Medal Świętego Jerzego

 

Dworcowa choroba

Wojciech Bergier 


Matka Arturka przyszła do Małgorzaty Chmielewskiej prosto z dworca. Nikt nie pytał, kim jest ani dlaczego żyje na ulicy. Bez formalności dostała miejsce w domu dla samotnych matek w B. Po kilku dniach odebrała trzyletniego Artura z domu dziecka, gdzie dotąd przebywał. Zapewniała, jak bardzo chce mieszkać razem z maluchem. Ale nie wytrwała długo w tym zamiarze. Alkoholiczka, nie umiała wyjść z nałogu. Pewnego dnia zabrała dziecko i zniknęła.
Małgorzata Chmielewska wyruszyła na poszukiwania. Chodziła od jednej meliny do drugiej, z patrolem policji, dla bezpieczeństwa. 
Po kilku dniach weszli do mieszkania przy ulicy S. W melinie trwało pijaństwo. 
– Ujrzałam koszmar – mówi Małgorzata Chmielewska. – Wokół trwała libacja, a nagie dziecko leżało wystraszone w pokrytym wymiocinami łóżku, obok jakiegoś pijaka. Matki ani śladu.
Zabrała Arturka do swojego domu. Przez kilka następnych dni poszukiwano matki. Bezskutecznie. Aby być w zgodzie z prawem, Małgorzata Chmielewska musiała oddać chłopca do domu dziecka. Myślała: oddać... A może wystąpić o adopcję?

 




Siostra 
Małgorzata Chmielewska 
z Arturem 




– Bo Artur mnie zaakceptował – wspomina. – Rzucił mi się w ramiona, uczepił i nie chciał puścić. Trzeba być zwierzakiem, żeby wtedy oddać dziecko. Nie było tu moralnej alternatywy.
Po tygodniu Małgorzata Chmielewska poinformowała więc sąd rodzinny o zdarzeniu i zaczęła się starać o adopcję dziecka. Półtora miesiąca później zgłosiła się matka Artura. 
– Postanowiłam dać jej szansę, w końcu to jej syn – wspomina Małgorzata.
Postawiła warunek, że jeżeli Artur pozna swoją matkę, to będzie mogła zostać w domu samotnej matki. Weszły razem do pokoju dziecka.
Gdy Artur zobaczył matkę, zaczął uciekać z krzykiem.
I tak Arturek – chore na padaczkę, autystyczne dziecko – został z Małgorzatą, która po decyzji sądu rodzinnego została jego rodziną zastępczą. 
Powstał jednak problem.
Bo Małgorzata Chmielewska jest siostrą, przełożoną Wspólnoty „Chleb Życia”, prowadzącej kilka domów pomocy i schronisk.
– Długo zastanawiałam się, czy w tej sytuacji nie zrezygnować z noszenia habitu – mówi Siostra Chmielewska. – Chodziło o to, żeby nie budzić zgorszenia w miejscach publicznych. Nie chciałam słyszeć na ulicy komentarzy: o, idzie siostra z synkiem. 
Dzisiaj 10-letni już Artur, adoptowany (za zgodą władz Wspólnoty), towarzyszy Siostrze wszędzie krok w krok.
– Poza tym nie mówi do mnie „mamo”, tylko „Gosiu”. Nie ma więc żadnej sensacji – mówi Siostra. 
W tym roku Artur zaczął chodzić do podwarszawskiej społecznej „szkoły życia”. Robi postępy.

„Chleb Życia” (Pain de Vie) to wspólnota, założona w 1976 r. we Francji jako owoc nawrócenia młodego małżeństwa Pascala i Marie-Annick Pingault. „Charyzmatem Wspólnoty – mówi siostra Chmielewska w rozmowie z o. Grzegorzem Chrzanowskim („Znak” nr 468) – jest życie z ubogimi i torowanie im drogi do bezpośredniego spotkania z Jezusem. Tak jak Jan Chrzciciel, który jest patronem Wspólnoty, chcemy wskazywać na Chrystusa. Ludzie, którzy do nas przychodzą, to alkoholicy, prostytutki, narkomani, bezdomni, dzieci z ulicy, ludzie chorzy, nosiciele wirusa HIV. (...) Jest wśród nas miejsce dla rodzin, ludzi wybierających celibat, kapłanów, ubogich, dzieci, a także dla tych, którzy nie są powołani do ścisłego życia wspólnotowego, ale jako osoby stowarzyszone ze wspólnotą żyją w świecie jej ideami”.

Mały pokój w warszawskim domu Wspólnoty przy ul. Łopuszańskiej. Siostra bywa tutaj kilka razy w ciągu dnia; tu ma swoje biuro. Resztę czasu spędza w drodze: w mieście, na załatwianiu spraw Wspólnoty. Wysoka, energiczna, lat 45. Sprawia wrażenie trochę zmęczonej. Na brązowym habicie kilka wypalonych dziur.
– Mam nadzieję, że to pana nie gorszy... – mówi, sięgając po nową paczkę papierosów. 
Absolwentka biologii na Uniwersytecie Warszawskim, pochodząca z tzw. dobrej rodziny. Najpierw pracowała z niewidomymi dziećmi w Laskach, organizowała pomoc dla kobiet z więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Przymierzała się do wstąpienia do zakonu benedyktynek, później była u małych sióstr Karola de Foucauld. Od 6 lat jest we Wpólnocie „Chleb Życia”. Dziś kieruje czterema domami, w których członkowie i sympatycy Wspólnoty mieszkają razem z ubogimi.
Dlaczego to robi? Dlaczego jest z bezdomnymi (których w Warszawie jest wg danych policji ok. 5 tys.), samotnymi matkami, chorymi?
– Robię to, bo pan tego nie robi – odpowiada Siostra Małgorzata. – Robię to, bo czytam Ewangelię. Czytam, jak Jezus mówi o zabłąkanej owcy, czytam o Marii Magdalenie. Jezus też był biedakiem – tłumaczy.
– Czy biedacy nie mają dostępu do Kościoła? – pyta. – Zapraszamy ich do naszej Wspólnoty i żyjemy razem. Nie jestem lepsza od tych ludzi, którzy mieszkają ze mną pod jednym dachem. Dzięki tym odrzuconym zobaczyłam, że cierpienie można znosić z cierpliwością i godnością.
Czym dla niej jest powołanie?
– To przeświadczenie, że wiem, iż jestem na swoim miejscu. Powołanie to także wierność głosowi Chrystusa, odczytywanego również przez sytuacje życia codziennego. Staram się po prostu wysłuchać, co Pan Jezus codziennie do mnie mówi. Całe moje życie jest drogą do Pana Boga. Drogą do przodu, przez wiele różnych miejsc. Wiem, że gdybym nie była uczennicą u sióstr niepokalanek, a potem małą siostrą Jezusa, to nie robiłabym tego, co robię dzisiaj. 
– Wola Boga może sprawić, że dzisiaj jestem tu, w Warszawie, a za dwa lata znajdę się w Indiach lub na Haiti – dodaje. – Wszystko się może zdarzyć. 
Czy ma swoich ulubionych świętych?
– Oczywiście... Matka Boska przede wszystkim. Święty Benedykt z Nursji i św. Benedykt Labre, św. Franciszek, oczywiście św. Teresa z Avila i Tereska od Dzieciątka Jezus..., a z Kościoła prawosławnego święty Serafin z Sarowa. Oni są od poważnych spraw – odpowiada. A jak mi się zepsuje auto, to proszę o pomoc św. Szarbela, który wprawdzie nie widział nigdy samochodu, ale potrafi go naprawić.
Rozmowę przerywa telefon. Dzwonią z jednego z domów. Proszą o radę, bo pojawił się znowu Stefan, bezdomny. Siostra powie później, że to alkoholik – przychodzi po pomoc, a potem, przyjęty do domu, próbuje wprowadzić więzienne obyczaje, terroryzuje innych. Często też ich okrada.
– Dzwonicie po policję czy mam go wyrzucić sama? – siostra Chmielewska patrzy na zegarek. – Dobrze. Przyjadę.
Za chwilę telefon dzwoni po raz drugi, potem trzeci, i mam wrażenie, że jego dźwięk Siostra przyjmuje z ulgą. Bo bardzo nie lubi takich rozmów o sobie.
– Kiedy dostałam pierwsze stypendium od pewnej fundacji, nie powiedziałam o tym nikomu – wspomina Siostra. – Zamówiłam dla naszych domów kilkadziesiąt sztuk pizzy z dostawą pod drzwi. No i przyjechali dostawcy, i nikt nie chciał od nich przyjąć tych placków. Mieszkańcy nie wiedzieli, czy ktoś im nie zrobił jakiegoś kawału. Musiałam dopiero obdzwonić wszystkie domy i o wszystkim opowiedzieć.

Powołanie Wspólnoty najlepiej określa jej nazwa: „Chleb Życia”. „Wskazuje ona – mówiła s. Chmielewska w wywiadzie dla „Znaku” – na szczególny kult Eucharystii. Całe nasze życie duchowe (jak również pośrednio życie materialne, ponieważ większość naszych domów siłą rzeczy musi utrzymywać się z Opatrzności, nasza praca nie wystarcza) jest skoncentrowane na Eucharystii. Wierzymy, że poprzez adorację Najświętszego Sakramentu, bezpośrednie spotkanie twarzą w twarz z Panem Jezusem potrafimy jakby żyć Jego życiem i patrzeć na ludzi, tak jak On patrzy. (...) To jest cały sens naszego życia”. 
W domu przy ul. Łopuszańskiej jest kaplica, na pięterku. Mały pokój, skromnie urządzony: ołtarz, prosta skrzynka tabernakulum, świece, oliwna lampka, na ścianie krzyż i ikony. Wewnątrz panuje głęboka cisza. 
Na parterze domu wisi tablica, a na niej godziny adoracji. Kto chce, może się wpisać. Chętnych nie brakuje.

Siostra Małgorzata pakuje bagaże do dostawczego citroëna. Wyjeżdżamy do domu samotnych matek w podwarszawskim Brwinowie. Siostra siada z Arturkiem z przodu. 
Po półgodzinnej jeździe widzimy duży, stuletni dom. W tym miesiącu daje schronienie kilku kobietom z dziećmi.
– Siostro, siostro! Dostałam wreszcie rozwód! – krzyczy na nasz widok młoda dziewczyna, Anna. Przez kilka lat była bita i maltretowana przez męża. Postanowiła wystąpić o rozwód. Uciekła do domu w Brwinowie. Tu doczekała rozstrzygnięcia sądu rodzinnego. Jednak mąż nie dał za wygraną. Kilkakrotnie przyjeżdżał i pod domem Wspólnoty urządzał awantury. Musiała interweniować policja.
– I alimenty też przyznali – dodaje uśmiechnięta Anna.
– No to witamy nową rozwódkę – śmieje się siostra Chmielewska.
Wiele kobiet tutaj mieszkających ma założone w sądach sprawy rozwodowe.
– Dzięki formalnemu rozwodowi te biedne kobiety mogą się starać o pomoc społeczną. Inaczej są skazane na przytułki – tłumaczy. – Bo choć gminy dysponują mieszkaniami dla samotnych matek, to bez sterty dokumentów, wśród których musi być także wyrok rozwodowy, te mieszkania są dla nich nieosiągalne. 
Siostra Chmielewska: – W tym kraju można bezkarnie maltretować żonę i dzieci do momentu, aż się ich nie zabije. Policja nie interweniuje, bo są to sprawy rodzinne. Można więc zamknąć drzwi i gwałcić żonę.
Wspomina historię Beaty. Pobita przez męża-psychopatę, trzymana przezeń nago przez dwanaście godzin na krześle, musiała wymyślać, z kim go zdradzała.
– Oczywiście to było kolejne urojenie męża, który takie przesłuchania urządzał kilkakrotnie. Jak ją wreszcie znaleźli policjanci, to jeden nie wytrzymał i zwymiotował. Pierwszy raz widzieli taki koszmar – mówi Siostra Małgorzata.
Po chwili ciszy tłumaczy: – W takich skrajnych przypadkach nie widzę moralnych przeszkód dla tych biednych kobiet, żeby starały się o rozwód. Jest to dla nich, i dla ich dzieci, forma obrony życia i godności. To nie znaczy, rzecz jasna, że popieram rozwody i cywilne małżeństwa. To, czy kobieta powtórnie zawrze małżeństwo, to już sprawa jej sumienia – zastrzega. – Ale, zapewniam pana, te kobiety nie myślą o kolejnym mężczyźnie. One mają tego dosyć. A ksiądz w kościele, bywa, powie jej, że rozwodu brać nie wolno. Tylko że to nie ksiądz jest bity...
Małgorzata Chmielewska wspomina historię innej kobiety, która – po kolejnej awanturze – uciekła z domu, od męża-pijaka, z trojgiem dzieci. Jedno z nich było niepełnosprawne, na wózku inwalidzkim. Szukała pomocy na plebanii. Bezskutecznie...
– I trafiła do mnie. Takich przykładów znam kilka – uśmiecha się smutno Siostra Małgorzata. – Znam przypadek, że ksiądz odmówił chrztu dziecku samotnej matki. To kompletna nieznajomość prawa kanonicznego. I faryzeizm. 
I pyta: – Czy któryś z katolickich pracodawców przyjmie do pracy dziewczynę w zaawansowanej ciąży?

Warszawskie „Betlejem”. Tak nazywa się dom Wspólnoty „Chleb Życia”, w którym mieszkają chorzy i bezdomni, przy ul. Mszczonowskiej, tuż przy magazynach PKP. Najkrótsza droga – to ukryta w krzakach, wydeptana błotnista ścieżka między torami kolejowymi. Przeskakuję przez kolejne szyny. Nagle zza zakrętu wypada lokomotywa. Skok do przodu, jeszcze tylko dwanaście torów i dochodzę do „Betlejem”.
– Torami chodzą wszyscy mieszkańcy domu. Niewidomi, kulawi. Trzeba tylko uważać – mówi na powitanie Renata, kierownik domu.
Przed siedmioma laty Renata, mając 19 lat, złożyła na ręce przełożonych generalnych Wspólnoty czasowe przyrzeczenie posłuszeństwa i ubóstwa. Dwa lata temu Siostra Małgorzata oddała jej pod opiekę dom przy Mszczonowskiej.
– Im bardziej ktoś z ludzi, z którymi tu mieszkamy, dostanie w tyłek od życia, tym bardziej go to uszlachetnia. Brzmi to może niewiarygodnie, ale tak tu jest – mówi Renata. Opowiada o bezdomnym, który już pierwszego dnia musiał wyjść do lekarza. – Nie mógł, bo nie miał butów. Pan Franciszek pożyczył mu swoje, Łukasz dał sweter.
Renata wspomina też, jak pan Darek poszedł odebrać zasiłek – 300 złotych. Zastanawiała się, co zrobi z taką sumą. Po kilku godzinach przyszedł na Mszczonowską. Stanął w drzwiach. W rękach trzymał dwie torby.
– To dla domu. Żeby ładnie pachniało i było zawsze czysto – powiedział, wręczając jej siatki. W środku były proszki do prania, płyny do czyszczenia i mycia naczyń.
– W ten sposób wydał na dom cały zasiłek – uśmiecha się Renata. 
Dzisiaj pan Kazik obiecał, że jak dostanie swój zasiłek, kupi do domu nowe żelazko.
– Ci ludzie doświadczyli w życiu skrajnej biedy. Wiedzą, co to głód. Traktują naszą wspólnotę jak swój dom. Są tu gospodarzami – mówi Renata.
– Zdolność do dzielenia się wszystkim, np. ostatnią paczką papierosów jest ogromna – przyzna później siostra Chmielewska. – Ten dar dzielenia się z innymi sprawia, że są naszymi braćmi i siostrami.
Siostra Małgorzata stanowczo oponuje, kiedy kilkakrotnie nazywam domowników „podopiecznymi”.
– Powtarzam panu, to nie są nasi podopieczni. Dobro ubogich jest dla nas wartością. Nasza wspólnota opiera się właśnie na najbiedniejszych – tłumaczy. – Oni by bardzo chcieli być podopiecznymi, których się ubierze, nakarmi i da trochę spokoju. Takim ludziom, którzy przez większość swojego życia byli na dnie, bardzo trudno odzyskać godność. Tymczasem cała praca Wspólnoty polega na tym, żeby mieszkańcy byli współodpowiedzialni za swój los.
Rzeczywiście, to oni, domownicy, prowadzą te domy. Sprzątają, gotują. Pilnują, żeby nie było opóźnień w opłatach za gaz i energię. 
„Chleb Życia” to nie jest kolejne centrum pomocy dla ubogich, prowadzone przez organizację charytatywną.
– Mieszkamy pod tym samym dachem. Jemy z jednego garnka – mówi siostra Chmielewska. – Kiedy tydzień temu dziewczyny w Brwinowie zrobiły na obiad coś obrzydliwego, to wszyscy chodziliśmy głodni. Ja i mój syn także. Wtedy zobaczyły, że są odpowiedzialne za innych – wzdycha na wspomnienie tamtego obiadu.

Domownicy często nazywają siebie „żebrakami miłości”. Renata chce, żeby przez jakiś czas mieszkali w normalnym domu. Pomaga im pisać wnioski o renty i zapomogi. We Wspólnocie mogą otrzymać pomoc medyczną i socjalną.
Niektórzy trafiają tu po kilkuletniej tułaczce po dworcach i kanałach.
– Są w strasznym stanie: odgnite nogi, stany zapalne podudzi. Kiedyś przyszedł człowiek, którego trzeba było moczyć kilka godzin w wodzie z mydłem, a potem tępym nożem zeskrobywać z niego brud – wspomina Renata. 
Przechodzimy do skromnie urządzonej sali, w której mieszka kilku mężczyzn. Renata właśnie wyrzuciła trzech bezdomnych i musi zmienić po nich pościel.
– Pili i byli agresywni – mówi. – A zasady pobytu tutaj są jasne: żadnego alkoholu i agresji. Nawet słownej. Naruszyli regulamin i wylecieli. Możemy sobie żartować, ale do czasu.
Choć nie było to takie proste – na pomoc przyjechała straż miejska.
– Bo czasem niełatwo wyrzucić domowników, choćby na to zasłużyli – mówi Renata. – Ale zawsze, kiedy ich strażnicy pakują do nyski, to krzyczą do mnie: „kochamy panią i przepraszamy bardzo!”.
– Staram się rozmawiać szczerze. Dzięki temu nie ma tu stosunków więziennych, gdzie każdy ma podwójną osobowość: uniżony wobec personelu i agresywny wobec słabszych – tłumaczy Renata. – Jak coś ich denerwuje, to nawet prowokuję, żeby mi o tym powiedzieli. Taki partnerski układ eliminuje agresję. A wyrzucenie to ostateczność. 
– Panu Zdzichowi, którego wczoraj wyrzuciłam, dałam tydzień czasu na „zaszycie” – dodaje. – Musi pójść do lekarza i wszyć sobie esperal.
Rozmawiamy w pokoju Renaty: na półce książki religijne, poradniki medyczne. Obok, w małym gabinecie, kilka razy na tydzień dyżuruje lekarz internista.
Do pokoju wchodzi starszy mężczyzna z wypchaną plastykową torbą.
– Dzię... dobry pani kierowniczko – kłania się nisko. – Czy mogę już wrócić?
– No, Jurek, wyleciałeś w zeszłym tygodniu za picie – słyszę.
– Wiem, wiem... Głupia wpadka była – pan Jerzy drapie się z zakłopotaniem w głowę. – Przepraszam...
Chwila ciszy. 
– Dobrze. Zostajesz – mówi Renata. – Idź do pokoju. Weź sobie nową pościel. 
Najdłuższa kara, jaką dotąd zastosowała, to wyrzucenie mieszkańca do pierwszych przymrozków. Było to wiosną. Do tej pory pan Wiesław nie pojawił się. Mieszka na dworcu kolejki miejskiej w Warszawie.
– Pewnie przyjdzie niedługo – mówi Renata. – Odszoruję go i będzie mieszkał.
Następna wizyta. Trzydziestokilkuletnia kobieta uciekła od konkubenta.
– Już mam dosyć, ciągłe awantury – głos jej się łamie. – Dzisiaj rano mnie pobił. 
Lewa część jej twarzy jest rzeczywiście spuchnięta. 
– Jak wyszedł do pracy, to uciekłam – mówi.
Zamieszka, zapewne co najmniej na miesiąc.

Jesienny wieczór. Przyjechał pan Andrzej, kierowca. Cały samochód wypełniają czarne worki z używaną odzieżą. To fundacja „SOS”, czyszcząc swoje magazyny, przeznaczyła najgorsze rzeczy do „utylizacji”. To znaczy: do spalenia. To jedyny sposób na pozbycie się sterty szmat, w które niektórzy z ofiarodawców chcieli ubrać bezdomnych. 
Z Maciejem K. i Stefanem S. przebieramy stertę znoszonych i niemodnych ubrań.
Pan Maciej powoli ogląda każdy ciuch. Z jednego coś odpruwa, inny odrzuca na bok z nieukrywanym rozczarowaniem. Wreszcie znajduje skórzaną kurtkę.
– No, kolor odpowiedni i skóra dobrej jakości – zadowolony pruje szybko podszewkę.
Po co mu te potargane skórzane łatki?
– To takie jego hobby – mówi pan Stefan. – On cuda potrafi on z tych skrawków zrobić. 
Na dowód wyciąga z kieszeni miniaturowego trzewika z ukrytą w środku zapalniczką. Podobne, misternie wykonane skórzane kieszonki na zapalniczki i klucze w różnych kształtach widziałem wcześniej u innych mieszkańców domu. Wszystko to dzieło pana Macieja, czterdziestokilkuletniego bezdomnego inwalidy. Jego sposób na smutek i depresje to wielogodzinne szycie miniaturowych bucików i rękawic bokserskich. 
– Kiedy jestem wkurwiony, to uciekam od wszystkich i szyję z tych łatek oprawki na lampy, makatki, kieszonki – tłumaczy pan Maciej. 
Przez chwilę, mrużąc oczy, bacznie przygląda się zielonej potarganej kurtce.
– Ten kolor może spokojnie robić za trawę – mówi. Postanowił, że zrobi dla Wspólnoty skórzaną makietę domu przy Mszczonowskiej.
Pan Maciej mieszka w „Betlejem” prawie rok. Przyszedł ze szpitala.
– Miałem wypadek – tłumaczy krótko. – Jestem inwalidą II grupy. Kiedy mnie wypisywali ze szpitala, nie miałem gdzie pójść. Wspólnota zgodziła się na przyjęcie mnie. 
Bardzo mało opowiada o sobie. To normalne u bezdomnych. Niechętnie mówią o sobie. Pobyt w „Betlejem” to dla większości kilka tygodni, w ciągu których mogą się umyć, przebrać i wyspać w czystej pościeli.
Bo większość choruje na „chorobę dworcową”.
– Polega to na tym, że po kilku dniach mieszkania u nas muszą wrócić na dworzec. Żadna siła nie jest ich w stanie powstrzymać – tłumaczy potem Renata. – Mieszkał u nas kiedyś pan Ryszard, mężczyzna z połamaną nogą. Codziennie rano wychodził o szóstej i wracał po południu. Zapytałam, co robi przez cały czas. O, ile ja mam pracy! – odpowiedział. – Przecież muszę odwiedzić Jurka na dworcu na Ochocie. Potem idę na Centralny do Zbyszka i Gienka. Jak zdążę, to jeszcze jadę na Służewiec, gdzie koczuje Krzyś.
Dworce to ich świat. Tam mają swoich znajomych. Siedząc w labiryncie tuneli Centralnego, mogą spokojnie porozmawiać i wypić „wynalazek”. Tak nazywają płyny zawierające alkohol: płyn do chłodnic lub do mycia szyb.
Po paru godzinach sortowania panowie Stefan i Maciej rozpalają ognisko. Ogień trawi skajowe kurtki, sztruksowe łachy.

Ognisko skończone. Pan Andrzej krzyczy z samochodu: – Jedziemy na Grójecką, akcja chleb! 
Po chwili jesteśmy w małej piekarni na Ochocie.
– Bierzcie wszystkie chleby z tej półki. Chałki są w rogu. Nie zapomnijcie pączków – pogania Zdzisław Kaczmarek, właściciel piekarni i sklepu spożywczego. 
– Niech pan patrzy, jaki chlebek dostają – kroi pachnący bochenek. – Świeży, bez żadnych dodatków.
Kilka razy w tygodniu Wspólnota dostaje od Kaczmarka auto chleba, bułek i pączków. 
– Od podatku tego nie mogę odpisać. Pomagam i tyle – piekarz wzrusza ramionami.
Do sklepu wchodzi starszy mężczyzna.
– Czy można kupić ćwierć chleba? – pyta cicho.
– Ile? – zdziwiony Kaczmarek odwraca się. Podaje z półki świeży bochenek. 
– Niech pan bierze. Gratis.

– Po jednym z programów w lokalnej telewizji o naszej Wspólnocie przyszedł do mnie młody biznesmen i mówi: ja do fortuny doszedłem nie zawsze uczciwą drogą, tutaj daję pieniądze dla biednych. Za drzwiami czekał drugi, w tej samej sprawie i to samo mi powiedział. Nie wiem nawet, kim byli, jak się nazywali – wspomina siostra Chmielewska. – I czasem też i o to mi chodzi, żeby trochę poruszyć sumienia ludzi.

Do siostry Chmielewskiej zgłaszają się czasem kandydaci do Wspólnoty „Chleb Życia”. Siostra stosuje wobec nich następującą zasadę: nie zadaje im żadnego zadania, pozwala pomagać, angażować się tam, gdzie chcą, obserwować. Potem pyta kandydata, jaki sens ma praca w „Chlebie Życia”. Bo Wspólnota, to przecież nie tylko wymiar charytatywny. Jeżeli chętny odpowie, zdaje (wstępny) egzamin.
Wczoraj odszedł Adam, kandydat do Wspólnoty.
– Ze łzami w oczach powiedział mi, że będąc jedynakiem może odziedziczyć ogromną cześć majątku rodzinnego. Nie mógł pogodzić się z myślą o zostawieniu tego wszystkiego – opowiada Siostra Małgorzata.
Jednocześnie Adam zapewniał Wspólnotę, że czuje się w niej szczęśliwy.
– Widziałam u niego wewnętrzną walkę. Wtedy przypomniała mi się przypowieść z Ewangelii o bogatym młodzieńcu – mówi Siostra.
Kilka godzin później dociera do niej wiadomość, że Adam postanowił zrzec się praw do swojej części spadku. Na początku grudnia, po załatwieniu formalności zjawi się ponownie w domu Wspólnoty.

Współpraca:Wojciech Pięciak, Janusz Poniewierski

 
Imiona niektórych bohaterów reportażu oraz szczegóły, które mogłyby ułatwić ich identyfikację, zostały zmienione.









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl