Medal Świętego Jerzego

 

Ks. Jan Sikorski: (nie)zwykły proboszcz, kapelan internowanych i więźniów 

 

Duszpasterz wykluczonych

Iwona Hałgas


Kolejny dzwonek do drzwi. Chłopcy przynieśli klucze od jednej z sal
gimnazjum. „Ma ksiądz broń?” – przekrzykują się. „A wy macie?” – ksiądz sięga do kieszeni sutanny. Jeden z nich wyciąga rękę. Na środkowym palcu ma srebrną obrączkę z wypustkami. „Stawia ksiądz lody, stawia ksiądz lody” – chłopcy krzyczą z satysfakcją. Wygrali kolejną bitwę w „wojnie na różańce”, którą prowadzą z księdzem: kto nie ma różańca, stawia lody. „Teraz muszę mieć różaniec w każdej kieszeni, bo może mnie to drogo kosztować” – śmieje się ks. Jan Sikorski. 

KAPŁAN I menadżer
Ks. Sikorski, prałat i proboszcz parafii św. Józefa Oblubieńca na Kole w Warszawie, proboszczem jest dopiero od 1986 r. Dopiero, bo zawsze marzył o tym, by prowadzić parafię i wykorzystać to, o czym jeszcze w latach 70. pisał w doktoracie o zarządzaniu. Chciał, aby jego parafia była otwarta; płotów i barier nigdy nie lubił. Chciał, aby była prowadzona z fantazją, by była miejscem twórczej i charytatywnej aktywności. „Parafia to nie lokomotywa-proboszcz i wagoniki, które on ciągnie – mówi. – Parafia to organizm, który ma być twórczy”. Proboszcz jest tylko menadżerem. Jego zadania to stawiać cele i budzić kreatywność wiernych, pozwolić działać samodzielnie, nie mówić „nie” ich inicjatywie.
Pamięta swój pierwszy dzień w parafii na Kole. Po powitaniu parafianie przyszli z awanturą, że kościół otwierany jest tylko na czas Mszy. „»Mnie też denerwuje zamknięty kościół. Jak będą chętni do pilnowania, kościół może być otwarty nawet do północy«. Pamiętam, tak im odpowiedziałem. Nie przypuszczałem, że znajdą się tacy, którzy będą gotowi poświęcać na adorację Najświętszego Sakramentu całe noce” – mówi ksiądz. Od 15 lat adoracji nie przerwano, a kościół na Kole, chyba jedyny w Polsce, otwarty jest całą dobę. 
Kiedy po raz pierwszy, w latach 80., odwiedził francuskie Lourdes, nocował w Katolickim Domu Pomocy. „Uderzyła mnie cierpliwość ludzi, którzy rozmawiali tam z przychodzącymi po wsparcie – wspomina. – I zainteresowanie okazywane potrzebującym. Każdy z nich mógł się czuć jak udzielny książę. Próbuję tak robić, ale przyznaję, bez wielkiego skutku – uśmiecha się z zakłopotaniem. – Czasem trzeba być surowym, żeby pomóc” – dodaje. 
Kolejny dzwonek. Zarośnięty mężczyzna w brudnej kurtce i poszarpanych spodniach nieśmiało staje w drzwiach. „Bracie, poczekaj chwilę – ks. Sikorski wręcza mu bloczek na 10 zł. – Sklep jest za rogiem. Dostaniesz tam jedzenie, bo u nas dziś nie gotujemy”.





Ks. Jan Sikorski: 
Każdy człowiek, 
choćby nie wiem jak odbiegał
od reszty społeczeństwa,
jest obdarzony iskrą Bożą
”.




Jedzenie dostanie każdy, kto przyjdzie do jego parafii. Głodnych trzeba przecież nakarmić. Na środku kuchni stoi duży stół. Na stole chleb, pomidory, w lodówce wędlina. Z pieniędzmi jest gorzej. „Moi kochani bezdomni są tacy, że jak dać im złotówkę, to zaraz przyjdą po następną i jeszcze przyprowadzą ze czterdziestu kompanów z Centralnego, którym powiedzą, że jest taki frajer, co rozdaje pieniądze. Musiałbym mieć maszynkę do robienia pieniędzy” – ksiądz kręci w powietrzu wyimaginowaną korbką. 
Przy parafii powstał dom dla bezdomnych. „Nagle otwarty na noc kościół zapełnił mi się bezdomnymi, którzy przychodzili podrzemać. Nie mogliśmy ich wyrzucić na mróz”. 
Obok bezdomnych nocleg znajdują także byli więźniowie. Jak wszyscy, płacą symboliczną opłatę: po to, by ich mobilizować do pracy, a przynajmniej do jej szukania. 
Niektórym się udaje. „Niedawno w ładnej willi odwiedziłem naszego dawnego mieszkańca, byłego więźnia. W zeszłym roku dał ogłoszenie w biurze matrymonialnym: »Miałem wszystko. Straciłem wszystko. Mam tylko siebie«”.
Przy parafii na Kole działa też Bractwo Więzienne, pierwsze w Polsce. Jak powstało? Ksiądz Sikorski, od 1989 roku do niedawna Naczelny Kapelan Więziennictwa RP, nie ogłaszał naboru. „Dostałem od Jana Pawła II kilkadziesiąt tysięcy książek o tematyce religijnej, przeznaczonych dla więzień – mówi. – Poprosiłem parafian o pomoc w pakowaniu. Ludzie tak się przy tym zżyli, że postanowili dalej coś wspólnie robić dla więźniów”. 
Ostatnio Bractwo odremontowało dom, który ma służyć byłym więźniom.
Jeszcze w latach 80. przy parafii powstało przedszkole integracyjne, potem szkoła podstawowa i średnia, gdzie wspólnie uczyły się dzieci zdrowe i niepełnosprawne. Dziś przedszkole i szkoła usamodzielniły się, a w ich dawnym budynku ksiądz założył Gimnazjum i Liceum św. Józefa. Niedawno powstało także Katolickie Stowarzyszenie Niepełnosprawnych. 
Również kilkunastoletni staż ma przyparafialna apteka, gdzie leki można dostać za darmo. Ksiądz tłumaczy: „W latach 80. otrzymywaliśmy lekarstwa z zagranicy. Pomyślałem: dlaczego mamy je przekazywać do szpitali, skoro u nas także są potrzebujący. Poprosiłem na Mszy, by zgłosili się lekarze i farmaceuci, którzy mogą pomóc w ich rozdzielaniu. Przyszło kilka osób. Zajmują się naszą apteką do dziś”. 
Kilka lat temu wpadł na pomysł, by na roraty zapraszać ambasadorów, codziennie jednego. Wikariusze powątpiewali: kto przyjedzie o 6.30 rano, w zimie, do parafii z dala od centrum? Ale udało się: przychodzili i ambasadorzy, i ich żony. Wtedy otrzymał tytuł „Warszawianina Roku”. Dziś na jasełka, roraty i świąteczne Msze nadal zaprasza aktorów, piosenkarzy, sportowców – żeby przyciągnąć młodych, pokazać, że Kościół to nie tylko biedni i chorzy. 
W broszurze o parafii św. Józefa Oblubieńca liczba zespołów parafialnych przekracza czterdzieści, poczynając od grupy anonimowych alkoholików, przez opiekunów chorych, pracownie plastyczną, sybiraków, po zespół instrumentalno-wokalny i żywy różaniec. Ks. Sikorski: „Czasem ktoś z zewnątrz powie mi, że nasza parafia jest nietypowa, lepiej zorganizowana. Nie mam poczucia wyjątkowości. Dla mnie to, co wspólnie robimy, jest normalne. Tak chyba powinna wyglądać praca w każdej parafii. Zwłaszcza teraz, gdy tylu jest bezdomnych i bezrobotnych. Powinno się dawać tyle, ile można. My dajemy, choć myślę, że wciąż za mało. I mniej niż możemy”.
Przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą wzdłuż kościoła ustawiany jest długi stół. Na nim parafianie ustawiają dary dla biednych. „Nieraz po dwóch Mszach trzeba zebrać je ze stołów, żeby mogły zmieścić się następne” – ks. Sikorski nawet nie próbuje ukryć dumy.

HONOROWY INTERNOWANY
Była Wigilia roku 1981. 
Dotąd na politykę ks. Sikorski patrzył zza muru seminarium duchownego, w którym od 1979 r. był wychowawcą (ojcem duchownym). Nie miał nawet bezpośrednich kontaktów z ludźmi z „Solidarności” i innych środowisk opozycyjnych, choć interesował się tym, co dzieje się w kraju i nigdy nie miał wątpliwości, że komunizm to zło. „Już w gimnazjum widziałem, że to bagno, że władza jest narzucona siłą, z zewnątrz. Z kolegą z klasy przepisywaliśmy z książek fragmenty o wolności i kartki z tymi tekstami nalepialiśmy na ulicach mojego rodzinnego Kalisza – opowiada. – W gimnazjum byłem jednym z trzech uczniów w klasie, którzy nie zapisali się do ZMP”.
W seminarium zaczął uczyć się rosyjskiego i introligatorstwa – chciał mieć zawód i marzył o ewangelizacji Rosji. „Do seminarium wstąpiłem w 1952 roku – wspomina. – To był najgorszy czas, ale mnie, bo byłem młody, ten system, z pochodami i propagandą, wydawał się bardziej śmieszny niż straszny. Nie przypominam sobie, żebym się szczególnie bał. Choć tego, że idę do seminarium, oczywiście nie mogłem powiedzieć w szkole przed maturą”.
Boże Narodzenie 1981 planował spędzić z rodzeństwem i ich rodzinami, u jednej z sióstr. 
Stało się inaczej. Wybuchł stan wojenny. Na opłatku u Prymasa dowiedział się, że władze zezwoliły na wizytę księdza u internowanych w Białołęce i Olszynce Grochowskiej. Wybrał Białołękę. Następnego dnia jechał, razem z księdzem Bronisławem Dembowskim (dziś biskupem). Wspomina: „Byłem wzruszony, że jestem z nimi. Zresztą wzruszenie było obustronne. Z trudem powstrzymaliśmy łzy”.
Wtedy, w Wigilię, po raz pierwszy otwarto cele internowanych; mogli wreszcie porozmawiać, złożyć sobie życzenia. Ks. Sikorski do dziś ma przed oczami ołtarz, który tamtego wieczoru, nie wie jakim cudem, przygotowali: brzozowy krzyż, obraz Matki Boskiej i napis „Solidarność” na tle biało-czerwonej flagi. 
Mszę rozpoczęli od spowiedzi ze wspólnym, z braku czasu rozgrzeszeniem. Potem kolędy. Na melodię „Bóg się rodzi”, do słów Macieja Zembatego, zaśpiewali kolędę opowiadającą o nich samych: „tylko szatan mógł zgotować naszym bliskim taką dolę”. Po Mszy władze więzienne nakazały, aby więcej tej kolędy nie śpiewać. A ksiądz do dziś przechowuje gryps z jej słowami.
W celach – zatłoczonych, brudnych, z klozetem za parawanem – dzielili się opłatkiem. „Do dziś przechowuję honorową legitymację więzienną, którą dostałem od internowanych. Jest oznaczona numerem trzecim, dwie pierwsze były dla Ojca Świętego i Prymasa”. Papież dostał ją zaraz następnego dnia, bo księdzu Sikorskiemu udało się dotrzeć na dworzec, z którego do Rzymu, przez Wiedeń, wyjeżdżał papieski wysłannik arcybiskup Poggi. „Myślę, że nasza obecność dodała internowanym otuchy – wspomina. – Nikt przecież nie wiedział, co będzie dalej, jak się to skończy. Liczyło się każde słowo nadziei, wsparcia. Wierzyłem, że »Solidarność« zwycięży i tą wiarą się z nimi dzieliłem”.
Białołękę opuszczał też z „tonami” grypsów. Upchał je w teczce, w której zaniósł Biblie dla internowanych. A teczkę pomógł mu przemycić z powrotem... pracownik więzienia. „Bywałem w Białołęce co niedzielę, już prawie miałem tam etat – uśmiecha się. – Kiedy po zwolnieniu internowanych spotkaliśmy się na wspólnym opłatku, nalegali na kontynuowanie spotkań. Powiedziałem, że w pierwszą niedzielę po trzynastym. I tak zostało”.
Tak więc co miesiąc w kościele seminaryjnym na Krakowskim Przedmieściu odbywały się Msze za Ojczyznę. „Był zawsze pełny kościół. Msze odbywały się przy asyście milicjantów z pałkami i armatkami wodnymi pod kościołem. Po Mszy ludzie z opozycji czytali oświadczenia, jedno z niewielu oficjalnych wystąpień o nielegalnej »Solidarności«” – ksiądz wspomina, jak na jedną z takich „godzin wolnej Polski”, jak wówczas mówiono, przyjechał ks. Jerzy Popiełuszko, duszpasterz „Solidarności” z warszawskiego Żoliborza.
Znajomość obu księży zaczęła się, gdy Sikorski odwiedzał Białołękę. „Ksiądz Jerzy przynosił mi lekarstwa, żywność i wiadomości z prośbą o przekazanie do więzienia. Martwił się o internowanych, starał się pomagać” – ks. Sikorski przyznaje, że wcześniej w tak zwanych kręgach kościelnych słyszał o nim złe opinie, że „Popiełuszko miesza się do polityki”. 
Kiedyś, po Mszy w żoliborskim kościele, pod wrażeniem jej atmosfery powiedział Jerzemu – któremu zostało wtedy jeszcze kilka miesięcy życia – że kiedyś plac przed tym kościołem zostanie nazwany jego imieniem. Pomylił się, ale niewiele: to nie plac, a ulica nosi dziś jego imię.
Gdy dowiedział się o porwaniu ks. Popiełuszki, pojechał na Żoliborz. Był wieczór, kościół wypełniał tłum. O północy odprawił Mszę: „Chciałem ludzi jakoś podnieść na duchu, oni nie wiedzieli, co robić, do kogo się zwrócić, tym bardziej, że Prymasa nie było wtedy w Polsce. I tak już potem przejąłem te Msze patriotyczne po Jerzym”.
W marcu 1990 w kościele na Kole wmurowano tablicę: „Deo Gratias”, w podzięce Bogu za zwycięstwo „Solidarności”. Ks. Sikorski mówi: „Byliśmy wychowani w nienawiści klasowej, idei walki klas, od dziecka. I nagle przychodzi coś nowego: »Solidarność«, walka ze złem, walka o prawdę i wolność, bez przemocy. Uczestniczyć w tym, choćby poprzez Msze, przez kontakt z ludźmi opozycji, znaczyło dla mnie brać udział w tych wydarzeniach. Jestem dumny, że mogłem to robić”.

KARUZELA MIŁOSZA
Mieszkali przy Franciszkańskiej, pod dwunastym. Tuż obok muru i bramy warszawskiego getta. Przed domem kręciła się karuzela łańcuchowa, która później weszła do historii literatury dzięki wierszowi Czesława Miłosza. „Miałem osiem lat i marzyłem, żeby się na niej przejechać, ale rodzice nie pozwalali, mówili, że łańcuchy się często urywają” – wspomina.
Pamięta Polaków, którzy przerzucali paczki z jedzeniem za mur. I współczucie dla sąsiadów, tych zza muru. Zwłaszcza, kiedy Niemcy zaczęli likwidować getto. Zza muru dochodził wtedy dym i swąd. Widział wychodzących z bramy osmalonych niemieckich żołnierzy. Trwało Powstanie, Żydzi się bronili. A potem wszystko ucichło.
Pewnej nocy ojca zabrało Gestapo. Z pociągu wyrzucił kartkę, z dołączoną złotówką, na znaczek. Ktoś kartkę podniósł, wysłał. Przeczytali: „Żyję. W bydlęcych wagonach wiozą nas na południe. Prawdopodobnie Oświęcim”. 
Mama odmówiła nowennę i poszła na Aleję Szucha, do siedziby Gestapo. „To było szaleństwo – wspomina – tym bardziej, że nie znała niemieckiego”.
Półtora roku później Niemcy zwolnili ojca z obozu. Był cieniem człowieka.
A potem przyszło Powstanie Warszawskie. Zastało ich pod Warszawą, u ciotki. Niemcy znaleźli ich w lepiance, służącej za schron. Ojca zabrali, na rozstrzelanie, ich wysłali do obozów pracy przymusowej. 
Ojciec miał znowu szczęście, przeżył. Spotkali się w obozie.
A potem przyszła zima roku 1945 i Niemcy wyprowadzili cały obóz – było to pod Wałbrzychem (wtedy: Waldenburg). Ruszyli w kierunku Szczecina. Być może na śmierć. 
Uciekli z kolumny. Zbliżał się już front radziecki. Szli przez pola, do dworu, który majaczył na horyzoncie. Niemcy, których zastali, uwierzyli, że uciekają przed „Iwanem”. Dali im pokój. W nocy rozpoczął się nalot. Schronili się w piwnicy. Gdy rano wyszli, żelazne łóżko w ich pokoju było pogięte przez kule. Niemców nie było. 
W piwnicy znaleźli ich Rosjanie. Na nogach wrócili do rodzinnego Kalisza. Do domu, w którym kiedyś urodził się poeta Adam Asnyk, a 12 listopada 1935 roku Jan Sikorski.
Dziś w kościelnym „Who is who” jako ulubione zajęcia wymienia: współpracę z ludźmi, zwłaszcza nietypowymi. Z takimi zetknął się w swej pierwszej parafii. „Jako młody kleryk pracowałem z tzw. trudną młodzieżą – wyjaśnia. – Wtedy nauczyłem się, że każdy człowiek, choćby nie wiem jak odbiegał od reszty społeczeństwa, jest obdarzony iskrą Bożą i jest w nim dobro. Nie umiem mieć niechęci do takich ludzi. Nawet bardziej ich kocham przez to, że są biedniejsi i chętnie się nimi zajmuję”.
Ludzie nietypowi – bezdomni, więźniowie – to codzienność ks. Sikorskiego. Z nimi spędza Wigilie: „Zawsze jestem przyjemnie zaskoczony. Każdy z nich, tak na pozór podobnych: zaniedbanych, zarośniętych, nie zawsze pachnących, ma własną, nieraz ciekawą historię. I przy naszym stole wigilijnym nagle zaczynają cudowne opowiadania. Jak nieraz pomyślę o płytkich rozmowach, jakie się prowadzi przy zasobnych stołach – ksiądz urywa, pokazuje drewniany model statku z płóciennym żaglem. – Potwierdzeń ewangelicznego »nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni« znajdywałem w życiu wiele, często w więzieniu. Ostatnio dostałem ten okręt, od więźnia, choć nie prosiłem. On zauważył, że patrzę na statek i podarował mi go, a przecież tyle nad nim pracował...”.
Kolejny telefon. Wezwanie do chorego. Ksiądz zabiera torbę, kluczyki od samochodu. Wychodzi. To przecież w jego pracy najważniejsze.










 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl