Me
dal Świętego Jerzego

 




Dom dla bezdomnych

TOMASZ CICHOŃ


Dla mnie to jasne, że on poszedł drogą Brata Alberta. Wszystko co robi, robi dla bezdomnych, a przy tym prowadzi prawie ascetyczny tryb życia. Ciągle pracuje ponad siły. Chyba każdy, kto się z nim zetknie, ma świadomość tej jego... po prostu... wielkości. Tak, wielkości, przy równoczesnym uniżeniu w stosunku do bezdomnych” – mówi Stanisław Grzegorski, wiceprezes Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta. 



W 1956 r. Jerzy Adam Marszałkowicz ukończył wrocławskie seminarium duchowne. Nie przyjął święceń kapłańskich ze względu na zły stan zdrowia. Wkrótce rozpoczął pracę w swoim macierzystym seminarium – najpierw jako furtian, później jako bibliotekarz. Wtedy to, wynosząc posiłki żebrzącym pod wrocławską katedrą, po raz pierwszy zetknął się z problemem bezdomności. Na początku lat 70. próbował upowszechnić ideę schronisk, które mogłyby zaofiarować bezdomnym coś więcej niż tylko talerz darmowej zupy. Jednak na powstanie Towarzystwa Pomocy im. Adama Chmielowskiego trzeba było poczekać jeszcze dziesięć lat. Ostatecznie doprowadziła do tego grupa około trzydziestu osób, przy pomocy ówczesnego posła na Sejm, Władysława Kupca i prawnika Lecha Paździora, którzy wspólnie ułożyli statut Towarzystwa Pomocy. Zostało ono oficjalnie zarejestrowane 2 listopada 1981 r. Wigilię Bożego Narodzenia, w którą przypadła 65. rocznica śmierci Brata Alberta, ksiądz Jerzy spędził już we wrocławskim schronisku przy ulicy Lotniczej wraz z jedenastoma bezdomnymi.
– Właściwie Towarzystwo dzięki temu zaczęło funkcjonować – mówi Grzegorski – że znalazł się ktoś, kto z bezdomnymi chciał zamieszkać.
To był czas zdobywania doświadczeń, szukania odpowiednich metod pracy. Później ks. Marszałkowicz był głównym inspiratorem stworzenia na Opolszczyźnie całej sieci schronisk: w Pępicach, Bemowie, Klisinie, Jasienicy Górnej, a także w Bielicach, gdzie od kwietnia 1988 roku jest kierownikiem.

*

Schronisko w Bielicach to duży piętrowy budynek. Wokół podwórka otoczonego solidnym murem kilka szop, murowany warsztat, a w przeciwległym końcu budynek świniarni oraz foliowy inspekt. Na środku, pod drzewem mała kapliczka w kształcie groty. Po podwórku kręci się kilka osób. Pytam o księdza Jerzego. Niestety nie ma go teraz w schronisku, jest w szpitalu w Nysie. Ale jeżeli mam czas, to mogę poczekać, bo powinien dzisiaj wrócić. Siadamy w dyżurce. Pytam, czy ten szpital to coś poważnego.
– Generalnie: osłabienie organizmu i anemia – mówi Jerzy, który tymczasowo zastępuje księdza. – Miał mieć jeszcze serię badań. Ale nie wiem czy je zrobili, bo on dzisiaj na własną prośbę wychodzi ze szpitala. Powinien jeszcze poleżeć, jest schorowany. Tutaj mamy nienormowany czas pracy, a on do tego wypije szklankę wody, kawałek suchego chleba przegryzie i potrafi wytrzymać o tym cały dzień.
Do dyżurki co chwilę ktoś wchodzi i dorzuca swoje uwagi. Pytam o budynek. Ktoś sobie przypomina szczegóły:
– Mnie mówił Oliwa – jeden z miejscowych gospodarzy – że przed wojną mieszkało tu rodzeństwo, ona była najmłodsza, on najstarszy z rodziny. Kiedy on zmarł i zostawił jej wszystko, ona nie chciała tego majątku i wstąpiła do zakonu. I odtąd był tu żeński klasztor.
– A my jesteśmy tu już równo siedem lat – dodaje ktoś inny, pokazując gruby zeszyt z meldunkami. – Pierwsze zapisy są z 1988 roku. Większość ludzi jeszcze pamięta, że w tym miejscu był klasztor i nazywają nas „klasztorem Shaolin”. Jakby pan we wsi zapytał o „Shaolin” – od razu pokażą.
Jerzy oprowadza mnie po schronisku. Jadalnia na parterze – ściany wysokie, na jednej wisi prawie dwumetrowy krzyż. To największe pomieszczenie, jakim dysponują, a i tak część ludzi musi jeść obiady w swoich pokojach, zwłaszcza zimą, kiedy liczba mieszkańców dochodzi do dwustu. Na środku, przy kilku stolikach siedzi grupka mężczyzn. Z kawałków papieru sklejają duże szare koperty.
– Z tymi kopertami to się właściwie zaczęło z niczego – mówi mój przewodnik. – Trzy lata temu kilka osób chciało w ten sposób zarobić na papierosy. Ale później bardzo się to rozkręciło. Teraz kilkunastu podopiecznych znajduje przy tym zatrudnienie. Oczywiście często mamy kłopoty ze zbytem. Ale czasami dostajemy jakieś duże zamówienie i można w ten sposób podreperować budżet. Trudno mówić o terapii – część pracuje z nudów, inni dlatego, że dostaną papierosy. Generalnie latem mamy więcej pracy. Szczególnie teraz, w maju, kiedy okoliczne pegeery, które jakoś zipią, potrzebują ludzi do prac polowych. W zamian wypożyczamy od nich maszyny potrzebne do obrobienia naszej ziemi, której mamy kilkanaście hektarów. Niektórzy pracują przy porządkowaniu lasu – dostajemy za to od nadleśnictwa drewno na opał.
Oglądamy kilka sal mieszkalnych. We wszystkich gęsto ustawione piętrowe łóżka. Na półpiętrze także kilka łóżek; stało ich tu więcej, ale strażacy kazali usunąć ze względu na przepisy przeciwpożarowe. Ludzie śpią teraz na materacach, które rozkładają w jadalni zaraz po kolacji.
Pan Leszek – około sześćdziesiątki, niski, krępy, pełniący obowiązki bibliotekarza – pokazuje kilka półek z książkami.
– Najwięcej to wypożyczają kryminałów – mówi. – A już najbardziej to lubią Ludluma. Mam tylko kilka egzemplarzy, ciągle są w czytaniu. I jednego Forsytha, ale tego raczej nie wydaję, bo by „zaczytali” do końca.
– Można powiedzieć, że to schronisko jest znane, że ma renomę. – Jerzy prowadzi dalej. – Jak zbliża się jesień, to wielu bezdomnych jedzie do księdza Jerzego, do Bielic. Niektórzy wycieńczeni i chorzy, często bez dokumentów. Alkoholików staramy się zawozić na dwa, trzy miesiące do ośrodka odwykowego w Skotnicy. Leczenie okazuje się zwykle nieskuteczne, ale przynajmniej jest to dla nich jakaś przerwa w piciu.
Do schroniska należy jeszcze budynek, zwany „pawilonem”, położony nieco z boku. Ponieważ jest tam spokojniej, mieszkają w nim starsi mężczyźni i kalecy. Opiekuje się nimi Tomek, który rozpoczął tutaj pracę zaraz po maturze. Mieszka z podopiecznymi, a co dwa tygodnie jeździ do Opola, gdzie uczy się w zaocznym studium. Gdy skończy, będzie miał dyplom pracownika opieki społecznej. Mówi, że widział na własne oczy, jak jego ojciec uległ wypadkowi, a on nie mógł nic zrobić. Poraziła go ta bezradność. Na szczęście ojciec wyzdrowiał po prawie rocznym pobycie w szpitalu. Ale od tamtego wypadku zmieniło się wiele w życiu Tomka.

*

Wreszcie przyjeżdża kierownik schroniska. Nazywają go rozmaicie: księdzem Jerzym, bratem, Jerzykiem, księdzem Jureczkiem. Wita się ze wszystkimi. Idziemy do pokoju, który pełni funkcję kancelarii, gdyż są w nim „tylko” cztery łóżka. Pytam o zdrowie.
– Tak, ostatnie pół roku rzeczywiście było dla mnie ciężkie... ciągle jakieś grypy... I wie pan, jeszcze dochodzą te wszystkie przykre decyzje, kiedy trzeba kogoś usunąć ze schroniska, najczęściej za pijaństwo. To są dla mnie za każdym razem ogromne dylematy...
Ksiądz Jerzy jest wysoki, szczupły, ma siwe, krótko przycięte włosy. Na sutannę narzucony granatowy sweter, pod szyją przekrzywiona koloratka, na nogach turystyczne buty. Mówię, że kiedy tu jechałem, zastanawiałem się nad sensownością organizowania schronisk na wsi, skąd daleko do szpitali, gdzie trudno dotrzeć bezdomnym.
– Początkowo schroniska powstawały tylko w miastach. Bielice udowodniły, że na wsiach mogą one równie dobrze prosperować. Bezdomni, jak tylko wiedzą, że zostaną gdzieś przyjęciu, to trafią do najodleglejszej wioski. Takie położenie ma zalety: można się nastawić na produkcję rolną i mieć, jak my tutaj, własne ziemniaki, zboże czy buraki cukrowe. Dla alkoholików liczy się także pewna izolacja – trudniej tu pić.
Po każdym pytaniu ksiądz Jerzy zastanawia się długo, mówi bardzo cicho i powoli, skupia się na każdym słowie.
– Niestety czasami ktoś tak mocno dokazuje, że nie ma innego sposobu, tylko trzeba go wywieźć do Nysy czy do Opola i zostawić na dworcu. Moi pomocnicy bardzo dużo mi pomagają, ale wiele decyzji muszę sam podejmować. Wszystko to jest bardzo męczące i przykre... Czasami w nocy trzeba z chorymi jeździć do szpitali, niejednokrotnie wzywać pogotowie...
Ksiądz Marszałkowicz zajmuje się też księgowością związaną z gospodarstwem rolnym i manufakturą kopert. Przyjmuje nowo przybyłych do schroniska i prowadzi meldunki. Odpowiada za całą pomoc lekarską.
– Tę „służbę zdrowia” prowadził kiedyś Wojtek, jeden z opiekunów. Wydawał lekarstwa, latał po aptekach, często jeździł z chorymi po przychodniach. Tymczasem sam zachorował na raka. Ma drugą grupę inwalidztwa i musi często brać morfinę... Pozostał u nas, jest takim właściwie... rezydentem.
Pytam o innych współpracowników.
– Oprócz Tomka, wszyscy inni opiekunowie wywodzą się spośród bezdomnych. Pojawiali się w Bielicach w mniej lub bardziej opłakanym stanie. Tyle że z czasem wydobrzeli, potrafili się jakoś odbudować i teraz mi pomagają, organizują pracę w schronisku, trzymają nocne dyżury... A Tomek rok temu nagle zjawił się z plecakiem na ramionach. Przyszedł do mnie, do tego pokoju i powiedział, że chce pracować w schronisku. Trochę byłem zaszokowany, ale mu powiedziałem: No dobrze, zostań tu przez miesiąc. Zobaczymy czy wytrzymasz, czy ci się to spodoba, czy się nadajesz... I pozostał do dziś. Bardzo dobrze działa, jest też pomocny jako kierowca... Jego rodzice bardzo nad tym boleją, bo jest jedynakiem, chcą, żeby do nich wrócił. Więc on jest cały czas między młotem a kowadłem...
– Pan Leszek pokazał mi kaplicę znajdującą się w schronisku i wspominał, że Msze odbywają się tam tylko z okazji świąt lub jeżeli ktoś z podopiecznych umiera.
– No tak, w niedzielę część osób słucha Mszy radiowej, a niektórzy chodzą do kościoła na wsi. Niestety proboszcz ma dużo obowiązków, właściwie to pracuje w dwóch kościołach równocześnie. A jeśli chodzi o modlitwy, to u nas przed śniadaniem i przed kolacją jest pacierz, który wspólnie odmawiamy. Czy wszyscy robią to szczerze? – nie wiem. Większość na pewno tak. Wieczorem mamy jeszcze półgodzinne nabożeństwo: różaniec, litanię do Serca Pana Jezusa albo, jak teraz, nabożeństwo majowe. Staramy się nikogo nie zmuszać. Oczywiście do kaplicy przychodzi tylko pewien procent bezdomnych, na sto pięćdziesiąt osób – przeciętnie dwadzieścia kilka.
Ksiądz Jerzy mówi, że w niektórych schroniskach uczestnictwo w nabożeństwach jest obowiązkowe dla wszystkich. Ma to zapobiegać kradzieżom, zdarzającym się podczas nieobecności w salach tych, którzy się modlą.
– U nas tego nie wprowadziliśmy. Ale... to są właśnie dylematy tej pracy. Ktoś przed laty powiedział, że każde schronisko ma swój specyficzny charakter, który zależy od sumienia kierownika... – i to chyba jest prawda.
Muszę już wracać. Ksiądz Jerzy odprowadza mnie na autobus do Niemodlina – stamtąd można coś „złapać” do Opola. Kwitną drzewa i wiatr przygania na wiejską drogę ich zapach. Mijamy cmentarz graniczący z przytułkiem. Ksiądz Jerzy pokazuje tę jego część, gdzie pochowani zostali bezdomni, którzy zmarli już w Bielicach. Dwadzieścia siedem grobów. Tylko w tym roku zmarły trzy osoby.
Pytam o reakcje tutejszych mieszkańców. Ksiądz odpowiada, że schronisko w Bielicach przechodziło różne dzieje. Zwykle jak powstaje tego typu ośrodek, to jest opór ze strony społeczności lokalnej. Ludzie boją się awantur i kradzieży, które rzeczywiście czasami się zdarzają. Pojawiają się pogróżki i donosy. Jednak po pewnym czasie można ludzi przekonać do tego, co się robi.
– Ostatnio nawet wywiązała się pewna współpraca. Do nas, do schroniska, raz na tydzień przyjeżdża lekarz, bada chorych, wypisuje recepty, robi to wszystko za darmo. Jakiś czas temu dowiedziały się o tym różne babcie ze wsi. Teraz przychodzą do nas, „kolejkują”, dowiadują się, czy przyjedzie lekarz, którego polubiły. Widzą, że schronisko nie jest żadną jaskinią zbójców, że osoby tu przebywające to biedni, chorzy, niejednokrotnie bardzo pokrzywdzeni przez życie ludzie. Czasami gospodarze z Bielic proszą, żeby im w czymś pomóc. Jakieś wrota zespawać, jakąś podmurówkę czy chlewik wybudować, dach naprawić... Wśród bezdomnych są różni fachowcy, więc od czasu do czasu wykonują jakieś usługi dla wsi.
Niektórzy mi zarzucają, że zbyt dużo sam jeżdżę, zamiast wysyłać współpracowników.
Ale wie pan, kiedy sam zawiozę na pogotowie albo do szpitala jakiegoś chorego z przytułku, to łatwiej go tam przyjmą na leczenie. Ludzie patrzą: o, ksiądz przywiózł chorego, no i ja jestem starszy, mam 64 lata, jakoś wierzą, że człowiek, którego przywiozłem, naprawdę potrzebuje pomocy. A zdarzało się, że moich współpracowników odprawiali z kwitkiem...
Nadjeżdża autobus. Wymieniamy uściski dłoni. Wsiadam – w rękach trzymam papierową torbę z kilkoma kruchymi ciasteczkami i dwiema pajdami chleba, które dostałem na drogę w Bielicach.

PS. Już po napisaniu tekstu dostałem od księdza Marszałkowicza list: „Nie byłoby pełnego obrazu pracy schroniska – pisze – gdybym nie wspomniał o pracy Zarządu Koła Bielickiego i naszego Prezesa Piotra Przybyłowskiego, który dwoi się i troi, aby uciągnąć dwa schroniska: w Bielicach, w Jasienicy Górnej, no i trzecie – w Trzeboszowicach (w dokończeniu budowy). Oczywiście najwięcej pomógł nam Zarząd Główny we Wrocławiu z Panią Prezes Wandą Jadwigą Kozaczyńską na czele”.









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl