GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA

 

 

 

 

Dar mądrości

Jerzy Turowicz, delikatnie uśmiechnięty, spokojnie serdeczny, otwarty dla wszystkich, nigdy nie podnoszący głosu ani nie wypowiadający wzniosłych czy błyskotliwych przemówień, człowiek z natury kameralny, nieraz zdawałoby się zagubiony nawet w ciemnych pokoikach na Wiślnej wśród gromady zabieganych redaktorów, autorów, gości „Tygodnika Powszechnego”, młodszych od niego najczęściej o kilka dziesięcioleci, był jedną z najważniejszych postaci polskiego życia XX wieku i wywarł aktywny wpływ na stan naszej świadomości duchowej u końca tego wieku.

W dniu jego odejścia nie chcę się porywać na określenie sekretu siły jego oddziaływania. Zapewne jednym z jej elementów zasadniczych było właśnie to, że wymykała się z niewoli formuł. Nie dawał się uwięzić w fałszujące kategorie, nie ulegał szantażom: postępowy lub konserwatywny, katolicki albo humanistyczny, zwrócony ku przeszłości czy ku przyszłości. W jego osobie – i w jej promieniowaniu, czyli w jego dziele szeroko pojętym – stale obecna była pamięć i wyobraźnia, poszukiwanie wolności i wiary (sensowności). Cechowała go wrażliwość społeczna – prawdziwa, nie deklaratywna i ideologiczna – w trzech wymiarach (przeszłość, teraźniejszość, przyszłość) i w wielu barwach (politycznych, kulturowych). Był naprawdę katolicki, to znaczy powszechny, a zarazem pamiętał o wartościach, o hierarchiach. Był zawsze, od młodości po lata ostatnie, zdumiewająco ciekawy świata. Był otwarty – na prądy nowe i na dawną wiedzę. I bez wątpienia był. Istniał jako osoba, jako dyskretny, lecz może właśnie dlatego tak silny wzorzec moralny, kulturalny, polityczny. Nie stanowił wypadkowej mód, partyjnych zmagań, ideologicznych zacietrzewień. Był. Był otwartością, pamięcią i wzorcem.

Był obecnością. Jedną z najważniejszych w polskiej historii XX wieku. I nie tylko polskiej. Dzięki niemu pozorne antynomie rozdzierające życie społeczne okazywały się jakże często prawami nie naszymi i koniecznościami nie naszymi, choćbyśmy nasze nadali im imię. Od końca XVIII wieku bolesne rozdarcie między ludźmi wiary i ludźmi wolności spychało często katolików, czy ogólnie ludzi wierzących, na pozycje wrogie wolności, a rzeczników wolności doprowadzało do ślepoty duchowej, do niewidzenia szerokich obszarów rzeczywistości. Tak się złożyło, że w Polsce powojennej, w obliczu komunistycznego despotyzmu, materialnego i duchowego, Kościół stał się obrońcą i wolności, i wiary (sensu). Czy sojusz ten okaże się taktycznym układem, czy też stanie się częścią trwałego dziedzictwa – jest to pytanie dzisiaj o zasadniczym znaczeniu. Jerzy Turowicz stanowi symbol tych sił, które w Polsce budowały podstawy dla tego sojuszu, dla Polskiego Odrodzenia, widocznego wyraźnie w życiu kraju od połowy lat 70., a znajdującego wyraz najpełniejszy w Solidarności i w przygotowaniu tych przemian, które zmieniły oblicze Polski i Europy w roku 1989.

Jerzy Turowicz, z delikatnym uśmiechem, z nieśmiałą stanowczością, był tego Odrodzenia zwiastunem, współtwórcą, patronem. To dla mnie sens jego obecności, którą naznaczył lata powojenne. I dlatego dzisiaj, w dniu jego odejścia od nas, z ulicy Wiślnej, z tego Domu, jednego z jakże nielicznych, jakie mieliśmy, myślę o jego obecności wśród nas zarazem z wdzięcznością i z cieniem lęku o przyszłość. Z wdzięcznością, że był, że dostaliśmy ten dar, jakiemu na imię Jerzy Turowicz. Dzięki niemu było barwniej, żywiej, mniej szaro i jednostajnie. On przyczynił się w znacznej mierze do tego, że walec, który przetoczył się przez nasze ziemie i nasze losy (a komunizm czy jego współrzędne – faszyzm, nacjonalizm – to tylko przejawy najbardziej widoczne tego kataklizmu duchowego i materialnego, tej martwicy, tej urawniłowki, tego zglajchszaltowania), nie doprowadził do jeszcze większej katastrofy.

Na wiadomość o jego śmierci, jak zapewne wielu osób, szukałem wsparcia w skierowanym do niego wierszu Czesława Miłosza „Café Greco”, który jest wspaniałym wyrazem wdzięczności i podziwu: „pięknieje dar mądrości i zwyczajna dobroć”. Tak, dar mądrości pięknieje w naszych oczach, bo z latami potrafimy go lepiej dostrzec i ocenić; tak, dobroć, choć nie była zwyczajna lub też była nią w bardzo szczególnym znaczeniu, stanowiła zasadniczy element tego daru, jakim była jego obecność. Zbigniew Herbert na 85. jego urodziny mówił o „sekrecie łagodnej siły i nieśmiałej stanowczości”. To chyba wszystkich uderzało. To chyba była esencja tego daru, daru mądrości, jaki od Jerzego Turowicza otrzymaliśmy.

Redakcja „Tygodnika Powszechnego”, dziwnego tworu, powstałego, wydawałoby się, wbrew zasadom naszego wieku, tym minionym i tym uznawanym obecnie za przemożne, stoi dziś przed jakże trudnym zadaniem: jak sprostać dziedzictwu Jerzego Turowicza, jak ocalić i utrwalić otrzymany od niego dar? Nie mam żadnych rad ani przepisów. Mogę tylko powiedzieć, że towarzyszą jej moje najlepsze myśli, a także wyrazić przekonanie, że dobry duch Jerzego Turowicza, jego dar mądrości, jego delikatny uśmiech, kryjący w sobie sekret łagodnej siły i nieśmiałej stanowczości, pomoże i w przyszłości znaleźć właściwą drogę.

Wojciech Karpiński

 

 

Wiara i kultura

Jerzy Turowicz jest dla mnie człowiekiem, który w niezwykły sposób umiał połączyć wiarę z pełnym uczestnictwem w świecie kultury. Bardzo świadomie piszę „jest”, a nie „był”, kierując się nie tylko świadomością mojej wiary, która mówi, iż życie człowieka zmienia się, ale się nie kończy. Pisząc tak, mam na myśli przede wszystkim pewien wzorzec relacji religii i kultury, który Jerzy Turowicz ustanowił i który jest nadal żywy.

Obydwie te dziedziny chodziły od dawna różnymi drogami. Religia zamykała się w kościołach, kaplicach czy w intymności ludzkich serc. Kultura była publiczna i głośna, kształtowała ludzkie myślenie i ludzką wrażliwość. Wielu ludzi było religijnymi i kulturalnymi zarazem, ale żyli w swoistej schizofrenii, jakby w dwu światach, w dwu językach i dwóch typach wrażliwości. Religijni byli na pogrzebach i w wielkie święta, kulturalni na salonach i w teatrach.

Dla Jerzego postawą równie naturalną była modlitwa, jak zasłuchanie w muzyce. Powiadają, że Biskup Wojtyła zawsze przed wakacjami spotykał Jerzego Turowicza i pożyczał z jego legendarnego księgozbioru kilka najważniejszych nowości książkowych, jakie w ostatnim roku zostały wydane, chciał bowiem orientować się w tym „co się pisze i co się czyta”. Konsultanta czytelniczego przyszły Papież wybrał wybornego, mało bowiem było ludzi równie znakomicie zorientowanych w sprawach kultury jak właśnie Jerzy Turowicz. I mało było takich, którzy potrafili trafnie doradzić biskupowi, co czytać.

To świadome i gorące uczestnictwo, zarówno w świecie wiary, jak i w świecie kultury, jest wielkim przesłaniem, jakie nam pozostawił Jerzy Turowicz. Stajemy wobec licznych zagrożeń, które mogą ten dialog uniemożliwić albo bardzo ograniczyć. Istnieje w Kościele tendencja, aby się zamknąć w zakrystiach, czyli w okienkach telewizyjnych, kościelnych pasmach radiowych i wyznaniowej prasie, na wyznaniowych uniwersytetach. Z drugiej strony padają głosy, odmawiające miejsca dla wiary w obiegu kultury, sądy stwierdzające, że o sprawach poważnych nie można dyskutować w zakrystii.

 Ważne, aby jako powinność moralna pozostała w nas pamięć Jerzego Turowicza, człowieka głębokiej wiary i szerokich horyzontów kulturalnych. Spotkanie i wzajemne współuczestnictwo wiary i kultury muszą być kontynuowane, jeżeli ma trwać kultura a wiara ma być prawdziwie powszechna. Jak „Tygodnik”...

Jan Andrzej Kłoczowski OP

 

 

Nieskażony kłamstwem

Myślę sobie, że Jerzy Turowicz był człowiekiem dobrym z natury, nie zaś z kultury, nie z doktryny jakiej, nawet nie z wiary. Taki po prostu był, takim go Pan Bóg stworzył, by światu dobro rozdawać. Mam poczucie, że każdy stawał się lepszy w jego obecności. Są tacy ludzie, choć pewnie małoliczni, a ich obecność obala złowrogie podejrzenie, że świat jest dziełem Złego. Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy i w jakich okolicznościach go poznałem. Nasze spotkania były dość rzadkie, pamiętam je jednak z różnych miejsc: z Paryża, z Rzymu, z Pragi, z Oxfordu, o Warszawie i Krakowie nie mówiąc. Nie wiem, jak pracował w „Tygodniku Powszechnym” i jak nim zawiadywał, w szczególności, gdy wymagało to nieustającej czujności i taktycznych zabiegów, by omijać rafy i miny zastawiane przez ciemięski reżim, ledwo takie pismo tolerujący, a przez kilka lat nie tolerujący go w ogóle, pewien jednak jestem, że Jerzego to głównie zasługa, iż „TP” poza tym, co uczynił dla chrześcijaństwa i Kościoła, był jednym z nielicznych filarów niezawisłej kultury w Polsce i to takim filarem, co przetrwał te dziesięciolecia nieskażony komunistycznym kłamstwem, choć nieprzerwanie nękany przez cenzurę i inne środki represji. Jest to jeden z cudów stulecia, ale cuda nie zdarzają się po prostu z wyroku Opatrzności, wymagają także obecności ludzi mądrych, czystych, wiary pełnych. Jakoż obaj, Jerzy i „TP” (bo człowiek i dzieło są tu nierozdzielnie zrośnięte), gdy tylko z peerelowskich bagien się wydostali, ściągnęli na siebie ataki tych rozwścieczonych „katolików”, co im wybaczyć nie mogli ich stanowczego potępienia antysemityzmu, tej pozornie antyżydowskiej, a naprawdę antypolskiej francy, ani krytyki różnych obskurantyzmów i głupot pseudoreligijnych, ani rozumu i zdolności do argumentacji rzeczowej, ani wreszcie wiary, o ile różni się wiara od nienawistnego fanatyzmu.

Kiedym po dwudziestoletniej nieobecności, w końcu roku 1988 do Polski przyjechał – jeszcze za dawnego reżimu, bardzo już jednak nadwątlonego i pokaleczonego ręką własną, tj. własną nędzą umysłową i moralną – jednym z pierwszych spotkanych był Jerzy właśnie. Zrobił ze mną wielogodzinną rozmowę dla „TP”, gdzie między innymi przyznałem się do niektórych grzechów swoich. Rozmowa ta została, jak należało oczekiwać, w całości przez cenzurę skonfiskowana, po czym – czego doprawdy oczekiwać nie należało – w całości „zwolniona” (jak się mówiło) do druku. Był to chyba mój debiut w „TP”.

Postawiłbym Jerzemu pomnik na Rynku, ale myślę, że on chyba wcale by tego nie chciał, a z pewnością mu na tym nie zależy.

Leszek Kołakowski

 

 

Świecki, sól ziemi

Ostatni raz spotkałem Jerzego Turowicza w marcu 1995, kiedy byłem w Krakowie na obchodach 50. rocznicy powstania „Tygodnika Powszechnego”. Zauważyłem, że zaczyna mieć kłopoty ze zdrowiem. Tym większe wrażenie zrobiła na mnie cierpliwość, z jaką znosił fakt, że przyjaciele i współpracownicy zawsze Jego wysuwali na środek, gdy tymczasem On sam nie przepadał zbytnio za takimi uroczystościami. Uświadomiłem sobie wtedy, że kto w Polsce mówił o „Tygodniku Powszechnym”, ten miał na myśli Jerzego Turowicza – i odwrotnie.

W czerwcu 1992 mogłem po raz pierwszy przyznać nagrodę związaną z moim nazwiskiem (Kardinal-König-Preis – red.). Poprosiłem wówczas radę fundacji, zarządzającej tą nagrodą, aby wybrała kandydata, którego nazwisko jest drogowskazem w naszych czasach. Wybór padł na Jerzego Turowicza, co napełniło mnie szczególną satysfakcją. I gdy wkrótce potem mogłem osobiście wręczyć w Wiedniu tę nagrodę redaktorowi naczelnemu „Tygodnika”, gest ten został powszechnie odebrany jako przykład żywego i odważnego apostolatu świeckich w Kościele. Słusznie powiedział wtedy ówczesny ambasador RP w Wiedniu, Władysław Bartoszewski, że „Tygodnik” był fenomenem w całej Europie wschodniej.

Pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałem o Jerzym Turowiczu i „Tygodniku Powszechnym” od Richarda Barty, redaktora naczelnego katolickiej agencji prasowej Kathpress. Osobiście poznałem Go podczas mej pierwszej podróży do Polski w 1963 r. Towarzyszący mi wtedy kardynał Wyszyński opowiadał obszernie o tej odważnej i wyjątkowej gazecie. Później widziałem się z Turowiczem jeszcze wiele razy, na Soborze Watykańskim II albo na różnych spotkaniach międzynarodowych. Ponieważ w rozmowie był On bardzo powściągliwy, dopiero od innych osób mogłem usłyszeć o ryzyku, jakie wiązało się z wydawaniem „Tygodnika”. Sam Turowicz mawiał tylko, że on i jego koledzy mieli dużo szczęścia, mogąc walczyć o wartości chrześcijańskie w warunkach totalitarnego reżimu komunistycznego. Widziałem też przyjaźń, jaka przez te wszystkie lata łączyła Turowicza z księdzem, potem biskupem i arcybiskupem, który zanim został Janem Pawłem II wiele razy pisał artykuły do „Tygodnika”.

W Konstytucji Dogmatycznej o Kościele „Lumen Gentium”, w trzecim rozdziale, Sobór Watykański II określił stan i działalność osób świeckich. Czytamy tam, że Sobór zajmował się obszernie urzędami hierarchicznymi, aby potem zwrócić swą uwagę „na stan tych wierzących, których określa się mianem »świeckich«”, ponieważ „namaszczeni pasterze wiedzą bardzo dobrze, jak wiele dla dobra całego Kościoła mogą wnieść osoby świeckie”.

Dalej czytamy, że „w szczególny sposób świeccy są powołani do ukazywania obecności Kościoła oraz do działania w tych miejscach i okolicznościach, w których tylko poprzez nich Kościół może stać się solą ziemi”.

Nie znam lepszej ilustracji do tych słów, niż dzieło życia Jerzego Turowicza. „Tygodnik Powszechny” wniósł wielki wkład w formowanie katolickiej i intelektualnej elity Polski. Do dziś reprezentuje on „katolicyzm otwarty”, jest zaangażowany w posoborową odnowę Kościoła, w dialog ekumeniczny, a także w dialog z nie-chrześcijanami i niewierzącymi.

Gdyby moja droga miała mnie znów zaprowadzić do Krakowa, chciałbym pomodlić się przy grobie Jerzego Turowicza – i pochylić z wdzięcznością głowę przed Jego dziełem.

Kard. Franz König

Kard. Franz König (lat 93) – emerytowany arcybiskup Wiednia, od lat 50. budował kontakty między Kościołem w Polsce i na Zachodzie, działał na rzecz dialogu z niewierzącymi.

 

 

Koraniczna modlitwa

Zwracam się do Rodziny Świętej Pamięci Redaktora Jerzego Turowicza, zwracam się z mym muzułmańskim obolałym sercem, aby przesłać na ręce Jego Najbliższych kondolencje, te jak tylko można sobie wyobrazić – najgorętsze!

Dzielę ów niewysłowiony ból Rodziny Zgasłego, w trakcie pisania w duchu odmawiam koraniczną modlitwę za spokój duszy Jerzego Turowicza i żarliwie, bo tatarsko zapewniam, że pamięć Redaktora Naczelnego „Tygodnika Powszechnego” nigdy nie przestanie w mym świecie wewnętrznym jaśnieć.

Przygodne z Nim korespondencyjne kontakty są mi dzisiaj szczególnie drogie. I tak już ze świadomością, że Jego nie ma wśród nas, ale z mocną wiarą w istnienie wiecznego TAM, dokąd Stwórca Go tego poranka powołał, pozwalam sobie zakończyć me słowa.

I jeszcze jedno: jak Go wielbiłem, nadal będę wielbić tradycję „Tygodnikową”, którą zapoczątkował i która jest żywym Jego wcieleniem!

Z wyrazami kornej czci!

Musa Maciej Konopacki

 

 

Smutek

Drodzy,

to jest cios dla „Tygodnika”, ale i dla nas wszystkich, którzyśmy znali Jerzego. Był jak mądrość i światło. Po jego odejściu świat się zrobił nagle raz jeszcze pusty.

„Tygodnik” oczywiście zostanie, ale choć będzie wierny pamięci Jerzego, już nie będzie taki sam.

Katolicki znaczy powszechny. Jerzy był jednym z tak niewielu, którzy to nie tylko rozumieli, ale wcielali w życie. I dlatego odejście Jerzego jest tak przeraźliwie smutne.

Przyjmijcie współczucie, ale wszyscy musimy dzielić ten smutek.

Jan Kott

 

 

Czystość zasad

Moje uczucia wobec śmierci Jerzego Turowicza są takie same jak bardzo, bardzo wielu osób. Okazało się więc, czy raczej tylko potwierdziło, że istnieje szczególna wspólnota jego admiratorów. (Napisałem „Jego” dużą literą, ale po chwili jednak wstawiłem małe „j”, pasujące do jego naturalności i skromności.) Choć ta śmierć jest bolesnym ciosem, istnienie takiej wspólnoty dodaje otuchy. Mam nadzieję, że zostanie w nas wszystkich coś z jego mądrości, dobroci, otwartości. Na pewno na długo pozostanie on ważnym punktem odniesienia w kontrowersjach i wyborach z pogranicza polityki, moralności, religii. Jego życie jest nauką jak zachować czystość zasad, ale nie za cenę izolowania się od polityki.

Jego postawa otwartości oznaczała między innymi katolicyzm otwarty na świat. Można zapytać, co jest przyczyną: postawa osobistej otwartości czy światopogląd, formacja otwartego Kościoła? Mam przekonanie, że każda religia zawiera potencjał zarówno interpretacji zamkniętej jak i otwartej. Pierwotne są indywidualne postawy. Jednak ważne jest, by systematycznie rozwijać interpretacje otwarte. Łączenie religii z liberalizmem to wyzwanie naszych czasów. Jerzy Turowicz podjął je w Polsce bardziej niż ktokolwiek inny.

Od 1968 roku stopniowo poznawałem formację  katolicyzmu otwartego i wiele temu zawdzięczam w moich poszukiwaniach, które można by zapewne nazwać dążeniem do judaizmu otwartego na świat, a zarazem związanego z polskością. Sądzę, że podobnie odczuwa to więcej polskich Żydów średniego pokolenia. Jerzy Turowicz był zainteresowany wynikami tych poszukiwań i naturą obecnego procesu „dezasymilacji”, który pewną liczbę Polaków o żydowskich korzeniach prowadzi do aktywnego uczestniczenia w życiu żydowskim.

„Tygodnik” zawsze konsekwentnie przeciwstawiał się antysemityzmowi. W przeciwieństwie do tych, którzy nazywają go „Żydownikiem Powszechnym”, rozumiem, że robił to nie tylko dla Żydów, ale przede wszystkim z myślą o zdrowiu polskiego życia społecznego. Dzięki swemu redaktorowi pismo od dawna stało się forum przezwyciężania typowej w Polsce postawy obronnej: jeśli Żydom było źle, to nigdy z powodu Polaków, a zresztą Polakom było nie lepiej. Zasłużenie sławne artykuły Jana Błońskiego i ks. Stanisława Musiała są tego najlepszym przykładem. Choć to nastawienie było obecne zawsze, mam poczucie, że Jerzy Turowicz przeszedł ewolucję. Na pamiętnej konferencji w Oksfordzie w 1984 roku – pierwszym reprezentatywnym spotkaniu historyków polskich, izraelskich i zachodnich na temat historii Żydów w Polsce – nie miał on głębokiego zrozumienia żydowskich doświadczeń w Polsce i wpływu, jaki wywarły one na widzenie naszego kraju przez Żydów zagranicznych. Jednak jego otwartość umożliwiła mu zgłębienie tych spraw. Obyśmy wszyscy mogli być równie otwarci i chłonni!

Dialog chrześcijańsko-żydowski jawi się teraz – na przekór trudnościom i kontrowersjom – jako coś oczywistego. A przecież jeszcze nie tak dawno był nie do pomyślenia. Wśród czynników, które wpłynęły na tę zmianę w warunkach polskich, jest uważna, systematyczna, niezłomna praca u podstaw Jerzego Turowicza.

Stanisław Krajewski

Stanisław Krajewski – współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów oraz przewodniczący Forum Żydowskiego

 

 

A mnie się dzisiaj śniło

Zadzwoniłam kiedyś do Jerzego Turowicza, żeby pogadać. Spytał, czy nie wybieram się do Krakowa. Powiedziałam, że chciałabym pójść na wystawę Chagalla.

– A mnie się dzisiaj śniło, że tam poszedłem – powiedział. – Ja już nie wychodzę na ulicę, ale w tym śnie jakoś zsunąłem się po schodach, powolutku podreptałem do muzeum, a kiedy stanąłem przed drzwiami, okazało się, że są zamknięte. Nie zobaczyłem Chagalla i wróciłem do domu. Powiedziałam: – Przecież można by zorganizować Panu tę wyprawę... – E, nie – powiedział. – Już za późno. Już tego Chagalla nie zobaczę...

Kiedy usłyszałam, że umarł, pomyślałam, że tam, gdzie teraz jest, otworzą się przed nim wszystkie drzwi, a Chagall osobiście mu pokaże miejsca i obrazy najpiękniejsze.

Naturalnie – jeżeli w ogóle jest jakieś TAM...

Hanna Krall

 

 

Niezawodność

Jerzy Turowicz nie żyje, a ja nie płaczę, bo wiem, a w każdym razie domyślam się, jak Pan Bóg go potraktuje, tylko zastanawiam się, jak to bywa przy takich okazjach, jakby wyglądało moje życie bez niego i bez „Tygodnika Powszechnego”. Teraz łatwo sobie wyobrazić inne ewentualności, ale jakże wiele trzeba było mieć szczęścia, żeby dokładnie trzydzieści lat temu trafić do „Tygodnika”. Dla ludzi wychowanych, po części w wyniku zbiegu okoliczności, w twardej niechęci do komunizmu i dla ludzi, dla których nie zawsze i nie we wszystkim polski Kościół był przedmiotem podziwu, ale którzy nie chcieli wcale go porzucać, nie było po prostu innego miejsca.

To brzmi negatywnie, ale trzeba pamiętać o przyjemnościach rozmowy z Jerzym, czy tylko bycia obok niego, bo przecież bardzo rozmowny to bywał szalenie rzadko. Pewnie wszyscy będą wspominali jego wielkość, więc ja wspomnę, jak znakomicie opowiadał dowcipy, jak bardzo potrafił się śmiać w redakcji, kiedy równie świetnie czynił to Mietek Pszon. Przyjaźń z „Piwnicą pod Baranami” i łatwość kontaktów z ludźmi polegała, w przypadku Jerzego, nie na głębokich rozważaniach, wielkich słowach (wstydził się wszelkiego nadęcia czy patosu), lecz na prostocie i poczuciu niezawodności. Jerzego nie można było zawieść i mam poczucie, że teraz, kiedy go już nie ma, także nikt z nas, bliskich jego światu, Go nie zawiedzie.

Marcin Król

 

 

***

Przekazuję wyrazy głębokiego współczucia „Tygodnikowi Powszechnemu”, jego Czytelnikom i Współpracownikom Jerzego Turowicza.

Odszedł Człowiek mądry i dobry. Stworzył pismo, które dalece przekroczyło wymiar cotygodniowej gazety. Jerzy Turowicz i ludzie, których zgromadził wokół siebie, stali się ośrodkiem myśli i wartości chroniących polską tożsamość, tworzących podstawy dla demokratycznego państwa.

Tradycja i otwartość, niezłomność zasad, ale i tolerancja Jego „Tygodnika” pomagały w dialogu, poszukiwaniu pokoju społecznego i wysiłkach na rzecz Polski, która byłaby domem nas wszystkich.

Wspominam wszystkie nasze kontakty. Zarówno przy Okrągłym Stole, jak i związane z Jego pracą w Kapitule Orderu Orła Białego. Będę pamiętał Jego życzliwy uśmiech.

Odszedł wrażliwy i odważny Obywatel. Ponieśliśmy wielką stratę.

Rzeczpospolita winna jest Mu najlepszą pamięć.

Aleksander Kwaśniewski

Prezydent RP

 

 

Chrystusowe posłanie pokoju

W Jerzym Turowiczu my wszyscy utraciliśmy wielkiego publicystę, szczerego i uczciwego człowieka oraz przekonanego chrześcijanina, który także w Niemczech cieszył się ogromnym szacunkiem i miał wielu przyjaciół w naszym Kościele, w szczególności w Centralnym Komitecie Katolików Niemieckich. W roku 1995 otrzymał On jedno z najwyższych odznaczeń, jakie przyznaje państwo niemieckie – Federalny Krzyż Zasługi RFN. 

Od założenia „Tygodnika Powszechnego” w roku 1945 aż do swej śmierci kierował nim jako redaktor naczelny, prowadząc to pismo przez zawirowania i burze ery komunistycznej. W tamtych czasach „Tygodnik” jako forum inteligencji katolickiej stwarzał przestrzeń wolności ducha w samym środku ideologicznej indoktrynacji. W takiej sytuacji potrzebni byli ludzie tacy jak Turowicz: mający silną wiarę i żyjący jej zasadami. Ich wewnętrzna integralność ujawniała się niezwykle silnie w sytuacjach granicznych – jak w roku 1953, gdy po śmierci Stalina redakcja „Tygodnika” odmówiła, mimo grożących sankcji, wydrukowania nekrologu dyktatora. Władze odebrały wówczas „Tygodnik” jej prawowitej redakcji i przekazały na kilka lat wiernemu reżimowi stowarzyszeniu „Pax”. Powszechnie znane są, także w Niemczech, zasługi Jerzego Turowicza i jego wpływ na przełom polityczny, jaki dokonał się w Polsce w roku 1989.

Jerzy Turowicz był świadkiem cierpień Polski podczas okupacji niemieckiej. Dowiódł wówczas swej odwagi i stałości, uczestnicząc w podziemnym życiu kulturalnym, w tajnych grupach teatralnych i podziemnych czasopismach. Mimo tych bolesnych doświadczeń po II wojnie światowej zaangażował się na rzecz pojednania z Niemcami. Wiele lat później mówił, że jego głównym motywem było zawarte w Ewangelii Chrystusowe posłanie pokoju. Dlatego w połowie lat 60. Jerzy Turowicz bronił publicznie wymiany listów między biskupami polskimi i niemieckimi przed atakami władz komunistycznych.

Duchową postawę Jerzego Turowicza kształtowała prawdziwie katolicka otwartość na świat, w duchu Soboru Watykańskiego II. Jako korespondent „Tygodnika” i autor relacji z Soboru, miał On wielki wkład w publicystyczne rozpowszechnienie jego idei w Polsce. Niekwestionowane są także Jego zasługi dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego.

Dzisiaj, kiedy znajduje się już po drugiej stronie tego życia, pragniemy Mu za to serdecznie podziękować.

Niechaj Pan w chwili zmartwychwstania da Mu uczestnictwo w swym bogatym życiu, a wszystkim, których Jego odejście okryło smutkiem, udzieli pociechy i wsparcia.

Bp Karl Lehmann

Bp Karl Lehmann – przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec i biskup-ordynariusz Moguncji.

 

 

Żegluga

Kiedy tuż po wojnie przyjechałem z rodzicami jako repatriant lwowski do Krakowa, demon poetycki mnie porwał i zacząłem z wierszami po redakcjach chodzić. Zewsząd mnie wyrzucano, aż trafiłem na tę samą ulicę, przy której do dzisiaj „Tygodnik” się mieści. Poznałem ówczesny skład redakcji: był tam ksiądz Piwowarczyk, był Jerzy Turowicz, naczelny redaktor, były panie Starowieyska-Morstinowa i Morstin-Górska. Mile zaskoczyła mnie, wtedy szczeniaka nieśmiałego i dopraszającego się łaski, ciepła temperatura przyjęcia – i zaczęło się drukowanie moich wierszy, a czasem i prozy. Turowicz mnie przez to w pewnym sensie ukierował, uformował, a matkowała mi pani Zofia Starowieyska-Morstinowa, aż za dobra kobieta – zawsze mówiłem, że miała zbyt miękkie serce, żeby być prawdziwym krytykiem literackim.

Zacząłem tam coraz częściej chodzić. Rozpoczynała się wtedy – by użyć zwięzłej przenośni – długa i trudna żegluga „Tygodnika” po niebezpiecznych i coraz bardziej sztormowych wodach, pośród mielizn, a zwłaszcza raf podwodnych. Niemal równolegle wystartował „Tygodnik Warszawski”, obrał ostrzejszy kurs, taki na zderzenie, i poszedł na dno, chociaż i z wiejącą banderą. Zdaje mi się, że Turowicz przyjął strategię optymalną. Dać się zatopić z wielkim honorem na samym początku tej socrealistycznej imprezy, zwłaszcza kiedy – nie wiedzieliśmy tego – szło się kursem prostym na stalinizm, byłoby chwalebne i heroiczne, ale jaki stąd pożytek dla czytelników? Turowicz szedł halsem, cały czas pod wiatr, raz lewym halsem, raz prawym, nie w sensie politycznym oczywiście. Nie można iść prosto pod wiatr i on musiał dokonywać pewnych uników, wymagało to dużej umiejętności i sprawności: on był zarazem twardy i giętki. Zbliżał się do granicy tego, co było wtedy niewypowiadalne, czasami ją przekraczał i wtedy coś wylatywało, ale zawsze była już gotowa, złożona zastępcza kolumna i redaktor z metrampażem zmieniali układ, żeby uratować numer. Są teraz mędrcy, zwłaszcza na skrajnej prawicy, którzy mają mu za złe, że „kolaborował”, ale był to taki rodzaj kolaboracji, dzięki któremu „Tygodnik Powszechny” stał się jedynym pismem tego rodzaju od zachodniej granicy NRD aż do Kamczatki i cieśniny Beringa, które nie było ani partyjne, ani się nie znajdowało pod patronatem jakiegoś „sojuszniczego stronnictwa” jak SD, tylko zachowało niezależność. I tę niezależność wewnętrzną bardzo dobrze się w nim wyczuwało.

Widziałem to najpierw z bliska – w latach 1946, 1947 – a w 1948 zaczął się mój kryzys. Odszedłem z „Tygodnika”, bo mi w Warszawie zagrożono, że jak nie przestanę tam publikować, to żadnej książki nie wydam. Kiedy zmarł Stalin, byłem akurat w Zakopanem i deliberowaliśmy, czy wypada w dniu jego pogrzebu zjeżdżać z Kasprowego; mieliśmy już jednak miejscówkę, tośmy i zjechali. Powróciwszy dowiedziałem się, że ponieważ Turowicz stanął okoniem i nie chciał żadnych laurów post mortem publikować, pismo zostało zamknięte i Szwarcenberg-Czerny je przejął. To były najgorsze czasy, nie tylko w rozumieniu duchowym; Turowicz nie miał żadnych materialnych zabezpieczeń, nie siedział on nigdy na workach ze złotem. Kiedy po Październiku ’56 Gomułka oddał „Tygodnik”, Turowicz zaczął numerację od numeru, który ostatni redagował, słusznie unieważniając w ten sposób całą tę serię pisma, która wychodziła pod PAX-em, kiedy skóra została, a wilcy wyjedli wnętrzności.

Potem sporadycznie próbowałem wrócić. Napisałem dla Turowicza recenzję z „Dziecka przez ptaka przyniesionego” Kijowskiego, ale cenzura ją zdjęła. W późnych latach 70. stałem się już tzw. konfidentem, bywałem na posiedzeniach redakcji, przeważnie nic nie gadałem, tylko słuchałem. Przychodziłem też do Mieczysława Pszona na rozmowy polityczne, a czasem i do Turowicza, który naprawdę miał mało czasu, bo zajmował się wszystkim, nie tylko „Tygodnikiem”, ale i losami katolicyzmu polskiego dosyć silnie oprymowanego przez władze. Starał się przy tym nie tylko utrzymać linię, ale i zespół. Kiedy siadywałem na redakcyjnych skórach – jeszcze i w dawnych latach – zauważyłem rzecz charakterystyczną. W czasie obrad, kiedy na tablicy rysowało się skład numeru, Turowicz mało mówił. Był obecny, czasem coś naprostował; był po prostu kimś między sternikiem a kapitanem. Stwarzał jednak jednolitość ducha, który łączył rozmaite bardzo charaktery.

Dosyć późno dostrzegać też zacząłem osobliwą dwutorowość redakcyjnego żeglowania z jednej strony Giedroycia, z drugiej Turowicza. Tworzą oni dziwną parę, która tylko w tym sensie się dobrała, że obaj to, mówiąc prymitywnie, prawdziwi patrioci; dziś nie wolno powiedzieć „prawdziwi Polacy”, bo znaczy to coś okropnego. Różnica była taka: Giedroyc siedział w Paryżu, miał czułki wprowadzone do kraju, ale jednak nigdy nie żył w środku PRL, natomiast Turowicz cięgi brał na miejscu. Wielu decyzji nie można było właściwie ocenić z zewnątrz, kiedy się nie znało trudnej do określenia atmosfery państwa dążącego do tego, ażeby się stać państwem totalitarnym. Polska nigdy się nim nie stała ze względu na panujący bałagan, byliśmy, jak wiadomo, najweselszym barakiem w obozie...

Zgadzam się z panią Rutą Buczyńską, która w „Wyborczej” napisała, że Turowicz należał do małej garstki ludzi naprawdę niezastąpionych. Nie był oczywiście wszechmocny – co jednak mógł, to zrobił. Gdzie są ci, którzy potrafili zrobić więcej w tych najgorszych czasach? Mówić teraz jest strasznie łatwo – słowu powiedzianemu grosz cena – ale wtedy, jak się tak gwałtownie zmieniały polityczne klimaty i temperatury w Polsce, wymagało to niesłychanie subtelnego wyczucia sytuacji, tym bardziej, że redakcja raczej nie miała swoich tzw. wiewiórek w Politbiurze. Trzeba się było orientować podług sytuacji zewnętrznej. W redakcji wszyscy uważali, że gabinet naczelnego jest nafaszerowany jakimiś podsłuchawkami i od czasu do czasu wychodziło się na Planty, żeby otwarcie porozmawiać.

Był taki jeden dzień czerwcowy, dzień wyborów, kiedy wszyscy wracali od urn z dziwnymi uśmiechami. Komunę wtedy diabli wzięli, większość głosów padła przeciwko niej. Na drugi czy trzeci dzień pobiegłem do „Tygodnika”, poszedłem prosto do sanktuarium Turowicza i jak nigdy wcześniej, nie mógłbym nawet powiedzieć, że świadomie, padliśmy sobie w ramiona. To był bardzo podniosły moment, bo czuliśmy, że się stała rzecz niemożliwa i nie przypuszczaliśmy, że dojdzie do tego, co teraz widzimy: Lepper i tak dalej. Zaczęliśmy się spotykać w zupełnie innej aurze, trochę początkowo zdziwieni wszystkim, co się stało. Pszon negocjował traktat z Niemcami, przychodziły tłumy zagranicznych korespondentów i nie trzeba było z nimi wychodzić na Planty. A przy tym wszystkim Turowicz pozostał taki sam, jaki był na początku.

Teraz widzę, że od chwili, kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, aż do końca swego życia prowadził jedną i tę samą politykę – w granicach możliwości oczywiście. To niesłychanie rzadkie: czasy się zmieniają, tempora mutantur et nos mutamur in illis, a on się nie zmieniał. A co będzie teraz? Przezacny redaktor „Trybuny” zapytał mnie, czy „Tygodnik” będzie dalej istniał. Zapewniłem go, że nastąpi niechybnie reorganizacja redakcji, ale żeby się nie niepokoił zanikiem „Tygodnika”, bo on nie zaniknie, aczkolwiek czas mamy fatalny.

Uwaga natury pseudofilozoficznej: nie jest wszystko jedno, czy zgon człowieka, któremu choć trochę na Polsce zależy, przychodzi w dobrym dla Polski czy w złym okresie. Mówiąc cum grano salis: szczęśliwi, którzy umierali w październiku ’56 albo zaraz po Okrągłym Stole, bo odchodzili z tego świata z poczuciem, że nastała dziejowa sprawiedliwość. Ale Polska jest trochę jak pacjent chory na serce, u którego następuje włókienkowe drganie i który wymaga tzw. defibrylacji mocnym uderzeniem elektrycznym. Najmocniejszym uderzeniem, które powoduje, że serce zaczyna znowu w Polsce bić, jest niestety rozbiór: wszyscy wtedy się jednoczą... Jak się zbierze trzech Polaków, to stworzą pięć partii – bardzo to smutne. Turowicz w granicach swoich ludzkich albo i nadludzkich możliwości starał się lać oliwę na bałwany wzburzonego morza, ostatnie perturbacje musiały go jednak trapić.

Teraz wszyscy zaczęli pisać o nim gwałtownie same dobre rzeczy. Jakbym się jednak nawet bardzo wysilił, ażeby jakieś jego błędy albo uchyby wykryć, to i tak nie potrafię. Nie wiem, czy go Papież zechce na ołtarze podnieść – wcale bym się jednak nie zdziwił.

Stanisław Lem

 

 

Cofam taśmę

Jerzy Turowicz umarł, chociaż od nas nie odszedł. W dniu Jego śmierci siedzieliśmy z Władkiem Bartoszewskim w Café Central. Rozmawialiśmy o Jerzym i nagłym pogorszeniu się Jego stanu zdrowia. Godzinę później dowiedziałam się o Jego śmierci. Potem dzwonili przyjaciele. Znajomi. „Czy już wiesz... Kończy się jakaś epoka... Nie ma powtórki z życia...” Odnalazłam kasetę filmową, na której Jerzy stoi z założonymi rękami, ze swoim ciepłym, półprzymkniętym uśmiechem... Cofam taśmę...

Jerzy Turowicz umarł, chociaż od nas nie odszedł.

Ewa Lipska

 

 

Do Anny Turowiczowej

W związku ze śmiercią Pani ukochanego Męża, razem z żoną chcemy złożyć wyrazy najserdeczniejszego współczucia. Chcemy dzielić tę żałobę razem z Panią, gdyż w Jerzym Turowiczu utraciliśmy prawdziwie ojcowskiego przyjaciela. Mąż Pani pozostanie w naszej pamięci jako człowiek spokojny, trzeźwo myślący, a przy tym pełen humoru. Będziemy się za Niego modlić.

Od roku 1973, kiedy poznaliśmy Jerzego Turowicza, mogliśmy wiele razy prowadzić z Nim długie i wyczerpujące rozmowy, czasem w Bonn, najczęściej jednak w Krakowie. Dzięki temu mogliśmy osobiście doświadczyć, z jaką prostolinijnością pracował On dla swego kraju i dla Kościoła. Jerzy Turowicz i Jego gazeta musieli pokonać przy tym niejedną trudność. Na początku źródłem tych trudności był reżim komunistyczny; natomiast po roku 1989 to przede wszystkim kręgi kościelne często i ostro krytykowały otwartą postawę „Tygodnika Powszechnego”. Dla nas było to tym bardziej niezrozumiałe, że Mąż Pani był nie tylko człowiekiem głęboko wierzącym i wiernym Kościołowi, ale także dlatego, iż domagał się On od Kościoła w Polsce jedynie tego, co w swoich licznych dekretach ustalił Sobór Watykański II. Przez śmierć Pani Męża Polska, a w szczególności Kościół w Polsce, utraciły jedną ze swych największych postaci.

My, Niemcy, jesteśmy zobowiązani do szczególnej wdzięczności wobec Jerzego Turowicza. Bardzo wcześnie zaangażował się On na rzecz porozumienia i pojednania między Polakami a Niemcami. Licznym Niemcom, którzy odwiedzali „Tygodnik Powszechny”, On osobiście albo Jego redakcyjni współpracownicy ukazywali inny obraz Polski. A poza tym wiele razy to On napominał nas, Niemców, abyśmy trwali przy wizji zjednoczenia naszej podzielonej ojczyzny. Taka postawa była tym bardziej niezwykła, że w tamtych latach wielu Niemców pogodziło się już z podziałem Niemiec i uznało go za nieodwołalny. Także dlatego jesteśmy Mu winni wdzięczność.

Jako pracownik Generalnego Sekretariatu Centralnego Komitetu Katolików Niemieckich chciałbym powiadomić Panią, że przed dzisiejszym posiedzeniem władz Centralnego Komitetu jego członkowie wzięli udział w Mszy świętej odprawionej w intencji Pani Męża.

Chcemy dzielić z Panią ból i żałobę. Głęboka wiara Jerzego Turowicza pozwala nam jednak mieć nadzieję, że Jego życie nie skończyło się, ale tylko zmieniło. Źródłem pociechy niech będzie więc dla nas wszystkich świadomość, że u boku naszego Pana mamy teraz szczególnego orędownika.

Vincens M. Lissek

Bonn, 29 stycznia 1999

Vincens M. Lissek (ur. 1936 na Górnym Śląsku) od 1968 pracuje w Generalnym Sekretariacie Centralnego Komitetu Katolików Niemieckich, gdzie zajmuje się współpracą z Polską.

 

 

Sługa Prawdy

Jerzy Turowicz, w jednym z najtragiczniejszych okresów Historii, wiernie i odważnie dawał świadectwo Prawdzie. Nieustannie, z siłą Ewangelii, budził sumienia; z cierpliwym miłosierdziem skupił, bez względu na istniejące między nimi różnice, wszystkich tych, którzy chcieli bronić wolności i godności Człowieka.

Będąc świeckim chrześcijaninem, był w oczach wszystkich znakiem Kościoła Chrystusowego i nadziei, którą Ten głosił.

Łącząc się w bólu z jego rodziną i jego przyjaciółmi, modlę się do Pana, by przyjął go w Swoim Pokoju i Swojej Radości, tak jak obiecał to dobrym i wiernym sługom.

Kardynał Jean-Marie Lustiger

Arcybiskup Paryża

 

 

 

Następne...

 

 

 

 


FOT. DANUTA WĘGIEL

Kalendarium życia Jerzego Turowicza

Głosy po śmierci Jerzego Turowicza

Pierwsza rocznica śmierci

O „Bilecie do raju” – wyborze publicystyki Jerzego Turowicza

Archiwum Jerzego Turowicza

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl