GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA

 

 

 

 

W papierosowym dymie

Piszę te jeszcze nie całkiem uporządkowane myśli kilka godzin po otrzymaniu wiadomości o śmierci Jerzego Turowicza. Piszę ze świadomością, że są to jedynie refleksje nie mogące nawet zarysować znaczenia Jego życia, jak i dramatu Jego odejścia. Jednym ze wspomnień moich jeszcze chłopięcych lat był tato czytający „Tygodnik Powszechny”. Nie wiedziałem jeszcze, co to za pismo. Wiedziałem, że założył je Kardynał Sapieha. Do dzisiaj przechowuję z „archiwum” taty kilka numerów „TP” z 1945 roku.

W „Tygodniku” debiutowałem w kwietniu 1968 roku tekstem o wystawie Andrzeja Wróblewskiego. Kontekst czasu (zaraz po marcu) zaostrzył sens tego debiutu. Miałem wówczas 28 lat i zacząłem współpracować z pismem, które było naszym domowym „znakiem sprzeciwu”. Był to dla mnie wielki dzień. Przyniósł zresztą wiele różnych konsekwencji, ale dzisiaj mogę powiedzieć jedno: był to jeden z bardzo ważnych dni w moim życiu.

Poznałem wtedy „Tygodnik” i jego redaktorów. Poznałem Jerzego Turowicza. Potem zapraszano mnie na czwartkowe zebrania. Wreszcie pamiętam dzień, kiedy niemal cała redakcja odwiedziła mnie w pracowni. Wtedy Jerzy Turowicz powiedział: „Mówmy sobie po imieniu”. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że przecież od 1945 roku są to moi przyjaciele.

Bez tych wspomnień nie mógłbym dzisiaj pisać o Jerzym. A potem czwartkowe zebrania. Wszyscy wokół stołu. Spory, żarty, oceny tekstów, informacje polityczne, kościelne. Jakieś drobiazgi, ale i niemal zawsze sprawy bardzo ważne. Omawianie numeru.

A z boku, przy biurku, w dymie papierosowym – Jerzy. Czyta, drapie się w głowę. Wreszcie unosi rękę, zabiera głos. I nagle wszystko się zmienia i porządkuje. Nabiera sensu i znaczenia. Najspokojniej w świecie Jerzy przedstawia swój punkt widzenia. Radzi, zaleca, przypomina, porównuje. Cicho, spokojnie, nieraz z ciepłym, często z ironicznym uśmiechem. Jego racje przyjmowane były nie na zasadzie dyktatu szefa. Raczej na zasadzie światła.

Takie były spotkania w stanie wojennym, kiedy do „Tygodnika”, do Jerzego przychodziło się po to, by być razem. Jego spokojne uwagi, uśmiech, gest – porządkowały i dawały nadzieję, że przetrwamy.

Od roku 1978 „Tygodnik”, ale przecież właśnie Jerzy – to były obok Franciszkańskiej – te niezwykłe ślady obecności Jana Pawła II. I to właśnie czas, by powiedzieć rzeczy w mym przekonaniu najważniejsze.

W mym najgłębszym przekonaniu Jerzy przetrwał najgorsze dzięki Swej wierze, dzięki głębokiej więzi z Bogiem. Pamiętam bardzo liczne spotkania „Tygodnikowe”, które rozpoczynały się Mszą Świętą. Patrzyłem często na Jerzego. Na jego skupienie. Pamiętam, jak podchodził do Komunii Świętej. Z charakterystycznym założeniem rąk, jakby nieobecny.

Nawet dzisiaj, w radiowych wspomnieniach mówiono: był politykiem, stworzył całe pokolenie polityków... Tak. Może to i prawda. Pamiętajmy jednak, że prowadził i brał codziennie odpowiedzialność za pismo katolickie w latach, których obrzydliwość nie do końca jeszcze poznaliśmy. To przecież w tym piśmie chciał drukować młody ks. Karol Wojtyła, to przecież to pismo ukształtowało przede wszystkim całe pokolenia wierzących ludzi w Polsce. Ludzi Kościoła, ludzi których „Tygodnik” uczył, czym jest Kościół, czym jest wartość własnej twarzy, godności, odpowiedzialności.

Dzisiaj tak łatwo rozdzielać role, wydawać opinie, oceniać. Kiedyś Jerzy Turowicz ryzykował swą postawą los swojej rodziny i swych przyjaciół, którzy wierzyli, że Jemu właśnie mogą zaufać. Jerzy nigdy nie mówił o sobie i tym, kim był w sytuacjach decydujących. Kiedy spotykały go, już teraz, przed dwoma, trzema laty wielkie przykrości i wielkie niesprawiedliwości – znosił je spokojnie, ale jeden Pan Bóg wie, ile Go to kosztowało.

Takim zapamiętam Go na zawsze. W kącie przy biurku na tle okna. Wśród sterty gazet, w kłębach dymu. Znawcę malarstwa i czytelnika światowej literatury, wiernego przyjaciela, autora tekstów o Picassie i wnikliwie analizującego sens Soboru Watykańskiego II, zaśmiewającego się, gdy jubileuszowe hołdy śpiewała Mu Piwnica, opowiadającego, jak było na Placu św. Piotra 16 października 1978 roku.

Taki był Jerzy. Jeden z niewielu prawdziwych twórców wolnej Polski, ale nade wszystko wielki syn Kościoła. Mądry i skupiony, pokorny i uśmiechnięty. Wierzę, że już u Pana Boga, któremu oddał całe życie.

Stanisław Rodziński

 

 

Modlitwa za Jerzego

W chwili, gdy Jerzy Turowicz, przyjaciel tak bliski memu sercu od prawie 40 lat, wchodzi w życie wieczne, łączę się z Wami w bólu i szczerym oczekiwaniu naszego Zmartwychwstania.

Błogosławię Chrystusa za życie, które dał Jerzemu Turowiczowi i modlę się razem z Wami:

Boże współczucia, Ty nie chcesz dla nikogo ludzkiego cierpienia, ale przez ufność wiary pozwalasz nam zbliżyć się, więcej nawet, żyć we wspólnocie z Chrystusem. Jeśli zrozumiemy, że nikt nie jest pozbawiony ani Twojego przebaczenia, ani Twojej Miłości, to nasze serce się umocni. Przyjmujesz do życia wiecznego tych, którzy żyli przed nami. Już teraz kontemplują oni to, co niewidzialne.

Duchu Święty Pocieszycielu, podsycasz to, co jest w nas wszystkich kruche. Rozniecasz płomień miłosierdzia i miłości, który w naszym wnętrzu tli się pod popiołami... Nawet niepokoje i noce naszego serca mogą dzięki wierze stać się jutrzenką nowego życia.

 

Drogiej żonie Jerzego Turowicza:

Jezu naszo nadziejo,

Uczyń nas ubogimi z Ewangelii.

Tak bardzo chcielibyśmy zrozumieć,

Że to, co jest w nas najlepsze, tworzy się

Poprzez najprostsze zaufanie,

Do którego nawet dziecko jest zdolne.

Ze współczuciem i uczuciami, które Pani zna.

Pani –

Brat Roger z Taizé

 

 

Po prostu – dobry

Z bólem przyjąłem wieść o odejściu z tego świata Autorytetu Moralnego kilku naszych polskich pokoleń śp. Pana Redaktora Naczelnego Jerzego Turowicza. Dobry ten człowiek kształtował nasze poglądy, zasypywał przepaście – także międzywyznaniowe, uczył, jak godnie przeżyć. Mądry, serdeczny, po prostu – dobry. Cieszyłem się zawsze, że znałem miłego mi zawsze Pana Jerzego osobiście.

Współczuję najserdeczniej Wszystkim P.T. Pracownikom Redakcji, P.T. Rodzinie śp. Zmarłego, współczuję Krakowowi, współczuję Całej naszej Polsce.

Wieczna Mu pamięć i modlitwa pośród prawosławnych Krakowian, w naszej Łódzko-Poznańskiej Diecezji, w całym Polskim Autokefalicznym Kościele Prawosławnym.

Requiescat in Pace!

Ks. Szymon Romańczuk,

Prawosławny Arcybiskup Łódzki i Poznański w Łodzi

 

 

Osieroconym

Przesyłam wyrazy współczucia i żalu z powodu śmierci Jerzego Turowicza, Twórcy i Redaktora Naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Człowieka dobrego i mądrego, który kochał ludzi, sztukę, książki i Poezję.

Waszemu, dosłownie, osieroconemu Zespołowi życzę dalszej owocnej pracy dla dobra kultury i społeczeństwa polskiego.

Tadeusz Różewicz

 

 

Koniec epoki

Znałem wielu ludzi, po których śmierci ukazały się w prasie nekrologi, wypadło mi niektóre z nich samemu po nich pisywać – po znajomych, przyjaciołach, sławnych ludziach. Nie należałem do kręgu ludzi bliskich Turowiczowi – żywiłem dla niego ogromny respekt i podziw, z daleka. Ale czuję się jego odejściem do głębi poruszony, osierocony.

Ma człowiek impuls, aby w swym żalu ulżyć sobie polotem słów. Ale to nie ujdzie – wypada się ograniczyć do takich słów tylko, jakich by użył Jerzy Turowicz, prostych, zwyczajnych, absolutnie wiarygodnych.

Podczas sporadycznych wizyt w Krakowie w ciągu ostatnich lat moje pierwsze kroki kierowałem na ulicę Wiślną, meldowałem się przy drzwiach, ktoś wołał: „Panie Redaktorze, Felek przyszedł”. Turowicz wychodził mi naprzeciw z uśmiechem, prowadził mnie do swojego pokoiku (tego z portretem Franciszka Józefa!). On nie był świadom tego, że uważałem tę wizytę i to, że znajduje dla mnie chwilę czasu, za przywilej, z którego byłem dumny; już wtedy myślałem, jak na to – ex post – zasłużyć.

Nawet w bezpretensjonalnej, przyjacielskiej rozmowie nie słyszałem od niego jednego zdania, które byłoby trywialne albo powierzchowne. Roztaczał dookoła siebie, w swej prostocie, jakąś aurę niecodzienności, to, co się chyba określa słowem „charyzma” (wiem, on by się na to obruszył, ale to prawda, ktoś może to lepiej wyrazi).

W tej powodzi wydarzeń, w których nam codziennie życie upływa, nie zawsze mamy czas czy zdolność, by sobie wyrobić własny pogląd na sprawy, nie brakło i nie brak sytuacji w Polsce, w których moralnym labiryncie trudno się rozeznać. Lżej było żyć i działać, gdy miało się świadomość, że Jerzy Turowicz jest w pobliżu i wskaże drogę. Z oddali zawsze go słuchałem, byłem gotów przyjąć jego zdanie za słuszne i prawe, nigdy się na tym nie zawiodłem. Zwykliśmy się pocieszać, że nikt nie jest nie do zastąpienia. Nieprawda, Jerzy Turowicz jest nie do zastąpienia.

Cisną się pod pióro takie słowa, jak „koniec epoki”. W pewnym sensie każdego dnia jest jakiś „koniec epoki”, ale tu jest istotnie coś szczególnego – można naprawdę powiedzieć, że pewien okres się definitywnie skończył i zaczęła się nowa era – bez Turowicza. „Tygodnik Powszechny” bez Turowicza, Kraków bez Turowicza, ba, Polska bez Turowicza...

W naturze dystans optycznie pomniejsza wymiar. W świecie idei jest odwrotnie. Zaobserwujemy, jak z każdym dniem obraz Jerzego Turowicza będzie w naszych oczach rósł, aż znajdzie się w szeregu ludzi, których naród czci. Myślę, że szczęsny to naród, który liczy pośród swych wielkich synów Jerzego Turowicza.

Rafael F. Scharf

 

 

Razem z Jerzym

Był to luty 1979 roku. Właśnie wróciłem z podróży z Janem Pawłem II do Meksyku i zastałem w Rzymie Jerzego Turowicza. Mieszkaliśmy razem w apartamencie pani Gawrońskiej, z którego okien roztaczał się widok na Plac Św. Piotra i górne piętra Watykanu. Nie pamiętam już dokładnie powodu zjawienia się Turowicza w Rzymie, ale jednym z jego zajęć była lektura jakiegoś tajemniczego dokumentu kościelnego. Powiedział mi po latach, że była to przygotowywana do ogłoszenia pierwsza encyklika Jana Pawła II „Redemptor Hominis”. Był jej konsultantem. Ja gwałtownie przygotowywałem korespondencję z meksykańskiej podróży Ojca Świętego, bo okazało się, że polska cenzura ograniczyła stamtąd wiadomości. Kiedy zadzwoniłem do redakcji pytając, co potrzebują do druku, usłyszałem podniesiony głos Pszona: – „Człowieku, tu nic o tym Meksyku nie wiadomo, poza zagłuszaną Wolną Europą”. Tak, tak, nie były to obecne czasy – „raj dla korespondentów”.

Nie pierwszy był to mój pobyt z Turowiczem za granicą i w Rzymie, ale ten mógł być dokładniej zapamiętany, bo wszak zbliżała się polska pielgrzymka Ojca Świętego i zarówno my, jak i w ogóle Polacy żyliśmy jeszcze w oszołomieniu historycznymi wydarzeniami, które nabierały wtedy rozpędu odczuwanego jeszcze i dzisiaj.

Pamiętam też, że przy wieczornym winie dyskutowaliśmy po meksykańskiej podróży z Jerzym o „teologii wyzwolenia”, której on był raczej zwolennikiem, ja zaś przeciwnikiem. Spór był gorący i chyba po raz pierwszy wtedy zauważyłem istotną różnicę nastawienia mego Szefa nie do osób, lecz do poglądów głoszonych np. przez biskupa Helder Camarę i innych Latynosów.

Spór był gorący i brali w nim udział polscy rzymianie. Rankiem obudził mnie Turowicz bardzo wcześnie, co było dziwne, bo znany był jego obyczaj pracy nocami. Teraz zaproponował mi, byśmy poszli na poranną Mszę Św. odprawianą w podziemiu przy Grobie Św. Piotra. I modliliśmy się tam razem przed odjazdem do Krakowa.

Marek Skwarnicki

 

 

Bliskość i dystans

Człowiekiem mądrym i znającym miarę rzeczy Jerzy Turowicz nie stał się dopiero z wiekiem. Był taki już wtedy, gdy Go poznałem, a miało to miejsce dobre czterdzieści lat temu. Był, krótko mówiąc, polskim patriotą: odporny na wirus nacjonalizmu, wierny katolik, zawsze w służbie idei wolności – nie tylko w państwie, także w Kościele.

Pamiętam, jak długo bolał nad faktem, że duch reform soborowych z takimi trudnościami i tak powoli przenikał w życie polskiego Kościoła – i to nie tylko dlatego, że Kościół ten musiał stawiać opór komunistom. „Niestety, racjonalna droga do wiary nie jest u nas zbyt rozwinięta – powiedział mi kiedyś. – Historia naszego Kościoła nie odnotowuje wielkich teologów, ani choćby nawet heretyków”.

Wielka więc i pełna oczekiwań była więc Jego radość, kiedy biskup Karol Wojtyła został Pontifex Maximus – gdyż to Wojtyłę właśnie Turowicz od dawna cenił i szanował jako duchowego, filozoficznego i kościelnego budowniczego mostów. „Jerzy jest Przyjaciel papieża z zawodu” – napisał w swoim „Abecadle” Stefan Kisielewski, który w „Tygodniku Powszechnym” znalazł dla siebie przestrzeń wolności – tak samo, jak kiedyś, dawno, młody poeta nazwiskiem Wojtyła.

Bywało, owszem, że Turowicz nie wydrukował jakiegoś wiersza księdza-poety, wyjaśniając potem szczerze i po przyjacielsku, co mu się nie podoba. Tak samo szczerze i po przyjacielsku poruszał różne sprawy wiele lat później, w Watykanie, gdy wolno mu było spożyć obiad w towarzystwie papieskiego przyjaciela. Co prawda, takie spotkania coraz rzadziej odbywały się w cztery oczy. Dystans pomiędzy Rzymem a Polską, Krakowem a Watykanem, powiększył się w ostatnim dziesięcioleciu – mimo, a może właśnie z powodu tej większej bliskości od czasów politycznego przełomu. A więc: po „żelaznej kurtynie” – kurtyna purpurowa? Nie, Jerzy Turowicz odrzucał wszelkie radykalizujące wyjaśnienia i interpretacje. Tak jak nie cierpiał na ambicje polityczne, tak samo w niewielkim tylko stopniu umiał i chciał oddać się melancholii.

Hansjakob Stehle

Hansjakob Stehle – historyk i dziennikarz, watykanista; pod koniec lat 50. jeden z pierwszych korespondentów prasy niemieckiej w PRL)

 

 

O Turowiczu najprościej

Pisząc o Jerzym Turowiczu szukamy w myślach tego, co w działaniu Jego było największym, najgłębszym wkładem w kulturę polską i katolicką. Szukając tych elementów wymienić trzeba dwa fakty historyczne bardzo różne: Sobór Powszechny Vaticanum Secundum oraz Polska Rzeczpospolita Ludowa. To były dwie płaszczyzny działania, na których ujawniał się – można użyć tego słowa – geniusz Jerzego Turowicza.

Formalnie Turowicz nie był członkiem Soboru, ale obserwatorem uważnym, czujnym, zaangażowanym. Przeżywał Sobór, opisywał, tłumaczył.

Znając Jerzego Turowicza od bardzo dawnych lat, bo od czasów studenckich jego i moich, a więc prawie 70 lat, pozwolę sobie na powiedzenie, że on od najwcześniejszych lat młodzieńczych marzył o soborze. Do tego przez całe życie wcześniejsze dążył i dojrzewał. Czuł bowiem całą podświadomością i świadomością potrzebę jakiegoś wstrząsu w Kościele, ale natury konstruktywnej, jego odnowy.

Podobnie myślący i czujący Stefan Swieżawski posługiwał się alegorycznym obrazem starego dębu, który z głębokich warstw podziemnych czerpie życiodajne soki, co pewien czas tracąc liście, a później pokrywa się świeżą zielenią. Turowicz, podobnie jak duża część wierzących katolików oczekiwał wiosny Kościoła.

Przed II wojną światową młodzi ludzie tak czujący i myślący grupowali się w niezbyt licznej, ale obecnej na wszystkich polskich wyższych uczelniach organizacji. Było to Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”.

Ci młodzi ludzie dostrzegali stopniowe przemiany zaczynające się w Kościele od czasu pontyfikatu Leona XIII i czekali na intensywny ciąg dalszy. Rozumowali w ten sposób, że Kościół zaczyna odkrywać, budzić potencjalne siły duchowe tkwiące w jego trzewiach. Mówiąc najogólniej, nieco upraszczająco, Kościół odkrywał humanizm tkwiący w chrześcijaństwie. Odnajdując humanizm, rozbudowywał ufność do człowieka, do społeczności ludzkiej i przestawał się bać nowoczesnej cywilizacji, chorobliwy strach przed którą wyraził się dosadnie w nieszczęsnej encyklice Piusa IX „Quanta Cura” i w załączonym do niej „Syllabusie”. Postęp w humanizacji Kościoła ulegał przyspieszeniu w miarę pogłębiania rozumienia immanentnych wartości chrześcijańskich.

Naród polski pozbawiony samodzielności, żyjący pod przemocą sił zaborczych, determinowany był przez tragizm swojej historii. Albo był wplatany w ideologię mesjanistyczną powierzchownie religijną, albo też szukał pociechy w religijnych przeżyciach natury emocjonalnej. Opóźniało to rozwój intelektualny i sięganie w głąb uniwersalnych wartości chrześcijańskich. Odzyskanie niepodległości, w roku 1918 zmieniało sytuację. Już nie wystarczały akcesoria religijno-narodowe. Pojawiali się Polacy wierzący i niewierzący, Kościół zostawał zdany na własne siły. Trzeba było wyjść poza horyzonty narodowe. Odnowa katolicka najszybciej rozwijała się we Francji, do Polski zjawiała się z opóźnieniem. U nas awangardą były ośrodki „Odrodzenia”. Budziły się pierwsze nadzieje odnowy, budziła się wiara w autentyczny humanizm chrześcijaństwa. Odrodzeniowcy byli w pierwszej linii, na czoło wysuwali się Stefan Swieżawski, Jerzy Turowicz, Jul Wiszniewski – lista mogłaby być dłuższa. Nie wszyscy z nich dożyli czasów dzisiejszych.

Dlatego mogę powiedzieć: Jerzy Turowicz żył nadzieją na wielki czas humanizmu chrześcijańskiego, czekał na wielką odnowę Kościoła. A więc na wielkiego ducha dynamicznego Jana XXIII i na nowy, odnowicielski Sobór Powszechny. Sobór Powszechny przynosił dla Turowicza możliwość realizacji jego dynamicznych sił duchowych.

Adam Michnik napisał ostatnio z uznaniem dla Turowicza, że w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, a co więcej na jego łamach ortodoksyjni, wierzący katolicy spotykali się z agnostykami i niewierzącymi. Tak było istotnie, bo katolik humanistycznie szeroko myślący nie dzieli ludzi na „my i oni”, „posiadacze prawdy” i ci, co prawdy naszej nie rozumieją. Katolik patrzyć powinien na człowieka, oceniając jego otwartość na prawdę oraz otwartość serca na miłość i miłosierdzie. W filmie o Turowiczu pada pytanie: skąd u Turowicza taka moc przekonań. Jest w poglądach niewzruszony, mocny jak skała. Odpowiedź jest bardzo prosta. Jerzy był niezwykle głęboko wierzący. Tajemnica głęboka, ale prosta ludzi naprawdę wierzących polega na tym, że oni są pewni, że „Pan blisko jest”.

Losy wyznaczyły Jerzemu Turowiczowi jego miejsce na mapie świata: Polska, Kraków oraz miejsce w historii: wiek XX naszej epoki, lata 1912–1999. Toteż z konieczności znalazł się on w ramach Polski podległej mocarstwu sowieckiemu, w państwie nazwanym Polską Rzeczpospolitą Ludową.

Wczesną wiosną 1945 roku wezwał go do siebie Ks. Metropolita Arcybiskup Krakowa Książę Sapieha i zaproponował, aby podjął się zorganizować nowe pismo – katolicki tygodnik i objął w nim funkcję zastępcy redaktora naczelnego, pod nominalnym kierownictwem ks. Jana Piwowarczyka; on, Metropolita Krakowski będzie tego pisma wydawcą. Jerzy Turowicz zrozumiał ogrom zadania i tę zaszczytną, ale niepomiernie trudną misję przyjął.

I okazało się, że jest to misja wyjątkowo trwała i długofalowa. Turowicz, początkowo jako zastępca redaktora, niebawem jako redaktor naczelny, trwał na posterunku przez lat 54 od 1945 do 1999. A żywot placówki był burzliwy. Pismo dwukrotnie było przez władze zamykane: w okresie stalinizmu i w czasie stanu wojennego. Stale, w okresie PRL nękane przez cenzurę.

Na czym polegała zasługa Turowicza jako Redaktora? Odpowiedź jest prosta. Na tym, że objąwszy tę arcyważną placówkę – jedynego w Polsce pisma niezależnego od reżimu – wytrwale ją przy życiu utrzymywał, a to nie było łatwe.

Działając rozsądnie Turowicz nie wprowadzał pisma w politykę, co musiałoby spowodować natychmiastową katastrofę. (Dowód: losy „Tygodnika Warszawskiego”.) Nie usiłował też podważać ustalonych przez reżim struktur gospodarczych i politycznych. Ograniczając działalność pisma do kręgu kultury informował czytelników obiektywnie o życiu Kościoła. Będąc całym sercem oddany idei humanizacji Kościoła i sprawie katolicyzmu „otwartego”, „dynamicznego” wyraźnie na ten kierunek orientował swoją Redakcję. W ten sposób dzieło odnowy Kościoła rozwijane coraz pomyślniej w obszarze kultury zachodnioeuropejskiej, miało w Polsce żywy oddźwięk i było także u nas, na nasz teren przeszczepiane. Dzięki temu, pomimo „żelaznej kurtyny” i długi czas utrzymywanej sztucznie izolacji, Kościół w Polsce nie musiał popadać w zacofanie. „Tygodnik” tworzył pomost z katolicką myślą zachodnią. W Europie Kościół katolicki dojrzewał powoli do przyszłych reform soborowych. Jerzy Turowicz, duchem związany z myślą zachodnią, także powoli systematycznie przygotowywał katolików polskich do uniwersalnej odnowy kościelnej. Robił to ostrożnie, ale wytrwale, niezmiennie. Zaś głos „Tygodnika Powszechnego” znajdował gorliwy posłuch, znacznie przekraczający jego skromny, przymusowo narzucony nakład. „Tygodnik Powszechny” wprowadzał w Polsce awangardową myśl katolicką, a więc wychowywał ludzi po katolicku myślących.

Oczywiście ukazywanie się „Tygodnika Powszechnego” zmieniało obraz PRL, co miało polityczne znaczenie. Fakt ten nie podobał się wielu skrajnie politycznie myślącym obywatelom. Otóż można by powiedzieć, że teoretycznie, potencjalnie wysuwał się problem: „aut-aut”, albo inaczej mówiąc: „lepiej pismo żadne niż skrępowane przez cenzurę”.

Otóż można stwierdzić z całą pewnością, że ten problem w okresie PRL w ogóle nie zaistniał. Nie było żadnych poważnych głosów domagających się likwidacji. „Tygodnik Powszechny” był ogromnie popularny. Ludzie dobijali się o jego prenumeratę, bo ze względu na rygorystyczne ograniczenie wielkości nakładu zawsze go było za mało. Tworzyły się kolejki czekających na wolną prenumeratę. Miarodajne władze kościelne były od początku aż do 1989 roku kategorycznie za wydawaniem pisma.

Zaczęło się od tego, że Metropolita Książe Sapieha wezwał Jerzego Turowicza i zalecił mu wydawanie tego pisma. Później Wielki Prymas, nazywany słusznie „Interreksem”, bo dla milionów Polaków reprezentował on zastępczo świeckie władze narodu, kategorycznie wymagał wydawania „Tygodnika”. Pomimo poważnych dyskusji z redakcją na niektóre tematy związane z reformą Kościoła, bronił pisma i współpracował z nim.

Ze względu na popularność w narodzie i bardzo kategoryczne poparcie władz Kościoła nie było problemu egzystencji „Tygodnika Powszechnego”. Stał za nim consensus narodu i zdecydowana wola Kościoła. Toteż powiedzieć można, że „Tygodnik Powszechny” miał de facto pozycję monopolistyczną, wbrew swoim aspiracjom i swojej woli. A więc, tak się dziwnie układały sprawy, że Jerzy Turowicz bez własnej woli pełnił funkcję rzecznika większości narodu.

Stanisław Stomma

 

 

Dary Ducha

Gdy myślę o Jerzym, wiem, że w Jego osobie dane mi było spotkać się z Wielkością. I wiem, że jej tajemnicy nie uda mi się przeniknąć. Jej znakiem nieomylnym była skromność. Ale właśnie w niej kryła się najgłębsza mądrość, i nadzwyczajna, a zarazem tak zwyczajna dobroć.

Był człowiekiem, który w czasach najcięższych dostrzegał konieczność głoszenia tego, co zdawało się niemożliwe: prawdy przeciw kłamstwu, wiary przeciw zwątpieniu, miłości przeciw nienawiści, szlachetności przeciw podłości. Sam całym swoim życiem dawał temu najwspanialsze świadectwo. Miał dar bezbłędnego odgadywania „znaków czasu” i równoczesnego widzenia wartości, których się domagają. Był człowiekiem otwarcia i dialogu, a zarazem bezwarunkowego wyczucia granic kompromisu. Należał „Do tych, co mają tak za tak – nie za nie – Bez światło-cienia...

Których darzył przyjaźnią, czuli się szczęśliwi. Których cenił – jakby rośli w oczach. Jak dziękować za to, że znaleźliśmy się w kręgu Jego uwagi i Jego miłości?

Gdy myślę o Jerzym, odważam się sądzić, że ubogacony został wszystkimi cnotami, o których Kościół mówi, że są darami Ducha Świętego: mądrością, rozumem, radą, męstwem, umiejętnością, pobożnością i bojaźnią Bożą. I że umiał z tych darów uczynić użytek dla dobra wszystkich: dla „Tygodnika” i jego czytelników, przyjaciół i wrogów, ludzi dobrej, a może i złej woli... Dla Kościoła i dla Polski.

Gdy myślę o Jerzym, dziś, w dniu Jego pogrzebu, nie mogę uwolnić pamięci od fraz jednego z najpiękniejszych wierszy Norwida, wiersza, który trudno czytać bez najgłębszego wzruszenia. Na dziś wystarczy zmienić w nim tylko imię bohatera:

 

– Dlatego to w Epoce, w której jest więcej

Rozłamań – niźli Dokończeń...

Dlatego to w czasie tym, gdy więcej

Jest Roztrzaskań – niżeli Zamknięć;

Dlatego to na teraz, gdy więcej jest daleko

Śmierci – niżeli Zgonów:

Twoja Śmierć, Szanowny Mężu Józefie,

Doprawdy, że ma podobieństwo

Błogosławionego jakby uczynku!

– Może byśmy już na śmierć zapomnieli

O chrześcijańskim skonu pogodnego tonie

I o całości żywota dojrzałego...

Może byśmy już zapomnieli, doprawdy!...

Widząc – jak wszystko nagle rozbiega się

I jak zatrzaskuje drzwiami przeraźliwie –

Lecz mało kto je zamknął z tym królewskim wczasem i pogodą,

Z jakim kapłan zamyka Hostię w ołtarzu.

 

Władysław Stróżewski

 

 

 

Wygrana bitwa

Była jesień 1962 roku. Jan XXIII otworzył właśnie Sobór Watykański II, który jak gwałtowny wiatr miał przejść przez Kościół niosąc wielkie zmiany. Do Rzymu przybyli dziennikarze z całego niemal świata, wśród nich kilku zza „żelaznej kurtyny”. Jerzy Turowicz był już wtedy człowiekiem znanym. Od siedemnastu lat kierował „Tygodnikiem Powszechnym”, praktycznie jedynym wolnym głosem katolickim w komunistycznym imperium. Wiedzieliśmy o represjach, jakim poddano „Tygodnik” za odmowę publikacji nekrologu Stalina, mało się jednak jeszcze wiedziało o jego roli jako miejsca spotkania i konfrontacji nowych prądów myślowych Zachodu z kulturą polską i, bardziej ogólnie, słowiańską. Był to jakby most rzucony pomiędzy dwiema, jeszcze podzielonymi, Europami, znak jedności i powrotu do wspólnych korzeni chrześcijaństwa.

Turowicz zwykł codziennie odwiedzać watykańską Sala Stampa, a szczególnie dziennikarzy francuskich, wśród których znajdowały się takie sławy jak Fesquet, Wagner, Laurentin. Potem jednak coraz częściej kontaktował się z dziennikarzami z innych krajów, zwłaszcza zaś z nami, Włochami. Dzięki niemu i jego informacjom zaczęliśmy otrzymywać obraz katolicyzmu polskiego bardzo różny od stereotypów, które opisywały go jako czysty konserwatyzm naznaczony nacjonalizmem.

W Polsce skończyła się epoka stalinizmu, ale reżym komunistyczny nadal dążył do zepchnięcia religii na margines i do usunięcia jej z życia społecznego i kultury. Dlatego rzeczą pilną było przejście od wiary w sensie socjologicznym do wiary osobowej, świadomej, odpowiedzialnej, zdolnej przeciwstawić się presji marksizmu. Turowicz – który właśnie w tamtych latach wydał znaczącą książkę „Chrześcijanin we współczesnym świecie” – przynosił nam żywe świadectwo inteligencji katolickiej, która miała w sobie głęboki zaczyn reformatorski. I która miała przyspieszyć aggiornamento Kościoła polskiego, wedle wskazań Soboru.

 

*

Była wiosna 1974 roku. PAX zorganizował w Warszawie jeden ze swoich propagandowych zjazdów. Po zakończonych obradach uczestników zawieziono do Krakowa. W czasie zwiedzania miasta po cichu wraz z jednym z włoskich kolegów odłączyłem się od grupy, żeby pójść do „Tygodnika Powszechnego”, na Wiślną 12. Chcieliśmy porozmawiać z Turowiczem, otrzymać od niego obiektywną interpretację trudnych chwil, jakie przeżywał Kościół. Nawiązywano właśnie „stałe kontakty robocze” między Warszawą a Stolicą Apostolską. Obie strony pojmowały jednak „normalizację” całkiem odmiennie. Strategia reżimu się zmieniła, celem jednak pozostawało izolowanie religii w zakrystii.

Turowicz przyjął nas bardzo serdecznie i zaczął tłumaczyć, jak wygląda sytuacja. Po upływie kilku minut słyszymy pukanie do drzwi i wchodzi następny dziennikarz, francuski, który również opuścił po kryjomu grupę, żeby przyjść posłuchać Turowicza. Kolejne kilka minut i powtarza się identyczna scena, tym razem z dziennikarzem amerykańskim. W tym momencie naczelny, śmiejąc się, pyta, w jakim języku powinien mówić: „Chcecie, żebym to robił po łacinie?”

Ten drobny epizod ukazuje fundamentalną rolę, jaką Jerzy Turowicz odegrał w tamtych latach, nie tylko jako redaktor jedynego pisma opozycyjnego w świecie tzw. realnego socjalizmu, ale także jako miarodajny punkt odniesienia dla wszystkich zachodnich dziennikarzy, którzy znaleźli się w Polsce. Pójść na Wiślną 12 oznaczało nie tylko uzyskać informacje z pierwszej ręki, ale i zanurzyć się w rzeczywistości tego kraju, poznać prawdziwy przebieg dramatycznej konfrontacji między Kościołem a reżimem.

W tej roli Turowicz był także świadkiem, więcej, bohaterem oporu przeciwko królestwu kłamstwa, które – z pewnością mniej okrutne od stalinizmu i mniej gnębiące od breżniewowskiego totalitaryzmu – zmierzało jednak podstępnie do całkowitego wymazania „prawdy”. A co za tym idzie, do pozbawienia narodu polskiego nie tylko wolności, ale jego własnego ducha.

 

*

Była wiosna 1985 roku. W ciągu kilku lat Polska przeżywała jedno trzęsienie ziemi za drugim. Wybrano Papieża z Krakowa, który najpierw był współpracownikiem, a potem „opiekunem”, niekiedy krytycznym, „Tygodnika Powszechnego”. Już pierwsza wizyta Jana Pawła II w ojczyźnie zachwiała fundamentami budowli wzniesionej w Jałcie. Narodziła się „Solidarność”, bunt całego społeczeństwa przeciw państwu partyjnemu, ale próbowano ją zniszczyć, i Polska zmieniła się w wielkie więzienie. Papież powrócił do ojczystej ziemi, umocnił dusze, potwierdził ideały „Solidarności”...

„Tygodnik” opowiadał o tym wszystkim, nigdy nie dając się zastraszyć, mimo prześladowań, cenzury, przeszkód. Podkreślił to sam Ojciec Święty 25 marca 1985 roku w 40. rocznicę powstania pisma: „Ten trud pracy »Tygodnika Powszechnego« miał szczególną wymowę i szczególną owocność, bo przecież jest to jakieś świadectwo dawane Chrystusowi i Kościołowi na tle tysiącletnich dziejów naszej Ojczyzny i chrześcijaństwa w Polsce, a równocześnie w okresie tych dziejów, który jest naznaczony ideowym kontrastem jak nigdy przedtem w ciągu całego tysiąclecia”.

Pamiętam dobrze ten dzień, to spotkanie w Watykanie, ponieważ byłem wtedy wicedyrektorem „L’Osservatore Romano”. Pamiętam dobrze słowa Papieża, ponieważ znalazłem w nich jasno wypowiedzianą wielką wdzięczność dla dzieła, którego dokonał Jerzy Turowicz, wdzięczność za świadectwo dziennikarza, ale przede wszystkim za świadectwo wiary chrześcijańskiej. Turowicz był właśnie odważnym świadkiem praw i obowiązków Kościoła polskiego potępiającego niesprawiedliwość, przemoc i broniącego prześladowanych i upokorzonych.

Jednocześnie był równie odważnym świadkiem – czy raczej rzecznikiem – pontyfikatu Wojtyły. W połowie lat 80. wielu jeszcze było krytyków polskiego Papieża. A Turowicz – w ojczyźnie i poza jej granicami – zawsze wykorzystywał okazję, by go bronić, i ukazywać w sposób pozytywny idee inspirujące jego misję. W jednej z rzymskich gazet Turowicz napisał, że z pewnością nie można nazwać „konserwatywnym” Papieża, którego „duchowa i intelektualna formacja, którego eklezjologia, w znacznej mierze ukształtowane zostały właśnie przez Sobór”; Papieża „tak poważnie zaangażowanego w obronę praw człowieka, domagającego się sprawiedliwości społecznej zwłaszcza dla krajów Trzeciego Świata, ochrony i szerzenia pokoju”.

 

*

W kwietniu 1995 roku ostatni raz odwiedziłem Jerzego Turowicza w Polsce. Spotkałem Go potem w Rzymie, ale w pamięci pozostało mi wspomnienie owej rozmowy w Krakowie. W momencie decydującego przejścia od totalitaryzmu do demokracji został poproszony do wzięcia udziału w sławnym „Okrągłym Stole”, przy którym siadły naprzeciwko siebie władze komunistyczne i opozycja. Nie cofnął się; czuł obowiązek osobistego stawienia się na polu bitwy i wniesienia wkładu własnego doświadczenia w Wielką Przemianę. Doprowadziwszy jednak do końca to zadanie, powrócił do swojej pracy, do swojej pierwszej miłości, do „Tygodnika Powszechnego”.

Kiedy zobaczyłem Go w Krakowie, wydał mi się przedwcześnie postarzały. Ale także prawdziwie spokojny. Tak jakby wiedział, że dociera do końca swojej długiej przygody człowieka i chrześcijanina. Jednocześnie jakby dojrzała w nim świadomość tego, jak wielkie miał szczęście mogąc ujrzeć rezultaty bitwy, której poświęcił – o czym dobrze wie Jego żona Anna – całe swoje życie. Tak, oczywiście, przejmował się tym, że w Polsce rozprzestrzenia się powierzchowne, jeśli nie fałszywe, rozumienie wolności, i pewnymi konserwatywnymi ośrodkami, które przetrwały jeszcze w polskim katolicyzmie. Ważniejsze dlań jednak było – i dziękował za to Bogu – że definitywnie zamknięty został tragiczny rozdział totalitaryzmu, rozpoczęty przez nazizm i kontynuowany przez komunizm.

Gdy słuchałem tamtego dnia Jerzego, przyszedł mi na myśl święty Paweł, kiedy pisał, że stoczył „dobry bój”, że bieg ukończył i że zachował wiarę.

 

*

Chciałem wspomnieć Turowicza w ten właśnie sposób. Wznieść się ponad głęboki szok wywołany jego odejściem. Ponad nostalgię wywołaną tym, że nasza piękna przyjaźń została przerwana – przynajmniej w naszym ludzkim rozumieniu. Chciałem pokazać Go poprzez te cztery epizody jako świadka czy raczej symbol, który ucieleśnia ponad pięćdziesiąt lat historii „innej Europy”, jej męczeństwa, ale także jej odrodzenia i powrotu do jedności z bliźniaczą połową. Jerzy Turowicz, symbol historii, która się skończyła, a zarazem prorok nadziei na historię nową, którą trzeba teraz tworzyć.

Gian Franco Svidercoschi

Gian Franco Svidercoschi dziennikarz, watykanista, były wicedyrektor „L’Osservatore Romano”

 

 

Opoka Jerzego

Od dnia śmierci Jerzego rozmyślam o Jego roli w Kościele. Myślę o tym bardzo spokojnie, sine ira et studio. Uważam, że Jerzy był wśród ludzi Kościoła w Polsce człowiekiem, który najlepiej pojął ducha Soboru. Należał do tych, którzy w jakimś sensie przygotowywali to wydarzenie, a później znakomicie zrozumiał, czym jest Sobór, co to znaczy realizować jego posłanie i jak to jest trudne. Moim szczęściem było to, że tak długo się znaliśmy.

Nasza przyjaźń sięga lat trzydziestych. Gdy ja kończyłem studia we Lwowie, Jerzy je zaczynał. On, krakowianin, ukształtowany został przez środowisko lwowskie. Wyszedł z „Odrodzenia”, podobnie jak ja i wiele innych postaci, takich jak Gołubiew, kardynał Wyszyński czy Stomma. Łączyła nas deklaracja ideowa i jeden duch, który rozpalał swoje ogniska w różnych częściach Europy i nawet świata. Te ogniska przygotowywały Sobór, ale nie wszystkie były do siebie podobne: były różnice i odcienie. Odrodzeniowe środowiska warszawskie i lubelskie skłonne były uczynić z „Odrodzenia” coś w rodzaju „wylęgarni” idealnej chadecji. Panowało tu przekonanie, że partia katolicka może zbudować przyszły świat. „Odrodzenie” wileńskie z Henrykiem Dembińskim uważało z kolei, że trzeba „uchrześcijanić” komunizm, skrajne nurty lewicowe i że to będzie przyszłość chrześcijaństwa. We Lwowie było zupełnie inaczej. Myśmy naprawdę żyli Kościołem. Zasadniczą sprawą była dla nas eklezjologia; nie teoretyczna, ale jako życie. Zastanawialiśmy się, co należy czynić, by Kościół mógł zacząć na nowo żyć pełnym życiem ewangelicznym; główną sprawą było aggiornamento. W prężnym środowisku lwowskim dominował duch otwartości, bardzo znamienny dla późniejszej działalności Jerzego. Otwartości także ku Żydom, a był to czas antyżydowskich bojówek i rugowania Żydów ze wszystkich stanowisk. Zdecydowane „nie” ze strony „Odrodzenia” lwowskiego było bardzo silne. Było to też bodaj jedyne środowisko na terenie Lwowa, które – mimo nieprawdopodobnych trudności – przerzucało mosty ku Ukraińcom.

Jerzy – podobnie jak cały nasz krąg – był ogromnie wyczulony na wszystkie totalizmy. Mimo sympatii dla środowiska wileńskiego i osobistej przyjaźni nas wszystkich z Henrykiem Dembińskim, którego ideą byłą uchrześcijaniona lewica, jak ognia baliśmy się jakiegokolwiek totalizmu lewicowego – podobnie jak prawicowego. Obydwa uważaliśmy za deformację chrześcijaństwa; coś, czego absolutnie w chrześcijaństwie być nie może. Stąd starcia z Młodzieżą Wszechpolską, z potężnym ONR-em i wszystkimi rozgałęzieniami ruchu narodowego, który stawał się coraz bardziej szowinistyczny, nacjonalistyczny i totalistyczny właśnie.

Od chwili, kiedy pobraliśmy się z Maryś w 1933 roku, „patronowaliśmy” zawiązującemu się nowemu małżeństwu Anny i Jerzego Turowiczów, które zrealizowało się tuż przed wojną. Okupację przeżyliśmy w Szczawnicy, a Turowiczowie pod Krakowem. Tak się złożyło, że któregoś dnia w 1941 lub 42 roku musieliśmy przybyć do Krakowa i – pamiętam, że było to na ulicy Batorego – spotkaliśmy się z Jerzym. Idąc ulicą, snuliśmy marzenia o spełnieniu się kiedyś naszych ideałów. Jerzy powiedział wówczas, że marzy o tym, by kiedyś, gdy wszystko się uspokoi, założyć silne środowisko prasy katolickiej. Ja zwierzyłem się z wielkiego pragnienia, by otrzymać kiedyś katedrę filozofii i nauczać takiej filozofii, o jakiej marzę... Znakomicie się rozumieliśmy, bo już wtedy naszym wspólnym mistrzem był Jacques Maritain. Jerzy zawsze „żył” Maritainem, rozczytywał się w jego dziełach Maritaina, głównie w „Humanizmie integralnym”. Spotkał go dopiero w Rzymie z okazji zakończenia Soboru. Wspaniała była ta długa, niezdawkowa rozmowa, choć nie pamiętam już jej przebiegu...

Tuż po wojnie marzenia Jerzego zaczęły się urzeczywistniać. Powstał „Tygodnik”, wkrótce potem „Znak”. Jerzy stworzył opokę, skałę. Jego praca była realizacją owych przedwojennych idei, co w pewnych sytuacjach wymagało wielkiego męstwa i mądrości. Coraz wyraźniej postępowała okupacja sowiecka. W czasach stalinowskich postawa Jerzego była bardzo zdecydowana. Żeby wobec sowieckiego olbrzyma powiedzieć „nie” i nie wydrukować pochwalnego nekrologu Stalina? Wymagało to wręcz heroizmu. Oczywiście, olbrzym powoli trzaskał, ale był jeszcze bardzo potężny. „Na szczęście” skończyło się to „tylko” przejęciem „Tygodnika” na kilka lat przez PAX. Całą tę sytuację Jerzy znosił z ogromną odwagą i męstwem. W latach 1949-55, które były epoką cierpień, heroizmu, męstwa i mądrości – Jerzy był jednym z głównych filarów; działał na pierwszej linii frontu. To było chodzenie po linie. Ów czas cierpień, trudu i upokorzeń był jednak równocześnie czasem wspaniałości; epoką, w której przygotowywało się coś wielkiego. Dlatego śmierć Jerzego jest końcem epoki.

Gdy nadszedł Sobór, początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy, do jakiego stopnia jest on realizacją naszych młodzieńczych marzeń. Jestem głęboko przekonany, że rację miał Jean Guitton, uważając Sobór za największe wydarzenie mijającego wieku. Soborowa rola Jerzego jest ogromna. Owszem, dziennikarzy na Soborze było wielu, ale On był korespondentem ze świata komunistycznego i tylko tutaj mógł nawiązać niezwykle ważne kontakty. Jego głęboka przyjaźń z bratem Rogerem i wieloma innymi wspaniałymi ludźmi zaczęła się podczas Vaticanum II. To właśnie Jerzy zawiadomił mnie telefonicznie, że wraz z Maritainem mam odebrać z rąk Pawła VI soborowe przesłanie do intelektualistów. Paweł VI, jeszcze jako monsignor Montini, był tłumaczem „Humanizmu integralnego”. Wręczając posłanie wstał (co uczynił bodaj tylko wobec przedstawicieli intelektualistów) i uściskał Maritaina, jakby chciał podkreślić, że tę właśnie linię uznaje za linię Soboru.

Być może największy powojenny dramat Kościoła w Polsce polegał na tym, że w systemie komunistycznym realizacja Soboru była w 90 procentach niemożliwa. Myślę, że tragedią kardynała Wyszyńskiego było to, iż nie mógł pokierować należytą recepcją Vaticanum II. Wyobraźmy sobie choćby ekumenizm przesiąknięty agentami UB! To było przecież straszliwie trudne, nierealne, niemożliwe. Równocześnie Kościół w Polsce potrzebował soborowej rosy jak sucha, spragniona ziemia. „Tygodnik” robił tu, co mógł. Jerzy jest tym człowiekiem, który od samego początku głęboko zrozumiał eklezjologiczny program Soboru, czyli dążenie ku Kościołowi prawdziwie wspólnotowemu, służebnemu i otwartemu. W tej dziedzinie trzeba było właściwie jeszcze większego męstwa niż wówczas, gdy „Tygodnik” został odebrany prawowitej redakcji i przekazany PAX-owi...

Mimo wszystkich ataków czy kpin Jerzy pozostał wierny wielkiej tradycyjnej myśli filozoficznej. Przy całej swojej nowoczesności i otwarciu na to, co wartościowe, w tym, co nowe, widział niewiędnącą wspaniałość metafizyki, wielkiej klasycznej filozofii św. Tomasza. Jerzy był prawdziwym renesansowym uomo universale; człowiekiem, który miał ogromne poczucie humoru, zrozumienie dla piękna, spokój i dominującą nad wszystkim mądrość. Posiadał bezbłędną skalę wartości: widział jasno, co jest wartością większą, a co winno pozostać na dalszym planie. Równocześnie zaś cechował go umiar; nigdy nie szedł ku skrajnościom. Wiązało się to ze swego rodzaju dynamizmem: to był dynamizm szukający umiaru. Wreszcie ogromna umiejętność, która objawiła się w jego znamienitej działalności pisarskiej: wiedział, gdzie postawić akcent. Jako historyk filozofii mogę powiedzieć, że wszystkie przemiany w dziejach myśli ludzkiej nie dokonują się poprzez spektakularne rzucanie zupełnie nowych haseł, tylko przez przestawianie akcentów. Umiejętność akcentowania była niezmiernie ważna, zwłaszcza pod rządami komunizmu.

Dzisiejsza rola „Tygodnika”? Nie ma innej, jak tylko rola nieustraszonego dzwonu, który ciągle przypomina, że realizacja Soboru jest sprawą zasadniczą dla całego XXI wieku. Nie ma innej drogi. Jeżeli nie podejmie tego „Tygodnik”, zrobią to inni. Realizacja Soboru nie może się urzeczywistniać przez dekrety, decyzje synodów etc. One są bardzo potrzebne, ale realizacja Soboru musi dokonywać się przez metanoię, przez wewnętrzną przemianę, przez nawrócenie intelektualne i duchowe człowieka. Temu działaniu musi towarzyszyć odwaga mówienia prawdy, dyskusji także z hierarchią. Dzieło to winni prowadzić ludzie głęboko wierzący. Czasy wymagają połączenia wielkiego męstwa z wielką wiarą.

Stefan Swieżawski

 

 

Kochać ludzi

Muszę, chcę wypowiedzieć się w imieniu własnym, ponieważ odeszła mi kolejna bardzo ważna Osoba. Jedna z najbliższych, z najważniejszych. Osoba, która dawała mi dowody czułej myśli, troski, a przez to w trudnych chwilach poczucie siły.

Wielki autorytet, człowiek-instytucja, nie taił, że lubi kabaret pod wodzą Piotra Skrzyneckiego, że lubi artystów.

Przybyłam do „Piwnicy” w 1979 roku i wtedy osobiście poznałam Jerzego. Byłam nieśmiała, przytłoczona wielkością poprzedników. Po jednym z pierwszych występów Jerzy podszedł do mnie i obsypał pochwałami. Odtąd zawsze, gdy był na widowni, śpiewałam dla Niego i rozkwitałam. Piotr był zachwycony. Kiedyś szepnął Jerzemu: „Dobrześmy ją wychowali”. „Nie” – spokojnie odparł Jerzy – „Ania wychowała się sama”.

Bywalec wszystkich piwnicznych opłatków i jajeczek przesiadywał z nami do późna. Nie wiem, skąd czerpał siły. Niewiele mówił, ale bacznie obserwował, wszystko Go interesowało, zadawał wiele pytań. Domagał się relacji z każdej podróży. Sam wysyłał urocze karteczki. Zawsze pamiętał o urodzinach, imieninach, świętach. Zaszczycał swoją obecnością moje krakowskie występy.

Nie mieliśmy żadnej sprzeczki.

Nigdy mnie nie krytykował.

Wielokrotnie powtarzał, że lubi wszystko, co i o czym śpiewam. Wiedziałam, że w każdej sprawie mogę liczyć na Jego dobrą radę i pomoc.

Dawał mi tyle komfortu psychicznego.

Wiem, miałam niebywałe szczęście, ale czy rzeczywiście nań zasłużyłam?

W myśl księdza Twardowskiego: „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...” starałam się odwdzięczyć choć odrobinę.

Jerzy. Nie wiem, czy mi się udało.

Z całego serca dziękuję.

Anna Szałapak

 

 

Pionier ekumenizmu

Bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy;

jeśli umieramy, dla Pana umieramy;

przeto czy żyjemy, czy umieramy,

Pańscy jesteśmy.

Rz 14,8

 

Wiadomość o śmierci Jerzego Turowicza przyjęta została przez Polską Radę Ekumeniczną i Kościoły członkowskie z głębokim smutkiem.

Jerzy Turowicz był wybitnym Polakiem, głęboko wierzącym chrześcijaninem, a wyznawany przez Niego katolicyzm, otwartość w duchu II Soboru Watykańskiego na inaczej wierzących była dla nas nadzieją, że w Polsce dzięki takim ludziom jak Zmarły Redaktor Naczelny „Tygodnika Powszechnego” ruch ekumeniczny będzie torował sobie drogę.

Jerzego Turowicza będziemy pamiętać jako Polaka, który swą otwartą postawą w życiu publicznym był przykładem do naśladowania, szczególnie dziś, gdy tak usilnie dążymy do włączenia naszego Narodu w nurt integracji europejskiej.

Polska inteligencja rzymskokatolicka, ruch ekumeniczny w Polsce poniosły wielką, niepowetowaną stratę. Kościoły członkowskie Polskiej Rady Ekumenicznej będą wspominać Zmarłego w swoich modlitwach.

Zespołowi „Tygodnika Powszechnego” w imieniu Polskiej Rady Ekumenicznej składam kondolencje.

Biskup Jan Szarek

Prezes Polskiej Rady Ekumenicznej

 

 

Dobroć

Wśród niezwykłych cech charakteru i umysłu, którymi tak bogato był obdarzony redaktor Turowicz, dominowała dobroć. Był człowiekiem do szpiku kości dobrym. W parze z dobrocią szły skromność i szlachetność serca. Niósł w sobie spokój wewnętrzny, pogodę ducha i wielką mądrość. Mówił nam, że niebezpieczną rzeczą jest szukać wrogów i dopatrywać się spisku, bo to zwalnia od odpowiedzialności. Pokazywał, iż często nie jest wskazana zawzięta walka, ale zrozumienie przyczyn, a nieraz nawet rozsądny kompromis, który umie doprowadzić do zmiany sytuacji. Był w tym podobny do Josifa Brodskiego, który nade wszystko przestrzegał przed wskazującym palcem, wytykającym winy innym. Sam Jerzy Turowicz w latach najważniejszej próby był dla nas wzorem odwagi. Jednym z tych, którym Polska zawdzięcza odzyskanie niepodległości.

A do tego czuwała nad nim Opatrzność... Przed z górą dziesięciu laty został przyjęty do naszej kliniki z powodu ciężkiej, uogólnionej infekcji. Udało się nam ją opanować, ale pozostała arytmia. Serce biło złym, groźnym rytmem, jednym z tych, które nie cofają się same, a zwiastują najwyższe niebezpieczeństwo. Stosowaliśmy najsilniejsze leki – bezskutecznie. Stanęliśmy u kresu naszych możliwości. Pewnego wieczoru odwiedziłem Jerzego w separatce, posłuchałem serca i wróciłem do domu, przygnębiony własną bezradnością. Kiedy na drugi dzień wcześnie rano przyłożyłem słuchawkę, usłyszałem czysty, miarowy, najbardziej prawidłowy rytm serca. Nie wierzyłem temu, co słyszę, ale potwierdzenie przyniósł zapis EKG. Zapytałem zdumiony: „Jerzy, czy coś się stało ostatniej nocy?” Odpowiedział mi z tym swoim łagodnym, cichym, dobrym uśmiechem: „Wiesz, Ojciec Święty zatelefonował do mnie po północy z Watykanu”.

Kiedy myślę, skąd w jednym człowieku potrafiły skupić się i rozwinąć najpiękniejsze cechy, sądzę, iż wyrosły one z niewzruszonej wiary.

Andrzej Szczeklik

 

 

Cisza i upór

Mogłoby się wydawać, że naturalnym Jego żywiołem jest cisza. Nie sprzeczał się z nikim, nie podnosił głosu. A przecież i dla mnie, i dla wielu osób, którym wypadło spędzić tygodnie, a nawet miesiące kończącej się wojny pod wspólnym z Jerzym Turowiczem dachem, Jego głos jest i pozostanie głosem tamtego czasu.

Wiadomo było, że wieczór należy do niego. Czytał nam wtedy lub deklamował teksty należące wówczas do literatury „zakazanej”. Jak je zdobywał, nie wiedzieliśmy wtedy ani przeważnie nie wiemy dzisiaj. To była najczęściej poezja. Miłosz, Baczyński, Gajcy, poeci już w tamtych czasach nieżyjący lub skazani na zagładę. Niektórzy z nich, jak np. Czesław Miłosz, brali udział w tych wieczornych agapach. Chronili się w bezpiecznym azylu (był to dwór w Goszycach, dom matki Anny, żony Jerzego Turowicza), do którego Jerzy zapraszał ukrywających się pisarzy. Były i utwory prozatorskie, najczęściej żartobliwe, jak „Ubu król” Jarry’ego, poddające humorystycznej krytyce groźną rzeczywistość. Jerzy był znakomitym interpretatorem tych tekstów. Dla mnie jego głos jest do tej pory głosem kończącej się wojny i trudnych czasów, które dopiero nadchodziły.

Większość słuchaczy nie zdawała sobie sprawy, że jest to zapewne próba realizacji zamierzenia, z którym Jerzy Turowicz nosił się już od dawna. Projekt dotyczył powołania katolickiego pisma kulturalnego, inspirowanego przykładami przedsięwzięć francuskich intelektualistów chrześcijańskich, jak Maritain i Mounier. Tej tradycji intelektualnej katolicka prasa polska na ogół nie miała. Jerzy Turowicz (początkowo we współpracy z księdzem Piwowarczykiem) założył, a potem już redagował osobiście „Tygodnik Powszechny”, pismo nowatorskie, którego podstawowym założeniem był rozwój cywilizacji opartej na kulturze. Ten dziennikarski profil dość szybko przyciągnął do „Tygodnika” autorów o niezależnych lub odmiennych światopoglądach, którzy jednak nie akceptowali politycznego monopolu.

Tak więc od samego początku „Tygodnik Powszechny” stał się jedyną w sowieckim świecie trybuną niezależnej myśli. Wyliczanie nazwisk nie jest tu konieczne. Wiele z nich pojawiało się równocześnie na szpaltach „Tygodnika” i na listach protestacyjnych, usiłujących skłonić komunistyczną władzę do tolerancji. Całkowite odcięcie się od polityki nie było jednak możliwe, co stanowiło dla redakcji, a zwłaszcza dla redaktora naczelnego wielką trudność, a nawet ryzyko. Jerzy Turowicz, człowiek spokojny, a zarazem uparcie broniący prawd, którym służył, musiał uciekać się do swego taktu i swojej cierpliwości. Jednym z nieustannych Jego kłopotów była walka z cenzurą. Równocześnie ciążyła na Nim odpowiedzialność za sprawy Kościoła. Brał czynny udział w obradach II Soboru Watykańskiego, w międzynarodowych dyskusjach i zjazdach. Jeden z drukujących w „Tygodniku” swe wiersze poetów, Karol Wojtyła, został papieżem. Oprócz radości oznaczało to dla Turowicza jeszcze jedną (tym razem mile widzianą) dziedzinę obowiązków.

Tych mniej radosnych nie brakło. Do najtrudniejszych momentów należała sytuacja po śmierci Stalina. „Tygodnik” nie zgodził się na publikację pochwalnego artykułu o nim. Władze, którym zależało na utrzymaniu „Tygodnika” jako dowodu ich tolerancji, zażądały od członków redakcji pozbycia się Jerzego Turowicza i Stanisława Stommy. Nikt z pracowników redakcji nie ugiął się. Wszyscy zostali zwolnieni, a „Tygodnik” oddano w pacht PAX-owi, zachowując dawną numerację. Ten stan rzeczy trwał 3 lata, do 1956 roku. Inne, mniejsze „awarie” zdarzały się kilkakrotnie, zwłaszcza w związku z coraz jawniej działającą opozycją – z KOR-em, strajkami w Radomiu i na Wybrzeżu. Likwidacją „Tygodnika” groził także stan wojenny. Dziś można powiedzieć, że cichy upór Jerzego Turowicza, jego rozwaga i niezłomność przyczyniły się do ostatecznego upadku komunizmu nie tylko w Polsce, ale i w całej środkowo-wschodniej Europie.

Jan Józef Szczepański

 

 

Wszyscy ludzie J.T.

Kiedy usłyszałam, że Papież, który kończył właśnie swoją wizytę, wstrząśnięty wiadomością o śmierci Przyjaciela, modlił się za Niego na drugiej półkuli – pomyślałam o Wszystkich Ludziach Jerzego Turowicza.

O tych wielkich, sławnych – i o najzwyklejszych. O tych, połączonych z Nim więzami miłości, najgłębszej przyjaźni, bliskiej znajomości – i o tych, co tylko przelotnie się z Nim spotkali i zapamiętali to na zawsze. O tych, krążących wokół Niego na różnych orbitach – od najbliższej do najdalszej.

Uważam za cenny dar to, że w pierwszym roku stanu wojennego, znalazłam się na jednej z tych orbit. Że mogłam pisać w piśmie, które stworzył i wychował jak dziecko, mądrze i z miłością. Że mogłam, przyjeżdżając do Krakowa, słuchać tego, co mówił w swoim redakcyjnym pokoju, w tym niepowtarzalnym, Tygodnikowym powietrzu, w którym była ludzka serdeczność, zapach kawy, papierosów i kurz ze starych książek. Że mogłam czasem – a już na pewno na Boże Narodzenie dostawać kilkuzdaniowe, ale pełne wielkiego ciepła listy, adresowane wyraźnym, natychmiast rozpoznawalnym charakterem pisma. Że mogłam – przygnębiona nieraz i rozczarowana tym, co widziałam dokoła – przenieść wzrok na Jego życie. Wspaniałe, mądre, skromne, przezroczyste jak kawałek kryształu.

Ale teraz myślę: co dalej? Co my – Wszyscy Ludzie J.T. z tych najbliższych i najdalszych orbit – będziemy teraz robić bez Niego?

Ewa Szumańska

 

 

Dar

Jego mądrość nie lubiła wielkich słów, bo prawdziwej mądrości nie są one potrzebne. To dobre dla krzykaczy, którzy używają ich jak szczudeł, żeby dodać sobie wzrostu i znaczenia. Jerzy Turowicz niczego nie musiał udawać, niczego sobie dodawać, do niczego pretendować. Bez szczudeł – pieszo wchodził na karty polskiej historii jako jeden z najświatlejszych synów naszej ziemi. W czasie wędrówki udzielał swojej mądrości wszystkim, których mijał. Jedni od razu wiedzieli, co z tak pięknym darem począć, drudzy z upływem własnych doświadczeń poznali się na jego wartości. Jeszcze inni do tej pory nie potrafią go sobie przyswoić. Jerzy był tego świadom, ale to Go nie zrażało nigdy...

Czuję się ponad miarę obdarowana, bo i na mnie od czasu do czasu spoczywało Jego uważne spojrzenie.

Wisława Szymborska

 

 

 

Następne...

 

 

 

 


FOT. DANUTA WĘGIEL

Kalendarium życia Jerzego Turowicza

Głosy po śmierci Jerzego Turowicza

Pierwsza rocznica śmierci

O „Bilecie do raju” – wyborze publicystyki Jerzego Turowicza

Archiwum Jerzego Turowicza

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl