Komentarze

 

Wojciech Pięciak Ucieczka do przodu
Witold Tarczyński Potrójne zero
Krzysztof Burnetko Siła sankcji opinii

 

 

Ucieczka do przodu

Widmo krąży po AWS: widmo wyborów prezydenckich przegranych nim zaczęła się kampania. Jak inaczej wytłumaczyć decyzję Mariana Krzaklewskiego, który z kilkuprocentowym poparciem – nie większym niż poparcie Andrzeja Leppera – postanawia walczyć o fotel głowy państwa? Zbyt wiele wskazuje, że Akcja elekcję tę spisała już na straty, a decyzja Krzaklewskiego jest funkcją sporów w AWS o przywództwo. W końcu to politycy Akcji (z SKL i ZChN, ale także marszałek Sejmu z RS AWS) publicznie wątpią w szanse Krzaklewskiego; to działacz Komisji Krajowej ,,S” mówi, że nie o urząd prezydencki idzie, lecz o Akcję; to Krzaklewski, na kilka dni przed ogłoszeniem swej decyzji miał spekulować, że mógłby zostać premierem, a Jerzy Buzek kandydatem na prezydenta (choć jego szanse są jeszcze mniejsze).

Krzaklewski ma kiepskie perspektywy nie tylko dlatego, że startuje w takiej atmosferze, a urzędujący prezydent – mimo wielu wpadek – jest popularny. Lider AWS nie będzie wspólnym kandydatem AWS-UW, a Unia – by nie tracić możliwości darmowego zaistnienia w mediach – wystawi pro forma swego kandydata. Krzaklewski, przy wszystkim co go różni od Wałęsy, ma z nim cechę wspólną, która w 1995 r. zgubiła eks-prezydenta: obaj silnie polaryzują opinię publiczną (nieistotne, na ile celowo). Na liderze AWS ciążą też potknięcia gabinetu Buzka (nieistotne, czy rzeczywiste, czy będące efektem samonakręcającego się już wizerunku kiepskiego rządu).

Szansę miałby tylko taki kontrkandydat Kwaśniewskiego, który – będąc silnym autorytetem – potrafiłby zyskać głosy centrum, integrując wyborców o różnych poglądach. Musiałby być akceptowalny dla narodowych katolików i liberałów, dla konserwatystów i tych nie przywiązujących wagi do tradycji obyczajowej, dla wsi i miast, dla wierzących i niewierzących. Ale takich postaci nie ma. Także Krzaklewski nią nie jest: ma wizerunek silnie prawicowy (odwrotnością jest tu Andrzej Olechowski: integruje, owszem, lecz sam nie jest dość integralny). Jeżeli teraz dla Krzaklewskiego problemem okaże się przejście do drugiej tury, niedobrze będzie to wróżyć koalicji AWS-UW w perspektywie wyborów parlamentarnych. Jeżeli przejdzie i zetrze się z Kwaśniewskim, może dojść do kolejnej fatalnej polaryzacji społeczeństwa (choćby niechcianej i w istocie fałszywej): na część prawicową i lewicową, ,,europejską” i ,,antyeuropejską”, ,,wierną tradycji” i ,,modernistyczną”, katolicką i nie-katolicką itd. I tak źle, i tak niedobrze.

Wojciech Pięciak

 

Potrójne zero

Zero dopłat Unii Europejskiej do eksportu jej artykułów  rolno-spożywczych oraz zero ceł w handlu nimi między Polską a Unią – do takiego porozumienie starają się dojść Bruksela z Warszawą. W ubiegłym tygodniu negocjatorzy obu stron dopisali jeszcze jedno zero: fiaskiem zakończyły się prowadzone na ten temat rozmowy.

Nie jest oczywiście tak, że pełna liberalizacja ma objąć wszystkie produkty, również te „najwrażliwsze”. A o takie głównie toczy się bój. UE dopłaca do wieprzowiny i pszenicy, którą tamtejsi rolnicy sprzedają do Polski. Polska na nie więc podniosła cła i ani myśli się z podwyżki wycofać – mimo że UE gotowa jest zrezygnować z dotowania swego eksportu w zamian za powrót Polski do ubiegłorocznych stawek celnych.

Jedni i drudzy mają swoje racje. Ani to pierwszy, ani ostatni zgrzyt we wzajemnych stosunkach handlowych. Dopóki nie będziemy członkiem Unii, dopóty Warszawa i Bruksela będą konkurentami. Nic dziwnego, że tu i ówdzie pojawia się konflikt interesów, w którym Polska, siłą rzeczy, stoi na słabszej pozycji. Dotychczas jednak owe spory nie miały bezpośredniego przełożenia na negocjacje w sprawie przystąpienia Polski do Unii. Rokowania członkowskie biegły swoim torem, praktycznie niezależnie od rozmów i działań w dziedzinie harmonizacji polskich standardów z unijnymi. Ostatnio jednak sprzężenie obu procesów staje się faktem. Takie sprzeczki, jak ostatnia,  źle wpłyną na negocjacje członkowskie. Zaś oddalanie daty wstąpienia do UE oznacza utrwalanie sytuacji, w której Polska jest słabszym konkurentem dysponującym coraz węższym polem manewru.

Polscy negocjatorzy stoją przed normalnym w polityce wyborem między perspektywą krótko- i długoterminową. Nasze Ministerstwo Rolnictwa preferuje na razie pierwszą możliwość wiedząc, że może liczyć najwyżej na wynik 0:0, czyli nic. Należy się zastanowić, czy w ostatecznej rozgrywce taki remis nie jest dla Polski przegraną. Na coś trzeba się zdecydować.

Witold Tarczyński

 

Siła sankcji opinii

W Wielkiej Brytanii tzw. kłamstwo oświęcimskie nie jest uznawane za przestępstwo. Brytyjczycy przyjęli, że nikt normalny nie będzie zaprzeczał zagładzie Żydów podczas II wojny światowej, istnieniu komór gazowych i eksterminacyjnej roli obozów koncentracyjnych. Wyszli też z założenia, że gdyby ktoś jednak głosił takie tezy, to siła potępienia ze strony opinii społecznej będzie skuteczniejszą sankcją niż wyrok karny. Nikt obłożony publiczną anatemą nie będzie przecież mógł kreować się na polityczną ofiarę, czy wysuwać przeciw demokratycznemu państwu zarzut gwałcenia wolności słowa.

Konsekwencją takiego podejścia jest ubiegłotygodniowy werdykt w sprawie „Irving contra Lipstadt”. Londyński sąd odrzucił pozew prof. Davida Irvinga, historyka znanego m.in. z publikacji kwestionujących liczbę Żydów zamordowanych przez nazistów oraz z hipotezy, jakoby komory gazowe nie istniały, zaś gaz w Oświęcimiu i w innych obozach służył co najwyżej do dezynfekcji. Irving – powołując się na swobodę wypowiedzi – oskarżył o zniesławienie prof. Deborah Lipstadt, która w książce „Negujący Holocaust” zarzuciła mu fałszowanie historii. Sąd podzielił pogląd o manipulacjach faktami przez Irvinga, a sędzia nie wahał się nazwać go antysemitą i rasistą. Komentatorzy są zgodni: w środowisku historyków Irving jest doszczętnie skompromitowany, a jego książki zapewne nie znajdą już więcej poważnych wydawców.

W Polsce rozpowszechnianie „kłamstwa oświęcimskiego” traktowane jest jako przestępstwo. Kodeks karny nakazuje też państwu ścigać i karać wzywających do nienawiści rasowej i religijnej. Jednak w praktyce w wielu kioskach i księgarniach można bez problemu kupić gazety i książki propagujące bliski Irvingowi światopogląd – i nikt nie stawia przed sądem ich wydawców czy autorów. Gdy zaś prokurator próbuje oskarżyć na podstawie obowiązujących przepisów pseudonaukowca, powtarzającego bezkrytycznie twierdzenia tzw. rewizjonistów Holocaustu, to sąd nie uznaje jego czynu za przestępstwo, powołując się na... znikomą społeczną szkodliwość czynu. Więcej nawet: kościelne radio udostępnia mu antenę, a koledzy-naukowcy nie uznają za stosowne jednoznacznie wykluczyć go ze środowiska (uczelniana komisja dyscyplinarna na trzy lata jedynie zakazała mu pełnienia funkcji nauczyciela akademickiego).

Wniosek jest prosty: w tego rodzaju sprawach rzecz nie w przepisach karnych, lecz w nastawieniu społecznym.

Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

Nr 17, 23 kwietnia 2000

Szczegółowe omówienie
Obraz tygodnia
Kronika religijna
Komentarze

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl