|
GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA
Do Pani Anny Turowiczowej
Szanowna Pani,
wiadomość o śmierci Pani Męża bardzo mnie poruszyła.
Polska straciła wielkiego człowieka. Przez wiele dziesiątków lat jako redaktor
naczelny „Tygodnika Powszechnego”, jedynego wolnego głosu między Magdeburgiem a
Władywostokiem, w czasach zniewolenia dowodził On swej wielkiej odwagi.
Wcześniej niż wielu innych Mąż Pani postawił sobie za cel pojednanie
polsko-niemieckie, do którego uparcie i niewzruszenie dążył. Za tę pracę Mąż
Pani został wyróżniony w ubiegłym roku Nagrodą Polsko-Niemiecką.
Jerzy Turowicz pozostanie w pamięci Polaków jako
szczery, liberalny katolik i odważny obrońca wolności słowa, promieniujący siłą
intelektualną. Także wielu Jego niemieckich przyjaciół nie zapomni o Nim.
Z wyrazami szczerego współczucia i szacunku
Joschka Fischer
Minister Spraw Zagranicznych
RFN
Milczenie
Trwająca od kilkudziesięciu lat publiczna służba
Jerzego Turowicza tak bardzo dotykała zawsze najważniejszych obszarów polskiego
życia zbiorowego, że dziś, kiedy go zabrakło, pierwszą reakcją jest nie potrzeba
osobistych o nim wspomnień, ale uczucie pustki. Pustki po odejściu kogoś u nas
wyjątkowego, kto w warunkach wolnej już Polski i cieszącego się wolnością
Kościoła, z uporem i na przekór częstemu u nas samozadowoleniu i
powierzchowności, wracał do tych trudnych tematów i pytań, które uważał za
zasadnicze dla przyszłości polskiego katolicyzmu i jego związków z życiem.
Myślę, że będzie nam brakowało przenikliwości Jerzego Turowicza, jego wyraźnej
hierarchii spraw w chrześcijaństwie najważniejszych i mądrej odwagi autentycznego
świadka w stawianiu niewygodnych pytań Kościołowi, czyli nam wszystkim.
Jest kilka zwłaszcza obszarów, gdzie pustka po
odejściu Jerzego Turowicza wydaje się dziś szczególnie dotkliwa. Na przykład to
wszystko, co było wyrazem jego gorliwej troski o rzeczywistą jakość polskiego
chrześcijaństwa, stan naszej „religijności dnia codziennego”, sposoby łączenia „polskości”
z „katolickością”. Wykazywał tutaj wyjątkowe zrozumienie dla istoty Kościoła i
jego powszechności, a także pamięć o tradycyjnych brakach polskiego katolicyzmu,
w tym katolickiej inteligencji, które sam, swoim świadectwem i umiejętnością skupiania
wokół siebie innych, przez kilkadziesiąt lat usiłował uzupełnić. Albo jego
wielka pasja, jaką było cierpliwe, nacechowane szacunkiem dla ludzi
poszukujących czy niewierzących, promowanie dialogu Kościoła ze światem
kultury, dialogu, który uważał za żywotnie potrzebny i religii, i kulturze.
Świadomość tę posiada wielu, ale w Jego przypadku był to niewątpliwy charyzmat,
a wynikające stąd owoce imponujące.
Doświadczenia wyniesione z Rzymu i Watykanu każą mi
wspomnieć z najwyższym szacunkiem o jeszcze innym wyczuleniu Jerzego Turowicza,
raczej rzadkim choć tak bardzo dziś potrzebnym. Chodzi o Jego postawę wobec
katolików uprawiających działalność polityczną. Jakże drażniły go i bolały
przykłady instrumentalnego traktowania instytucji Kościoła i nadużywania hasła „społeczna
nauka Kościoła”, podpieranie się religią i związkami z hierarchią w osiąganiu
partykularnych celów o charakterze ściśle politycznym.
Ci, którzy znali Jerzego bliżej i cieszyli się Jego
przyjaźnią, dobrze wiedzą, że także w tym Jego szacunku dla zasady
autonomiczności religii i polityki, w twardym przypominaniu tej zasady od roku
1989, czyli od samego początku budowania nowej Polski i trudnego ustalania się
relacji pomiędzy demokratycznym państwem a Kościołem, wyrażało się Jego życie
wewnętrzne i sposób podchodzenia do spraw najważniejszych. O najgłębszych,
wciąż tych samych źródłach własnej postawy religijnej Jerzy jednak nie mówił. W
tym także był wyjątkowy. „Im bliżej
jesteśmy wysokich gór, tym czujemy się mniejsi” – pisze Paul Claudel.
Stefan Frankiewicz
Dar pokoju
Kończący drugie Tysiąclecie wiek był czasem wielkich
przemian, czasem odnowy lecz także, zwłaszcza dla Europy, czasem straszliwych
prób. Niektóre narody doświadczyły ich w sposób szczególnie przerażający, wśród
nich naród polski i naród żydowski, na który spadło Shoah. Ale – jak śpiewają prorocy Boga w Izraelu, a także w Kościele
– nawet po najczarniejszej nocy powraca gwiazda nadziei i odkupienia, a pamięć
męczenników nie gaśnie. Tak właśnie po katastrofie wojny i eksterminacji,
wielki Sobór Watykański II ożywił w Kościele katolickim płomień obietnicy
zbawienia, dialogu i angażującego wszystkich ludzi budowania „cywilizacji
miłości”. Także gwiazda Izraela nabrała sił w Ziemi Ojców. Opatrzność chciała,
by Jan Paweł II, przybyły z Krakowa Papież-Polak stał się piewcą misji
Kościoła, prowadząc go drogą ekumenicznego uniesienia a jednocześnie pojednania
i Teshuvah (pokuty) wobec narodu
żydowskiego, który w ciągu wieków bardzo wiele wycierpiał z powodu antyjudaizmu
o inspiracji chrześcijańskiej i antysemityzmu. Wśród wielu przyjaciół, którzy
wraz z nim, świadomie i odważnie przebywali tę trudną drogę był Jerzy Turowicz.
Można na tej drodze wyróżnić w ciągu ostatnich lat kilka ważnych etapów. Mnie
samemu również było dane intensywnie uczestniczyć w tych owocnych wysiłkach, w
których mimo bolesnych napięć i trudnych momentów, jak choćby te, związane ze
sprawą klasztoru w Oświęcimiu, dojrzewała postawa Kościoła wobec narodu
żydowskiego. Dlatego moje wspomnienia o Jerzym Turowiczu wiążą się z miejscami
i osobami, które wywarły głęboki wpływ na przebieg dialogu
żydowsko-chrześcijańskiego rozpoczętego przez Sobór Watykański II,
kontynuowanego przez Papieży Jana XXIII i Pawła VI, z osobami kardynałów
Johannesa Willebrandsa i Edwarda Idrisa Cassidy’ego w Rzymie, kardynała
Franciszka Macharskiego w Krakowie, Henryka Muszyńskiego, arcybiskupa Gniezna,
i wielu innych przedstawicieli polskiej kultury, spotykanych w czasie
konferencji w Rzymie, w Opactwie Tynieckim, w Warszawie, w Pradze. Wśród nich
Jerzy Turowicz był istotnym punktem odniesienia, ze względu na swą głęboką
znajomość historii oraz zdolność nawiązywania międzyludzkich relacji
naznaczonych zaufaniem, przyjaźnią, lojalnością i dążeniem do prawdy, by razem,
z sympatią i empatią, budować lub poszukiwać. Tak na przykład, wniósł on
decydujący wkład w sprawę Karmelu w Oświęcimiu. Dzięki niemu spór, który
wybuchł z powodu Karmelu na terenie byłego koncentracyjnego obozu zagłady
Auschwitz-Birkenau, nie doprowadził do zerwania dialogu, ale stał się cenną
okazją do pogłębienia historycznej świadomości oraz nowym etapem na drodze
żydowsko-chrześcijańskiej, autentycznym doświadczeniem duchowym,
uwzględniającym zarówno męczeństwo narodu polskiego, jak i tragedię Shoah narodu żydowskiego. Dzięki tym
poczynaniom powstało między innymi Centrum Spotkań, Dialogu i Modlitwy w
Oświęcimiu. Nie mniejszą wartość ma końcowy dokument z odbytego w Pradze 3-6
września 1990 trzynastego spotkania International
Catholic-Jewish Liaison Committee. Jerzy Turowicz uczestniczył w nim jako
członek Delegacji Stolicy Apostolskiej. Delegacje wspólnie stwierdziły, że w
relacjach między Żydami a katolikami zapanował „nowy duch” szacunku, który
„zakłada skruchę”, bowiem „fakt iż antysemityzm znalazł miejsce w myśli i
praktyce chrześcijańskiej, jest wezwaniem do teshuvah (pokuty) i zadośćuczynienia z naszej strony”.
Pełnoprawny
reprezentant kultury środkowoeuropejskiej wieku XX, Jerzy Turowicz posiadał te
zdolności intelektu i przymioty ludzkie, które dysponowały go do uczestniczenia
w trudnym zadaniu krytycznego przygotowania podstawowych założeń i określenia
warunków procesu teshuvah, i do
przedstawienia ich szerszej, nie zawsze przychylnie nastawionej publiczności.
Dzięki temu, że potrafił w sposób doskonały pogodzić umiar ze stanowczością,
dzięki precyzyjności przeprowadzonej przez niego analizy i logice w jej
aplikacji, dlatego że wszystko to było ożywione duchem wiary, jego osoba,
niemal niepostrzeżenie, stała się punktem odniesienia i dla chrześcijan, i dla
Żydów, by w ten sposób budować dar pokoju i Shalom,
za który dziękujemy Panu, który chce byśmy w Jego Królestwie sprawiedliwości i
miłosierdzia byli braćmi.
Pier
Francesco Fumagalli
Pier Francesco Fumagalli – były Sekretarz Komisji Stolicy Apostolskiej do spraw
stosunków religijnych z Judaizmem
Twój rzymski dom
Inni będą opisywali Twoje nigdy dość podkreślane
zasługi dla rozwoju myśli katolickiej w Polsce, dla Kościoła, dla polskiej opozycji,
kultury. Ja Cię pamiętam z najciemniejszych czasów wczesnych lat 50.; dom Twój
i kochanej Anny był dla mnie zawsze otwarty. Gdy zacząłeś przyjeżdżać do Rzymu,
nasz dom stał się niemal od razu Twoim drugim domem, zwłaszcza podczas Soboru.
Pamiętam Twój entuzjazm i „nocne Polaków rozmowy”, w których brali udział Henri
de Lubac, Jean Danielou, Roger Schutz, Max Thurian i cała rzesza innych
uczestników soborowych obrad.
Byłeś jak magnes: osobistości kultury i Kościoła
zbierały się wokół ciebie, przedstawiciela tego, co w Polsce duchowo
najcenniejsze. Dumna byłam z twojej przyjaźni. Poparłeś powstanie i działalność
Centro Incontri e Studi Europei; cieszyło mnie, kiedy mówiłeś, że Centro działa
jak „polska ambasada” w Rzymie; 40-lecie „Tygodnika Powszechnego” mogliśmy z
pizzą i winem uczcić na via Anicia.
Pamiętam też Ciebie na Placu św. Piotra 16 października
1978 i oszałamiające następne dni,
gdy z okna naszego domu wpatrywałeś się w okna Pałacu Apostolskiego. I kwiecień
1988, gdy w Centro uczestniczyłeś w pierwszym chyba spotkaniu działaczy
litewskich i polskich; ile w to włożyłeś serca, przekonania i mądrości.
Ze wzruszeniem wspominam niespodziankę, jaką był Twój
głęboki artykuł o Pier Giorgio Frassatim, na długo przed jego beatyfikacją.
Przez wiele lat cieszyłam się Twoją przyjaźnią i Twoją obecnością na Piazza
Santa Maria in Trastevere. Mój brat Alfred, „rodzinny filozof”, który te słowa
ze mną pisze, dziękuje Ci za to, że byłeś i dla niego mistrzem, doradcą i
przyjacielem. Obojgu nam będzie teraz trudniej... W Rzymie, mieście, które tak
kochałeś, Twoi przyjaciele, Jerzy, są blisko Ciebie w modlitwie i nie zapomną
nigdy daru Twojej przyjaźni.
Wanda Gawrońska
Wanda Gawrońska – córka polskiego dyplomaty Jana Gawrońskiego i
Luciany Frassati, siostry bł. Pier Giorgia. Kieruje rzymskim Centro Incontri e
Studi Europei.
Nagroda sprawiedliwych
Jesteśmy głęboko wstrząśnięci wiadomością o śmierci
Redaktora. Wasza strata jest także i naszą, jest stratą całej Polski. „Tygodnik
Powszechny” przez Niego redagowany był i pozostał dla nas niedościgłym wzorem
pisma toczącego mądrą i odważną debatę o sprawach najważniejszych. Dla nas, jak
i dla całych pokoleń polskiej inteligencji, Jerzy Turowicz był wzorcem
prawości, rzetelności i szacunku dla innych. Dla polskich Żydów debaty o
stosunkach polsko-żydowskich, jakie z Jego inicjatywy odbywały się na łamach „Tygodnika”,
były dowodem na to, że linie podziału w Polsce nie przebiegają między Polakami
a Żydami, lecz między intelektualną i duchową odwagą, a uprzedzeniem i
stereotypem. Na zawsze pozostaniemy Mu wdzięczni. Na zawsze pozostaniemy Jego
uczniami.
Powiedziane jest w talmudycznym traktacie Pirke Awot: „Nie ty winienieś ukończyć robotę całą, ale
też nie możesz się uchylić od wykonania swojej części. A Panu twojej pracy
zaufać możesz, że wypłaci ci twoje wynagrodzenie; i wiedz, że nagroda
sprawiedliwych będzie na tamtym świecie”. Powiedziane jest o Jerzym Turowiczu.
Konstanty Gebert
i redakcja miesięcznika „Midrasz”
Nie zdążyłem powiedzieć...
Są chwile, w których mówi się to, czego się nie
zdążyło powiedzieć wcześniej. Wielu rzeczy nie zdążyłem powiedzieć Jerzemu Turowiczowi,
zwłaszcza w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, ale tego, co teraz piszę, nie
powiedziałbym Jerzemu pewnie nigdy. Nie chciałby tego słuchać, a ja nie
chciałbym mówić rzeczy oczywistych.
Polska inteligencja w lata powojnia weszła
dramatycznie wycieńczona i osłabiona. Obecność Jerzego Turowicza, w tych
trudnych latach, jak też bogactwo środowiska, które stworzył i któremu
przewodził, jest świadectwem wspaniałego blasku tych ludzi polskiej inteligencji,
którzy z odwagą i niezłomnością służyli swojemu krajowi. Turowicz swoją gazetę
potrafił uczynić instytucją życia publicznego, swoje słowo uczynił trybuną odnowy
chrześcijaństwa i refleksji o losie narodowym, swoje działania publiczne wpisał
w imperatyw moralny – z dala od ambicji i kariery.
W takim pojmowaniu i sprawowaniu etosu inteligencji
łączył w szczególny sposób Kraków z Warszawą, przezwyciężając zakorzenione
bariery i nadając siłę wspólnemu głosowi polskich środowisk twórczych. W „Tygodniku
Powszechnym” drukował zawsze więcej niż władze były w stanie akceptować,
wspierał „drugi obieg” nielegalnej literatury, jak też działania opozycyjne, które
wolność i niepodległość przeciwstawiały systemowi zniewolenia. W długiej drodze
„Solidarności” do przełomu 1989 r. był uczestnikiem odważnym, dalekowzrocznym i
mądrym. W działaniu Komitetu Obywatelskiego był obecny w sposób nie do
zastąpienia, broniąc racji obywatelskich i etycznych, proponując wizje
przyszłościowe. Wspierał swoim autorytetem wszystkie kampanie wyborcze, od
czerwcowych wyborów 1989 r. poczynając. Konsekwentnie jednak odmawiał zgody na
własne kandydowanie. Zapewne było to wyrazem wierności dla „Tygodnika”, ale też
szczególnego stosunku do polityki: pasjonowała go ona, przypominał o jej
etycznych referencjach, ale nie chciał uczestniczył ani w tym co się zwie „grą
polityczną”, ani też we władzy.
Był człowiekiem kompromisu i porozumienia, wspierał
dialog i ugodę w obozie solidarnościowym – ale był bezkompromisowy, gdy
chodziło o imponderabilia. Dotyczyło to jednoznacznego potępienia komunizmu i
PRL, dotyczyło to granic możliwych aliansów politycznych, dotyczyło także
potępienia pojawiającej się w polskim katolicyzmie skazy antysemityzmu,
ksenofobii czy nienawiści do innych.
Jerzy Turowicz miał też niezwykłe poczucie braterstwa
ludzkiego. Jeden z mistrzów francuskiej historiografii napisał kiedyś, że
historyk powinien być jak wilkołak z bajki i szukać człowieka. Jerzy człowieka
szukał – ale po to, by być mu bratem. Sam zaś skromnie, nieśmiało i z pokorą
był moralnym autorytetem i nauczycielem.
Bronisław Geremek
Testament
Dopiero śmierć Jerzego Turowicza uświadomiła nam
wszystkim, jak ogromną rolę odegrał On w życiu Polski. I to w tak wielu
dziedzinach. Stworzony przez Niego „Tygodnik Powszechny” w najciemniejszych
czasach PRL-u stał się jedyną trybuną dla wybitniejszych twórców – niezależnie
od ich poglądów: decydowała jedynie wartość ich dzieł.
Tylko dzięki Niemu zaczęła się ewolucja polskiego
Kościoła w kierunku wytycznych II Soboru. „Tygodnik” był jedynym ciągłym
ośrodkiem niepodległościowym – prowadził walkę z przerostami nacjonalizmu, z
antysemityzmem. Walcząc o prawa człowieka, stał się szkołą tolerancji. Całą tę
akcję Turowicz prowadził pragmatycznie, dyskretnie, z dużym kunsztem
dyplomacji, aby uchronić swój warsztat pracy, ale nie unikał w kryzysowych momentach
twardych decyzji, które mogły spowodować zamknięcie pisma, jak to miało miejscu
w dniu, kiedy odmówił uczczenia śmierci Stalina na łamach pisma. Brał czynny
udział w powstaniu „Solidarności”, nie angażując się jednak w żadne rozgrywki
koteryjne czy personalne. Taką postawę zachował również po odzyskaniu
niepodległości. Z pozycji całkowitej niezależności nigdy nie wahał się walczyć
w swój dyskretny sposób ze szkodliwymi zjawiskami życia politycznego, z
Kościołem włącznie. Turowicz stał się powszechnie uznanym autorytetem moralnym
nawet dla swych przeciwników. Zjawisko zupełnie wyjątkowe w Polsce.
Myśląc o zabezpieczeniu przyszłości „Tygodnika
Powszechnego”, Turowicz przeprowadził w sposób prawie bezbolesny zmianę pokoleń
w zespole redakcyjnym. Paradoksalnie śmierć Turowicza, która nastąpiła w chwili
najcięższego kryzysu, jaki przeżywa społeczeństwo, powinna by zmusić wszystkich
prominentów do zrobienia rachunku sumienia. Powinni zastanowić się nad
przykładem-testamentem, pozostawionym przez Turowicza, przemyśleć własną
działalność i wyciągnąć z tego wnioski. Mimo rytualnych panegiryków i nielicznych
na szczęście zgrzytów, mogłoby to być wstępem do odrodzenia. Byłoby to najlepszym
hołdem złożonym Jego pamięci.
Jerzy Giedroyc
Gołąb i jastrząb
Czarne włosy i krzaczaste brwi nad błyszczącymi,
przenikliwie patrzącymi oczami – wygląd przypominający jastrzębia, ormiańskiego
watażkę, a serce gołębia, połączenie mądrości z odwagą, romantyzmu z trzeźwym patrzeniem
na rzeczywistość. Tak go odbierałam, gdy przewodniczył licznym walnym zebraniom
sprawozdawczo-wyborczym warszawskiego KIK-u, którego też był jednym z
założycieli.
Na formację kolejnych pokoleń klubowych miał wpływ nie
tylko redagowany przez niego „Tygodnik”, ale także on osobiście przez liczne
swoje wykłady. Uczył nas wszystkich chrześcijaństwa rozumnego, myślącego,
intelektualnie pogłębionego, a także poczucia społecznej odpowiedzialności za
kraj, za Kościół. Uczył chrześcijaństwa otwartego na inaczej myślących,
dialogowego, ekumenicznego. Mówił o tym, jak niechrześcijańskim i sprzecznym z
Ewangelią jest wszelki szowinizm, totalitaryzm, antysemityzm, uczył dróg pokoju
i porozumienia. A zarazem był odważny, tak w proponowaniu tego, co niezbędne
dla reform w Kościele, jak i w przeciwstawianiu się politycznym naciskom władz.
Gdy zaczęto także mnie zapraszać na zebrania omawiające problemy polityczne,
przekonałam się o tej jego odwadze. Cechowała go jednocześnie mądrość. Bywa
bowiem, że odwaga nie idzie w parze z mądrością, a rozsądek z odwagą. Dawał nam
przykład odpowiedzialności za słowa i za czyny.
Towarzyszył nam i dodawał odwagi swoim spokojem.
Przypomnę tu jego publiczne wystąpienie w obronie listu biskupów polskich do
niemieckich.Także inna scena stoi mi przed oczami: siwy już wówczas Jerzy Turowicz
odpowiada spokojnie na niewybredny i zaskakujący nas atak Wałęsy na zebraniu
Komitetu Obywatelskiego. Podziwiałam jego spokój i opanowanie. To inni potem
krzyczeli na Wałęsę za ten atak. Jerzy Turowicz tylko mu spokojnie wyjaśniał,
tak jak się wyjaśnia nieporozumienie, nie dając poznać, ile go to musiało kosztować.
W tej odpowiedzi ukazała się cała jego ludzka wielkość, człowieka zatroskanego
o kraj – nie o siebie.
Ale przede wszystkim postać Turowicza łączy się z
Soborem Watykańskim II. On ten Sobór – jego treści duchowe – nosił w sobie dużo
wcześniej. Cieszył się ich dojrzewaniem w Kościele razem z nami, nieraz je wykładał
i tłumaczył.
Z biegiem lat coraz bardziej przypominał gołębia, bo
posiwiał, ale wciąż miał to bystre choć zawsze życzliwe spojrzenie i wciąż tę
odważną dobroć. Ufam, że jest teraz bardzo szczęśliwy w Domu Ojca – i że o nas
wszystkich pamięta w świętych obcowaniu. Ale ufam też, że ziarna przez niego
zasiane będą wzrastały wciąż i w Klubach Inteligencji Katolickiej, i w redakcji
„Tygodnika Powszechnego”, czego i nam, i „Tygodnikowi” serdecznie życzę.
Stanisława Grabska
Sprawiedliwy
Dowiedzieliśmy się właśnie o śmierci pana Jerzego
Turowicza i całym sercem jesteśmy z Wami myślami i modlitwą.
Jego przeszło pięćdziesięcioletnia praca dla
pojednania polsko-żydowskiego jest dokonaniem wyjątkowej klasy i stanowi
wzorzec godny naśladowania. Zawsze podziwialiśmy jego odwagę i siłę
zaangażowania w służbie spraw najszlachetniejszych. Nigdy nie zapomnimy roli,
jaką odegrał w Międzynarodowym Katolicko-Żydowskim Komitecie Łączności,
zwłaszcza w czasie spotkań, które miały miejsce w Pradze we wrześniu 1990 roku
i w Rzymie, a także w trakcie spotkań genewskich w 1986 i 1987 roku, podczas
kryzysu związanego z Karmelem w Oświęcimiu.
Jego tekst pt. „Shoah: w polskich oczach” pozostanie
wyryty w naszej pamięci.
Pamięć tego Sprawiedliwego trwać będzie jako światło i
nauka dla tych wszystkich, którzy go znali i którzy będą umieli pójść drogą,
którą wytyczył.
Dr Gerhart M. Riegner
Prof. Jean Halpérin
(Światowy Kongres Żydów)
Bywały także dni szczęśliwe
Nie umarł cały, i tak właśnie pragnęłabym o
Nim myśleć, wskrzeszając aurę otaczającą Jego osobę, wspominając Jego twarz,
gestykulację, słowa poważne i żartobliwe; Jerzego siedzącego w fotelu,
zdejmującego z ramienia ciężką czarną torbę wypchaną książkami w naszym
przedpokoju, witającego nas w swoich własnych progach na Lenartowicza.
Od lat pięćdziesiątych
znajomi, a potem coraz serdeczniej zaprzyjaźnieni, oboje, z Arturem,
komunikowaliśmy się z Nim na tyle często, by móc przekazywać sobie dość
regularnie wydarzenia życia, żywym głosem lub listownie. Znaliśmy i kochaliśmy
całą Jego rodzinę, żonę Annę, córki – Joannę, Magdalenę i Elżbietę,
wtajemniczani byliśmy w ich sukcesy, a potem śledziliśmy dorastanie wnuków.
Jerzy zaś z kolei obdarzał swoimi na wpół już rodzinnymi uczuciami naszą córkę
Danielę, którą znał od dzieciństwa, a odwiedzał w Stanach, kiedy tam
studiowała, a On otrzymywał doktorat honorowy uniwersytetu w Yale.
Znałam wartość Jego
osoby, autorytet społeczny, jakim się cieszył, coraz wyraźniej ważąc na życiu
naszej kultury i świadomości oświeconej części naszej społeczności. Wiedziałam,
że był cenny jak kryształ, nie do zastąpienia, że był jakby jednym z kamieni
węgielnych naszej współczesności i rozumiałam, jaką szansą stało się w moim i
Artura życiu to, że mogliśmy się z Nim zaprzyjaźnić. Nigdy jednak ten ciężar
misji publicznej, jaką spełniał, nie zaciążył na naszej przyjaźni. Szedł za
swoją piękną naturą tak po prostu, jakby szlachetność była tak oczywistą jego
przynależnością jak część Jego ciała, nos lub ręka. Wspaniały kruszec. A
przecież w przyjaźni tak oddany, ciepły, uważny, tak żywy w swoich zachwytach,
refleksjach, w opowieściach z rozlicznych podróży, ze spotkań z ciekawymi i
znakomitymi ludźmi, z zetknięć ze sztuką, z malarstwem, które tak kochał, z
literaturą, której był oddanym czytelnikiem.
Nie było w tym jego
stosunku do sztuki nic wymyślonego: ciekawił go nie tylko teatr, ale także kino
i telewizja. Należąc do najwyższej elity umysłowej, trafiał do tych sztuk i
rozrywek drogą zwykłych ludzi, których czuł się bratem. Umiar i stanowczość,
połączona ze zrozumieniem racji drugiego, sumienność znajdująca wyraz w
wywiązywaniu się z zobowiązań wobec ludzi, wstręt do jakiegokolwiek szowinizmu,
ciekawość życia, od najdrobniejszych perypetii i anegdot do wielkiej polityki,
prostota i zadziwiająca skromność – to wszystko przyciągało do niego i budziło
podziw. Reszta była już po prostu przyjaźnią, uczuciem, serdecznością.
Wielokrotnie namawialiśmy
Jerzego, żeby pisał pamiętniki: podróżował przecież więcej niż inni, a były to
zawsze podróże pracowite, na konferencje, zjazdy, synody, znał wielu ludzi
znakomitych. Ale on nie kwapił się jakoś do spisywania pamiętników. Wyraźnie
nie leżało to w jego temperamencie. A przecież zachowały się jakieś fragmenty
jego przeżyć i wrażeń, w nieregularnie, ale stale przesyłanych listach do
przyjaciół. Pisanych często pod wrażeniem chwili, albo sprawozdających dni
minione. W tych listach zachowała się jakby część jego życia. Więc do nich sięgnęłam
dziś, kiedy nie możemy Go już usłyszeć. W tych listach słyszę pogłosy Jego
pogwarek i tu, w Warszawie, gdzie tradycyjnie pojawiał się za każdym niemal
przyjazdem, żeby zjeść z nami kolację, z równie tradycyjnym śledziem, a przedtem
posiedzieć w fotelu ze szklaneczką whisky – a także długich naszych nocnych
rozmów w Stony Brook, w Stanach, jesienią ’73 roku, gdzie spędził kilka dni w
naszym domu. Listy adresowane są często na Paryż, na Iowę, Stony Brook czy
Waszyngton, do miejsc, gdzie zatrzymaliśmy się na czas jakiś w latach 70. i 80.
Pisane zaś są przez Jerzego z Krakowa a także z najróżniejszych miejsc w
podróży, głównie z Rzymu, ale również ze Szwajcarii, Austrii, Anglii, a nawet z
Brazylii.
*
Zawitawszy po raz
pierwszy do Rzymu, pisał:
Asyż, 5 maja ’57: „Dziwna
to dosyć rzecz, ale od 2 tygodni z górą jestem we Włoszech (po raz pierwszy).
Kraj cudowny (zresztą zna go Pani lepiej ode mnie), a »szok zachodni« dosyć
silny. Dotąd byłem w Rzymie i okolicy, teraz półtora dnia w prześlicznym Asyżu.
Jutro jadę »obwąchać« Florencję, pojutrze wieczór wracam do Rzymu i powoli
trzeba się będzie zbierać do kraju”.
A po trzydziestu sześciu
latach z tego samego Rzymu:
Roma, 31 maja ’93: „Więc
jesteśmy znów w Rzymie, ja już – if am
not mistaken – po raz chyba 35, poczynając od r. 1957 (przeciętnie raz w
roku). Pogoda wspaniała, słońce, upał (aż za nadto). Chodzimy po mieście,
odwiedzamy przyjaciół”.
Kiedy po roku ’68
wyjeżdżamy z Arturem i naszą córką do Stanów, gdzie spędziliśmy następnie cztery
lata, przy ośrodkach uniwersyteckich, pisuje do nas Jerzy regularnie.
Bez daty, rok 1971: „U
nas wszystko po staremu, młyn się obraca, ja byłem z końcem marca 8 dni w NRF
na obradach World Conference of Religion
for Peace – koło Düsseldorfu, potem 2 dni w Bonn i 2 dni we Frankfurcie –
właśnie były tam rozruchy studenckie. Poszedłem na »Last Tango in Paris«, ale prawdę mówiąc wolałbym pojechać do Stony
Brook! Anna zaś za 10 dni wyrusza najpierw do Belgii, a potem do Prowansji
kościółki romańskie podpatrywać. Czyli się ruszamy póki co! A u Was co słychać?
Ogromnie się za Wami stęskniliśmy”.
14 stycznia 1971: „Wenecja
cudowna, upał jak diabli, pełna po brzegi turystów, zwłaszcza całe tabuny teen-agers, dosyć to było fascynujące,
acz z forsą było krucho (jak to zwykle, nasi za granicą). Wróciłem śmiertelnie
zmęczony (w Wenecji od rana do wieczora na nogach, a potem pociąg), ale
nafaszerowany różnymi energiami intelektualno-duchowymi, z którymi nie wiadomo
potem, co zrobić”.
Raz po raz wraca w
listach do spraw „Tygodnika”.
Kraków, 21 stycznia 1971:
„W najbliższym numerze wg wszelkiego prawdopodobieństwa będzie już felieton Kijka,
Kijek pięknie się spisuje (raczej: wypisuje) i śmiało, i jakoś mu to uchodzi.
Ucieszyła mnie bardzo nagroda PEN Clubu dla Ciebie [mowa o Arturze
Międzyrzeckim – J.H.], bardzo serdecznie ci gratuluję”.
Kraków, 29 maja 1971: „»Tygodnik«
jako tako prosperuje, dostaliśmy wreszcie 8 stron (zamiast 6), trochę to może
ożywiło i wzbogaciło pismo. Kisiel pisuje, trochę bryka, ale inaczej niż
dawniej, Andrzej [Kijowski, przyp. J.H.] miał parę znakomitych felietonów...”
Rzym 21 X 1971: „Ja
niestety im [tj. córce i żonie, przyp. J.H.] nie towarzyszę, choć radbym, bo
biegam koło synodu. Ale dziś rano urwałem się i pojechaliśmy we trójkę do Ostii,
która jest piękna i bogatsza niż pamiętałem. Zresztą na 14 musiałem wracać do
Rzymu, więc widzieliśmy zalewie połowę tego, co tam było do oglądania. Pogoda
była śliczna, słońce, jaszczurki, świerszcze, stokrotki 4 x większe niż w
Polsce. (...) Ja mam robotę ciężką, biskupi się uwzięli i obradują rano i po
południu, wskutek tego 2-3 x dziennie są konferencje prasowe, do tego również odczyty,
co tydzień zbieram ze 200 stron różnych dokumentów, ich studiowanie zajmuje
cały dzień, a pisanie cotygodniowej korespondencji dalsze pół nocy albo więcej.
Do tego dwa telefony (z Krakowa, dla przekazania korespondencji). Zawsze są
kłopoty i nerwy, np. w ostatni poniedziałek niemal cały dzień siedziałem przy
telefonie bezskutecznie. Ale narzekać nie mogę, choć Synod jest pod pewnymi
względami décevant, ale gromada
miłych i serdecznych przyjaciół z Solon. Tylko jeść nie ma kiedy, bo konf.
prasowe są na ogół do 13-16 oraz o 20! Trzeba mieć do tego końskie zdrowie, a1e
widocznie je mam?”
Kraków, 17 marca 1972 (do
Stony Brook – przyp. J.H.): „A ja? No cóż, żyję w obłędzie, którego elementy są
wam zapewne znane od Marka S. Ostatnio w W-wie i Krakowie odbywaliśmy
nieskończoną ilość zebrań i konwentykli, na których zupełnie bezskutecznie
usiłowaliśmy rozwiązać kwadraturę koła, »Tygodnik« wychodzi, boryka się z
różnymi trudnościami, ale ostatecznie nie jest taki zły, jaki mógłby być.
Powiedzmy średni. Zresztą ufam, że go dostajecie, więc wiecie sami. (...) A do
U.S. wybieram się, co nie znaczy, że pojadę, jednak dopiero jesienią, ściślej w
połowie września. Z czego wynika, że się tam możemy nie spotkać, co mnie
martwi, bo byłoby to spotkanie na szczycie (w sensie np. szczyt napięcia,
radości etc.) i bardzo oryginalne. A u was?? Cieszę się, że się tam cała grupka
naszych przyjaciół, współpracowników »TP« zebrała w tej Jałowej, wy, Marek S.,
Marek N. – a może jeszcze ktoś dojedzie? Nawet pisałem do Spodka, że może
byście napisali taki wspólny reportaż z Iowy na cztery ręce, czy cztery pióra,
z tym, żeby każde napisało osobny rozdziałek: Julia, Artur, Marek S., Marek
N.”.
Louvain, 12 września ’72:
„Nie macie pojęcia, jak się na spotkanie z Wami cieszę, aczkolwiek – muszę
przyznać w skrytości serca, że przed całą tą podróżą mam diabelnego pietra!”
Zakopane (bez daty): „O
Ameryce myślę ze zdumieniem, czy ja tam naprawdę byłem?? A najserdeczniej,
najczulej i najmilej Was wspominam. Na razie ta karteczka, a list dłuższy w
drodze”.
Kraków, l stycznia ’73: „Moje
zdjęcia zrobione w Stony Brook wypadły nie najgorzej, przyślę jak tylko będę
mógł powiększenia. A wy? Miło mi, że znając Wasze realia mogę sobie wyobrazić,
jak żyjecie – wigilia z Kijkiem, Artur przygotowuje wykłady i szuka miejsca na
parkingu, skunks grasuje koło garażu, Julia zamyka i otwiera bramę, Daniela
urządza i maluje swój pokój i ogląda filmy. A co poza tym? Może byście jakieś
wierszyki przysłali do »TP«?”
Londyn, 17 października
’73: „W Londynie nie byłem 12 lat, oglądam Piccadilly i Soho (by night), zmianę gwardii pod Buckingham
Palace, w niedzielę słucham mówców w Hyde Parku. Poza tym spotykam przyjaciół –
Polaków i Anglików. Wygłosiłem odczyt (dla Polaków) o Maritainie, na najbliższy
weekend wyskoczę do Szkocji, potem na tydzień do Irlandii (Dublin, nie
Belfast!), w międzyczasie skoczę do Oxfordu zobaczyć Leszka K. A poza tym co??
Śledzę z niepokojem wojnę na Bliskim Wschodzie, z nadzieją, że nie będzie z
tego światowej draki. Nie muszę mówić, po której stronie są moje sympatie. Że
Spiro Agnew wyleciał, to mnie nie zmartwiło. Bardziej się przejmuję sprawą
Sacharow-Sołżenicyn. Czy zachód (tj. raczej zach. Europa) zdoła wymusić jakieś
ustępstwa na Wielkim Bracie? Nie mam wielkiej nadziei, ale może chociaż coś...”
Kraków, 25 marca ’73 (do
Stony Brook – przyp. J.H.): „Z opóźnieniem jak zwykle, ale nie mniej
serdecznie, życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze, aby się Wam wiodło we
wszelkiej pracy twórczo--naukowej, aby benzyna potaniała i Long Island Railroad
nie strajkowała, aby się nam świat do reszty – jak zdechły pies – nie
przewrócił do góry nogami, na co się coraz bardziej zanosi”.
Kraków, 24 lipca ’75: „Właśnie
skończyłem w męce artykuł o Mounierze – po francusku dla Francuzów (!?) jeszcze
bym powinien napisać referat o polskim katolicyzmie dla... Amerykanów, a w
ogóle to odpocząć by warto”.
Kraków, 2l września ’75: „Gościliśmy
tu w Krakowie – jak wiecie – Antoniego S. – celebrowaliśmy jego obecność na
różne sposoby, wydaje mi się, że był zadowolony. Teraz myślimy o jego
nadchodzącym 80-leciu”.
Kraków, 22 marca ’78: „Będę
miał 3-dniowy meeting chrześcijański
w Hadze, ale chcę skoczyć do Rotterdamu Zadkine’a odwiedzić, a potem po
Amsterdamie połazić. Z góry cieszę się na Vermeera, a nawet (?) na Rembrandta”.
Rzym, 10 października
’78: „Miałem wracać 3 dni temu, ale papież umarł, więc oczywiście zostaję aż do
wyboru jego następcy. Bardzo są to emocjonujące przeżycia, od niedzieli na
Placu Św. Piotra będę wypatrywał białego dymu!”
Bolonia, 29 stycznia ’79:
„Moi kochani, no i chodzę tu po śladach Artura. Bolonia piękna, wieże, arkady –
tylko pogoda brzydka, deszcz siąpi, ale cieplej chyba niż w Warszawie. Moje colloquium się odbyło, interesujące acz
kontrowersyjne, no, i oczywiście, referacik trzeba było wygłosić. Po południu
wracam do kraju”.
Kraków, l8 marca ’79: „Otóż
melduję, że Anna, małżonka moja, leci do Rzymu 29 bm., toteż 28 (środa)
będziemy oboje w Warszawie. Gdybyście i Wy wtedy byli w stolicy, to miło by nam
było, tradycyjnym zwyczajem, Was odwiedzić, np. wieczorem. (...) Poza tym
niczego szczególnego nie mam do doniesienia (acz gdy się [if] spotkamy, to tematów do omówienia będzie sporo!)”.
Kraków, 23 listopada ’82
(do Waszyngtonu – J.H.): „W Rzymie mieszkaliśmy ciasno lecz pięknie, na placu
Sta Maria in Trastevere. Turystyki czy zwiedzania było niewiele, żadne muzea,
teatry czy kina, tylko spotkania z mnóstwem ludzi, obiady, kolacje, ze starymi
lub nowymi przyjaciółmi. Ojca Świętego widzieliśmy kilka razy, co zawsze jest
wielką radością!”
Kraków, 15 stycznia ’83
(do Waszyngtonu – przyp. J.H.): „Stan wojenny zawieszony, wiele się zmieniło,
ale przynajmniej internowanie się skończyło. Widziałem Tadeusza Mazowieckiego z
brodą, w dobrej formie, bardzo się nim cieszyliśmy. Widuję też Witka
Woroszylskiego, Andrzeja Drawicza i in. Geremka nie widziałem, ale też wrócił
do domu”.
Kraków, 9 lutego ’83 (do Waszyngtonu – przyp. J.H.): „W
»Tygodniku« business as usual,
cenzura rąbie, Urban i inni napadają, ale i tak »TP« osiąga szczyty
popularności. Prenumerata wzrosła, z kiosków »TP« niemal zniknął, ludzie
walczą, błagają o abonament, porywają z rąk do rąk. Różni nowi autorzy się
pchają do nas, no i dobrze, ale dla Was pełno miejsca!”
Kraków, 5 maja ’83 (do
Paryża – przyp. J.H.): „A u nas cóż? Co się dzieje de publicis to wiecie, ciągle coś się dzieje, dość burzliwie i
niewesoło. Czekamy na przyjazd J.P.II, chyba jednak przyjedzie, jak to będzie
wyglądało it’s not easy to imagine. Wait
and see. (...) W »Tygodniku« nas często odwiedzają warszawiacy, dziś był u
nas Wiktor W. i Andrzej Drawicz, Kijek z Kazią też byli w Krakowie. Andrzej nie
u nas lecz na klinice, z jego oczami niezbyt dobrze, ale on się dobrze trzyma”.
Wiedeń, 13 września ’83
(do Paryża – J.H.): „Moi kochani, dziś się skończyła papieska »trzydniówka«,
szaleństwo jak zwykle, choć nieco spokojniej niż gdzie indziej. Jutro jadę do
Rzymu, a stamtąd na Sardynię, odpocząć nieco i się wyspać”.
Londyn, 25 września ’84: „Już
jestem po Oxfordzie, gdzie było interesująco i miło, wielu przyjaciół, Czesław,
Leszek, Jakub Karpiński i inni. Jutro lecę do Rzymu, z pocz. października w
Polsce, plan maessig. Ze smutkiem przeczytałem
dziś w »Timesie«, że Pierre nie żyje [Pierre Emmanuel – przyp. J.H.].
Cieszyłbym się, gdyby któreś z Was napisało o nim do »TP« w tej sprawie, a może
i kilka wierszy przełożyć. Pomyślcie o tym i zadzwońcie do »TP«, choć pewnie ja
wcześniej wrócę nim ta kartka do Was dotrze”.
Kraków, 13 lutego ’86: „No,
dosyć już tego pisania o zdrowiu i chorobach jak stara baba! W tej sytuacji nie
wiele mam do napisania, bo się niewiele dzieje. (...) Z redakcją mam kontakt
telefoniczny, przysyłają mi korespondencję i gazety, czytam jakieś artykuły,
piszę listy. Z kultury to (w przerwach między leniuchowaniem) byliśmy z Anną
na »Woyzecku« Büchnera w teatrze, oraz ja sam na nowym spektaklu Kantora (w
teatrze Słowackiego!!). Kantor jak Kantor, spektakl niby wspaniały, ale co chce
powiedzieć – nie wiadomo. Wiele imprez uciekło mi przez te choróbska, wernisaż
gobelinów (!) Tadzia Brzozowskiego, bal »Piwnicy pod Baranami« (jubileusz
30-lecia!)
Natomiast ta nasza
sytuacja sprzyja lekturze (...) Cieszę się, że wylądowaliście na Surcouf, bo
łatwiej nam Was sobie wyobrazić w tym miłym miejscu i okolicy. O kongresie
nowojorskim słyszeliśmy dużo na falach eteru i o tym, że Ty Arturze tam byłeś,
acz potem ogarnęły nas wątpliwości czy tak było, dopiero teraz mamy pewność.
Bardzo to dobrze, że się udało i że Danielę zobaczyłeś, a także Czesia i Susan
Sontag (widziałem ich obojga fotkę w »Newsweeku«).
Kochani, choć źle, że was
tu nie ma, ale dobrze, że jesteście w Paryżu (dobrze Wam tak!), Julio, nie miej
żadnych wyrzutów sumienia. Korzystajcie. Pozdrówcie od nas przyjaciół, tych na
Surcouf, od x. Zenona aż do brata Leona, Zbyszków, Kaziów, kogo tam jeszcze. A
jak Ty i Artur coś ładnego napiszecie, to przyślijcie co rychlej”.
Kraków, 17 lipca ’86: „W
Rzymie dobrze było i pięknie, odbyłem jedno sympozjum, zjadłem obiadek z ks.
Zenonem, o czym wiecie, odbyłem ten »kongres pokoju« z udziałem licznych
znakomitych (i nie znakomitych) osobistości, mój udział raczej bierny, o czym
»na gębę« przy okazji (kiedy??), zaś z moich spotkań rzymskich niezwykłe i
niespodziewane: Czesio Miłosz, w drodze z Belgradu do Florencji na Congressus
poetów. Spotkałem go szczęśliwie (bo mogliśmy się nie spotkać!), wypiliśmy
niejeden kieliszek wina, Czesław b. był miły, przeczytał mi swoje nowe wiersze,
a co najważniejsze, mogłem go zaprowadzić do Palazzo Apostolico do J. P. II na
kolacyjkę! Bardzo było miło, rozmowa o poezji, Cz. rad, a gospodarz chyba też”.
Kraków, 9 sierpnia ’86
(do Paryża – przyp. J.H.): „Skoro o kolaboracji (naszej, tj. Waszej z »TP«) mowa,
to od razu i przypadkiem otworzyłem niedawno radio i – o dziwo – słyszę głos
Artura, który mówi o Antonim! Radość wielka ten głos słyszeć, a i tekst piękny
i od razu myśl, że może by to w »TP« wydrukować, zwłaszcza, że nam wymawiają,
żeśmy jakoby 10 rocznicy śmierci Antoniego nie zauważyli (co prawda
zauważyliśmy i uczcili 5–tą, której wówczas nikt inny nie zauważył). Próbujemy
dzwonić w tej sprawie na Surcouf, ale czy się uda? (...) Tegoż dnia słyszałem
też piękne wiersze Zbyszka H, przez tegoż Zbyszka b. pięknie czytane. Nie wiem,
gdzie Zbyszek się obraca w Paryżu (może też w Cité des Arts?), ale jak go
zobaczycie, powiedzcie mu proszę, żeśmy go słuchali z radością i że miłą od
niego karteczkę już też żeśmy dostali. Wróciłem z Rzymu 8 lipca i dowiedziałem
się, że mam niemal natychmiast jechać do Genewy, na spotkanie związane ze
(znaną Wam chyba) aferą klasztoru karmelitanek w Oświęcimiu. Przez 10 dni
musiałem stawać na głowie, aby zdobyć paszport, bilet na samolot, wizy itp. no
i 20 lipca poleciałem na tydzień do Genewy, gdzie odbyło się dość niezwykłe
spotkanie »na szczycie« (w Chateau Rotschild nad Lemanem!): 4 kardynałów (w tym
oczywiście Macharski), 5 Żydów – prezydentów różnych znanych międzynarodowych
organizacji (m.in. Grand Rabin de France) – oraz młody jezuita z Krakowa z
naszej redakcji i ja! Spotkanie trwało parę godzin w bardzo kurtuazyjnej
atmosferze, wydaje się, że uczestnicy (z obu stron) byli zadowoleni, co nie
znaczy, że sprawa jest zamknięta! Trudno tu szerzej o tym pisać, jeśli »TP« czasem
widujecie, to był na ten temat artykuł z końcem czerwca, a ostatnio obszerny
komunikat po genewskim spotkaniu.
A co u Was? Byliście
zdaje się w Normandii na wakacjach? A teraz Cité des Arts – bardzo mnie
intryguje, co to takiego, nazwa bardzo stosowna. A jak Wasze zdrowie, bo o
Arturze tu jakieś nienajlepsze wieści dochodziły, uważaj na siebie, Arturze,
wprawdzieś młody w porównaniu ze mną, ale znowu nie najmłodszy. Kochani,
ściskam Was najserdeczniej i kiedy się do jasnej cholery zobaczymy?
PS: Jak zobaczycie Zenona
M., to zapytajcie, proszę, czy ma jeszcze płatne egzemplarze książki J. F. Sixa
»Karol de Foucauld«, wydaną przez nich w serii »Znaki czasu« (nie te
Micewskiego!) nr 25 w r. 1973. Pewnie już nie ma, ale jeśli ma, może mógłby mi
przysłać 1 egzemplarz?”
*
Kiedy czytam te urywki
listów, wracają strzępy przeszłości. Dziwić może, że tyle w tych listach
odległych adresów, nazw miast pięknie brzmiących. To prawda, ale przecież ta
korespondencja trwała kilka dziesiątków lat, na które składały się różne
przypadki życia i historii, również podróże. Podróże, więc i listy. Z Krakowa
do Warszawy i z Warszawy do Krakowa nie trzeba było korespondować, były
telefony, były spotkania i rozmowy. Rozmów nie da się wskrzesić, bodaj trochę
listów zostało.
Julia Hartwig
„Piórka, rozbite lusterka”
Późne lata czterdzieste. Jerzy z kolegami, pochylony
nad biurkiem, planuje następny numer „Tygodnika Powszechnego”. Szpalty
artykułów, przyniesione spod linotypu, mierzy zwyczajnym sznurkiem. Zabawnie?
Ale potem Jerzemu wszystko się zgadza, teksty wchodzą na kolumnę jak wrysowane,
ani dziur, ani nadmiaru do skracania. Pan Janota, metrampaż na Wielopolu, tylko
z naczelnym zgadza się przełamywać numer po spustoszeniach cenzury, bo tylko z
naczelnym nie ma próżnej roboty.
W tych samych latach Jerzy z rodziną w Pewli Małej w
zaciszu domu, gdzie gospodarzy pani Krystyna Popiel. Jego trzy śliczne córki
bawią się z Niusią Jenke, wtedy studentką polonistyki, po latach nauczycielką
zmarłą w Jarosławiu i czczoną do dziś. Wieczorami śpiewamy pod starym orzechem
(dopiero potem z prozy Jana Józefa Szczepańskiego dowiem się, że to wojenny
repertuar z Goszyc). Toczymy mądre debaty (są wśród nas i teologowie), chodzimy
na wycieczki (Babia Góra tylko o pół dnia drogi). Dzień zaczyna się i kończy w
kaplicy domowej.
Jerzy czytający wiersze na spotkaniach przyjaciół,
także w moim sublokatorskim pokoju. Na zewnątrz robi się coraz ciemniej,
nadciąga rok 1953. Ale to czytanie to nasza stała składowa ucieczki w wolność.
Jerzy w „Tygodniku” popaździernikowym. „Tygodnik”
wzbogacił się o młodą ekipę, głównie absolwentów KUL i naczelny z całkowitą
równowagą znosi nieustanne wybuchy indywidualności, jakimi na pewno są ci
adepci dziennikarstwa. Ot, choćby pozornie „antysoborowe” filipiki Tadzia
Żychiewicza, niebawem uduchowionego Ojca Malachiasza. Nie było chyba wtedy w
redakcji dwóch ludzi bardziej do siebie niepodobnych, a tak samo skupionych na
Kościele całą swoją uwagą i troską.
„Jerzy Turowicz telefonuje z Rzymu”. Trwa Sobór, potem
kolejne synody, Jerzy co tydzień cierpliwie dyktuje swoje gęste od treści
korespondencje, literując każde obco brzmiące nazwisko. A po powrocie, łagodny
ale wściekły, znowu ubolewa, że wydrukowaliśmy z błędami. Bo naczelny, dla
którego sprawy Kościoła po paru latach nie będą miały tajemnic, równocześnie
uprawia od zawsze kult pracy porządnej w każdym szczególe. Kiedyś sam poprawiał
błędy po korekcie. Teraz uporczywie zgłasza je już tylko po przeczytaniu nowego
numeru.
Odkąd uchylono granic, tabuny gości niewiele albo nic
nie rozumiejących z polskich spraw. I Jerzy, zawsze mający czas, by tak samo
rzetelnie przedstawiać im aktualny stan stosunków Kościół–państwo albo historię
„Tygodnika”.
I jeszcze to: Jerzego nieodmienne, pewnie
najwierniejsze podczas konferencji pytanie: dlaczego znowu nie odpisaliście na
listy?
Wszystko to oczywiście głupstwa, Herbertowskie „piórka,
rozbite lusterka”. Ale przecież w ciągu tej jednej doby po Twoim odejściu,
Jerzy, tylu ludzi wypowiedziało i napisało tyle pięknych słów na Twój temat,
ilu może nie zdarzyło Ci się usłyszeć przez długie lata życia. Więc tylko to
potrafię.
Józefa Hennelowa
Do Anny Turowiczowej
Do wiedziałyśmy się o śmierci Pani męża, Jerzego
Turowicza, i ta wiadomość bardzo nas poruszyła, bo był on dla nas – a zwłaszcza
dla naszej założycielki, małej siostry Madeleine – wielkim przyjacielem.
Nie możemy zapomnieć świadectwa Jego życia wiarą, Jego
odwagi i chrześcijańskiej dzielności w najtrudniejszych chwilach, które
przeżywał Wasz kraj. Zachowujemy Go w żywej pamięci jako kogoś, kto zrozumiał
„od wewnątrz” charyzmat naszego życia zakonnego i kto potrafił dać temu
świadectwo przez swoje pisma i wypowiedzi. Odtąd będzie On „naszym przyjacielem
u Boga”...
Wraz z wyrazami współczucia zapewniamy o naszym
zjednoczeniu z Panią w bólu tego rozstania, ale także w nadziei, pokładanej w
słowach Jezusa: „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.
Mała Siostra Jeanne
wraz z Radą Wspólnoty
Generalnej Małych Sióstr
Następne...
|