GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA

 

 

 

 

Wolność w prawdzie

Widzę dzieło Jerzego Turowicza jako owocowanie trzech kluczowych wyborów, podejmowanych w sytuacjach pełnych niepewności i napięć. Wybory te oznaczały zamknięcie czasu wahań, ale nie koniec czasu poszukiwań. Były wyrazem doświadczenia jakiejś prawdy – prawdy, która wyzwala, i wolności, która potwierdza. Tak było i tak pozostanie: Jerzy Turowicz – wolność w prawdzie.

Wybór pierwszy zapadł tuż po wojnie. Wiązał się z powstaniem „Tygodnika Powszechnego”. Dużo o tym pisano i dużo pisać trzeba. Z punktu widzenia polskiej religijności wybór ten oznaczał związanie wiary z kulturą. Otwarcie religii na kulturę – to niby było zawsze, a jednak nie zawsze. Zawsze było aktualne pytanie, czy kultura ma być częścią religii, czy religia częścią kultury. Myślę, że w polskiej religijności przeważała tendencja, iż kultura – owszem, tak, ale jako część religii, niejako w jej ramach. Wybór „Tygodnika” poszedł dalej: gdziekolwiek żyje kultura, tam żyje również religia. Ów wybór miał wiele następstw. Najpierw przyczynił się do pewnego „odpolitycznienia” postaw religijnych, które po wojnie były szczególnie wyraźne. Po wtóre, otwarł łamy katolickiego pisma dla ludzi polskiej kultury, często niezależnie od deklarowanej konfesji. Niemal wszyscy „wielcy” polskiej kultury, literatury, sztuki, nauki przechodzili przez łamy tego pisma. Gdy po wielu latach Jan Paweł II, goszcząc w UNESCO, mówił, że jest „synem narodu”, który zachował swą tożsamość dzięki kulturze, to Turowicz i jego dzieło już wówczas mogli służyć jako ilustracja tej prawdy.

Wybór drugi łączył się z Soborem. Idea reformy Kościoła nie spadła z nieba. Kiełkowała również w polskim Kościele. Można by długo wymieniać jej zwiastunów. W „Tygodniku” trafiła na szczególnie podatny grunt. Wydawałoby się, że sprawa jest oczywista. Czy można być przeciw Soborowi? Wiemy jednak, że oczywista nie była. Najpierw należało zrozumieć Sobór. Co właściwie się stało? Większość z nas, młodych wówczas duchownych, miała o tym zaledwie blade pojęcie. Następnie trzeba było aplikować Sobór. Chodziliśmy jak we mgle. Jedynie liturgiści mieli jakie takie pole do popisu. Jerzy Turowicz wiedział, czym jest Sobór. On stał się jego życiowym wyzwaniem. Wybór Soboru był najważniejszym wyborem, który określił sens Turowiczowej wiary i wolności.

I wreszcie wybór trzeci, wokół którego wciąż istnieje wiele nieporozumień. Miał on rzekomo sprawić, że „Tygodnik” przestał być pismem „wszystkich katolików”, a stał się „organem” jednego ugrupowania. Nieporozumień jest rzeczywiście wiele. „Nieszczęsny dar wolności” otwarł przed polskimi katolikami drogę do władzy. W czasie wyścigów ludzie potracili poczucie zdrowego rozsądku. Tymczasem sens tego wyboru był prosty: oznaczał zdecydowane postawienie na nurt reform (Mazowiecki – Balcerowicz) oraz odejście od idei chrześcijańskiej demokracji. Wielu oczekiwało, że „Tygodnik” stanie się ośrodkiem tworzenia polskiej chadecji. Wielu oczekiwało mocnych deklaracji antyliberalnych i „socjalistycznej” krytyki Balcerowicza. Nie doczekali się. Jestem głęboko przekonany, że także wtedy Turowicz miał rację: takie poparcie dla reform było konieczne i nie oznaczało zdrady wspólnoty wierzących. Oznaczało otwarcie horyzontu zaangażowania i określenie jeszcze głębszej odpowiedzialności.

Podziwiam Turowicza. Miał w sobie jakiś przedziwny „zmysł nieomylności”. Może czasem Turowicz nie miał racji, ale przeważnie to ją jednak miał. Doprawdy, nie umiem dziś wskazać przypadku, by Turowicz nie miał racji... A przecież każda z kluczowych decyzji uwikłana była w sieć tysięcznych zależności. Były sprawy, byli ludzie, były ciemne noce i mgliste poranki. Tym jednak, co było zawsze i było niezmienne, to – prawość. Nad biurkiem Jerzego paliła się lampka wewnętrznej prawości. Była i pozostanie znakiem wolności w prawdzie.

Ks. Józef Tischner

 

 

Czystego serca

Trudno jest pisać o kimś wtedy, kiedy o nim najwięcej piszą. Jak łatwo powtarzać to, co inni. Myślę, że to, co ocaleje zawsze, to osobiste wspomnienia. Ale i wtedy zachodzi obawa, że pisząc o kimś można pokazywać samego siebie. Redaktorowi Jerzemu Turowiczowi zawdzięczam bardzo wiele. Był tym, który życzliwie ocenił moje wiersze i drukował. Dzięki niemu drukowałem przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”. Mieszkał w Krakowie. Nie chciałem mu się narzucać, ale łączyła nas życzliwość wieloletnia na odległość. Przechowuję jego listy. Pamiętam telefony. Wiele mnie nauczył. Nie jestem tym, który by mógł oceniać jego działalność, bo inni to lepiej uczynią. Mogę tylko napisać od siebie to, że kiedy uczyniono z mediów media przekazu powszechnego, on troszczył się o przekaz społeczny. Odważnie przeciwstawiał się przeciwnikom. Troszczył się o niezależną Polskę. Miał wspaniały instynkt. Od razu zrozumiał wielkość Soboru Watykańskiego II. Był człowiekiem nie tylko wiedzy, ale modlitwy. Człowiekiem czystego serca. Jeden z najwspanialszych ludzi, jakich Bóg pozwolił mi poznać.

Ks. Jan Twardowski

 

 

Punkt odniesienia

Nie możemy nic powiedzieć o Nim w czasie przeszłym; zawsze jest i będzie – dla nas wszystkich, którzy mieli szczęście Go znać, i dla wszystkich, którzy spotkali się z nim tylko poprzez „Tygodnik” i to, co pisał – miarą i ideałem. Ideałem człowieka tolerancyjnego, nadzwyczajnie dobrego, uroczego i łagodnego, a równocześnie o wielkich wymaganiach i nieugiętych zasadach. Tylko On potrafił zarazem być najczulszym przyjacielem i surowym sędzią. Tylko On potrafił połączyć „Tygodnik” z „Piwnicą pod Baranami, której był najwierniejszym widzem i uczestnikiem przez całe 40 lat.

Jerzy bardzo był ciekaw adaptacji filmowej „Pana Tadeusza” i wybieraliśmy się w tych dniach do Krakowa, aby pokazać mu film na kasecie. Chciałem bardzo usłyszeć Jego uwagi, nim widzowie będą mogli zobaczyć film na ekranie.

Dopiero teraz, gdy odszedł, zdajemy sobie sprawę z tego, że we wszystkich ważnych decyzjach w naszym życiu On był punktem odniesienia.

Zostanie z nami na zawsze.

Krystyna Zachwatowicz,

Andrzej Wajda

 

 

Dzielił się prawdą

Kiedy odchodzi taki człowiek jak Jerzy Turowicz, pozostawia puste miejsce nie do zapełnienia. Był on od samego początku, przez pół wieku redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Był „Tygodnikiem” – nikomu nie przychodziło do głowy, że może tym pismem kierować kto inny. Jest więc redakcja na Wiślnej, drugą po rodzinie, najbardziej osieroconą instytucją. Trzecią są czytelnicy. Bo ludzie z mojego pokolenia i podobnej jak moja biografii poznawali Redaktora poprzez zadrukowane karty „Tygodnika”. To jedyne niezależne pismo było w czasach zniewolenia dawcą wolności. Wszyscy wiedzieliśmy, że Jerzy Turowicz jest jej źródłem. Sączyła się ta wolność cienkim strumieniem hamowanym przez cenzorskie nożyce czy przez skąpo przydzielany papier, ale dla nas, spragnionych, był to pokarm nieoceniony.

Później miałem zaszczyt i przyjemność poznać Pana Jerzego osobiście, choćby przy okazji pracy w Komitecie Obywatelskim. Nie była to ani współpraca łatwa, ani też wolna od konfliktów. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że z wielkimi osobowościami pracuje się bezkonfliktowo, to raczej domena miernot. Do dziś mam sobie do wyrzucenia starcie, jakie miałem z Panem Jerzym w trakcie obrad w Auditorium Maximum UW. Nadal uważam, że polityczna racja była po mojej stronie i mam tę przykrą świadomość, że forma, w jakiej zwracałem się do Redaktora, była ze wszech miar naganna. Ale wtedy ja, stoczniowiec, nie miałem głowy do form.

Jerzy Turowicz nie był człowiekiem, który chował urazy. Miałem okazję przekonać się o tym w czasie pełnienia urzędu prezydenckiego. Czy to z okazji pracy Pana Jerzego w radach prezydenckich; czy też, co wspominam ze szczególnym rozrzewnieniem, gdy zawieszałem na Jego piersi błękitną wstęgę najwyższego odznaczenia – Orła Białego i gdy oblewaliśmy to wyróżnienie szampanem. Najlepiej pamiętam Go jednak w otoczeniu dla niego najbardziej charakterystycznym, w redakcji „Tygodnika”. Pamiętam swoją wizytę jesienią 1995 roku w Krakowie i Jerzego Turowicza wypowiadającego mądre zdania z głębi obitego skórą, klubowego, redakcyjnego fotela.

Bo to, co najlepiej pamiętam z kontaktów z Naczelnym „Tygodnika”, to jego uśmiech i sposób mówienia. Ten głęboki, zapadający w pamięć i ucho melodyjny głos i ten sposób formułowania myśli, w który była i pewność, i wątpliwość zarazem. Słychać było, że On nie narzuca swych prawd, On się nimi dzieli.

Nie usłyszymy już tego głosu, a i Jego uśmiech nie przysporzy nam już ciepła. Wiadomość o odejściu Jerzego Turowicza zastała mnie tuż przed wyjazdem do Meksyku, Puerto Rico i Stanów Zjednoczonych, mogłem jedynie w pośpiechu skreślić tych parę słów. Nie będę, niestety, mógł towarzyszyć w Jego ostatniej ziemskiej drodze, a przecież On i Jego pismo towarzyszyli nam wiernie przez ponad pięćdziesiąt lat.

Będę się modlił.

Lech Wałęsa

 

 

Oparcie i autorytet

Ostatni raz widziałem Jerzego Turowicza w 1994 roku, w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego, podczas wręczania mi doktoratu honorowego tej uczelni. Wiem, że skupiał On wokół siebie i „Tygodnika Powszechnego” elity polskiej kultury, a w trudnych dla kraju sytuacjach był dla nich oparciem i autorytetem.

Ceniłem w Nim wybitnego humanistę, człowieka wielkiego ducha i tolerancji, pełnego szacunku dla cudzych poglądów i inności religijnych. Jego śmierć jest ogromną stratą dla polskiej kultury i dla tych wszystkich, dla których porozumienie polsko-żydowskie jest sprawą ważną.

Jestem przekonany, że pamięć o nim towarzyszyć będzie kolejnym pokoleniom.

Szymon Wiesenthal

 

 

Dziedzictwo

Co jest najistotniejsze w dorobku Jerzego Turowicza? Chyba ogrom pracy, w znacznej mierze skutecznej, wniesionej w budowanie syntezy wiary i kultury w erze pokonstantyńskiej – to znaczy w czasie, kiedy stało się widoczne, że konstantyński model związku religii i państwa, religii i kultury, stał się nieaktualny. Zarówno ze względu na okoliczności historyczne, które uniemożliwiały jego dalsze trwanie – na Wschodzie i na Zachodzie – jak i na to, że nie odpowiadał istocie chrześcijaństwa. Zagrażał instrumentalizacją uniwersalnej religii miłości, sprowadzaniem jej do roli urzędowej religii plemiennej w takich czy innych narodowych wydaniach, z większą lub mniejszą instrumentalizacją Kościoła lub klerykalizacją państwa. Świadomość jego nieadekwatności była jasna dla niektórych myślicieli i stopniowo torowała sobie drogę w chrześcijańskich środowiskach, ale do dziś nie jest powszechna.

Jerzy od młodości włączył się w nurt poszukiwań tej nowej syntezy poprzez związki z wielkimi postaciami chrześcijańskiego personalizmu – Maritainem i Mounierem – oraz udział w dążeniu do pogłębiania chrześcijańskiej duchowości, dążeniu zapoczątkowanemu przez benedyktynów skupiających się na odnowie liturgii. A potem oczywiście w wielki nurt soborowej odnowy.

Ta nowa synteza musiała więc pogłębiać i nawet „radykalizować” chrześcijaństwo – pozbawione politycznych podpórek, a nawet wystawione na ataki państwa – a równocześnie nadawać mu charakter bardziej dialogiczny, bardziej ekumeniczny – w najszerszym tego słowa znaczeniu. Bowiem skupiała się wokół wartości podstawowych, niezależnie od ich pochodzenia, wychodząc z założenia, że jeśli są autentyczne, to tym samym chrześcijańskie. Godność, wolność, solidarność – tak można by najkrócej ująć postulowane fundamenty cywilizacji.

W okresie narastającego totalizmu można było jedynie uparcie mu przeciwstawiać chrześcijańską alternatywę, pogłębiając i rozwijając niektóre jej elementy. Nie można było natomiast ogarnąć całości indywidualnego i społecznego życia człowieka (które zresztą nie dadzą się rozdzielić), zarówno z powodu cenzury, jak i braku czasu, sił i wyobraźni. Najbardziej brakowało refleksji i praktycznych rozwiązań w dziedzinie gospodarczo-społecznej – ogólne zasady nie wystarczały. Nie byliśmy więc przygotowani do upadku komunizmu.

Dziś weszliśmy w nową sytuację cywilizacyjną. Aby jej sprostać, trzeba wziąć pod uwagę realnego człowieka – niekiedy podwójnie zdeformowanego, przez socjalistyczną mentalność i relatywistyczno-indywidualistyczną kulturę. Także realne społeczeństwo, rozpadające się na coraz bardziej bezwzględne grupy interesów. I realną cywilizację, kształtowaną przez typ gospodarki podnoszącej zysk i konkurencję do zasad naczelnych i niemal jedynych. I nową sytuację ludzkości, która musi znaleźć globalną, lecz nie totalistyczną formę swego istnienia.

Zatem znowu potrzebna jest nowa wersja syntezy wiary i kultury najszerzej rozumianej, z jednej strony profetyczna, wybiegająca myślą daleko w przyszłość, z drugiej twardo realistyczna, biorąca za punkt wyjścia, to co było (i jakoś nadal trwa) i to, co jest, co się kształtuje. Wysiłek pełnego (pełniejszego) zrozumienia kryzysu i szukania dróg budowy pełniejszego człowieczeństwa, bardziej ludzkiej cywilizacji.

To już nie jest bezpośrednie zadanie Jerzego – choć przez przejście do nowej formy życia może i jest bardziej skuteczny. Ale nasza – moja – wierność Jego dążeniom powinna polegać na wiernej, choć bynajmniej nie schematycznej ich kontynuacji.

Stefan Wilkanowicz

 

 

Przed półwieczem

Jedyny instrument techniczny, jakim posługiwał się Jerzy jako redaktor naczelny „Tygodnika” (nie licząc ołówka i wiecznego pióra – długopisy pod koniec lat czterdziestych jeszcze chyba nie istniały?), to był sznurek. Za przykładem Jerzego jako sekretarz redakcji nosiłem zawsze taki sznurek w kieszeni: kilkumetrowej długości, miękki i wytrzymały, zakończony węzełkiem, z lekka umazany w farbie drukarskiej. Przy łamaniu numeru pisma sznurek służył do mierzenia długości szpalt, w miarę jak wiersz po wierszu wypadały z linotypu. Mieliśmy dużą wprawę w czytaniu ołowianych literek, widzianych do góry nogami – niekiedy ostatnie adiustacyjne muśnięcia następowały właśnie z okazji tej lektury. Potem trzeba było złamać kolumnę (czyli skomponować stronę), odbić ją, odnieść do cenzury, odczekać parę dni, wykłócić się z cenzurą i po jej tzw. ingerencjach niejednokrotnie przełamać numer, więc znowu redakcja – drukarnia – cenzura i tak wkoło, oczywiście na piechotę, rzadziej tramwajem.

Z powodu samego istnienia cenzury, to znaczy świadomości, że różnych tekstów nie warto nawet pisać, ileż to przepadło mądrych diagnoz, przenikliwych analiz i projektów. Jak wiele dobrego mogłyby one zrobić (myślałem nieraz, słuchając wypowiedzi Jerzego), gdyby udało się wówczas ujawnić je nie tylko w strzępach i mniej lub bardziej wymownych przemilczeniach.

Z tamtych czasów szczególnie ostro rysuje mi się w pamięci, prócz Jerzego, stojący nad obitym blachą stołem obok pana Janoty, naszego metrampaża, Lech Beynar (czyli Paweł Jasienica), widzę też na tle drukarni Antoniego Gołubiewa i Jana Józefa Szczepańskiego, a przy innym stole i przy innym metrampażu Andrzeja Kijowskiego. Odwiedzał nas też niespodziewanie pewien były metrampaż, niespełna rozumu. Wieść niosła, że zamiast spalić w kadzidlanym dymie próbne odbitki plakatu ze Stalinem, nieszczęśnik zaniósł tę makulaturę do ubikacji, wskutek czego świętokradcą zajęła się tak żwawie bezpieka, że postradał zmysły i tułał się między blaszanymi stołami jak widmo.

Jerzy nosił ze sobą schludnie narysowane, alternatywne plany numerów pisma, spisy artykułów, które napłynęły i takich, które chcieliśmy zamówić, także sporządzone ołówkiem, pionowe poliniowane calendaria z planem zajęć na kilka dni, i wreszcie stosy rękopisów, do przeczytania, kiedy się da i do omówienia z autorami, na koniec stosy czasopism – w różnych językach, jeśli o nas ktoś za granicą pamiętał, jeśli szmugiel się powiódł albo cenzura pocztowa się zagapiła. W rezultacie teczka lub torba Jerzego pęczniała do niemożliwości, uginał się niesymetrycznie pod jej ciężarem, ale o dziwo panował nad jej zawartością. Nawet hektolitry kawy, kiedy udawało się ją mieć, i coraz obficiej wypalane papierosy nie tłumaczą, jak przy takich zajęciach Jerzy znajdował czas na pisanie, na koncerty, na wystawy, na teatr, na filmy i zwłaszcza na książki: na ulubionych poetów (Miłosz, Gałczyński, Liebert?), na ulubionych myślicieli (Maritain, Mounier, kilku francuskich teologów, Bolesław Miciński?), na reprodukcje Skiry, nawet na powieści. Nie mówiąc o tym, ile musiał namarnować godzin, z racji swego redaktorstwa biorąc choćby bierny udział, konieczny dla istnienia pisma (do czasu!), w jakichś bezsensownych komitetach czy frontach.

Kiedy po roku 1956 zaczęliśmy z rzadka wyjeżdżać za granicę, nim ktokolwiek zdążył ochłonąć z wrażeń bardzo niekiedy uciążliwej podróży, Jerzy jakimś cudem wiedział już wszystko, co trzeba o kulturze danego miasta, a także, jak się gdzie dostać i po co. Ale pewnych form organizacji pracy bardzo nie lubił: latami trudno mu było wyperswadować, żeby zamykał drzwi swego zawalonego papierami gabinetu przynajmniej na czas zebrań redakcyjnych, które się tam odbywały, albo żeby w trakcie tych zebrań nie pędził na każde wezwanie do telefonu. Szczęściem nie opuszczało go łagodne, nie ostentacyjne, ale bardzo śmieszne poczucie humoru, ani ten sposób bycia, który zjednywał mu wszędzie tylu przyjaciół i pozwolił mu zgromadzić zespół – czy też kolejne zespoły – podobnie dążących ludzi, nie myślących ani o pieniądzach ani o karierze, którzy współpracowali, spierali się i przyjaźnili, bo mieli wzajem do siebie absolutne zaufanie.

Jerzy był po prostu organicznie niezdolny do zacietrzewień, zaślepień i fałszów. Jego poczuciu rzeczywistości i narzucanych przez nią ograniczeń (co wyrażało się nieraz w formie „ja, jako Krakauer, myślę, że...”) towarzyszyła serdeczna dyskrecja, niechęć do wyrywania się naprzód z własnym zdaniem, niechęć posunięta czasem aż za daleko, zważywszy że własne zdanie zwykle miał i w momentach kluczowych umiał je ujawnić, zdanie często lepiej wyważone i solidniej ugruntowane niż wiele zdań cudzych, które jednak zawsze starał się brać pod uwagę.

 

*

Teraz tę dyskrecję Jerzego naruszę, ale nie weźmie mi tego za złe, bo przecież darem przyjaźni człowiek powinien się dzielić, choćby ów dar nie był ujęty w słowa i polegał przede wszystkim na długoletnim współdziałaniu i obcowaniu, na intensywnym i prawie niedostrzegalnym promieniowaniu osobowości Jerzego. Myślę, że jej fundamentem (więc także fundamentem tego wyjątkowego miejsca, jakie Jerzy zajmie w historii) jest nie tylko „zwyczajna dobroć”, ale i to również, że kiedy Jerzy w modlitwie wypowiadał Credo, każde słowo miało pokrycie w jego przemyśleniach, przeświadczeniach i uczuciach. „Wierzę w Ducha świętego, święty Kościół powszechny...” Jerzy kochał Kościół. Zauważyłem, że niektórych naszych przyjaciół to jakby żenowało. Ten Kościół, przecież nie taki znów święty, mruczą pod nosem. Nie czas tu i nie moja kompetencja wchodzić w eklezjologię. Ale jednego jestem pewien. Jerzy Turowicz wierzył najgłębiej, że Duch tchnie kędy chce, że jest Panem i Ożywicielem – także Kościoła. Czy – przede wszystkim Kościoła. Kościoła powszechnego: tę powszechność Jerzy przeżywał głęboko. I zaraz potem następują w Credo tajemnicze słowa o świętych obcowaniu, grzechów odpuszczeniu i ciała zmartwychwstaniu: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie”.

Módlmy się, byśmy umieli tak ufnie jak Jerzy zawierzyć temu oczekiwaniu.

Jacek Woźniakowski

 

 

Sprawiedliwy

Przez wiele lat widywałem nierzadko – w redakcji „Tygodnika” – pana Jerzego Turowicza; kłaniałem mu się, zamienialiśmy parę słów. Wiedziałem o jego ogromnej pracy, o jego wytrwałości, o jego uczciwości, o historycznych dokonaniach. Wiedziałem o jego biografii, o jego przedwojennych początkach, o latach okupacji i o walce, jaką toczył przez prawie pół wieku – pogodnie, nie gorzkniejąc, nie stając się „człowiekiem marginesu”, człowiekiem z podziemia – z totalitarnym rządem, ze stołecznymi i lokalnymi kontrolerami ducha. Podziwiałem jego umiarkowane przekonania; był kimś głęboko wierzącym, ale nie fundamentalistą, bronił zawsze katolicyzmu liberalnego, otwartego na europejska perspektywę. Podziwiałem jego konsekwencję, stałość jego poglądów i wyborów; łatwe powiedzenia w rodzaju „homo sapiens zmienia poglądy” dziwnie nie pasowały do niego, jakby zrobiony był z innej substancji. Ale też nigdy, nigdy nie potępiał tych, którym istotnie zdarzyło się zmienić poglądy. Cechowała go dobroć; najrzadsze połączenie radykalnej dobroci i radykalnej niezłomności. Był człowiekiem raczej lakonicznym, uroczym i dyskretnym, o świetnym, cichym poczuciu humoru. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że mam przed sobą kogoś absolutnie niezwykłego: jednego z kilku Sprawiedliwych, którzy ocalili mój kraj przed całkowitym spustoszeniem moralnym i intelektualnym.

Jerzy Turowicz był człowiekiem prawdziwie wielkim. Dyskutowano nieraz w minionych latach o heroizmie, o potrzebie wielkości. Pewnie mało komu przychodziło wtedy do głowy, że najtrudniejsze bohaterstwo, rozłożone na dziesięciolecia, a nie skoncentrowane w jednej sekundzie gwałtownego czynu, obrało swą siedzibę właśnie w nim, w liberalnym redaktorze liberalnego tygodnika, w starszym panu, który niespiesznie, charakterystycznym krokiem zmierzał codziennie do kamienicy przy ulicy Wiślnej 12. Jaka szkoda, że już go nie ma.

Adam Zagajewski

 

 

Tej śmierci nie ma

Tej śmierci nie ma – przynajmniej póki wśród żyjących są i Ci, na których formację wpłynął kontakt z Jerzym Turowiczem. Czyli tak naprawdę – wszyscy, którzy mieli przywilej znać Pana Jerzego i wszyscy Ci, którzy czytali i czytają „Tygodnik Powszechny”.

Formacja to ważne pojęcie. Jeśli zastanowić się przez chwilę, to staje się oczywistym, że choć czujemy się wolni, to jednak nasza wolność jest niezwykle ograniczona. Nie wybieramy epoki, w której przyszło nam żyć, a przecież to epoka nas formuje, określając i nasze doświadczenia i nasze możliwości – na przykład poznawcze. Te ostatnie znów podlegają ograniczeniom po prostu biologicznym. Choćby i takim, że dziennie możemy przecież przeczytać nie więcej niż 30-40 stron druku. Streszcza się to do możliwości przeczytania przez przeciętnego inteligenta jednej książki na 2-4 dni. Przyjmijmy średnio – jednej na trzy dni. To oznacza, że rocznie czytamy tych książek nie więcej niż 120, w świadomym życiu (niech będzie tego 50 lat) przeczytać więc możemy wszystkiego około 6000 owych książek. A tymczasem w takiej Bibliotece Jagiellońskiej jest ich chyba ze 2 miliony... Przy takim ograniczeniu biologicznym, wybór właściwego zestawu lektur – owych 6000 książek, które przeczytamy w życiu, staje się sprawą bardzo poważną. Co będzie jeśli wybiorę niewłaściwy zestaw lektur? Przeczytam książki niepotrzebne, a potrzebnych już nie będę miał czasu przeczytać? To jest zupełnie przecież możliwe. I to w dwu przypadkach. Po pierwsze – jeśli ktoś czytelnikowi właśnie w okresie formacyjnym podsunie serię niewłaściwych tytułów, które zdeterminują jego zainteresowania i tym samym określą jego dalsze lektury (biada temu, co na przykład skłoniony został do zaczęcia swoich lektur od Protokołów Mędrców Syjonu). Po drugie – jeśli zacznie się czytać książki, nie wiedząc, które by tu warto wziąć do ręki. W obu przypadkach – ludzie zniewoleni przez epokę i biologię, stają się jeszcze dodatkowo – niewolnikami złych wyborów. W moim rozumieniu – Jerzy Turowicz – poprzez „Tygodnik Powszechny”, był tym, który właśnie uwalniał ludzi przez dopomożenie w dokonaniu właściwych wyborów. Wyboru wartościowych lektur, wyboru dzieł sztuki, wyboru postaw, wyboru filozofii wreszcie. Pomagając w wyborze – Jerzy Turowicz wpłynął na formację paru pokoleń czytelników „Tygodnika”.

Pomagając w wyborze, przeprowadzał owe kilka pokoleń między Scyllą i Charybdą obu dwudziestowiecznych totalitaryzmów – zarówno tego, dla którego najistotniejszym pojęciem była klasa społeczna, jak i tego, co za najważniejszy – uważał naród. Przy owej przeprawie – w której chodziło w istocie o uratowanie fizycznego i duchowego istnienia zbiorowości polskiej, użył jako kompasu – wartości chrześcijańskich. I w tym się nie pomylił. Jego chrześcijaństwo – chrześcijaństwo personalistyczne – okazało się tu jedyną odpowiedzią na obłęd epoki.

A tym, którzy ośmielają się wypominać Redaktorowi i „Tygodnikowi” samo istnienie w tej epoce – ostatnia myśl do sztambucha. Ani Pan Jerzy, ani „Tygodnik”, nie istniał dzięki systemowi i nie przeciw systemowi – a po prostu pomimo systemu. Istniał po prostu – poza systemem. Pan Jerzy i Jego „Tygodnik” był bowiem nosicielem wartości uniwersalnych – do których należy również owa grecka jednia dobra i piękna. Redaktor ucieleśniał siłę życia trwającego ponad, poza systemami chcącymi w imię transformacji, poprawy ludzkości – niszczyć jednostki.

Tej śmierci nie ma – bo takie życie, które On afirmował – życie w prawdzie, w zgodzie z prawem naturalnym, życie osoby ludzkiej – trwa.

Włodzimierz Zagórski

 

 

Bogactwo dzieła

Całym sercem łączę się w żalu po odejściu Jerzego Turowicza, wielkiego intelektualisty i człowieka wiary. Nasze pierwsze spotkania i nasza – piszę to z dumą – przyjaźń datują się z czasów Soboru Watykańskiego II, którego prace śledziliśmy obydwoje z wielką uwagą i wielkimi nadziejami.

Od tamtych czasów darzyliśmy zaufaniem dzieło, w którym uczestniczyło tak wielu ludzi i tylu ich prowadzi je nadal, by zburzyć przeszkody i pokonać uprzedzenia, które stoją na drodze zrozumienia i dialogu miedzy wyznawcami różnych religii, miedzy wierzącymi i niewierzącymi.

Zaangażowanie Jerzego Turowicza w to dzieło, podstawowe dla przyszłości naszej Europy i całego świata ciągle nękanego przemocą zwalczających się ekstremizmów, jest bardzo znane również we Włoszech. Tym większy żal, że nie będziemy już mogli liczyć na Jego mądrość.

Pozostanie z nami bogactwo Jego dzieła.

Tullia Zevi

Tullia Zevi – była przewodnicząca Włoskich Wspólnot Żydowskich

 

 

Światło nadziei

Z wielkim bólem przyjąłem wiadomość o śmierci Jerzego Turowicza, człowieka wielkich zasług dla Kościoła i Polski, człowieka wielkich zalet serca i umysłu, człowieka wielkiej skromności i dobroci. Wraz z Jego odejściem Kościół w Polsce i cała polska kultura poniosły wielką stratę, odszedł bowiem świadek wiary, mąż ewangelicznego świadectwa, a zarazem niezrównany redaktor oraz wybitny publicysta. Ta bardzo smutna wiadomość zastała mnie w Rzymie. Tu, w mieście, do którego pan Jerzy tak często pielgrzymował, zwłaszcza w okresie Vaticanum II oraz w ostatnim dwudziestoleciu odwiedzając Ojca Świętego, modlę się o Jego uczestnictwo w wiecznej światłości i pokoju, których źródłem jest zmartwychwstały Chrystus.

Od grobu Apostołów jednoczę się też z tymi, których Jerzy Turowicz pozostawił po tej stronie wieczności, z Rodziną Zmarłego i Redakcją „Tygodnika Powszechnego”. Niech Chrystus – Ten, który jest zmartwychwstaniem i życiem, pomaga rozproszyć mroki i ciemności śmierci światłem wiary i nadziei, która wypełni się przy Jego powtórnym przyjściu.

Maciej Zięba OP

 

 

Zakazane słowo

Miałem blisko 30 lat, kiedy na lekko uginających się nogach wkroczyłem lub raczej zostałem przez Kasię Morstin wepchnięty, do Jego Gabinetu. Znałem ten Gabinet na pamięć. Z książek, z opowieści, z legend. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wcześniej wyobraziłem. Po lewej przy piecu skórzane sapieżyńskie kluby. Między nimi zawalony gazetami okrągły stoliczek. Na ścianie czarna tablica, na której kredą narysowano układ następnego numeru. Dalej, pod oknem wychodzącym na obskurny dziedziniec Kurii, dwa złączone frontami zwaliste, przedwojenne biurka pokryte wieloma warstwami wszelkiego rodzaju papieru. Na niewielkim wolnym placyku jednego z tych biurek leżała pojedyncza kartka. Na tej kartce pisał coś siedzący przy biurku REDAKTOR JERZY TUROWICZ.

To nie był dobry dzień. Zbierałem materiały do tekstu o tym, co działo się z ludźmi „Tygodnika” w latach 1953-56, gdy pismo zamknięto. Większość pracy miałem już za sobą i mógłbym siadać do pisania, gdyby nie Turowicz, którego dłuższy czas nie było w Krakowie. Gdy nareszcie wrócił, miałem do niego masę cisnących się pytań, ale przede wszystkim chciałem usłyszeć historię Jego stalinowskiej traumy, lat przymusowej bezczynności, bezrobocia, nędzy. W uszach dźwięczało mi tyrmandowskie „Turowicz szlifuje bruki” i wyobrażałem sobie, co takie kilkuletnie „szlifowanie bruków” oznaczało dla czterdziestoparoletniego mężczyzny.

Przyjął mnie ujmującym uśmiechem. Życzliwie usadził na skórzanej kanapie, zaproponował herbatę jeszcze raz uśmiechając się jak najżyczliwiej i zafundował mi jedną z największych katastrof  w mojej reporterskiej karierze. Z całą życzliwością, ciepło się uśmiechając, uważnie słuchał pytań, a potem z tym samym ujmującym, jakby usprawiedliwiającym uśmiechem szczerze odpowiadał. Sęk w tym, że właśnie odpowiadał i zapis tej rozmowy do złudzenia przypominał protokół przesłuchania.

– Jak?

– Tak.

– Czy?

– Z pewnością.

– Kiedy?

– Wtedy.

Kiedy doszliśmy do pytań problemowych, groza sytuacji była już oczywista.

– Dlaczego?

– Moi koledzy z pewnością lepiej to pamiętają.

– A Pan?

– Nie chciałbym wprowadzić pana w błąd. Spytajmy Woźniakowskiego.

– A mógłby Pan opisać, jak Pan to pamięta?

– Ziuta na pewno zrobi to dużo lepiej.

Mimo całej życzliwości, którą mi okazywał, przez godzinę z okładem nie wydusiłem z Niego ani jednego akapitu gawędy, ani jednej anegdoty, niczego o Nim samym. Ani słowa skargi. Ani cienia żalu. Tak jakby we wszystkim, co On sam i Jego najbliżsi przeżyli w tych latach, nie było nic ciekawego, żadnej dramaturgii, żadnych emocji, heroizmu, goryczy ani strachu.

Wracałem zdruzgotany. W życiu nie miałem zarazem bardziej życzliwego i trudnego rozmówcy. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego rozmowy z innymi członkami redakcji przyniosły mi tyle ciekawych i barwnych relacji, natomiast rozmowa z Turowiczem, kluczową postacią tamtego dramatu, mimo wielotygodniowych przygotowań okazała się jednak totalną katastrofą.

Rok później, gdy pierwsze wydanie „Anatomii smaku” (jeszcze bez rozmowy z Jerzym Turowiczem, która do druku nijak się nie nadawała) rozeszło się w drugim obiegu i przygotowywałem wznowienie, postanowiłem jeszcze raz poprosić Pana Jerzego o wywiad. Zgodził się bez wahania.

Znów przyjął mnie serdecznie. Usadowił na sapieżyńskich klubach, rozbroił życzliwym uśmiechem, ale tym razem nie czekał na pytania. Przez blisko dwie godziny snuł ożywione pierwszym wydaniem „Anatomii” wspomnienia. Sam wprowadzał nieprzewidziane wątki, prostował relacje przyjaciół. Zupełnie nieoczekiwanie okazał się nie tylko życzliwym, ale też wdzięcznym i aktywnie współpracującym rozmówcą. Gdzieś po godzinie poczułem, że ostatecznie wyparowało krępujące zakłopotanie, które sparaliżowało naszą pierwszą rozmowę.

Kiedy więc przyszedł rok 1987 i zbliżała się 75 rocznica urodzin Turowicza, postanowiłem spróbować namówić go na kilkudziesięciostronicową, przeznaczoną dla „Powściągliwości i Pracy” rozmowę-

-rzeczkę (z której później powstała rozmowa-rzeka „Trzy ćwiartki wieku”). Ku mojemu zaskoczeniu zgodził się bez oporów i od razu zaproponował, żebyśmy spotkali się latem w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie – jak zwykle – planował krótki urlop.

To, co zastałem w Kalwarii, przekroczyło moje najśmielsze marzenia. W mistycznej atmosferze franciszkańskiego klasztoru, otoczonego plątaniną pątniczych dróżek biegnących pomiędzy malowniczo położonymi małymi kapliczkami, zapracowany przeważnie Turowicz był wypoczęty, zrelaksowany i – jak nigdy – dysponowany do rozmowy. Gdy rozłożywszy przed nim kajety pełne notatek i pytań zapytałem, ile czasu gotów jest mi poświęcić, bez wahania odpowiedział:

– Tyle, ile tylko będzie panu trzeba.

Zamiast kilku godzin rozmawialiśmy więc pełne dwa dni, dzieląc czas wedle rytmu klasztornego życia. Śniadanie, praca, spacer, obiad, drzemka, praca, kolacja, praca, sen.

Mimo wszystko nie był łatwym rozmówcą. Godzinami słuchał szczegółowych pytań i udzielał na nie dokładnych odpowiedzi, ale wciąż nie przejawiał skłonności do gawędzenia o sobie. Do dziś mam wrażenie, że w gruncie rzeczy własna przeszłość niezbyt go obchodziła. Zdarzało się jednak, że poruszony pytaniem wstawał z krzesła i brał ode mnie „jedynego na dzień” papierosa, którego wbrew surowym zakazom żony i lekarzy pozwalał sobie zapalić. Krążąc między umieszczoną przy drzwiach umywalką a oknem w grubym murze snuł wówczas głębszy wywód (o katolicyzmie francuskim, stosunkach polsko-żydowskich, reformie soborowej w Polsce) lub przywoływał osobiste wspomnienia (o świętych, których spotkał, o Janie Pawle II, o kardynale Wyszyńskim).

Ale prawdziwa rozmowa zaczynała się wówczas, gdy szliśmy na spacer. Właśnie wtedy, gdy goniłem starszego pana po górzystych kalwaryjskich dróżkach, pierwszy raz przyszło mi do głowy, że mam do czynienia z człowiekiem należącym do jakiegoś innego porządku. Podziwiałem jego intelektualną i życiową konsekwencję, podziwiałem go jako dziennikarza, jako intelektualistę, świadka mijającego wieku. Teraz, między kapliczkami kalwarii, gdzie ja nie miałem notatek i magnetofonu, a on zdobywał się na nieco dalej idącą otwartość, pozwalał sobie na delikatne zwierzenia, nieco chętniej snuł dywagacje odkrywające kawałeczki duszy, na co dzień – co zaczynałem rozumieć – przez wrodzoną nieśmiałość starannie chowanej za ciepłą uprzejmością, po raz pierwszy zauważyłem to, co wydało mi się Jego charyzmatem. Nie tylko intelektualną głębię, cywilną odwagę, twórczą osobowość, niezwykłą ciekawość świata, poczucie osobistej odpowiedzialności za to, jak ten świat wygląda, i wiarę, że można uczynić go lepszym raczej siejąc dobro niż karczując błądzących, ale także pewien rodzaj osobistej, dobrej wrażliwości – szczególną, delikatną dobroć, która wydała mi się (obawiam się to napisać): rodzajem świętości.

Gdyby kiedyś kazano mi zeznawać na procesie beatyfikacyjnym Jerzego Turowicza, w żaden rozsądny sposób nie potrafiłbym uzasadnić tego przekonania. Nic się przecież wielkiego w Kalwarii nie stało. Nie rozstąpiła się woda. Niebo nie przemówiło. Ale też nigdy później myśląc o Panu Jerzym nie potrafiłem uwolnić się od tego zakazanego słowa – zakazanego wobec żywego człowieka, któremu ściska się dłoń, który mówi, pisze, je pomidorową, popija neskę i razem ze mną wdrapuje się na pagórki.

A jednak, patrząc na mego rozmówcę, nie mogłem się od tego słowa uwolnić. Cały drugi dzień spędzony w Kalwarii, kiedy konsekwentnie posuwając się według rozpisanego w moim zeszycie planu, brnęliśmy poprzez koleje Jego długiego życia, błądziłem myślami szukając jakiegoś sposobu, żeby go o to zapytać. Ale nie potrafiłem mu postawić tych najważniejszych pytań: czy On też to odczuwał? Czy czuł w swoim życiu ciężar tego zakazanego słowa? Co ono tak naprawdę dla niego oznacza? Czy wiedział, że ktoś inny to czuje, kiedy z nim obcuje?

Przez następne lata te nie zadane najważniejsze pytania coraz bardziej paraliżowały mnie, ilekroć miałem okazję z Panem Jerzym rozmawiać. Bo czułem, że powinienem Go o to zapytać. I miałem – w sposób oczywisty absurdalne – wrażenie, że ile razy mnie widzi, oczekuje ode mnie tego najważniejszego pytania. Absurdalne, bo był przecież zbyt skromny, by tak o sobie myśleć i nazbyt dobry, by mnie po prostu wyśmiać. 

Zadałem Mu przez lata mnóstwo bardzo różnych pytań, lecz z czasem coraz lepiej rozumiałem, że tych najważniejszych nie umiem postawić. Że nigdy ich nie zadam.

I tak się właśnie stało.

Jacek Żakowski

 

 

Światło Sychar na Wiślnej

Przybył więc do miasteczka samarytańskiego zwanego Sychar...

Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni...

Nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody.

J 4, 5-7

 

W najbardziej dramatycznym okresie najnowszej polskiej historii, w okresie stanu wojennego, pan Jerzy potrafił stworzyć w redakcyjnych pomieszczeniach na Wiślnej odpowiednik polskiego Sychar. Przy źródle Jerzego, niczym w Ewangelii przy źródle Jakuba, gromadziło nas to samo pragnienie wartości, którego nie zgasił chłód pamiętnej grudniowej nocy. Wody nadziei i życia potrzebowali wtedy wszyscy zmęczeni życiem, u których ideologiczny slogan nie zniszczył wiary w sens. Znanym szlakiem Samarytanki śpieszyli do „Tygodnika” ludzie z daleka, których ożywiała ta sama wiara, że absurd, nawet po ubraniu w narodowy mundur, nie musi stanowić epilogu polskich dramatów. Redakcyjny pokój gromadził wtedy środowisko, którego społeczna struktura zdawała się urągać zasadom rachunku prawdopodobieństwa. Przychodzili tam robotnicy ze zdelegalizowanej „Solidarności” i znani intelektualiści, byli członkowie PZPR i przyszli biskupi, seminarzyści i niewierzący. Ich obecność wyrażała afirmację dla tego świadectwa uczciwości intelektualnej i postawy dialogu, którego pan Jerzy konsekwentnie uczył swymi tekstami i swoim życiem.

Nie potrafię w skali światowej wskazać żadnego innego środowiska redakcyjnego, które pełniłoby taką rolę, jaką spełniał „Tygodnik” w stanie wojennym, jednocząc we wspólnocie ducha przedstawicieli tak różnych środowisk. W tej praktyce znajdowaliśmy antycypację przesłania, w którym Jan Paweł II przypomina, że „dialog Kościoła z kulturą stanowi decydujące wyzwanie dla przyszłości świata”. Dialog ten był możliwy dzięki tej samej postawie, której uczył Chrystus w rozmowie z Samarytanką. Wymagał otwarcia i spokoju, cierpliwości i solidarnego świadectwa prawdy. Wymagał zwłaszcza przezwyciężenia tych stereotypów, w których nawyki czy emocje odgrywały większą rolę od prawdy Ewangelii niosącej nadzieję wyzwolenia. Wymagał wzięcia w nawias tych wtórnych cech, które nas różniły, aby można było dotrzeć do podstawowego poziomu ludzkiej godności, uczciwości, tęsknoty za prawdą. W stylu, w którym Jerzy dążył do tych wartości, uderzał pokój człowieka, który przyjmuje bez dramatyzowania upał życia, gdyż żyje świadomością bliskości ewangelicznego źródła „wody żywej”. Podsumowując ten styl, myślę o słowach, które Zbigniew Herbert kierował w swym wierszu do Henryka Elzenberga:

Twoja surowa łagodność delikatna siła

Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień

Cierpliwy obojętny i czuły zarazem.

 

To połączenie refleksji i czułości, intelektualnego otwarcia i nieustępliwej twardości kamienia, tworzyło styl, który dziś niesie szczególne zobowiązanie dla nas wszystkich zjednoczonych ongiś wspólnotą poszukiwania polskiego Sychar.

Nie potrafię powiedzieć, jak trudno było panu Jerzemu trwać w postawie „czułego kamienia” wówczas, gdy pod polskim niebem zaroiło się od innych kamieni – rzucanych beztrosko przez środowiska, które nagle odkryły, że mają bardzo proste recepty na patriotyzm i demokrację. Wiem tylko, że podobne ciosy były w tym samym czasie źródłem wielkiego bólu nawet dla tych, którzy wcześniej usiłowali z kamiennym obliczem przyjmować wszelkie przeciwności losu. Mogłem natomiast wówczas podziwiać Jerzego, patrząc na jego spokój, obiektywizm i kulturę ducha w dyskusjach dotyczących najbardziej drażliwych problemów polskiej demokracji. Już jako biskup zapraszałem go kilkakrotnie na spotkania z młodymi kapłanami. Podczas jednego ze spotkań, w Błoniu nad Dunajcem, ktoś z uczestników z wielką pasją postawił pytanie o niefortunne artykuły na łamach „Tygodnika”, w których chrześcijaństwo usiłowano ściśle łączyć z programem reform Unii Demokratycznej. Niektórzy słuchacze nastroszyli się, jak gdyby oczekiwali apologetyki sugerującej, że poza Unią nie ma zbawienia, przynajmniej dla Polski. Tymczasem, na przekór oczekiwaniom, usłyszeli słowa spokojnych wyjaśnień: „Misja Kościoła jest w swej istocie uniwersalna. Nie wolno jej sprowadzać do poziomu działań jednej partii czy jednego przywódcy. W przyśpieszonym kursie polskiej demokracji czasem jednak temperament polityczny bierze górę nad teologiczną wizją Kościoła. Zdarza się to zarówno dziennikarzom, jak i księżom. Z podobnych uproszczeń można się jednak szybko wyleczyć; także przez uświadomienie sobie ceny, jaką wspólnie musimy płacić za podnoszenie prywatnych upodobań do rangi absolutnej prawdy”. Po tym prostym, rzeczowym wyjaśnieniu zniknęły wcześniejsze uprzedzenia. Tam, gdzie miała przebiegać linia demarkacyjna odmiennych sympatii partyjnych, ujawniała swą obecność wspólnota Kościoła, w której Chrystusowe dzieło zbawcze przebiega w innym wymiarze niż poziom politycznych deklaracji i programów.

Ten sam styl pana Jerzego ujawniał swą kojącą obecność w prasowych polemikach dotyczących najnowszych polskich przemian. Nierzadko prym wodziły w nich środowiska specjalizujące się w oferowaniu nadzwyczaj prostych rozwiązań dla skomplikowanych problemów. Nierzadko w kręgach, które jeszcze wczoraj łączyła solidarna troska, zaczynały powstawać linie absurdalnych podziałów, zaś niedawni sojusznicy demonstrowali swą spektakularną niechęć. Targowisko próżności jako tło licytacji superpatriotyzmów rodziło bardzo bolesne odczucia. Z bólem odczytywałem nieraz teksty świadczące o radykalnej wolcie osób, z którymi jeszcze niedawno chroniliśmy te same wartości. Jeśli przy lekturze pewnych autorów nie pojawiał się u mnie element obaw, że zaskoczą oni nieuzasadnioną interpretacją, w której emocje górują nad związkami wynikania logicznego, to do dwójki takich niezawodnych autorytetów zaliczyłbym Jerzego Turowicza i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Być może wspólnota jednoczących ich wartości przejawiała się w tym, że wielką mądrość serca potrafili połączyć z całkowitą bezinteresownością, w której nie chcieli niczego dla siebie; nawet tego, żeby przyznawano im rację.

W tej bezinteresowności intelektualnej pana Jerzego widzę znowu odblask światła z Sychar. Rozmawiając z Samarytanką przy studni, Chrystus nie zobowiązywał jej, aby zaniosła prawdę o Nim mieszkańcom Sychar. Ograniczył się do końcowego stwierdzenia, że jest Mesjaszem i uszanował jej wolność, nie wymagając nawet, by uporządkowała swe pokomplikowane sprawy rodzinne. Ona zaś, zafascynowana odkryciem nowego świata, zostawiła przy źródle swój dzban i pobiegła do bliskich, którzy następnie „przybyli do Niego i prosili Go, aby u nich pozostał” (J, 4, 40). Tych, którzy ongiś przeżywali swe fascynacje w „Tygodnikowym” Sychar, po latach spotykam znowu na ścieżkach mej biskupiej posługi. Czasem na ścieżkach bardzo odległych, między Nowym Jorkiem a Buenos Aires. Niezależnie od tego, jak ułożyły się ich życiowe drogi, ze wzruszeniem wspominają tamte wspólnoty zamyślenia przy źródle Jerzego. Z podobnym sentymentem powracają do krakowskich spotkań przedstawiciele akademickich środowisk Zachodu, którzy z pierwszych swych wizyt poza żelazną kurtyną noszą w pamięci przede wszystkim spotkanie z panem Jerzym i jego współpracownikami. Rozróżnienie między Wschodem i Zachodem okazuje się tutaj zresztą względne. Podczas niedawnej wizyty w Rosji przedstawiono mi prawosławnego metropolitę, który w czasie swej posługi nadał zupełnie nowy odcień ekumenicznym kontaktom między prawosławiem a katolicyzmem. Pytany o to przez dziennikarzy wyjaśnił, że ekumenizmu uczył się jeszcze podczas Soboru, czytając katolickie czasopisma zachodnie, a zwłaszcza „Tygodnik Powszechny”...

O ileż uboższe byłoby świadectwo wiary kształtujące obraz Kościoła w Polsce, gdyby brakło w nim duchowego realizmu i mądrości serca pana Jerzego. Na tle wielkich polskich dramatów i małych polskich sporów jawi się on niczym Pan Cogito rozmyślający „nad estetyką hałasu”. Pan Cogito z krakowskiego Sychar potrafił skutecznie wnosić światło Ewangelii w mroki naszych poszukiwań i lęków. Potrafił konsekwentnie troszczyć się o to, by woda ze źródła Jakuba mogła koić pragnienie wszystkich spragnionych. Świadomi duchowej odpowiedzialności za to dziedzictwo, winiśmy dziś wspólnie dzielić troskę o przyszłość tego źródła. Aby w epoce wyjątkowo głębokich przemian ktoś nie wpadł przypadkowo na pomysł, żeby urynkowić źródło w Sychar i źródlaną „wodę życia” rozprowadzać wyłącznie w plastikowych pojemnikach z krzykliwą etykietką.

Mszę Świętą za śp. Jerzego sprawowałem w następny dzień po jego śmierci. Kościół wspominał wtedy w liturgii św. Tomasza z Akwinu. Myślałem o świadectwie wiary ich obu – odzielonych barierą wieków i otwartych na wyzwania współczesności dzięki wierze mądrej, odważnej, odpowiedzialnej. W modlitwie po komunii świętej pojawia się wtedy prośba o to, „byśmy wierni nauczaniu św. Tomasza zawsze składali Bogu dziękczynienie za otrzymane od niego dary”. Zastanawiam się, w jaki konkretny sposób wyrażać „zawsze” naszym działaniem wdzięczność Bogu za dar Jego sługi Jerzego, który wniósł w szare zakamarki Wiślnej światło i piękno spotkania z Sychar...

Abp Józef Życiński

 

 

 

 

 

 

 


FOT. DANUTA WĘGIEL

Kalendarium życia Jerzego Turowicza

Głosy po śmierci Jerzego Turowicza

Pierwsza rocznica śmierci

O „Bilecie do raju” – wyborze publicystyki Jerzego Turowicza

Archiwum Jerzego Turowicza

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl