Me
dal Świętego Jerzego

 




Dzieło przypadku


Z JANINĄ OCHOJSKĄ rozmawia Michał Okoński



MICHAŁ OKOŃSKI: – Podczas jednego z konwojów Fundacji EquiLibre do Sarajewa od kuli serbskiego snajpera zginęła Chantal Godinot, francuska uczestniczka konwoju. Pani wtedy była w Warszawie.
JANINA OCHOJSKA: – Tak. Zadzwoniono do nas z PAP-u, z informacją, że konwój został ostrzelany. Pomyślałam sobie, że to w końcu musiało się stać i w pierwszym momencie żałowałam, że mnie tam nie było. A nie pojechałam właściwie przypadkowo – nie miałam kogo zostawić w biurze.
To jest wielka odpowiedzialność – posyłać tam ludzi. Miałam wyrzuty sumienia, że sama nie pojechałam. Oczywiście – moja obecność nic by nie zmieniła. Ale nie miałabym tego ciężaru, że oni pojechali, ja zostałam i coś takiego się stało. Od tej pory jeżdżę z każdym konwojem do Sarajewa.
I jeszcze jedno: gdyby wojska oenzetowskie zareagowały od razu – to się stało jakieś 500 metrów od bazy ONZ-u – być może Chantal by nie zginęła. Tomek, mój kolega z Fundacji, który jechał z konwojem, opowiadał, że wystarczyło rzucić petardą z zasłoną dymną. Wtedy snajperzy nie dostrzegliby Chantal. Tak się nie stało: kiedy zaczął się ostrzał, żołnierze z batalionu ONZ robili zdjęcia.
Kilka organizacji z Zachodu po podobnych wypadkach uznało, że ryzyko jest zbyt wielkie i zaprzestało działalności. Nie miała Pani pokusy pójść ich śladem?
– Kiedy zamordowano księdza Popiełuszkę mówiliśmy sobie, że jego ofiara nie może pójść na marne. Takie same myśli mieliśmy tutaj, przy okazji śmierci Chantal. Jeżeli przestalibyśmy jeździć, oznaczałoby to, że ci, którzy strzelali, mieli rację. Wystarczy strzelić do jednego konwoju, żeby już żaden więcej nie przyjechał. A przecież my nie jeździmy do tych, którzy strzelają, my jeździmy do tych, którzy z powodu tych strzałów giną.
Oczywiście – jest taka pokusa, żeby nie jechać. Ona bierze się z lęku, ale także z odpowiedzialności za innych. Ja nie wysyłałam Chantal, znałam ją, ale wysłali ją jej przełożeni z francuskiego EquiLibre. Nie wiem, co bym czuła, gdyby zginął ktoś, kogo ja wysłałam.

Nie ma niewinnych

Ideą Fundacji EquiLibre jest niesienie pomocy wszystkim, bez względu na to, po której stronie są ofiary wojny. Jeździliście i do Belgradu, i do Sarajewa. Ale czy utrzymanie apolityczności w praktyce jest możliwe?
– To jest trudne, tym bardziej, że jeżdżąc do Belgradu odwiedzamy także Kosowo. Konwój jest połączony, część ciężarówek tutaj, część tutaj... Z jednej i drugiej strony są pretensje: dlaczego rozładowujecie u tamtych, oni mają lepiej. A jak przejeżdżaliśmy przez tereny serbskie do Sarajewa, sprawdzano dokładnie nasze bagaże, mówiono nam, że kierowcom może grozić niebezpieczeństwo, że władze nie gwarantują nam bezpieczeństwa... W Sarajewie też mieli do nas żal, że przyjechaliśmy przez terytorium wroga. Mówię do nich: ludzie, opamiętajcie się! Którędy mieliśmy do Was przyjechać?
Oczywiście każdy z nas ma emocjonalny stosunek do tego konfliktu. Moje uczucia są bardziej po stronie muzułmańskiej, bo Muzułmanie są bardziej poszkodowani. Nie mówię – bardziej niewinni: winni są już po wszystkich stronach. Zbrodnie popełniają wszyscy: nie ma niewinnych.
Jest taki obraz „wojny barbarzyńców” – wszyscy walczą ze wszystkimi i nie ma się po co pchać z pomocą. Niech się wyrzynają...
– Jeżeli ktoś był na tych terenach i widział to na własne oczy, to nie powie „niech się wyrzynają”. Gdyby pan zobaczył dzieci w Sarajewie, które nie mają co jeść, które biegają po ulicach szukając jedzenia, ryzykując swoje życie, wystawiając się na strzały snajperów... Gdyby pan zobaczył dzieci w szpitalu belgradzkim, które najbardziej dotyka embargo, nałożone na nową Jugosławię, gdyby pan zobaczył uchodźców w Chorwacji, czy w Krajinie – uchodźców wszystkich stron konfliktu... To nie są ludzie, którzy tej wojny chcą.
Kiedy próbuję zrozumieć ten koszmar, mówię sobie, że wojna z jednej strony toczy się o wpływy na tych terenach: to oczywiste. Ale jest też inna kwestia – ktoś na tej wojnie bardzo dużo zarabia i nie jest zainteresowany w jej zakończeniu.
– Kto?
– Dostawcy broni i paliw. I jednego i drugiego w byłej Jugosławii naprawdę nie brakuje, i to pomimo embarga. A poza tym: jeżeli Europa podaje rękę takim ludziom jak Miloszević, jak Karadżić, jak Tudjman, sankcjonuje tę wojnę. Bo rozmawia ze zbrodniarzami wojennymi.
Ostatnio byliśmy w szpitalu położonym 60 kilometrów od Gorażde. Leżeli tam ludzie ranni podczas oblężenia Gorażde. Niektórzy z nich uważali, że walczą o słuszną sprawę: o Wielką Serbię. To byli młodzi ludzie, wiadomo, że bardzo łatwo manipulować młodymi ludźmi. Ci chłopcy są ogarnięci szaleństwem, ale ktoś za nimi stoi i my wciąż nie pokazujemy, kto to jest.
– Miloszević i Tudjman stoją na czele państw. Z kimś rozmawiać trzeba...
– Oczywiście. Tylko że są rozmowy i rozmowy. Serbom nigdy tak naprawdę nie postawiono ostrych warunków. Straszono ich i przestrzegano, potem oni łamali swoje przyrzeczenia (nie tylko Serbowie, Chorwaci przecież także) i nigdy nie było żadnych konsekwencji. Więc jeżeli ONZ podjęło decyzję, że będzie się mieszało w tę sprawę, to powinno postępować kategorycznie, nieustępliwie, a nie „tyle wam jeszcze ustąpimy, ale potem już nie”.
Stratedzy NATO mówią jednak, że owo „bardziej kategoryczne” postępowanie mogłoby się skończyć drugim Wietnamem.
– Może, tego nie wiemy. Trudno mówić przed podjęciem jakichkolwiek kroków. Jedno jest pewne: taka ustępliwość doprowadziła do rozwoju tej wojny.

Bezsilność ONZ

Mówi Pani bardzo krytycznie o ONZ... Tymczasem wielu ludzi myśli o takich organizacjach jak EquiLibre: po co jeszcze oni się tam pchają, jest ONZ i jego wyspecjalizowane agendy. A niektórzy idą jeszcze dalej, sugerując, że powoduje Panią chęć zrobienia kariery, może politycznej. Pamiętamy, co mówiono przy okazji osławionego konwoju polityków do Sarajewa...
– Znamy bardzo miłych i sympatycznych ludzi z ONZ-u na tamtych terenach, ludzi, którzy niewątpliwie chcą coś zrobić. Ale to jest wielka machina, gdzie decyzje często podejmuje się po fakcie. Nieskuteczności ONZ już właściwie nie trzeba udowadniać. Właśnie organizacje pozarządowe mogą zrobić znacznie więcej, nawet realizując pewne projekty finansowe przez ONZ. Tu w Warszawie musimy bardzo się napracować, żeby wysłać konwój z tymi pięcioma czy siedmioma ciężarówkami. Tymczasem w statystykach UNHCR-u (Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców) o tym się w ogóle nie mówi. Pomimo że według moich szacunków wysłaliśmy tam ponad 1500 ton – EquiLibre, PCK i „Lekarze bez granic”. I to mimo utrudnień. ONZ ma np. prawo przejazdu, którym się nie chce dzielić. By przejechać przez posterunki, musimy mieć tzw. niebieskie karty. W porządku, bardzo chcemy mieć takie karty. Ale one są tylko dla ONZ-u. Kto je wydaje? ONZ. W ten sposób właściwie uniemożliwia się pracę organizacji pozarządowych, a przecież można by to jakoś skoordynować.
Natomiast co do Konwoju Pokoju... Ja uważam, że zrobiono bardzo wielką krzywdę tym ludziom, którzy w nim pojechali. Myślę tutaj przede wszystkim o VIP-ach. Mówi pan „politycy”, dla mnie to były po prostu znane nazwiska, ludzie, którzy zdecydowali się poświęcić swój czas, energię, często i pieniądze, żeby wspomóc ten Konwój. My naprawdę wierzyliśmy w to, że ich obecność tam może coś zmienić. Konwój nie dojechał do Sarajewa nie z naszej winy. W przypadku gdyby nam się udało, nikt by nie napisał o tym, co się działo na trasie. A to było przecież czepianie się drobiazgów. Nie ma w ogóle o czym mówić, wstyd mi za tych dziennikarzy.

Tak się złożyło

– Mówi się, że Pani zaangażowanie w taką działalność to swego rodzaju spłata długu...
– Wie pan, ja nie lubię, kiedy przypisuje mi się jakieś świetlane motywacje. W działaniach każdego człowieka często rolę odgrywa przypadek. Tak się złożyło, że miałam kontakty z organizacjami pomocy humanitarnej, które przyjeżdżały do Polski, tak się złożyło, że mogłam poznać działalność takich organizacji. Uważałam, że jest to coś bardzo Polsce potrzebnego, ludzka samopomoc, oddolne organizowanie się społeczeństwa. A później złożyło się tak, że we Francji brałam udział w akcji sprowadzania tam rodzin z obozów dla uchodźców. Stwierdziłam też, że to nie jest taki problem; że z Polski też może pojechać konwój. Wróciłam więc do Warszawy, żeby go zorganizować. Moi przyjaciele z Torunia mówili, że to niemożliwe – że nie dostanę pieniędzy, nie zdobędę ciężarówek. Ale ja trafiłam do „Gazety Wyborczej”, trafiłam do „Teleexpresu” i „Panoramy”, które – tak teraz to widzę – nie wiem dlaczego, miały do mnie takie zaufanie, że zaczęły o tym mówić. I dzięki temu nagłośnieniu zaczęli przychodzić ludzie, dostaliśmy mały pokoik od prezydenta miasta. Dziś jestem zdumiona tym niebywałym kredytem zaufania.
A najwspanialszym moim przeżyciem związanym z konwojami była chwila, gdy dołączaliśmy do konwoju francuskiego, na wybrzeżu chorwackim, za Rijeką. Francuskie ciężarówki przyjechały już wcześniej, stały na wielkim placu. My wjeżdżaliśmy na plac wśród oklasków, owacji. Część z tych Francuzów to byli przecież ludzie, którzy z podobnymi transportami przyjeżdżali do Polski.
Potem wszystko poszło samo. Nie można było zamknąć biura i powiedzieć „do widzenia”. Myśleliśmy o następnym konwoju, pojawili się kolejni ludzie do pomocy.
Myśli o spłacaniu długu przychodzą później. Sama w swoim życiu wiele pomocy zaznałam od innych ludzi. Wszystko tak się układało, że kiedyś do tej Jugosławii dojść musiałam. Gdybym nie leczyła się we Francji, nie poznałabym ludzi z pomocy humanitarnej, gdybym ich nie poznała, itd.

Polacy nie są egoistami

– Jak Pani ocenia zainteresowanie Polaków sprawami konfliktu w Jugosławii?
– Myślę, że jest duże, przynajmniej kiedy patrzę na oddźwięk, z jakim spotyka się to, co robimy. Dostajemy masę listów: od szkół, ale także od samorządów gminnych, miast, domów kultury. Pytania: co mogliby zbierać, co mogliby robić, zaproszenia na spotkania...
To można różnie oceniać, ale moim zdaniem Polacy nie są egoistami – mogę panu pokazać wpłaty z całej Polski, które przychodzą na nasze konto. Nieraz bardzo drobne, Fundacja nie może się tylko z tego utrzymywać, ale to bardzo wzruszające. Uczniowie zbierają pieniądze w szkołach – dostajemy z takich zbiórek czasem sto tysięcy, czasem kilka milionów złotych. Problem z oceną Polaków bierze się stąd, że u nas nie ma miejsca, w którym można zasięgnąć informacji, gdzie trzeba się zgłosić, jeżeli chce się coś zrobić. I to obojętnie – czy dla dzieci upośledzonych, czy dla bezdomnych, czy dla Jugosławii. Nie ma miejsca, w którym można się o tym dowiedzieć...
– A jak wygląda Wasza współpraca z Kościołem?
– Niestety, nie najlepiej. Próbowaliśmy wciągnąć Kościół, niestety spotkaliśmy się z brakiem zainteresowania.
– U kogo?
– U, nazwijmy to tak, najwyższych władz kościelnych. A próbowaliśmy zainteresować Kościół sprawą uchodźców, chcieliśmy, żeby w parafiach odczytano list mówiący o tym problemie i proszący o przyjmowanie uchodźców do domu (realizujemy taki program integracyjny). Wydaje mi się, że jest to wspaniała sprawa, ale odpowiedziano nam, że Kościół nie jest nią zainteresowany.
Ale mówiąc te gorzkie słowa, pamiętam choćby o „Caritasie”, czy o parafiach, które włączały się w akcje pomocy. Mam też nadzieję, że uda mi się ponowna próba zainteresowania sprawą uchodźców. Tym bardziej, że są tu bardzo dobre doświadczenia: byłam kiedyś na konferencji w Budapeszcie, która zgromadziła różne organizacje pozarządowe, i spotkałam przedstawicieli stowarzyszenia zorganizowanego przez Jezuitów, które stworzyło radę ds. uchodźców, działającą bardzo prężnie.
– Kiedy wyrusza najbliższy konwój?
– Piątego czerwca do Sarajewa. Tak jak zawsze – wieziemy żywność, leki i środki czystości.
Apelujemy o pomoc w zebraniu mleka w proszku, mąki i soli, które są bardzo potrzebne do wypieku chleba. Poszukujemy też... karmy dla kurczaków. Ludziom z MERHAMETU, to taka organizacja muzułmańska, udało się zbudować z lodówek inkubatory, niedługo będą mieć 10 tysięcy kurcząt, które chcą rozdać mieszkańcom Sarajewa, żeby sami mogli dalej je hodować, mieć jajka.
Kiedy byliśmy w Sarajewie na Wielkanoc, okazało się, że największy skarb, jaki mieliśmy ze sobą, to jajka, których ludzie tam od miesięcy na oczy nie widzieli.
 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl