PIERWSZA ROCZNICA ŚMIERCI
Chrześcijanin w dzisiejszym świecie
Wybieram dla
niniejszego wspomnienia tytuł pierwszego zbioru publicystyki żegnanego przed
rokiem Naczelnego, bo wydaje mi się, że najdokładniej odpowiada nie tylko jego
sylwetce i dorobkowi, ale także wszystkiemu, co teraz, już z perspektywy,
pozostaje w niezmienionym porządku i hierarchii istotą całego jego życiowego
programu. Żeby przekartkować pół setki roczników „Tygodnika Powszechnego”,
opuszczonego przezeń tak niedawno dopiero, trzeba by bardzo wiele czasu – ale ten,
kto sięgnie po książki Jerzego, choć jest ich zaledwie trzy, i wszystkie będące
tylko wyborem twórczości publicystycznej, znajdzie w nich tę spójność i harmonię,
jaka jest znamieniem postaw głęboko przemyślanych i wybranych z poczuciem
odpowiedzialności, a potem potwierdzanych, rok po roku i fakt po fakcie, przez
cały życiorys. Żadnego z trzech tomów (wydanych w dużym rozrzucie czasu: 1963,
1990, 1999) Jerzy nawet nie miał czasu zredagować sam – ale tytuły dwu
pierwszych wybrał zdecydowanie i oba też są wyrazem jego credo (drugi, za ojcem
Loewem, to „Kościół nie jest łodzią podwodną”).
Wszystko tu ma
znaczenie, włącznie z tym pierwszym słowem: „Chrześcijanin”, a więc nie
„katolik”, choć przecież to Kościół katolicki był Jerzego wyborem i tą drugą,
nadprzyrodzoną ojczyzną – prócz ojczyzny ziemskiej. Chrześcijanin, bo to
wskazuje na korzenie ewangeliczne, na Kościół u jego początków, kiedy nie było
żadnych podziałów i kiedy zadaniem pierwszej apostolskiej wspólnoty było po
prostu: „nauczać i zachowywać wszystko” co przekazał Założyciel, a oni
potwierdzali świadectwem własnych oczu, uszu i rąk. Takie właśnie
chrześcijaństwo było dla Jerzego zadaniem na czas współczesny, którego
specyfika i dramatyczność z jednej strony fascynowały go i pochłaniały, z drugiej
– sygnalizowały mu potrzeby, wyzwania, zadania, owe soborowe „znaki czasu”, od
których właśnie uczeń Chrystusa nie ma prawa się odwrócić jak od obojętnych
sobie albo tak wrogich, że na dobrą wolę nie zasługują.
Kiedy Jerzy
razem z księdzem Piwowarczykiem w marcu 1945 roku zakładał „Tygodnik
Powszechny”, w pierwszym numerze, wydanym już w cieniu sowieckiego molocha, a
niosącym na wstępniaku tytuł „O chrześcijańską kulturę jutra”, nikomu nawet
śnić się nie mógł Sobór Watykański II. Kiedy dla swojej pierwszej książki w
kilkanaście lat potem wybierał tytuł, dopiero zaczynano pracować nad soborową
konstytucją „O Kościele w świecie współczesnym”. A jednak kiedy dziś,
oderwawszy się od przeglądania kolejnych trzech tomów Jerzego, zajrzałam na
początek „Gaudium et spes”, wydawało mi się, że jest to jakby wielkie
orkiestrowe tło do jego pojedynczych rozważań o sprawach Kościoła, Polski, czy
wspomnień o ludziach. „Radość i nadzieja,
smutek i trwoga ludzi współczesnych (...) są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych; i
nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w ich sercu. Ich
bowiem wspólnota składa się z ludzi, którzy zespoleni w Chrystusie, prowadzeni
są przez Ducha Świętego w swym pielgrzymowaniu do Królestwa Ojca i przyjęli
orędzie zbawienia, aby przedstawiać je wszystkim. Z tego powodu czuje się ona
naprawdę ściśle złączona z rodzajem ludzkim i jego historią”.
Po to przecież właśnie wydawał
„Tygodnik”, w tym miejscu ziemi, które było jego własnym, ale w warunkach,
którym przez cały czas musiał na różne sposoby stawiać czoło, aż do ostatniego
jeszcze przez siebie podpisanego numeru. Wiadomo, że miał dwóch mistrzów
szczególnych, obu we Francji: Maritaina, nauczyciela personalizmu
chrześcijańskiego, i Mouniera, uczącego go wrażliwości społecznej. Myślę, że
oni w wielkiej mierze (nie zagłębiając się już w formację przedwojennego
Odrodzenia, szkołę księdza Korniłowicza czy o. Jacka Woronieckiego), formowali
Jerzego „chrześcijaństwo otwarte”, budzące w ostatnim czasie tyle krytyk, a
przecież tak do głębi ewangeliczne. Otwarte chrześcijaństwo, otwarty Kościół,
to był w jego rozumieniu Kościół „posłany do ludzi”, w każdym czasie i miejscu,
nigdy nie zasługujących na potępienie albo pogardę, tylko na staranie o to, by
z pomocą wierzących też zechcieli spotkać się z Dobrą Nowiną i ją przyjąć. Ten
człowiek każdego czasu i każdej epoki zasługuje na szacunek jako osoba, jako
stworzenie Boże, jako istota obdarzona godnością i prawem do wyborów sumienia,
a równocześnie wezwana do wspólnoty ludzi, którym – wszystkim bez wyjątku –
otwarta została perspektywa osiągnięcia ostatecznie zbawienia. Stąd logika
tolerancji nigdy nie była dla Jerzego płynącą z relatywizmu obojętnością na
świat wartości, wybierany lub negowany przez innych, tylko szacunkiem dla
wolności sumienia ludzkiego. Ekumenizm soborowy, któremu tak gorąco towarzyszył
i o którym tyle pisał, był dla niego po prostu spotykaniem się z poszukującymi
prawdy i dobra na sposób inny niż ten, który praktykowała własna wspólnota. Z
całej publicystyki Jerzego widać dzisiaj jeszcze wyraźniej niż za życia, jak
olbrzymia radością były dla niego (obdarzonego jeszcze i szansą towarzyszenia
Soborowi jako korespondent rzymski) poszczególne soborowe dokumenty Kościoła,
potwierdzające to odczytanie znaków czasu, jakie jego formacja nosiła w sobie
od lat, a po otwarciu Polski bodaj trochę na inne kraje, gruntowała się w
spotkaniach z wierzącymi z różnych krajów i różnych części świata.
Szczególnie
uderza dzisiaj, przy lekturze najważniejszych esejów i studiów Jerzego o
„kryzysie w Kościele”, który śledził bardzo bacznie i wytrwale, doskonale
zorientowany w tysiącach faktów i ich interpretacji, jak bardzo rozważania te
snute były zawsze z wewnątrz Kościoła, tak jak pisze to ktoś, dla kogo ani
przez chwilę Kościół nie staje się przedmiotem zewnętrznej analizy, a do tego
tworem świeckim, mierzonym wyłącznie kryteriami, jakie przykładamy do
instytucji przez ludzi utworzonych. Czasem głęboko zatroskany, umiał dostrzec
proporcje tego, co ważne i nieważne, co powierzchowne i sensacyjne, a co
niebezpieczne. Nie wahał się wyrażać niepokoju o zagrożone dobro wiary, a w
późniejszym, wolnym od cenzury czasie bardzo zdecydowanie protestował w obronie
tego, co uważał za nienaruszalne w chrześcijaństwie, w Kościele. To zdecydowanie
w mówieniu również „nie” stanowiło równie ważną składową tego chrześcijaństwa
otwartego, jakie wyznawał, jak wierna postawa dialogu i nadzieja na budowanie
mostów, czy to wtedy, gdy entuzjastycznie towarzyszył komentarzami poczynaniom
Kościoła, czy kiedy czynił to sam jako autorytet publiczny.
Ta sama
maritainowsko-mounierowska szkoła wiary dała Jerzemu jeszcze jedną wrażliwość i
jedną nieufność: nieufność wobec „środków bogatych” jako koniecznie potrzebnych
(zdaniem wielu) w ewangelizacyjnej misji Kościoła, w tym zwłaszcza nieufność
wobec wszelkich sojuszów Kościoła z władzą rozporządzającą środkami nacisku. A
równocześnie głęboką wiarę w moc świadectwa, czyli owej „siły samej prawdy”,
jaką ludzie własnym życiem zdołają przekazać innym razem ze swoją wiarą. W
ostatnim wyborze publicystyki Jerzego („Bilet do raju”) ów rozdział „Świadkowie
Ewangelii” (częściowo zresztą powtarzany za książkami poprzednimi) właśnie z
perspektywy jego zamkniętego już życia czyni wrażenie szczególnie silne. Jest
przesłaniem tak czytelnym, że komentarz czy rozwijanie tej myśli byłoby
całkowicie zbędne.
Dodajmy
natomiast, by to wspomnienie choć trochę zabarwić, czego pozytywy tak naprawdę
zrobić nie są w stanie, że Jerzy nie byłby sobą (ani „Tygodnik” nie byłby taki,
jak był) gdyby jego fantastyczne uczulenie na kategorię ludzi-katechumenów i na
wszystko, co w odniesieniu do otoczenia i świata wypływało z jego personalistycznej
formacji, nie nosiło na sobie piętna swego rodzaju wybredności. Jerzego
fascynował świat pełen piękna i niespodzianki, przed bylejakością umykał jak
najszybciej, twórca tzw. średni nie miał u niego żadnych szans, katechumen
musiał wnosić w aurę pisma coś naprawdę autentycznego, potwierdzonego owocami
godnymi uwagi. A już na pewno najbardziej zrażało go nadużywanie religijnych
haseł, słów czy symboli mające okupić czyjąś płytkość duchową czy po prostu
tandeciarstwo. Gdyby kto inny już wcześniej nie wymyślił anegdoty o Styce i
jego próżnym malowaniu na klęczkach, pewnie by to zrobił Jerzy. Tak sobie
myślę, iż po prostu uważał, że piękno należy się Bogu równie koniecznie, jak
wszystko inne, czym ludzi obdarzył.
Józefa Hennelowa
|