnie do kilku wyjaśnień.

1. Autorzy listów starają się przekonać nas (mnie) o szkodliwości pornografii. Ten trud wydał mi się zbędny, bo o szkodliwości pornografii już wiedziałem. I mój komentarz, i wywiad z dr. Krajewskim trudno uznać za obronę pornografii.

2. Spór dotyczy legislacji. W publicznych atakach na nas i udzielonych mi prywatnych upomnieniach zawsze, jako szczególnie gorszące, cytowano retoryczne pytanie z mojego komentarza: „Może jeszcze komuś marzy się taki idealny model: sumienie rozpoznaje prawdę i prawo to potwierdza. Czy Kościół ma się tego domagać?” To ważne przypomnienie: zadanie prawa karnego jest inne niż zadanie prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania węższy. Prawo nigdy nie może zastąpić sumienia, stąd zawsze aktualna pozostaje konieczność formowania sumień. Niekiedy władza państwowa może powstrzymać się od zakazania czegoś, co – gdyby zostało zabronione, mogłoby spowodować jeszcze poważniejsze szkody. Tego właśnie dotyczył spór o projektowaną nowelizację ustawy. Jeśli dr Krajewski wypowiadał się przeciwko zaostrzeniu ustawy, to przecież nie w imię „prawa człowieka do pornografii”, ale ostrzegając przed jej nieskutecznością i otwieraniem pola dla dalszych nadużyć.

3. Czy nam się to podoba, czy nie, „w systemach władzy opartych na zasadzie uczestnictwa regulowanie interesów odbywa się często na korzyść silniejszych, gdyż potrafią oni skuteczniej sterować nie tylko mechanizmami władzy, ale także procesem kształtowania się zgodnej opinii”. Na pierwszy plan wysuwa się więc sprawa odkrywania na nowo i skutecznego ukazywania tych wartości, których żadne ustawodawstwo ani żadna większość nie mogą tworzyć, zastępować innymi czy przekreślać. Bo przecież chodzi o stworzenie takiej sytuacji, w której prawda nie inaczej się będzie narzucała niż siłą samej prawdy, chodzi o takie jej (prawdy) ukazywanie w naszym, konkretnym świecie. Chyba to właśnie jest najważniejszym, apostolskim zadaniem Kościoła.

Ks. Adam Boniecki

 

 

 

 

 

Nr 18, 30 kwietnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl