|
GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA
Na pogrzeb Jerzego Turowicza
Cóż
to za wielkie uciszenie i uspokojenie serc, że stajemy przy trumnie i ołtarzu
Mszy Świętej z tą samą wiarą w Chrystusa, z którą żył i w której umarł śp.
Jerzy Turowicz. Ona była fundamentem fundamentów: wiara w Boga i przeniknięte
nią przeświadczenie o wartościach, od których nie ma dyspensy ani przetargu.
Wartości, bez których zachowania człowiek i świat nie byłby ludzki. Marzec roku
1953 sprawdził te najgłębsze przekonania, które kazały katolikowi świeckiemu
powiedzieć: „non possumus”.
Jerzy
Turowicz, chrześcijanin w Kościele i świecie, katolik świecki, przez całe swoje
życie był zaangażowany w sprawy kultury, polityki, życia społecznego, w służbę
słowa i w swoją własną rodzinę. W czasie II Soboru Watykańskiego i po jego
zakończeniu był promotorem nowej świadomości Kościoła i katolików świeckich w
jego wspólnocie. Podjął szanse i zadania refleksji i recepcji. Trzeba było iść
i równocześnie szukać drogi. Był w tym człowiekiem mądrym.
Doświadczyłem
tego z bliska zwłaszcza w dziedzinie apostolstwa świeckich. Przez 20 lat
byliśmy razem w Komisji Episkopatu do tych spraw, powołani do niej przez
Kardynała Wojtyłę, jej przewodniczącego. Jerzy Turowicz był człowiekiem
dialogu, także w Kościele. Mogłem się tego uczyć jako świadek dialogu Kardynała
Metropolity z Redaktorem Naczelnym i jego „Tygodnikiem”. A szukanie dróg i
podejmowanie decyzji po roku 1989 w mnogości diagnoz, modeli i projektów było
sztuką szczególnie trudną...
Kraków
i Kościół Krakowski zawdzięcza bardzo wiele śp. Jerzemu Turowiczowi, a ja zaznałem
od Niego przez ponad 50 lat bardzo wiele przyjaznej życzliwości.
Chrystus
mówi: „Ja jestem zmartwychwstaniem i
życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. A ja go wskrzeszę w
dniu ostatecznym!” Mówił to przy grobie Łazarza w Betanii. Mówi to przy
grobie Jerzego Turowicza, w Tyńcu.
Ks. Kard. Franciszek Macharski
Arcybiskup Metropolita Krakowski
Klisze pamięci
Jerzy wprowadzał w życie redakcji spokój, ład i
bezpieczeństwo. Ważna była zawsze fizyczna obecność. Odczuwało się ją poprzez
ściany Jego gabinetu. Kiedy wyjeżdżał na dłużej, pękał rytm monotonnych zajęć,
wkradał się jakiś nieporządek, chaos. Narastały napięcia i nerwowość.
Był Szefem niezwykłym: zawsze opanowany, umiejący
wysłuchać innych, nie narzucający swoich poglądów. Mądry mądrością Eklezjasty,
który wiele widział, wszystkiego doświadczył i niczemu się nie dziwi. Przygotowany
na każdą sytuację, nawet na głupstwo i złość tych, którzy uważają się za
mędrców. „Pokolenia przychodzą i
odchodzą, a ziemia trwa po wszystkie czasy”.
Wzór prawości i rzetelności. Nam, młodszym zdarzało
się, że zapomnieliśmy odpisać na czyjś list, w porę przeczytać powierzony
artykuł. Może nawet okazywaliśmy niecierpliwość, kiedy dochodziły do nas czyjeś
żale, które wydawały się nam urojone. Wszystkie te słabości – zdawałoby się tak
zwyczajne naturze ludzkiej – były poza Jerzym. Nie miały do Niego dostępu.
Odpisywał na listy nawet szalone, cierpliwie tłumacząc czytelnikom swoje racje.
Nauczył nas, nie ucząc, czegoś bardzo istotnego w
pracy dziennikarskiej, że w tym zawodzie obowiązuje pewien ethos – ethos
uczciwości intelektualnej. Kiedy się go łamie, traci się na zawsze
wiarygodność. Nie wystarczy talent, sprawność rzemiosła, ważna jest postawa
zrozumienia i przyjaźni wobec każdego szukającego prawdy, szczególnie tego,
który błądzi i porusza się po omacku. W „Tygodniku” nikt nigdy nikogo nie
nawracał. Jerzy pozwalał każdemu być sobą. Gwałt intelektualny i ideologiczny
nie miał prawa wstępu w przestrzeń, w której się poruszał. To właśnie
przyciągało ludzi spoza kręgu katolickiego – osobowości wybitne: poetów, malarzy,
muzyków, publicystów, chodzących niewydeptanymi ścieżkami. Była to przede
wszystkim zasługa Naczelnego, redaktora otwierającego przed pismem horyzonty
nowe, których jeszcze w pełni nie zgłębiliśmy.
Muszę to wyznać: Jerzemu Turowiczowi zawdzięczam
niejedno wzruszenie religijne i podstawowy zrąb mojej metafizyki. W pamięci mam
żywe obrazy Dni Skupień pracowników „Tygodnika” w zaciszu krakowskich i
podkrakowskich klasztorów: u Jezuitów przy Kopernika, Kamedułów na Bielanach,
Benedyktynów w Tyńcu, Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej – dni wewnętrznej
ciszy, zamyślenia, modlitwy. Przychodził na nie zawsze Redaktor Naczelny, jeśli
nie był w dalekiej podróży. Czasem pełnił rolę lektora (natura obdarzyła Go
piękną barwą głosu, a przy tym wykazywał nieprzeciętny respekt dla
interpunkcji, rozkładu akcentów, intonacji frazy), odczytującego kartki z
żywotów świętych podczas posiłków w klasztornych refektarzach. Te „kąpiele
duchowe” dla drugiej generacji ludzi „Tygodnika”, do której się zaliczam, miały
kolosalne znaczenie. Integrowały i formowały środowisko. Pozwalały zbudować w
czasach „realnego socjalizmu” wspólnotę świadomą swoich podstawowych celów i
zadań. W tych dniach milczenia, ciszy i kontemplacji rodziły się najlepsze pomysły,
hartowała się wola pracy dla umęczonej Polski, dla Kościoła.
Patrząc przez niemal pół wieku na utrudzonego Szefa:
pochylonego z uwagą nad najdrobniejszym tekstem, korygującego błędy literowe,
stylistyczne, piszącego do współpracowników obszerne listy, przeglądającego codziennie
sterty gazet, czułem zawsze małą zazdrość i zarazem wielki podziw dla Jego
umiejętności gospodarowania swoim czasem. Jerzy – wyłączam z tego lata choroby
– miał czas na wszystko: na czytanie najnowszej poezji, koncerty muzyki
rockowej, przedstawienia teatralne, filmy, zwiedzanie galerii sztuki, spotkania
literackie i życie towarzyskie. Był po prostu wszędzie, gdzie się coś dobrego
lub ważnego działo. Uważny, przyjazny ludziom, uśmiechnięty. Wrażliwy aż do
bólu na każdy okruch dobra i piękna. Wiedza o życiu przysparza jednak i
cierpień – jak zapisano w Księdze Eklezjasty. Bo „kolistą drogą wieje wiatr / i znowu wraca na drogę swego okrążenia”.
Bronisław Mamoń
Fotografia
Oto zdjęcie, które przechowujemy z coraz większą
pieczołowitością. Zostało zrobione w pierwszych dniach czerwca 1981 roku w
mieszkaniu pani Anieli Urbanowicz na Nowym Świecie w Warszawie. Starzy
przyjaciele obchodzą 82. urodziny pani Anieli w jej kuchni. Brat Roger był
najpierw w Piekarach Śl. na pielgrzymce mężczyzn, następnie na pogrzebie kard.
Wyszyńskiego. W Warszawie, jak prawie zawsze, zatrzymał się w mieszkaniu pani
Anieli. Stamtąd następnego dnia rano pojechał wprost do Rzymu odwiedzić w
szpitalu Papieża. To podczas tego spotkania, które przedstawia załączone
zdjęcie, młodzi z Warszawy przynieśli snop polnych kwiatów, które brat Roger
zawiózł zranionemu Papieżowi.
W tych dniach ze szczególną wdzięcznością myślimy o „Tygodniku”,
o panu Jerzym i wszystkich, którzy „Tygodnik” tworzyli i tworzą. Z braćmi,
którzy znali państwa Turowiczów, próbujemy sobie przypomnieć wszystko, co nas
łączyło. We wszystkich tych wspomnieniach jest już tyle odblasków tego Światła,
w którego pełni żyje teraz pan Jerzy.
Brat Marek z Taizé
Jerzy i kontynuacja
Niełatwo przychodzi mi wypowiadać się o Jerzym
Turowiczu w kilka dni po Jego śmierci. Myślę o Nim i o tym jak bardzo będzie
brakowało w Polsce Jego autorytetu. Ale myślę także o dziele Jego życia, o „Tygodniku
Powszechnym”. I mam przeświadczenie, że sam Jerzy chciałby tego, aby teraz
pomyśleć nie tylko o Nim, lecz i o przyszłości dzieła, które zostawia.
Kontynuacja tego dzieła wymaga sprostania tym miarom,
jakie przez 53 lata wyznaczał „Tygodnikowi Powszechnemu” Jerzy Turowicz. Zmieniała
się sytuacja, zmieniają się gusta, zainteresowania, potrzeby. Miara jednak
pozostaje.
Nie wątpię, że zespół ludzi skupionych dziś w „Tygodniku”
dobrze rozumie i trudności, i wielkość tej kontynuacji. Czy jednak w
dzisiejszym polskim życiu, w polskiej kulturze i w Kościele w Polsce istnieje
dostatecznie mocna i głęboka świadomość, że dzieło Turowicza stanowi część
naszego wspólnego dobra i dziedzictwa? Czy więc, ponad wszystko inne, stosunek
do kontynuacji tego dzieła kształtować będzie poczucie, że pismo to od ponad
pięćdziesięciu lat stanowi instytucję polskiej kultury o znaczeniu narodowym?
Odszedł Człowiek, któremu bardzo wiele zawdzięczamy.
Mało kto miał życie tak wewnętrznie bogate i tak wytrwale służył temu, co
kochał.
Niebu przybył prawdziwy chrześcijanin – jak podobno
miał powiedzieć kardynał Deskur na wiadomość o śmierci Turowicza. Wśród nas
pozostało Jego dzieło: „Tygodnik Powszechny” – potrzebny dziś wolnej Rzeczypospolitej
dla rozwoju kultury obywatelskiej, kultury namysłu i debaty. Potrzebny
Kościołowi w Polsce w nowym czasie ewangelizacji.
Tadeusz Mazowiecki
O wolność, nie tylko Polski
Bardzo wcześnie, bo już od początku lat 50., Jerzy
Turowicz zaangażował się na rzecz porozumienia między Polakami a Niemcami.
Działalność ta była znienawidzona przez ówczesne władze komunistyczne PRL.
Wśród wielu Polaków natomiast, pamiętających okropności panowania narodowosocjalistycznego,
spotykała się z niezrozumieniem. Pomimo to Jerzy Turowicz poszedł tą właśnie
drogą. Nie tylko sam szukał kontaktów z Niemcami i z niemieckimi katolikami,
ale zachęcał swoich redaktorów i przyjaciół do szukania takich kontaktów – w
tym także z niemieckimi politykami. Wiele z tych osób, które wówczas pracowały
wspólnie z nami na rzecz zbliżenia polsko-niemieckiego, pozostaje do dziś
naszymi przyjaciółmi.
Nakierowana na Niemcy działalność Jerzego Turowicza
opierała się na przekonaniu, że porozumienie i pojednanie między Polakami a
Niemcami jest najważniejszą przesłanką pokojowego współżycia w Europie. Mimo
różnych przeciwności temu założeniu pozostał wierny aż do śmierci. Wraz z Jego
śmiercią wszyscy straciliśmy wielkiego Polaka i wielkiego Europejczyka.
Jerzy Turowicz był na różne sposoby związany z
Centralnym Komitetem Katolików Niemieckich. Brał udział w wielu
Katholikentagach (odbywających się co dwa lata, wielotysięcznych zjazdach
niemieckich katolików). Prowadził szereg rozmów z moimi poprzednikami na
stanowisku przewodniczącego Centralnego Komitetu i zawsze miał otwarte serce na
nasze sprawy. Chociaż sam nigdy nie zabierał publicznie głosu podczas Katholikentagów,
troszczył się o to, aby występowali na nich jego redakcyjni współpracownicy i
przyjaciele. Jako spiritus rector współpracy między katolikami z Polski i
Niemiec wspierał działalność takich osób jak Józefa Hennelowa i Władysław
Bartoszewski, a zwłaszcza Mieczysław Pszon. Był nie tylko sygnatariuszem, ale
także jednym z ojców duchowych wspólnego oświadczenia polskich i niemieckich
katolików na 50. rocznicę wybuchu II wojny światowej „O wolność, sprawiedliwość
i pokój w Europie”, opublikowanego 1 września 1989 roku.
Troszczył się o to, aby poprzez „Tygodnik Powszechny”
polska opinia publiczna mogła poznać inny obraz Niemców i Niemiec niż ten, jaki
rysowała wówczas propaganda komunistyczna. Patrząc na postać Jerzego Turowicza
wielu ludzi z Niemiec, zwłaszcza młodych, mogło doświadczyć, co to znaczy
pracować na rzecz wolności, sprawiedliwości i demokracji w warunkach
komunistycznej dyktatury. Przez całe swe życie służył prawdzie i wolności; nie
tylko wolności Polski, ale także innych krajów.
Hans Joachim Meyer
Hans Joachim Meyer – przewodniczący Centralnego Komitetu Katolików
Niemieckich. Przed rokiem 1989 mieszkał w Niemieckiej Republice Demokratycznej.
Turowicz i Jacques Maritain
Chciałbym coś powiedzieć o latach, kiedy formowała się
osobowość Jerzego Turowicza, a więc o latach dwudziestolecia między pierwszą i
drugą wojną światową. Był to ostatni okres, kiedy polska inteligencja brała
dużo z Francji i na ogół znała język francuski. Młody Turowicz poruszał się, by
tak rzec, po francuskiej orbicie, choć niekoniecznie znajdował tam to samo, co
inni. Znajdował tam przede wszystkim katolicką myśl francuską, a w niej to
zwłaszcza dojrzewały idee odnowy w Kościele, które przygotowały Sobór
Watykański.
Francja miała wtedy wybitnych teologów, którzy
pogłębiali „katolicyzm intelektualny” i wbrew procesom rozkładowym języka
literackiego, pisali znakomitą, klarowną francuszczyzną. Największy jednak
wpływ zarówno we Francji, jak za granicą, wywierał wtedy Jacques Maritain
(1882–1973): ani duchowny, ani teolog z wykształcenia, laicki filozof, z
rodziny protestanckiej, w młodości student Bergsona, którego filozofia skierowała
go do rozmyślań o religii i przejścia na katolicyzm. Maritain wybrał za swój
cel odnowienie tomizmu, który wtedy wydawał się beznadziejnie skostniały i
nawet niezdolny przemówić do człowieku dwudziestego wieku. W wielu swoich
książkach Maritain dowodzi, że mnóstwo zjawisk nowoczesności można skutecznie
wyjaśnić posługując się systemem myśli zbudowanym przez św. Tomasza. I tutaj
paradoks. W swoim powrocie do tomizmu Maritain nie był wyjątkiem, był natomiast
wyjątkiem, jeżeli chodzi o wyciąganie z niego wniosków. Liczni zwolennicy „światopoglądu
chrześcijańskiego” w takich krajach jak Włochy czy Portugalia posługiwali się
pismami św. Tomasza dla uzasadnienia rządów autorytarnych i wyglądało na to, że
samo to nazwisko stało się własnością antyparlamentarnej i antyliberalnej
prawicy. Ta tendencja była Maritainowi zupełnie obca. Przeciwnie, jego
tomistyczny katolicyzm był otwarty na zmienność i nie próbował jej zamrozić,
tolerancyjny i ekumeniczny. W wielu ideach Soboru Watykańskiego można znaleźć
ślad uważnej lektury książek Maritaina, który zresztą był jednym z nielicznych
świeckich jego uczestników. Nie znaczy to jednak, że należał do skrajnie postępowego
skrzydła, próbującego przepchnąć w komisjach najdalej idące reformy. Zdawał
sobie sprawę z kosztów odnowy, z grożącego wiernym poczucia chaosu. W starości
pisze jedną ze swoich najciekawszych książek, w której próbuje przywrócić
właściwe proporcje pomiędzy zachowawczością i reformą. Jest to „Le paysan de la Garonne” („Chłop z
Garonny”, 1966), próba wyłożenia prostym językiem swoich poglądów, sposobem „kawa
na ławę”.
Maritain przed wojną stał się mistrzem niedużych grup
inteligencji katolickiej w różnych krajach. Również w Polsce, gdzie czytało go
namiętnie środowisko czasopisma „Verbum” wydawanego w Laskach pod Warszawą, na
którego też zaproszenie Maritain raz Polskę odwiedził. A właśnie młody Turowicz
jak najbardziej był częścią tego właśnie środowiska, i bez wielkiej przesady
można uznać „Tygodnik Powszechny” za kontynuację „Verbum” w nowych warunkach.
Tomizm w ujęciu Maritaina był czymś niemiłym zarówno
dla duchownych, jak i świeckich tradycjonalistów, którzy posługiwali się tą
filozofią dla umacniania swojej twierdzy albo wręcz dla propagowania totalizmu
z dodatkiem przymiotnika „katolicki”. Nazwisko św. Tomasza często pojawiało się
na łamach „Prosto z mostu” i pism pokrewnych. Jak się zdaje, ta myśl
średniowieczna zawiera w sobie jakieś pierwiastki, które, odpowiednio potraktowane,
rozwijają się w nieoczekiwane formy, niby japońskie kwiaty z bibułki włożone do
wody. Jednym z tych pierwiastków była ugruntowana logicznie pewność posiadania
prawdy, nie pozwalająca odnosić się tolerancyjnie do błędu. Bo jeżeli posiadam
prawdę, czyż mogę pozostawiać spokojnie w błędzie moich bliźnich, którzy się
mylą? Kiedy następuje przerzut tego rozumowania w życie ludzkich społeczeństw,
skutki nie są najlepsze.
Maritain rozbrajał te potencjalnie niebezpieczne
ładunki w Tomaszowych pismach, zachowując jednak wierność wobec podstawowego
przesłania, którym jest szacunek dla ludzkiego rozumu. Pociągał czytelników swoim
zaciekawieniem współczesnością, szczególnie jej ciągłą fermentacją w nowych
prądach filozofii, literatury i sztuki. I właśnie te aspekty jego dzieła
najsilniej w Polsce oddziałały.
Maritaina trochę tłumaczono, choć jego zwolennicy
czytali go głównie w oryginale. W latach trzydziestych (nie pamiętam daty)
ukazała się „Sztuka i mądrość” – tytuł oryginału: „L’art et scholastique”. Ta książka utrafiła w potrzeby młodego
pokolenia adeptów literatury i była w ich kołach dyskutowana. Jeden z
najbardziej obiecujących młodych krytyków, Ludwik Fryde, wręcz obrał Maritaina
za swego przewodnika i cytuje go gęsto w swoim artykule-manifeście w pierwszym
numerze czasopisma „Pióro”. Pismo to w zamiarze jego redaktorów, Frydego i
Józefa Czechowicza, miało otwierać nową orientację w polskiej poezji. Ukazał
się tylko numer pierwszy, w 1939 roku, drugi spłonął w drukarni, Czechowicz
zginął we wrześniu 1939, Fryde w 1942.
Jerzy Turowicz interesował się sztuką i był znawcą
poezji. W swoich poglądach na tę dziedzinę wiele zaczerpnął z Maritaina, a
ponieważ było to też moim przypadkiem, następowało współbrzmienie i
rozumieliśmy się doskonale. Dotyczyło to warunków piękna dzieła sztuki: integritas (chyba można to przetłumaczyć
jako pełnia), consonantia (harmonia),
claritas (promienność?). Ale także od
Maritaina pochodziła pewna nieufność Turowicza wobec sztuki czystej,
uwielbiającej samą siebie. Ten rodzaj pojmowania sztuki pojawia się w ostatnich
dekadach dziewiętnastego wieku i zbiega się z kryzysem wiary religijnej oraz
poszukiwaniem jej substytutu. Maritain ostrzegał, pisząc negatywnie o tych,
którzy uznali sztukę za „chleb anielski”. Tutaj ja też się z nim zgadzałem.
Nie tylko w zakresie „Mądrości i sztuki” Turowicz był „maritainistą”.
Całe jego stanowisko wobec wielkich społecznych problemów stulecia i wobec
Soboru Watykańskiego nosi cechy „Humanizmu integralnego” jak nazywa się jedna z
maritainowskich książek. Rzecz dziwna, w swoich ostrożnych, zawsze wyważonych
sądach, w darze umiaru, Turowicz jest bliski Maritainowi także temperamentem.
Taki temperament rozmaicie jednak działa w zależności od warunków, w jakich
wypadło mu się znaleźć. Turowicz miał być poddany próbom, których Maritain,
szczęśliwie dla siebie, uniknął, choć jasno wypowiadał się przeciwko
kolaboracji z Niemcami i, wybrawszy emigrację, „był głosem wolnych Francuzów De Gaulle’a”. Turowiczowi przypadło
teoretycznie niemożliwe zadanie założenia i utrzymania jedynego niezależnego
pisma na obszarze od Łaby do Władywostoku. W jakim stopniu jego przyrodzonym zdolnościom
i temperamentowi pomagała znajomość myśli Maritaina, będą mogli opowiedzieć
jego bliscy współpracownicy. Warto jednak zauważyć, że jako redaktor i polityk
był wystawiony na niezliczone pokusy stopniowego i maskowanego przejścia na
pozycje marksistów, czego klasycznym przykładem była grupa „Paxu” wyznająca
katolicyzm, a jakże, spod znaku św. Tomasza z Akwinu. Tutaj okazywały się
pożytki z zaprawy w myśli rygorystycznej, ale nie totalitarnej. Jak się zdaje,
inteligencja katolicka podczas wojny i zaraz po wojnie lubiła mówić o
personalizmie Emmanuela Mouniera i może Turowicz coś tam o nim pisał. Gdyby
jednak brał go poważnie, naraziłby swoją myśl na niejasność i wykrętność. Mounier
w Polsce był znany właściwie tylko z drugiej ręki i jego legenda nie bardzo
odpowiadała rzeczywistości. Bardzo postępowy i nawet lewicowy, wykazywał
skłonność do sojuszów z rządami autorytarnymi. Podczas wojny otarł się o
kolaborację z rządem Vichy (należąc do tzw. grupy Uriage), po to, żeby po
wojnie przyłączyć się do chóru sławiącego państwo Stalina i pływać w zupie
prokomunistycznego Paryża. Wynikało to chyba z chaotyczności i mglistości jego
filozoficznych założeń. Wątpliwy przewodnik, i cokolwiek o nim Turowicz myślał, dobrze, że nie stał się „personalistą”
w pojęciu tego terminu u Mouniera.
Dużo tedy pokus i dzisiaj podziwiamy Turowicza za
spokojne ich odsunięcie, mocą działającego w nim homeostatu. Jeden z kilku
naprawdę wielkich ludzi dwudziestego wieku, był ukształtowany w Polsce międzywojennej,
co odnotowuję z dumą, choć trzeba przyznać, że i wtedy w kraju katolickim
należał do malutkiej mniejszości. Dla tej mniejszości wiele znaczyły pisma
Jacques Maritaina, przynoszące wieść, że religia nie musi być sprawą wyłącznie
obrzędową albo dodatkiem do politycznych haseł, że gmach wzniesiony przez katolickich
filozofów i teologów jest wspaniałym labiryntem zasługującym na zwiedzanie. To
teraz, kiedy drukują się artykuły na religijne tematy w „Tygodniku
Powszechnym”, „Znaku” czy „Więzi”, można o tamtej budzicielskiej roli mniej czy
bardziej zapomnieć. Osobowość i zakres działań Jerzego Turowicza nam o tym
przypominają.
Czesław Miłosz
W sytuacji dialogu
Dla mnie Jerzy Turowicz był uosobieniem instytucji: „Tygodnika
Powszechnego” i środowiska, które udało mu się stworzyć. Nie ukrywam, że to
środowisko miało olbrzymi wpływ na moją formację duchową, zwłaszcza w młodym
wieku, ponieważ czytałem „Tygodnik” już jako alumn w seminarium. W „Tygodniku”
znajdowałem mocne duchowe oparcie.
Czytaliśmy z ogromną atencją nie tylko to, co zostało
napisane, ale także jak zostało napisane, ponieważ był to dla nas głos
katolicyzmu autentycznego i pogłębionego. Było to niesłychanie ważne w tamtych
czasach, kiedy usiłowano stwarzać pozory, że wiara jest niegodna człowieka
wykształconego, że jest to już tylko relikt przeszłości. Osoby tworzące środowisko
„Tygodnika” były więc dla nas, ludzi młodych, dodatkowym motywem: ich przykład
zachęcał do pogłębienia wiary. Znałem teksty Jerzego Turowicza i Jego
współpracowników. Kiedy uczono nas historii ruchów rewolucyjnych, sięgaliśmy po
książki historyczne Gołubiewa, Malewskiej, Parnickiego, Kossak-Szczuckiej, czytaliśmy
Zawieyskiego i Żychiewicza. Chcę zaświadczyć, jak ważne było to w tamtych
czasach.
Osobę Jerzego Turowicza poznałem późno, bo dopiero w
latach 70. Nasze kontakty pogłębiły się, kiedy zostałem biskupem, a zwłaszcza
gdy w 1986 roku zlecono mi prowadzenie Komisji Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem.
Był On już wtedy człowiekiem bardzo znanym. W kontakcie osobistym mój szacunek,
a nawet podziw dla Jego osoby pogłębiły się. Zobaczyłem w Nim człowieka
autentycznej i głębokiej wiary, człowieka ogromnej kultury, a do tego
życzliwego, otwartego, promieniującego dobrocią i spokojem.
Z drugiej strony Jerzy Turowicz potrafił być także
bardzo stanowczy, umiał bronić swojego zdania i swych poglądów. Ale robił to z
godnością, z poszanowaniem dla drugiego człowieka. Nie ukrywam, że uczyłem się
od niego kultury dialogu i dyskusji. Był dla mnie oparciem w dialogu z
judaizmem, gdyż posiadał w tym względzie ogromne doświadczenie. W chwilach
trudnych i dramatycznych wiedziałem, że mogę na Nim polegać, poradzić się, i że
uzyskam dobrą i wyważoną radę.
Wiem, że w niektórych środowiskach Jerzy Turowicz
uchodził za filosemitę. Odpowiadając na takie zarzuty, chciałbym zwrócić uwagę,
że osoby zajmujące się problemami polsko-żydowskimi, czy też szerzej chrześcijańsko-judaistycznymi,
często znajdują się w takiej sytuacji – której sam zresztą doświadczam – że
stają się rzecznikiem strony żydowskiej wobec Polaków i odwrotnie: rzecznikiem
racji strony polskiej wobec Żydów. Sam kilka razy byłem świadkiem, jak na
zjazdach międzynarodowych Jerzy Turowicz potrafił bronić autentycznej racji
Polski, i jak potrafił przeciwstawiać się energicznie stereotypom i schematom o
Polakach i tzw. polskim antysemityzmie. Byłem Mu za to ogromnie wdzięczny i
cieszę się, że mogę dać publiczne świadectwo tej wdzięczności.
Podczas mojego ostatniego spotkania z Jerzym
Turowiczem zadałem Mu pytanie: „Panie Jerzy, czy »Tygodnik« jest jeszcze, czy
nie jest Pański?”. Odpowiedział: „Są już w redakcji młodzi ludzie, którzy
lepiej czują współczesne problemy, a mnie ciągle jeszcze tolerują...”.
Oczywiście było to powiedziane pół żartem, pół serio. Widać było tu Jego wielkoduszność:
potrafił dać pole innym, a jednocześnie do końca czuł się ojcem tego wielkiego
dzieła. Myślę, że słusznie.
Abp Henryk Muszyński
Spotkanie u mety
Załodze „Tygodnika Powszechnego”, która utraciła swego
Ojca-Założyciela i Redaktora Naczelnego w ciągu 53 lat istnienia pisma –
przesyłam serdeczne słowa współczucia.
Odszedł od nas człowiek, który stał się jedną z
najpiękniejszych postaci powojennego półwiecza. Przetrwał najtrudniejsze próby
i od początku aż do końca pozostał rycerzem bez skazy. Łączył w sobie spokojną,
heroiczną odwagę połączoną z mądrą rozwagą. Sterował przez pół wieku tą Arką
Noego, którą stał się w najgorszych latach PRL założony przez niego „Tygodnik
Powszechny”. Zachował w niej nietknięte te wartości, których on sam był uosobieniem.
Był niezłomnie wierny Kościołowi i Polsce, a także samemu sobie.
Polska traci w Jerzym Turowiczu jeden z nielicznych,
wielkich autorytetów moralnych. Ja sam odczuwam boleśnie stratę przyjaciela,
który mimo odległości był mi bardzo bliski. „Tygodnik Powszechny” walczył o
zachowanie wolności ducha i umysłów sposobami, które były mu dostępne.
Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa walczyła o to samo inaczej. Cel był
wspólny i spotkaliśmy się u mety.
Żegnaj, Przyjacielu, który stałeś się światłem w
mrokach.
Jan Nowak-Jeziorański
Jerzy i Pani Anna
Ks. Adam w tynieckim kazaniu pytał, skąd się w Nim to
wszystko brało. Mówił o głębokiej wierze, wspartej szeroką wiedzą, o pokorze i
nieśmiałości, a wreszcie o „darze przyjaźni i miłości”. Patrzyłam wówczas na
Panią Annę, siedzącą w ławce niedaleko mnie, drobną i szczupłą, niemal
niedostrzegalną w tłumie. Myślałam o Jerzym, obserwującym w Rzymie obrady Soboru, Jerzym w redakcji,
na licznych spotkaniach, konferencjach, koncertach i wernisażach, Jerzym
pracującym po nocach, bo niezależnie od długości wieczornych eskapad zadania na
dany dzień musiały być wypełnione... I przyszło mi do głowy, że mógł robić to
wszystko, bo miał przy sobie niezwykłą towarzyszkę, która być może przeczuwała,
a potem już wiedziała, że jest żoną wielkiego człowieka. Niełatwe to zadanie.
Zawsze na drugim planie, ale najważniejsza podpora, najwierniejszy towarzysz,
kochający doradca, troskliwy opiekun, a nawet pamięć Jerzego – bo w ostatnich
miesiącach zdarzało się, że jakichś szczegółów z przeszłości już nie pamiętał.
Trzeba było ich wtedy zobaczyć. On (lekko poirytowany): „Anno, ale to ja przy
tym byłem”. Ona: „Ale ja pamiętam”. On (bardzo zdecydowanie): „Pozwól więc, że
najpierw ja opowiem, a potem ty sprostujesz”. Opowiadał, ona prostowała, na co
on (łagodnie): „Może rzeczywiście tak było...”
Pamiętam jakąś audycję telewizyjną z nimi obojgiem –
entuzjastycznego prowadzącego, który chciał zakrzyczeć wszystkich, i Panią
Annę, wyłamującą się z panującego wokół tumultu, wypowiadającą tylko dwa (przygotowane
wcześniej?) zdania: „Bo mnie się wydaje, że najważniejsze w małżeństwie jest
to, żeby się ze sobą nie nudzić. Otóż ja się nigdy z Jerzym nie nudziłam”.
Opowiadano mi o krakowskiej premierze „Tajemniczego ogrodu” Agnieszki Holland,
z której wracali przez nocne miasto trzymając się za ręce...
A przecież 60 lat małżeństwa nie upłynęło na samej
idylli. W ostatnich kilku latach Jerzy zaczął tracić siły. Odwiedzałam Go w
domu i w szpitalu – chorowanie jest obecne w całym moim życiu, dlatego traktuję
własną niepełnosprawność jako coś normalnego. Dla Niego, Prawdziwego Mężczyzny,
nagła niemoc była jednak trudna do przyjęcia. Nie potrafiłam mu pomóc, obawiam
się, że i Pani Anna nie potrafiła, ale widziałam jej wewnętrzny spokój i
cierpliwe oczekiwanie, aż sam Jerzy przegryzie to w sobie. Jak to dobrze, że
przegryzł i w jednym z ostatnich tekstów (w „Kontrapunkcie” o miłości) cytował
starą piosenkę: „Serce to najpiękniejsze słowo świata...”
Janina Ochojska
Siateczka zmarszczek
Nie cierpiał laurek i panegiryków. „Jestem
zdecydowanym przeciwnikiem kultu jednostki, zwłaszcza, gdy przedmiotem tego
kultu staję się ja sam” – dokuczał dobrotliwie twórcom „Apokryfu”, wydanego z
okazji 85. rocznicy swoich urodzin, podczas urodzinowych obchodów w „Pałacu pod
Baranami”. I uśmiechał się swoim specyficznym, czarującym uśmiechem, w którym
była autoironia, dobroć, odrobina zawstydzenia i dużo wzruszenia. Minęło ledwie
trzynaście miesięcy od owej urodzinowej uroczystości, w której udział wzięły
tłumy przyjaciół z Krakowa, z całej Polski, z całego świata. I nagle 27
stycznia zawalił się świat. „Już nigdy nie będzie tak jak było. Nikt nie wypełni
tej luki” powtarzają ludzie. „Bo kto będzie pionem, miarą, wagą naszych poczynań?”
Wraz z Jego odejściem, jak z odejściem ojca znikło poczucie bezpieczeństwa. –
Dla kogo się teraz starać? Kto oceni? Kto pochwali? Kto, jeśli trzeba, zgani?
Zastanawiam się, jak ubrać swój smutek w słowa, a
Jerzy, z fotografii umieszczonej w urodzinowym „Apokryfie” uśmiecha się
rozbawiony. W przymrużonych oczach leciutka drwina, filuterne błyski, w
uśmiechu tyle czułej serdeczności. Podczas emitowanej wieczorem w dniu śmierci
audycji „Rozmowy na koniec wieku”, nie mogłam oderwać oczu od jego twarzy.
Nawet kiedy mówił o sprawach najbardziej poważnych i zatrważających, uśmiechał
się. Jakby chciał słuchających uspokoić. Dodać im otuchy. Po raz pierwszy tak
wyraźnie zobaczyłam tę siateczkę zmarszczek śmiechu biegnącą promieniście od
kącików oczu ku skroniom. I uświadomiłam sobie jak chętnie się śmiał, mimo
wszystkich smutków świata. I mimo smutków własnych, które przecież także go nie
omijały. Więc zamiast pisać o własnym żalu, lepiej przypomnieć tę Jego radość
życia i pogodę ducha, którą promieniował przez tyle nie najłatwiejszych i nie
najweselszych lat. Właściwości, które wydają się szczególnym wzorem do
naśladowania.
To wielka mądrość, gdy mimo poczucia dramatów naokoło
dopuszcza się do głosu potrzebę śmiechu i zabawy. Gdy nie uznaje się dychotomicznego
podziału rzeczywistości na lekkość i powagę. Gdy wie się intuicyjnie lub
świadomie, że radość i tragizm to nie dwa różne oblicza życia, ale ta sama
twarz, ta sama jakość spotęgowana przez swoją dwoistość.
Dzięki temu mógł zaprzyjaźnić się tak bardzo z Piotrem
Skrzyneckim i z „Piwnicą pod Baranami”. Przyjaźń zawarta dawno temu, w roku
1956, musiała budzić zdumienie. Mało kto pamięta, że w owych odległych czasach „Piwnica”
miała przeciwników nie tylko politycznych. Konserwatywne środowiska powtarzały
plotki o straszliwych bezeceństwach, które wyprawiają się w piwnicznych
lochach, a opinia publiczna, nie wiedzieć dlaczego, miała „piwniczan” za
zdemoralizowanych wykolejeńców. Na pewno gorszyli się niektórzy, widując
naczelnego redaktora katolickiego czasopisma wśród kabaretowej publiczności.
Słuchał obscenicznych tekstów Dymnego i nie wychodził trzaskając drzwiami. Na
piwnicznych balach tańcował do rana. Czy to w porządku? Okazało się, że w
porządku. Jak zawsze suwerenny w swoich wyborach i obdarzony niezawodnym
smakiem, wyczuł od razu, że w nieudolnych próbkach artystycznych młodych ludzi
kryje się zalążek czegoś wartościowego. Że radość, którą proponują, mimo tego
co dzieje się wokół, jest także swoistym rodzajem buntu. Został przyjacielem Piwnicy
aż do końca. Myślę, że stanowiła dla niego możliwość życiowej równowagi. Przez
historię i swój własny wybór obarczony ciężarem odpowiedzialności za Sprawy
Wielkie, z natury zaś pogodny i towarzyski, w atmosferze piwnicznego
beztroskiego chaosu, wśród szalonego śmiechu i muzycznych wzruszeń regenerował
siły. „Mój świat był przez lata światem zamkniętym – powiadał. – Zawsze dużo
pracowałem, przed południem w redakcji, po południu do późna w nocy w domu.
Równocześnie mam, jak mi się wydaje, poczucie humoru, potrzebę kontaktu z
ludźmi, nie lubię zasklepiać się w tym samym środowisku. Dlatego takie miejsce
jak Piwnica było dla mnie ważne. A jej artyści dowiedli, ile mogą osiągnąć, w
najtrudniejszych nawet warunkach, ludzie prawdziwie wolni”. Mijały lata i już
nikt się nie dziwił, że w Piwnicy, przy szampanie, razem z całym zespołem
redakcyjnym obchodził swoje urodziny, i że „Tygodnik Powszechny” zamawiał
specjalny program kabaretowy na swój jubileusz.
Dzięki „Piwnicy” widziałam go po raz ostatni w
początkach stycznia tego roku. Chciał porozmawiać o pewnych pomysłach uczczenia
tej instytucji, bo proszono go o udział w tym przedsięwzięciu. Sceptycznie nastawiony
do sprawy, nie wiedział jak odmówić, nikogo nie urażając. W końcu podczas
naszego spotkania znalazł wyjście z sytuacji godne Machiavellego. I wszyscy
troje, z panią Anną, zaczęliśmy się śmiać. Dziś, kiedy myślę o tym spotkaniu,
widzę, że jak zwykle, ujawnił wtedy najbardziej wyraziste cechy swej
osobowości. Wierność i lojalność wobec przyjaciół. Uwagę. Rozwagę. Własny,
zdecydowany sąd. Szacunek dla cudzych poglądów. Delikatność i dobre wychowanie,
niezbędne także i wtedy, kiedy trzeba powiedzieć „nie”. A do tego odrobina
złośliwej przewrotności, potrzebnej jak ziarnko pieprzu, by owa mądrość i
dobroć nie były zbyt mdłe. Zostanie w mojej pamięci właśnie taki. Rozbawiony. Z
przyjaznym, wszystko rozumiejącym uśmiechem. Ze zmrużonymi w tym uśmiechu
oczami, które są mądre, czujne, życzliwe. A także lekko sceptyczne.
Joanna Olczak-Ronikier
Przewodnik
Przywykliśmy od dziesiątków lat, że w Krakowie ukazuje
się „Tygodnik Powszechny” i że jego redaktorem naczelnym jest Jerzy Turowicz.
Wokół „Tygodnika” tworzyła się i skupiała przez lata polska inteligencja (nie
tylko katolicka), dzięki niemu Kościół katolicki, wiara i refleksja religijna
były obecne w polskich środkach społecznego przekazu nawet w najtrudniejszych
latach szalejącej cenzury, na nim w dużej mierze wyrastała soborowa świadomość
Kościoła w Polsce, poczucie godności osoby ludzkiej i praw obywatelskich w
społeczeństwie.
Czy można więcej wymagać od katolickiego pisma
społeczno-kulturalnego?
Wpływ naczelnego redaktora na „Tygodnik” był tak
wielki, że w sposób naturalny utożsamiano pismo z Jerzym Turowiczem. Był
człowiekiem autentycznej wiary, włączającym się w nurt odpowiedzialności świeckich
za wspólnotę Kościoła w takiej mierze, na jaką pozwalała mu jego wiedza, odwaga
niezbędna do podjęcia wyzwania rzuconego całemu polskiemu społeczeństwu, ale
zwłaszcza intelektualistom w drugiej połowie XX w., oraz środki, jakimi
dysponował.
Jego chrześcijaństwo było zapewne bardzo bogate
wewnętrznie, skoro dawało mu taką wrażliwość na człowieka, że nie zostawiał go
bezradnym w gąszczu propozycji współczesnej kultury, jakże często niosących ze
sobą nie tylko zagrożenia, ale i wartości, które trzeba było dostrzec i
przyswoić. On dostrzegał jedno i drugie, był nieocenionym przewodnikiem,
zwłaszcza dla osób mniej związanych z Kościołem, ale sięgających po „Tygodnik
Powszechny” jako jedyne pismo niezależne. Dotyczyło to również Kościoła, dla
którego Sobór Watykański II był wielkim wydarzeniem właśnie dlatego, że otwarł
go na świat po to, by świat mógł się otworzyć na Chrystusa. To poprzez „Tygodnik”
dokonywało się przyswajanie Kościołowi wartości świata, a światu wartości
wiary. Z osobowości redaktora Turowicza „Tygodnik” czerpał zapewne swój
spokojny, pozbawiony agresji i tryumfalizmu stosunek do Kościoła i religii,
unikał etykiet i sztandarów, a preferował pozbawioną wielkich emocji debatę
intelektualną.
Czy „Tygodnik Powszechny”, czy Kraków bez Turowicza
będzie uboższy? Zapewne tak. Jest przecież uboższy bez władców, którzy rządzili
Polską z Wawelu, odczuwa brak wielu duchowych przywódców, poetów, pisarzy,
naukowców, twórców kultury, którzy odeszli w przeszłość. Wielkość ma jednak to
do siebie, że zostawia niezatarty ślad w tradycji, klimacie miasta, a zwłaszcza
w ludziach. Redaktor Jerzy Turowicz zostawia po sobie pamięć człowieka, z
którego mądrości, odwagi i umiłowania prawdy będą czerpały pokolenia.
Bp Tadeusz Pieronek
Okno jest otwarte
Kiedy przywoziłem ojcu książki z dedykacjami
Turowicza, stary tracił zmysły. Wiele razy się to nie zdarzyło, bo tylko dwa
razy, ale starczy.
Ojciec był generalnie nieprzychylny światu, dzięki
wszakże słowu, ręce i długopisowi Jerzego Turowicza, co najmniej dwukrotnie, co
najmniej dwukrotnie w życiu widziałem go w stanie strzelistej przychylności.
Równie zresztą strzelistej, co powikłanej.
Jednego roku były to „Trzy ćwiartki wieku”, rok
później – „Kościół nie jest łodzią podwodną”. Wchodziłem z książką do gabinetu
Szefa, okno było szeroko otwarte, masy czerwcowego powietrza piętrzyły się nad
dachami, Turowicz siedział za biurkiem w jasnopomarańczowej, spłowiałej koszuli
z krótkimi rękawami, wyłuszczałem prośbę, podawałem imię i on pisał swoim
słynnym charakterem pisma: „z okazji imienin, z wyrazami szacunku i serdecznymi
życzeniami, podpis, Kraków, data”. Potem zawoziłem ten oryginalny upominek do
Wisły i stary, kompletnie porażony tym, że sam Redaktor Jerzy Turowicz
personalnie się doń zwrócił, wpatrywał się w autografy cielęcym spojrzeniem.
Ojciec mój – co rzadkie – był szczęśliwy, ojciec mój – co wykluczone – usiłował
nawet w jakiś nieczytelny sposób okazywać wdzięczność. Harmonijna pełnia, a
nawet pełna harmonia. To znaczy za pierwszym razem było harmonijnie do imentu,
bo za drugim razem było już inaczej.
Z niejakimi oporami docierała do mnie świadomość, że
moja rola kreatora, sprawcy imieninowych autografów jest wpierw umniejszana,
potem likwidowana, potem, w jakiejś mierze, dezawuowana nawet. Proces ten zachodził
powoli, ale niezbicie zachodził. Jakie powody? Co się stało? Co zaszło?
Przypomniałem sobie. Przypomniałem sobie, że snując rozliczne, domowe opowieści
i spostrzeżenia na temat Szefa, powiedziałem też kiedyś, że Turowicz to jest
taki człowiek, co zawsze pamięta, kiedy kto ma imieniny albo urodziny. I teraz
ta intencjonalnie sławiąca niezwykłą pamięć Szefa informacja powróciła
osobliwym i osobistym rykoszetem: stary mój znienacka doszedł do wniosku, że po
prostu Turowicz sam z siebie pamięta o jego święcie i rok w rok śle mu czułe
dedykacje. Ojciec borykał się z nadmiernością własnej istotności przez kilka
miesięcy, aż wreszcie spojrzał na mnie w charakterystyczny umniejszający sposób
i powiedział: – „Muszę mu podziękować”. Spojrzał z jeszcze większym
umniejszeniem i dodał z naciskiem: – „Osobiście. Muszę mu podziękować
osobiście”. Pomocnicza funkcja pośrednika czy posłańca też została mi odjęta.
Jakie były dalsze ciągi tej historii, czy były w
ogóle, na razie nie opowiem, bo na razie nie pora. Wtedy się nie spotkali,
teraz, po śmierci Turowicza, obaj już nie żyją. Kto ma pewność, że zmarli mają
wpływ i dalej nas prowadzą, wie, że pewność ta nie daje pociechy, choć daje
rzecz znaczniejszą od pociechy: siłę rozpaczy.
Kiedy bez mała równo dziesięć lat temu przychodziłem
do „Tygodnika”, bałem się wszystkiego, najbardziej się bałem sławnych, mądrych
starców, spośród nich najbardziej Jerzego Turowicza. Mieczysława Pszona trochę
mniej się bałem, był w swojej rubaszności jakby przystępniejszy, wdałem się z
nim w rozmowę, wydawało mi się, że przy nim mój strach jest trochę mniej
paraliżujący, że może nie od razu się zbłaźnię, nie od razu ujawnię swą
wszechstronną ignorancję. Dla pewności obróciłem rozmowę ku Wiśle, dość dobrze
się czułem na tym gruncie, o protestanckiej Wiśle jąłem Pszonowi coś ze swadą
prawić i zaraz się okazało, że on po wojnie ukrywał się w Wiśle, w związku z
czym Wisłę lepiej zna ode mnie. Skala ich (sławnych, mądrych starców) doświadczenia,
znajomości rzeczy, pamięci, była, jest niedościgła. A Turowicz wtedy, po
pierwszym zebraniu podszedł i przywitał się ze mną.
Potem chyba z tysiąc albo dwa tysiące razy oglądałem
tę scenę: ludzie nie wiedzieli, co zrobić, jak sprostać, jak wyrazić, jak stać,
jak się zachować w swoim z nim witaniu, a on witał się z nimi, stosując typowy
dla ludzkości zestaw gestów powitalnych. Na przykład: podawał rękę. Turowicz
zresztą podawał rękę w dość specjalny sposób, gestem z lekka koszącym, wysoko
unosił ramię, łokieć, jakby niekiedy specjalnie serdeczny lot chciał nadać wyciągniętej
dłoni. Tak. Ludzie nieraz umierali z wrażenia, że on się z nimi wita, a on po
prostu witał się z nimi. A teraz on umarł naprawdę i jak się witać z jego
śmiercią?
Kiedy dziesięć lat temu zacząłem pisać do „Tygodnika”,
w niektórych pierwszych (zwłaszcza patetycznych) tekstach, może i z niejaką
nadmiernością pożytkowałem sentymentalne zalety czasu teraźniejszego. Niech i
teraz tak będzie. Upalne, czerwcowe powietrze przetacza się przez ulicę Wiślną,
Jerzy Turowicz w płóciennej koszuli idzie do redakcji, mija młodą kobietę w
jasnej sukience, ktoś mu się kłania, tramwaj rusza spod filharmonii, nad
Plantami gołębie podnoszą samorzutną wrzawę, on otwiera bramę, ze spokojną
lekkością wspina się po schodach, w pokojach, w boksach nikogo jeszcze nie ma,
choć za chwilę zebranie. W jego gabinecie, do którego zaraz wejdzie, okno jest
szeroko otwarte, upalny podmuch zrzuca kartkę z biurka...
Jerzy Pilch
Zawsze był z nami
Zawsze był z nami. Od sześćdziesięciu blisko lat,
kiedy w drugim czy trzecim roku okupacji pojawił się w mieszkaniu Ewy Siedleckiej
przy ulicy Szewskiej, żeby zagrać Kirkora w konspiracyjnym spektaklu „Balladyny”
przygotowywanym przez Tadeusza Kantora.
Czas zaciera wszystko. Pamięć rozmów, wymiany uwag,
poglądów, sytuacje. Już jednak wówczas był dla nas kimś, kto się liczył jakby
inaczej. Inaczej niż inni uczestnicy tej przygody widywani na co dzień, z którymi
prawie się nie rozstawaliśmy. Bo Jerzy przyjeżdżał spoza Krakowa, z tych
jakichś Goszyc, otaczała Go aura – jakby to określić? – wzmożonej duchowości,
skupienia wewnętrznego i udzielającego się na zewnątrz spokoju. Trochę od nas
starszy, od Kantora o trzy lata, ode mnie o dziewięć, raczej milczący,
kontaktował się właściwie samym tylko, życzliwym wszystkiemu temu co robiliśmy,
uśmiechem, oszczędnym gestem, przede wszystkim jednak tym właśnie milczącym
włączeniem się – pełnym, uważnym, nie pozostawiającym wątpliwości, że
uczestniczymy w czymś, co się liczy i będzie liczyło dla nas samych i nie
tylko.
Takim też wiernie i trwale pozostał. Co było tym
cenniejsze, że przecież nie sztuka, jej drogi, problemy, niepokoje, była w owym
najszerszym z możliwych polu Jego działania czymś pierwszoplanowym. Tym niemniej
zawsze znajdował dla niej czas i miejsce.
Czas własny, ten najcenniejszy, gdy jakieś spotkanie,
prezentacja, wernisaż, pożegnanie byłoby bez Niego o Jego właśnie obecność
uboższe. I miejsce. Miejsce w „Tygodniku Powszechnym”, jedynym chyba przez cały
przeciąg lat i lat polskim periodyku, który spraw sztuki, tak słabo w gruncie
rzeczy zakorzenionych w naszej narodowej tradycji, w świadomości przewodnich
elit i szerokiej publiczności, nie zbywał, pozostawiając je dziennikarskiemu
przypadkowi, ale eksponował w pełnym ich, również i duchowym właśnie, a może
dlatego właśnie że duchowym, niezbywalnym wymiarze, pozwalał je śledzić,
różnicować, oceniać. To po Nim nie tylko że pozostanie, ale będzie i nadal,
wierzę w to, pod Jego duchowym już tylko patronatem kontynuowane.
Wspomniałem o pożegnaniach. Mam przed oczyma wspólną
naszą fotografię – rok 1943, zespół konspiracyjnej „Balladyny”. Iluż z nas,
również i w „Tygodniku”, wspólnie żegnaliśmy. Księdza Marcina Siedleckiego, Ewę
Siedlecką, Lilę Krasicką, Tadzia Brzozowskiego, Marcina Wencla, Tadeusza
Kantora, tamtoczesną naszą „młodzież”, która nas, nie wiedzieć czemu, na tej
ostatniej drodze wyprzedziła. Dziś żegnamy Jerzego. Nie Jerzego. Jego –
powtarzają to wszyscy – epokę, którą jak żaden z nas sobą wypełniał. Bo
przecież Jerzy Turowicz, jak oni wszyscy, już na zawsze i nierozłącznie z nami
zostanie.
Mieczysław Porębski
Żyjący symbol
O Panu Jerzym nie mogę myśleć i mówić w czasie
przeszłym. Dla mnie jest – i pozostanie – stale żyjącym symbolem.
I to podwójnym.
Przede wszystkim, w świecie zmieniających się wartości
symbolizuje wierność wybranym ideałom. A nie jest to wierność kostyczna, lecz
żywa, pulsująca, której zależy nie na przetrwaniu, ale na objęciu swymi
ramionami wszystkiego. Dlatego głos Pana Jerzego wciąż i wciąż tak czysto i
wyraźnie słyszalny jest w sprawach Kościoła i społeczeństwa. Chwilowe milczenie
tego głosu mówi o sytuacji alarmowej – tak było np. w ponurych latach pięćdziesiątych.
Ale nie tylko wówczas i niekoniecznie tylko odnośnie
do kwestii politycznych.
Po drugie, jest On symbolem tych ludzi, których
wielkość nie została należycie dostrzeżona za życia. Ich odejście stanowi
moment przebudzenia dla wielu, być może wyrzutów sumienia, a na pewno szansę
przekroczenia – jakby powiedział Tadeusz Mazowiecki: kredowych kół – czegoś, co
było dotąd nieprzekraczalne.
Myślę, że odejście Pana Jerzego do Rzeczywistości,
którą tu widział „jakby przez zasłonę”, ale służył Jej, jakby dostrzegał w
pełni blasku, może być dla nas, jeszcze pielgrzymujących po tej ziemi, momentem
zarówno potwierdzenia dokonanych wyborów, jak i odwrócenia się od pozorów,
które oferuje wystawa wszelkich kolorowych przynęt, za którymi rozciąga się
tragiczna pustka.
Pan Jerzy żył dla Pełni i ufam, że odnalazł się w Jej
ramionach.
Józef Puciłowski OP
Następne...
|