GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA

 

 

 

 

Do Pani Anny Turowiczowej

Szanowna Pani,

wiadomość o śmierci Pani Męża bardzo mnie poruszyła. Polska straciła wielkiego człowieka. Przez wiele dziesiątków lat jako redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, jedynego wolnego głosu między Magdeburgiem a Władywostokiem, w czasach zniewolenia dowodził On swej wielkiej odwagi. Wcześniej niż wielu innych Mąż Pani postawił sobie za cel pojednanie polsko-niemieckie, do którego uparcie i niewzruszenie dążył. Za tę pracę Mąż Pani został wyróżniony w ubiegłym roku Nagrodą Polsko-Niemiecką.

Jerzy Turowicz pozostanie w pamięci Polaków jako szczery, liberalny katolik i odważny obrońca wolności słowa, promieniujący siłą intelektualną. Także wielu Jego niemieckich przyjaciół nie zapomni o Nim.

Z wyrazami szczerego współczucia i szacunku

Joschka Fischer

Minister Spraw Zagranicznych RFN

 

 

Milczenie

Trwająca od kilkudziesięciu lat publiczna służba Jerzego Turowicza tak bardzo dotykała zawsze najważniejszych obszarów polskiego życia zbiorowego, że dziś, kiedy go zabrakło, pierwszą reakcją jest nie potrzeba osobistych o nim wspomnień, ale uczucie pustki. Pustki po odejściu kogoś u nas wyjątkowego, kto w warunkach wolnej już Polski i cieszącego się wolnością Kościoła, z uporem i na przekór częstemu u nas samozadowoleniu i powierzchowności, wracał do tych trudnych tematów i pytań, które uważał za zasadnicze dla przyszłości polskiego katolicyzmu i jego związków z życiem. Myślę, że będzie nam brakowało przenikliwości Jerzego Turowicza, jego wyraźnej hierarchii spraw w chrześcijaństwie najważniejszych i mądrej odwagi autentycznego świadka w stawianiu niewygodnych pytań Kościołowi, czyli nam wszystkim.

Jest kilka zwłaszcza obszarów, gdzie pustka po odejściu Jerzego Turowicza wydaje się dziś szczególnie dotkliwa. Na przykład to wszystko, co było wyrazem jego gorliwej troski o rzeczywistą jakość polskiego chrześcijaństwa, stan naszej „religijności dnia codziennego”, sposoby łączenia „polskości” z „katolickością”. Wykazywał tutaj wyjątkowe zrozumienie dla istoty Kościoła i jego powszechności, a także pamięć o tradycyjnych brakach polskiego katolicyzmu, w tym katolickiej inteligencji, które sam, swoim świadectwem i umiejętnością skupiania wokół siebie innych, przez kilkadziesiąt lat usiłował uzupełnić. Albo jego wielka pasja, jaką było cierpliwe, nacechowane szacunkiem dla ludzi poszukujących czy niewierzących, promowanie dialogu Kościoła ze światem kultury, dialogu, który uważał za żywotnie potrzebny i religii, i kulturze. Świadomość tę posiada wielu, ale w Jego przypadku był to niewątpliwy charyzmat, a wynikające stąd owoce imponujące.

Doświadczenia wyniesione z Rzymu i Watykanu każą mi wspomnieć z najwyższym szacunkiem o jeszcze innym wyczuleniu Jerzego Turowicza, raczej rzadkim choć tak bardzo dziś potrzebnym. Chodzi o Jego postawę wobec katolików uprawiających działalność polityczną. Jakże drażniły go i bolały przykłady instrumentalnego traktowania instytucji Kościoła i nadużywania hasła „społeczna nauka Kościoła”, podpieranie się religią i związkami z hierarchią w osiąganiu partykularnych celów o charakterze ściśle politycznym.

Ci, którzy znali Jerzego bliżej i cieszyli się Jego przyjaźnią, dobrze wiedzą, że także w tym Jego szacunku dla zasady autonomiczności religii i polityki, w twardym przypominaniu tej zasady od roku 1989, czyli od samego początku budowania nowej Polski i trudnego ustalania się relacji pomiędzy demokratycznym państwem a Kościołem, wyrażało się Jego życie wewnętrzne i sposób podchodzenia do spraw najważniejszych. O najgłębszych, wciąż tych samych źródłach własnej postawy religijnej Jerzy jednak nie mówił. W tym także był wyjątkowy. „Im bliżej jesteśmy wysokich gór, tym czujemy się mniejsi” – pisze Paul Claudel.

Stefan Frankiewicz

 

 

Dar pokoju

Kończący drugie Tysiąclecie wiek był czasem wielkich przemian, czasem odnowy lecz także, zwłaszcza dla Europy, czasem straszliwych prób. Niektóre narody doświadczyły ich w sposób szczególnie przerażający, wśród nich naród polski i naród żydowski, na który spadło Shoah. Ale – jak śpiewają prorocy Boga w Izraelu, a także w Kościele – nawet po najczarniejszej nocy powraca gwiazda nadziei i odkupienia, a pamięć męczenników nie gaśnie. Tak właśnie po katastrofie wojny i eksterminacji, wielki Sobór Watykański II ożywił w Kościele katolickim płomień obietnicy zbawienia, dialogu i angażującego wszystkich ludzi budowania „cywilizacji miłości”. Także gwiazda Izraela nabrała sił w Ziemi Ojców. Opatrzność chciała, by Jan Paweł II, przybyły z Krakowa Papież-Polak stał się piewcą misji Kościoła, prowadząc go drogą ekumenicznego uniesienia a jednocześnie pojednania i Teshuvah (pokuty) wobec narodu żydowskiego, który w ciągu wieków bardzo wiele wycierpiał z powodu antyjudaizmu o inspiracji chrześcijańskiej i antysemityzmu. Wśród wielu przyjaciół, którzy wraz z nim, świadomie i odważnie przebywali tę trudną drogę był Jerzy Turowicz. Można na tej drodze wyróżnić w ciągu ostatnich lat kilka ważnych etapów. Mnie samemu również było dane intensywnie uczestniczyć w tych owocnych wysiłkach, w których mimo bolesnych napięć i trudnych momentów, jak choćby te, związane ze sprawą klasztoru w Oświęcimiu, dojrzewała postawa Kościoła wobec narodu żydowskiego. Dlatego moje wspomnienia o Jerzym Turowiczu wiążą się z miejscami i osobami, które wywarły głęboki wpływ na przebieg dialogu żydowsko-chrześcijańskiego rozpoczętego przez Sobór Watykański II, kontynuowanego przez Papieży Jana XXIII i Pawła VI, z osobami kardynałów Johannesa Willebrandsa i Edwarda Idrisa Cassidy’ego w Rzymie, kardynała Franciszka Macharskiego w Krakowie, Henryka Muszyńskiego, arcybiskupa Gniezna, i wielu innych przedstawicieli polskiej kultury, spotykanych w czasie konferencji w Rzymie, w Opactwie Tynieckim, w Warszawie, w Pradze. Wśród nich Jerzy Turowicz był istotnym punktem odniesienia, ze względu na swą głęboką znajomość historii oraz zdolność nawiązywania międzyludzkich relacji naznaczonych zaufaniem, przyjaźnią, lojalnością i dążeniem do prawdy, by razem, z sympatią i empatią, budować lub poszukiwać. Tak na przykład, wniósł on decydujący wkład w sprawę Karmelu w Oświęcimiu. Dzięki niemu spór, który wybuchł z powodu Karmelu na terenie byłego koncentracyjnego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, nie doprowadził do zerwania dialogu, ale stał się cenną okazją do pogłębienia historycznej świadomości oraz nowym etapem na drodze żydowsko-chrześcijańskiej, autentycznym doświadczeniem duchowym, uwzględniającym zarówno męczeństwo narodu polskiego, jak i tragedię Shoah narodu żydowskiego. Dzięki tym poczynaniom powstało między innymi Centrum Spotkań, Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Nie mniejszą wartość ma końcowy dokument z odbytego w Pradze 3-6 września 1990 trzynastego spotkania International Catholic-Jewish Liaison Committee. Jerzy Turowicz uczestniczył w nim jako członek Delegacji Stolicy Apostolskiej. Delegacje wspólnie stwierdziły, że w relacjach między Żydami a katolikami zapanował „nowy duch” szacunku, który „zakłada skruchę”, bowiem „fakt iż antysemityzm znalazł miejsce w myśli i praktyce chrześcijańskiej, jest wezwaniem do teshuvah (pokuty) i zadośćuczynienia z naszej strony”.

Pełnoprawny reprezentant kultury środkowoeuropejskiej wieku XX, Jerzy Turowicz posiadał te zdolności intelektu i przymioty ludzkie, które dysponowały go do uczestniczenia w trudnym zadaniu krytycznego przygotowania podstawowych założeń i określenia warunków procesu teshuvah, i do przedstawienia ich szerszej, nie zawsze przychylnie nastawionej publiczności. Dzięki temu, że potrafił w sposób doskonały pogodzić umiar ze stanowczością, dzięki precyzyjności przeprowadzonej przez niego analizy i logice w jej aplikacji, dlatego że wszystko to było ożywione duchem wiary, jego osoba, niemal niepostrzeżenie, stała się punktem odniesienia i dla chrześcijan, i dla Żydów, by w ten sposób budować dar pokoju i Shalom, za który dziękujemy Panu, który chce byśmy w Jego Królestwie sprawiedliwości i miłosierdzia byli braćmi.

Pier Francesco Fumagalli

Pier Francesco Fumagalli – były Sekretarz Komisji Stolicy Apostolskiej do spraw stosunków religijnych z Judaizmem

 

 

Twój rzymski dom

Inni będą opisywali Twoje nigdy dość podkreślane zasługi dla rozwoju myśli katolickiej w Polsce, dla Kościoła, dla polskiej opozycji, kultury. Ja Cię pamiętam z najciemniejszych czasów wczesnych lat 50.; dom Twój i kochanej Anny był dla mnie zawsze otwarty. Gdy zacząłeś przyjeżdżać do Rzymu, nasz dom stał się niemal od razu Twoim drugim domem, zwłaszcza podczas Soboru. Pamiętam Twój entuzjazm i „nocne Polaków rozmowy”, w których brali udział Henri de Lubac, Jean Danielou, Roger Schutz, Max Thurian i cała rzesza innych uczestników soborowych obrad.

Byłeś jak magnes: osobistości kultury i Kościoła zbierały się wokół ciebie, przedstawiciela tego, co w Polsce duchowo najcenniejsze. Dumna byłam z twojej przyjaźni. Poparłeś powstanie i działalność Centro Incontri e Studi Europei; cieszyło mnie, kiedy mówiłeś, że Centro działa jak „polska ambasada” w Rzymie; 40-lecie „Tygodnika Powszechnego” mogliśmy z pizzą i winem uczcić na via Anicia.

Pamiętam też Ciebie na Placu św. Piotra 16 października 1978  i oszałamiające następne dni, gdy z okna naszego domu wpatrywałeś się w okna Pałacu Apostolskiego. I kwiecień 1988, gdy w Centro uczestniczyłeś w pierwszym chyba spotkaniu działaczy litewskich i polskich; ile w to włożyłeś serca, przekonania i mądrości.

Ze wzruszeniem wspominam niespodziankę, jaką był Twój głęboki artykuł o Pier Giorgio Frassatim, na długo przed jego beatyfikacją. Przez wiele lat cieszyłam się Twoją przyjaźnią i Twoją obecnością na Piazza Santa Maria in Trastevere. Mój brat Alfred, „rodzinny filozof”, który te słowa ze mną pisze, dziękuje Ci za to, że byłeś i dla niego mistrzem, doradcą i przyjacielem. Obojgu nam będzie teraz trudniej... W Rzymie, mieście, które tak kochałeś, Twoi przyjaciele, Jerzy, są blisko Ciebie w modlitwie i nie zapomną nigdy daru Twojej przyjaźni.

Wanda Gawrońska

Wanda Gawrońska – córka polskiego dyplomaty Jana Gawrońskiego i Luciany Frassati, siostry bł. Pier Giorgia. Kieruje rzymskim Centro Incontri e Studi Europei.

 

 

Nagroda sprawiedliwych

Jesteśmy głęboko wstrząśnięci wiadomością o śmierci Redaktora. Wasza strata jest także i naszą, jest stratą całej Polski. „Tygodnik Powszechny” przez Niego redagowany był i pozostał dla nas niedościgłym wzorem pisma toczącego mądrą i odważną debatę o sprawach najważniejszych. Dla nas, jak i dla całych pokoleń polskiej inteligencji, Jerzy Turowicz był wzorcem prawości, rzetelności i szacunku dla innych. Dla polskich Żydów debaty o stosunkach polsko-żydowskich, jakie z Jego inicjatywy odbywały się na łamach „Tygodnika”, były dowodem na to, że linie podziału w Polsce nie przebiegają między Polakami a Żydami, lecz między intelektualną i duchową odwagą, a uprzedzeniem i stereotypem. Na zawsze pozostaniemy Mu wdzięczni. Na zawsze pozostaniemy Jego uczniami.

Powiedziane jest w talmudycznym traktacie Pirke Awot: „Nie ty winienieś ukończyć robotę całą, ale też nie możesz się uchylić od wykonania swojej części. A Panu twojej pracy zaufać możesz, że wypłaci ci twoje wynagrodzenie; i wiedz, że nagroda sprawiedliwych będzie na tamtym świecie”. Powiedziane jest o Jerzym Turowiczu.

Konstanty Gebert

i redakcja miesięcznika „Midrasz”

 

 

Nie zdążyłem powiedzieć...

Są chwile, w których mówi się to, czego się nie zdążyło powiedzieć wcześniej. Wielu rzeczy nie zdążyłem powiedzieć Jerzemu Turowiczowi, zwłaszcza w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, ale tego, co teraz piszę, nie powiedziałbym Jerzemu pewnie nigdy. Nie chciałby tego słuchać, a ja nie chciałbym mówić rzeczy oczywistych.

Polska inteligencja w lata powojnia weszła dramatycznie wycieńczona i osłabiona. Obecność Jerzego Turowicza, w tych trudnych latach, jak też bogactwo środowiska, które stworzył i któremu przewodził, jest świadectwem wspaniałego blasku tych ludzi polskiej inteligencji, którzy z odwagą i niezłomnością służyli swojemu krajowi. Turowicz swoją gazetę potrafił uczynić instytucją życia publicznego, swoje słowo uczynił trybuną odnowy chrześcijaństwa i refleksji o losie narodowym, swoje działania publiczne wpisał w imperatyw moralny – z dala od ambicji i kariery.

W takim pojmowaniu i sprawowaniu etosu inteligencji łączył w szczególny sposób Kraków z Warszawą, przezwyciężając zakorzenione bariery i nadając siłę wspólnemu głosowi polskich środowisk twórczych. W „Tygodniku Powszechnym” drukował zawsze więcej niż władze były w stanie akceptować, wspierał „drugi obieg” nielegalnej literatury, jak też działania opozycyjne, które wolność i niepodległość przeciwstawiały systemowi zniewolenia. W długiej drodze „Solidarności” do przełomu 1989 r. był uczestnikiem odważnym, dalekowzrocznym i mądrym. W działaniu Komitetu Obywatelskiego był obecny w sposób nie do zastąpienia, broniąc racji obywatelskich i etycznych, proponując wizje przyszłościowe. Wspierał swoim autorytetem wszystkie kampanie wyborcze, od czerwcowych wyborów 1989 r. poczynając. Konsekwentnie jednak odmawiał zgody na własne kandydowanie. Zapewne było to wyrazem wierności dla „Tygodnika”, ale też szczególnego stosunku do polityki: pasjonowała go ona, przypominał o jej etycznych referencjach, ale nie chciał uczestniczył ani w tym co się zwie „grą polityczną”, ani też we władzy.

Był człowiekiem kompromisu i porozumienia, wspierał dialog i ugodę w obozie solidarnościowym – ale był bezkompromisowy, gdy chodziło o imponderabilia. Dotyczyło to jednoznacznego potępienia komunizmu i PRL, dotyczyło to granic możliwych aliansów politycznych, dotyczyło także potępienia pojawiającej się w polskim katolicyzmie skazy antysemityzmu, ksenofobii czy nienawiści do innych.

Jerzy Turowicz miał też niezwykłe poczucie braterstwa ludzkiego. Jeden z mistrzów francuskiej historiografii napisał kiedyś, że historyk powinien być jak wilkołak z bajki i szukać człowieka. Jerzy człowieka szukał – ale po to, by być mu bratem. Sam zaś skromnie, nieśmiało i z pokorą był moralnym autorytetem i nauczycielem.

Bronisław Geremek

 

 

Testament

Dopiero śmierć Jerzego Turowicza uświadomiła nam wszystkim, jak ogromną rolę odegrał On w życiu Polski. I to w tak wielu dziedzinach. Stworzony przez Niego „Tygodnik Powszechny” w najciemniejszych czasach PRL-u stał się jedyną trybuną dla wybitniejszych twórców – niezależnie od ich poglądów: decydowała jedynie wartość ich dzieł.

Tylko dzięki Niemu zaczęła się ewolucja polskiego Kościoła w kierunku wytycznych II Soboru. „Tygodnik” był jedynym ciągłym ośrodkiem niepodległościowym – prowadził walkę z przerostami nacjonalizmu, z antysemityzmem. Walcząc o prawa człowieka, stał się szkołą tolerancji. Całą tę akcję Turowicz prowadził pragmatycznie, dyskretnie, z dużym kunsztem dyplomacji, aby uchronić swój warsztat pracy, ale nie unikał w kryzysowych momentach twardych decyzji, które mogły spowodować zamknięcie pisma, jak to miało miejscu w dniu, kiedy odmówił uczczenia śmierci Stalina na łamach pisma. Brał czynny udział w powstaniu „Solidarności”, nie angażując się jednak w żadne rozgrywki koteryjne czy personalne. Taką postawę zachował również po odzyskaniu niepodległości. Z pozycji całkowitej niezależności nigdy nie wahał się walczyć w swój dyskretny sposób ze szkodliwymi zjawiskami życia politycznego, z Kościołem włącznie. Turowicz stał się powszechnie uznanym autorytetem moralnym nawet dla swych przeciwników. Zjawisko zupełnie wyjątkowe w Polsce.

Myśląc o zabezpieczeniu przyszłości „Tygodnika Powszechnego”, Turowicz przeprowadził w sposób prawie bezbolesny zmianę pokoleń w zespole redakcyjnym. Paradoksalnie śmierć Turowicza, która nastąpiła w chwili najcięższego kryzysu, jaki przeżywa społeczeństwo, powinna by zmusić wszystkich prominentów do zrobienia rachunku sumienia. Powinni zastanowić się nad przykładem-testamentem, pozostawionym przez Turowicza, przemyśleć własną działalność i wyciągnąć z tego wnioski. Mimo rytualnych panegiryków i nielicznych na szczęście zgrzytów, mogłoby to być wstępem do odrodzenia. Byłoby to najlepszym hołdem złożonym Jego pamięci.

Jerzy Giedroyc

 

 

Gołąb i jastrząb

Czarne włosy i krzaczaste brwi nad błyszczącymi, przenikliwie patrzącymi oczami – wygląd przypominający jastrzębia, ormiańskiego watażkę, a serce gołębia, połączenie mądrości z odwagą, romantyzmu z trzeźwym patrzeniem na rzeczywistość. Tak go odbierałam, gdy przewodniczył licznym walnym zebraniom sprawozdawczo-wyborczym warszawskiego KIK-u, którego też był jednym z założycieli.

Na formację kolejnych pokoleń klubowych miał wpływ nie tylko redagowany przez niego „Tygodnik”, ale także on osobiście przez liczne swoje wykłady. Uczył nas wszystkich chrześcijaństwa rozumnego, myślącego, intelektualnie pogłębionego, a także poczucia społecznej odpowiedzialności za kraj, za Kościół. Uczył chrześcijaństwa otwartego na inaczej myślących, dialogowego, ekumenicznego. Mówił o tym, jak niechrześcijańskim i sprzecznym z Ewangelią jest wszelki szowinizm, totalitaryzm, antysemityzm, uczył dróg pokoju i porozumienia. A zarazem był odważny, tak w proponowaniu tego, co niezbędne dla reform w Kościele, jak i w przeciwstawianiu się politycznym naciskom władz. Gdy zaczęto także mnie zapraszać na zebrania omawiające problemy polityczne, przekonałam się o tej jego odwadze. Cechowała go jednocześnie mądrość. Bywa bowiem, że odwaga nie idzie w parze z mądrością, a rozsądek z odwagą. Dawał nam przykład odpowiedzialności za słowa i za czyny.

Towarzyszył nam i dodawał odwagi swoim spokojem. Przypomnę tu jego publiczne wystąpienie w obronie listu biskupów polskich do niemieckich.Także inna scena stoi mi przed oczami: siwy już wówczas Jerzy Turowicz odpowiada spokojnie na niewybredny i zaskakujący nas atak Wałęsy na zebraniu Komitetu Obywatelskiego. Podziwiałam jego spokój i opanowanie. To inni potem krzyczeli na Wałęsę za ten atak. Jerzy Turowicz tylko mu spokojnie wyjaśniał, tak jak się wyjaśnia nieporozumienie, nie dając poznać, ile go to musiało kosztować. W tej odpowiedzi ukazała się cała jego ludzka wielkość, człowieka zatroskanego o kraj – nie o siebie.

Ale przede wszystkim postać Turowicza łączy się z Soborem Watykańskim II. On ten Sobór – jego treści duchowe – nosił w sobie dużo wcześniej. Cieszył się ich dojrzewaniem w Kościele razem z nami, nieraz je wykładał i tłumaczył.

Z biegiem lat coraz bardziej przypominał gołębia, bo posiwiał, ale wciąż miał to bystre choć zawsze życzliwe spojrzenie i wciąż tę odważną dobroć. Ufam, że jest teraz bardzo szczęśliwy w Domu Ojca – i że o nas wszystkich pamięta w świętych obcowaniu. Ale ufam też, że ziarna przez niego zasiane będą wzrastały wciąż i w Klubach Inteligencji Katolickiej, i w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, czego i nam, i „Tygodnikowi” serdecznie życzę.

Stanisława Grabska

 

 

Sprawiedliwy

Dowiedzieliśmy się właśnie o śmierci pana Jerzego Turowicza i całym sercem jesteśmy z Wami myślami i modlitwą.

Jego przeszło pięćdziesięcioletnia praca dla pojednania polsko-żydowskiego jest dokonaniem wyjątkowej klasy i stanowi wzorzec godny naśladowania. Zawsze podziwialiśmy jego odwagę i siłę zaangażowania w służbie spraw najszlachetniejszych. Nigdy nie zapomnimy roli, jaką odegrał w Międzynarodowym Katolicko-Żydowskim Komitecie Łączności, zwłaszcza w czasie spotkań, które miały miejsce w Pradze we wrześniu 1990 roku i w Rzymie, a także w trakcie spotkań genewskich w 1986 i 1987 roku, podczas kryzysu związanego z Karmelem w Oświęcimiu.

Jego tekst pt. „Shoah: w polskich oczach” pozostanie wyryty w naszej pamięci.

Pamięć tego Sprawiedliwego trwać będzie jako światło i nauka dla tych wszystkich, którzy go znali i którzy będą umieli pójść drogą, którą wytyczył.

Dr Gerhart M. Riegner

Prof. Jean Halpérin

(Światowy Kongres Żydów)

 

 

Bywały także dni szczęśliwe

Nie  umarł cały, i tak właśnie pragnęłabym o Nim myśleć, wskrzeszając aurę otaczającą Jego osobę, wspominając Jego twarz, gestykulację, słowa poważne i żartobliwe; Jerzego siedzącego w fotelu, zdejmującego z ramienia ciężką czarną torbę wypchaną książkami w naszym przedpokoju, witającego nas w swoich własnych progach na Lenartowicza.

Od lat pięćdziesiątych znajomi, a potem coraz serdeczniej zaprzyjaźnieni, oboje, z Arturem, komunikowaliśmy się z Nim na tyle często, by móc przekazywać sobie dość regularnie wydarzenia życia, żywym głosem lub listownie. Znaliśmy i kochaliśmy całą Jego rodzinę, żonę Annę, córki – Joannę, Magdalenę i Elżbietę, wtajemniczani byliśmy w ich sukcesy, a potem śledziliśmy dorastanie wnuków. Jerzy zaś z kolei obdarzał swoimi na wpół już rodzinnymi uczuciami naszą córkę Danielę, którą znał od dzieciństwa, a odwiedzał w Stanach, kiedy tam studiowała, a On otrzymywał doktorat honorowy uniwersytetu w Yale.

Znałam wartość Jego osoby, autorytet społeczny, jakim się cieszył, coraz wyraźniej ważąc na życiu naszej kultury i świadomości oświeconej części naszej społeczności. Wiedziałam, że był cenny jak kryształ, nie do zastąpienia, że był jakby jednym z kamieni węgielnych naszej współczesności i rozumiałam, jaką szansą stało się w moim i Artura życiu to, że mogliśmy się z Nim zaprzyjaźnić. Nigdy jednak ten ciężar misji publicznej, jaką spełniał, nie zaciążył na naszej przyjaźni. Szedł za swoją piękną naturą tak po prostu, jakby szlachetność była tak oczywistą jego przynależnością jak część Jego ciała, nos lub ręka. Wspaniały kruszec. A przecież w przyjaźni tak oddany, ciepły, uważny, tak żywy w swoich zachwytach, refleksjach, w opowieściach z rozlicznych podróży, ze spotkań z ciekawymi i znakomitymi ludźmi, z zetknięć ze sztuką, z malarstwem, które tak kochał, z literaturą, której był oddanym czytelnikiem.

Nie było w tym jego stosunku do sztuki nic wymyślonego: ciekawił go nie tylko teatr, ale także kino i telewizja. Należąc do najwyższej elity umysłowej, trafiał do tych sztuk i rozrywek drogą zwykłych ludzi, których czuł się bratem. Umiar i stanowczość, połączona ze zrozumieniem racji drugiego, sumienność znajdująca wyraz w wywiązywaniu się z zobowiązań wobec ludzi, wstręt do jakiegokolwiek szowinizmu, ciekawość życia, od najdrobniejszych perypetii i anegdot do wielkiej polityki, prostota i zadziwiająca skromność – to wszystko przyciągało do niego i budziło podziw. Reszta była już po prostu przyjaźnią, uczuciem, serdecznością.

Wielokrotnie namawialiśmy Jerzego, żeby pisał pamiętniki: podróżował przecież więcej niż inni, a były to zawsze podróże pracowite, na konferencje, zjazdy, synody, znał wielu ludzi znakomitych. Ale on nie kwapił się jakoś do spisywania pamiętników. Wyraźnie nie leżało to w jego temperamencie. A przecież zachowały się jakieś fragmenty jego przeżyć i wrażeń, w nieregularnie, ale stale przesyłanych listach do przyjaciół. Pisanych często pod wrażeniem chwili, albo sprawozdających dni minione. W tych listach zachowała się jakby część jego życia. Więc do nich sięgnęłam dziś, kiedy nie możemy Go już usłyszeć. W tych listach słyszę pogłosy Jego pogwarek i tu, w Warszawie, gdzie tradycyjnie pojawiał się za każdym niemal przyjazdem, żeby zjeść z nami kolację, z równie tradycyjnym śledziem, a przedtem posiedzieć w fotelu ze szklaneczką whisky – a także długich naszych nocnych rozmów w Stony Brook, w Stanach, jesienią ’73 roku, gdzie spędził kilka dni w naszym domu. Listy adresowane są często na Paryż, na Iowę, Stony Brook czy Waszyngton, do miejsc, gdzie zatrzymaliśmy się na czas jakiś w latach 70. i 80. Pisane zaś są przez Jerzego z Krakowa a także z najróżniejszych miejsc w podróży, głównie z Rzymu, ale również ze Szwajcarii, Austrii, Anglii, a nawet z Brazylii.

 

*

Zawitawszy po raz pierwszy do Rzymu, pisał:

Asyż, 5 maja ’57: „Dziwna to dosyć rzecz, ale od 2 tygodni z górą jestem we Włoszech (po raz pierwszy). Kraj cudowny (zresztą zna go Pani lepiej ode mnie), a »szok zachodni« dosyć silny. Dotąd byłem w Rzymie i okolicy, teraz półtora dnia w prześlicznym Asyżu. Jutro jadę »obwąchać« Florencję, pojutrze wieczór wracam do Rzymu i powoli trzeba się będzie zbierać do kraju”.

A po trzydziestu sześciu latach z tego samego Rzymu:

Roma, 31 maja ’93: „Więc jesteśmy znów w Rzymie, ja już – if am not mistaken – po raz chyba 35, poczynając od r. 1957 (przeciętnie raz w roku). Pogoda wspaniała, słońce, upał (aż za nadto). Chodzimy po mieście, odwiedzamy przyjaciół”.

Kiedy po roku ’68 wyjeżdżamy z Arturem i naszą córką do Stanów, gdzie spędziliśmy następnie cztery lata, przy ośrodkach uniwersyteckich, pisuje do nas Jerzy regularnie.

Bez daty, rok 1971: „U nas wszystko po staremu, młyn się obraca, ja byłem z końcem marca 8 dni w NRF na obradach World Conference of Religion for Peace – koło Düsseldorfu, potem 2 dni w Bonn i 2 dni we Frankfurcie – właśnie były tam rozruchy studenckie. Poszedłem na »Last Tango in Paris«, ale prawdę mówiąc wolałbym pojechać do Stony Brook! Anna zaś za 10 dni wyrusza najpierw do Belgii, a potem do Prowansji kościółki romańskie podpatrywać. Czyli się ruszamy póki co! A u Was co słychać? Ogromnie się za Wami stęskniliśmy”.

14 stycznia 1971: „Wenecja cudowna, upał jak diabli, pełna po brzegi turystów, zwłaszcza całe tabuny teen-agers, dosyć to było fascynujące, acz z forsą było krucho (jak to zwykle, nasi za granicą). Wróciłem śmiertelnie zmęczony (w Wenecji od rana do wieczora na nogach, a potem pociąg), ale nafaszerowany różnymi energiami intelektualno-duchowymi, z którymi nie wiadomo potem, co zrobić”.

Raz po raz wraca w listach do spraw „Tygodnika”.

Kraków, 21 stycznia 1971: „W najbliższym numerze wg wszelkiego prawdopodobieństwa będzie już felieton Kijka, Kijek pięknie się spisuje (raczej: wypisuje) i śmiało, i jakoś mu to uchodzi. Ucieszyła mnie bardzo nagroda PEN Clubu dla Ciebie [mowa o Arturze Międzyrzeckim – J.H.], bardzo serdecznie ci gratuluję”.

Kraków, 29 maja 1971: „»Tygodnik« jako tako prosperuje, dostaliśmy wreszcie 8 stron (zamiast 6), trochę to może ożywiło i wzbogaciło pismo. Kisiel pisuje, trochę bryka, ale inaczej niż dawniej, Andrzej [Kijowski, przyp. J.H.] miał parę znakomitych felietonów...”

Rzym 21 X 1971: „Ja niestety im [tj. córce i żonie, przyp. J.H.] nie towarzyszę, choć radbym, bo biegam koło synodu. Ale dziś rano urwałem się i pojechaliśmy we trójkę do Ostii, która jest piękna i bogatsza niż pamiętałem. Zresztą na 14 musiałem wracać do Rzymu, więc widzieliśmy zalewie połowę tego, co tam było do oglądania. Pogoda była śliczna, słońce, jaszczurki, świerszcze, stokrotki 4 x większe niż w Polsce. (...) Ja mam robotę ciężką, biskupi się uwzięli i obradują rano i po południu, wskutek tego 2-3 x dziennie są konferencje prasowe, do tego również odczyty, co tydzień zbieram ze 200 stron różnych dokumentów, ich studiowanie zajmuje cały dzień, a pisanie cotygodniowej korespondencji dalsze pół nocy albo więcej. Do tego dwa telefony (z Krakowa, dla przekazania korespondencji). Zawsze są kłopoty i nerwy, np. w ostatni poniedziałek niemal cały dzień siedziałem przy telefonie bezskutecznie. Ale narzekać nie mogę, choć Synod jest pod pewnymi względami décevant, ale gromada miłych i serdecznych przyjaciół z Solon. Tylko jeść nie ma kiedy, bo konf. prasowe są na ogół do 13-16 oraz o 20! Trzeba mieć do tego końskie zdrowie, a1e widocznie je mam?”

Kraków, 17 marca 1972 (do Stony Brook – przyp. J.H.): „A ja? No cóż, żyję w obłędzie, którego elementy są wam zapewne znane od Marka S. Ostatnio w W-wie i Krakowie odbywaliśmy nieskończoną ilość zebrań i konwentykli, na których zupełnie bezskutecznie usiłowaliśmy rozwiązać kwadraturę koła, »Tygodnik« wychodzi, boryka się z różnymi trudnościami, ale ostatecznie nie jest taki zły, jaki mógłby być. Powiedzmy średni. Zresztą ufam, że go dostajecie, więc wiecie sami. (...) A do U.S. wybieram się, co nie znaczy, że pojadę, jednak dopiero jesienią, ściślej w połowie września. Z czego wynika, że się tam możemy nie spotkać, co mnie martwi, bo byłoby to spotkanie na szczycie (w sensie np. szczyt napięcia, radości etc.) i bardzo oryginalne. A u was?? Cieszę się, że się tam cała grupka naszych przyjaciół, współpracowników »TP« zebrała w tej Jałowej, wy, Marek S., Marek N. – a może jeszcze ktoś dojedzie? Nawet pisałem do Spodka, że może byście napisali taki wspólny reportaż z Iowy na cztery ręce, czy cztery pióra, z tym, żeby każde napisało osobny rozdziałek: Julia, Artur, Marek S., Marek N.”.

Louvain, 12 września ’72: „Nie macie pojęcia, jak się na spotkanie z Wami cieszę, aczkolwiek – muszę przyznać w skrytości serca, że przed całą tą podróżą mam diabelnego pietra!”

Zakopane (bez daty): „O Ameryce myślę ze zdumieniem, czy ja tam naprawdę byłem?? A najserdeczniej, najczulej i najmilej Was wspominam. Na razie ta karteczka, a list dłuższy w drodze”.

Kraków, l stycznia ’73: „Moje zdjęcia zrobione w Stony Brook wypadły nie najgorzej, przyślę jak tylko będę mógł powiększenia. A wy? Miło mi, że znając Wasze realia mogę sobie wyobrazić, jak żyjecie – wigilia z Kijkiem, Artur przygotowuje wykłady i szuka miejsca na parkingu, skunks grasuje koło garażu, Julia zamyka i otwiera bramę, Daniela urządza i maluje swój pokój i ogląda filmy. A co poza tym? Może byście jakieś wierszyki przysłali do »TP«?”

Londyn, 17 października ’73: „W Londynie nie byłem 12 lat, oglądam Piccadilly i Soho (by night), zmianę gwardii pod Buckingham Palace, w niedzielę słucham mówców w Hyde Parku. Poza tym spotykam przyjaciół – Polaków i Anglików. Wygłosiłem odczyt (dla Polaków) o Maritainie, na najbliższy weekend wyskoczę do Szkocji, potem na tydzień do Irlandii (Dublin, nie Belfast!), w międzyczasie skoczę do Oxfordu zobaczyć Leszka K. A poza tym co?? Śledzę z niepokojem wojnę na Bliskim Wschodzie, z nadzieją, że nie będzie z tego światowej draki. Nie muszę mówić, po której stronie są moje sympatie. Że Spiro Agnew wyleciał, to mnie nie zmartwiło. Bardziej się przejmuję sprawą Sacharow-Sołżenicyn. Czy zachód (tj. raczej zach. Europa) zdoła wymusić jakieś ustępstwa na Wielkim Bracie? Nie mam wielkiej nadziei, ale może chociaż coś...”

Kraków, 25 marca ’73 (do Stony Brook – przyp. J.H.): „Z opóźnieniem jak zwykle, ale nie mniej serdecznie, życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze, aby się Wam wiodło we wszelkiej pracy twórczo--naukowej, aby benzyna potaniała i Long Island Railroad nie strajkowała, aby się nam świat do reszty – jak zdechły pies – nie przewrócił do góry nogami, na co się coraz bardziej zanosi”.

Kraków, 24 lipca ’75: „Właśnie skończyłem w męce artykuł o Mounierze – po francusku dla Francuzów (!?) jeszcze bym powinien napisać referat o polskim katolicyzmie dla... Amerykanów, a w ogóle to odpocząć by warto”.

Kraków, 2l września ’75: „Gościliśmy tu w Krakowie – jak wiecie – Antoniego S. – celebrowaliśmy jego obecność na różne sposoby, wydaje mi się, że był zadowolony. Teraz myślimy o jego nadchodzącym 80-leciu”.

Kraków, 22 marca ’78: „Będę miał 3-dniowy meeting chrześcijański w Hadze, ale chcę skoczyć do Rotterdamu Zadkine’a odwiedzić, a potem po Amsterdamie połazić. Z góry cieszę się na Vermeera, a nawet (?) na Rembrandta”.

Rzym, 10 października ’78: „Miałem wracać 3 dni temu, ale papież umarł, więc oczywiście zostaję aż do wyboru jego następcy. Bardzo są to emocjonujące przeżycia, od niedzieli na Placu Św. Piotra będę wypatrywał białego dymu!”

Bolonia, 29 stycznia ’79: „Moi kochani, no i chodzę tu po śladach Artura. Bolonia piękna, wieże, arkady – tylko pogoda brzydka, deszcz siąpi, ale cieplej chyba niż w Warszawie. Moje colloquium się odbyło, interesujące acz kontrowersyjne, no, i oczywiście, referacik trzeba było wygłosić. Po południu wracam do kraju”.

Kraków, l8 marca ’79: „Otóż melduję, że Anna, małżonka moja, leci do Rzymu 29 bm., toteż 28 (środa) będziemy oboje w Warszawie. Gdybyście i Wy wtedy byli w stolicy, to miło by nam było, tradycyjnym zwyczajem, Was odwiedzić, np. wieczorem. (...) Poza tym niczego szczególnego nie mam do doniesienia (acz gdy się [if] spotkamy, to tematów do omówienia będzie sporo!)”.

Kraków, 23 listopada ’82 (do Waszyngtonu – J.H.): „W Rzymie mieszkaliśmy ciasno lecz pięknie, na placu Sta Maria in Trastevere. Turystyki czy zwiedzania było niewiele, żadne muzea, teatry czy kina, tylko spotkania z mnóstwem ludzi, obiady, kolacje, ze starymi lub nowymi przyjaciółmi. Ojca Świętego widzieliśmy kilka razy, co zawsze jest wielką radością!”

Kraków, 15 stycznia ’83 (do Waszyngtonu – przyp. J.H.): „Stan wojenny zawieszony, wiele się zmieniło, ale przynajmniej internowanie się skończyło. Widziałem Tadeusza Mazowieckiego z brodą, w dobrej formie, bardzo się nim cieszyliśmy. Widuję też Witka Woroszylskiego, Andrzeja Drawicza i in. Geremka nie widziałem, ale też wrócił do domu”.

Kraków, 9 lutego ’83  (do Waszyngtonu – przyp. J.H.): „W »Tygodniku« business as usual, cenzura rąbie, Urban i inni napadają, ale i tak »TP« osiąga szczyty popularności. Prenumerata wzrosła, z kiosków »TP« niemal zniknął, ludzie walczą, błagają o abonament, porywają z rąk do rąk. Różni nowi autorzy się pchają do nas, no i dobrze, ale dla Was pełno miejsca!”

Kraków, 5 maja ’83 (do Paryża – przyp. J.H.): „A u nas cóż? Co się dzieje de publicis to wiecie, ciągle coś się dzieje, dość burzliwie i niewesoło. Czekamy na przyjazd J.P.II, chyba jednak przyjedzie, jak to będzie wyglądało it’s not easy to imagine. Wait and see. (...) W »Tygodniku« nas często odwiedzają warszawiacy, dziś był u nas Wiktor W. i Andrzej Drawicz, Kijek z Kazią też byli w Krakowie. Andrzej nie u nas lecz na klinice, z jego oczami niezbyt dobrze, ale on się dobrze trzyma”.

Wiedeń, 13 września ’83 (do Paryża – J.H.): „Moi kochani, dziś się skończyła papieska »trzydniówka«, szaleństwo jak zwykle, choć nieco spokojniej niż gdzie indziej. Jutro jadę do Rzymu, a stamtąd na Sardynię, odpocząć nieco i się wyspać”.

Londyn, 25 września ’84: „Już jestem po Oxfordzie, gdzie było interesująco i miło, wielu przyjaciół, Czesław, Leszek, Jakub Karpiński i inni. Jutro lecę do Rzymu, z pocz. października w Polsce, plan maessig. Ze smutkiem przeczytałem dziś w »Timesie«, że Pierre nie żyje [Pierre Emmanuel – przyp. J.H.]. Cieszyłbym się, gdyby któreś z Was napisało o nim do »TP« w tej sprawie, a może i kilka wierszy przełożyć. Pomyślcie o tym i zadzwońcie do »TP«, choć pewnie ja wcześniej wrócę nim ta kartka do Was dotrze”.

Kraków, 13 lutego ’86: „No, dosyć już tego pisania o zdrowiu i chorobach jak stara baba! W tej sytuacji nie wiele mam do napisania, bo się niewiele dzieje. (...) Z redakcją mam kontakt telefoniczny, przysyłają mi korespondencję i gazety, czytam jakieś artykuły, piszę listy. Z kultury to (w przerwach między leniuchowaniem) byliśmy z Anną na »Woyzecku« Büchnera w teatrze, oraz ja sam na nowym spektaklu Kantora (w teatrze Słowackiego!!). Kantor jak Kantor, spektakl niby wspaniały, ale co chce powiedzieć – nie wiadomo. Wiele imprez uciekło mi przez te choróbska, wernisaż gobelinów (!) Tadzia Brzozowskiego, bal »Piwnicy pod Baranami« (jubileusz 30-lecia!)

Natomiast ta nasza sytuacja sprzyja lekturze (...) Cieszę się, że wylądowaliście na Surcouf, bo łatwiej nam Was sobie wyobrazić w tym miłym miejscu i okolicy. O kongresie nowojorskim słyszeliśmy dużo na falach eteru i o tym, że Ty Arturze tam byłeś, acz potem ogarnęły nas wątpliwości czy tak było, dopiero teraz mamy pewność. Bardzo to dobrze, że się udało i że Danielę zobaczyłeś, a także Czesia i Susan Sontag (widziałem ich obojga fotkę w »Newsweeku«).

Kochani, choć źle, że was tu nie ma, ale dobrze, że jesteście w Paryżu (dobrze Wam tak!), Julio, nie miej żadnych wyrzutów sumienia. Korzystajcie. Pozdrówcie od nas przyjaciół, tych na Surcouf, od x. Zenona aż do brata Leona, Zbyszków, Kaziów, kogo tam jeszcze. A jak Ty i Artur coś ładnego napiszecie, to przyślijcie co rychlej”.

Kraków, 17 lipca ’86: „W Rzymie dobrze było i pięknie, odbyłem jedno sympozjum, zjadłem obiadek z ks. Zenonem, o czym wiecie, odbyłem ten »kongres pokoju« z udziałem licznych znakomitych (i nie znakomitych) osobistości, mój udział raczej bierny, o czym »na gębę« przy okazji (kiedy??), zaś z moich spotkań rzymskich niezwykłe i niespodziewane: Czesio Miłosz, w drodze z Belgradu do Florencji na Congressus poetów. Spotkałem go szczęśliwie (bo mogliśmy się nie spotkać!), wypiliśmy niejeden kieliszek wina, Czesław b. był miły, przeczytał mi swoje nowe wiersze, a co najważniejsze, mogłem go zaprowadzić do Palazzo Apostolico do J. P. II na kolacyjkę! Bardzo było miło, rozmowa o poezji, Cz. rad, a gospodarz chyba też”.

Kraków, 9 sierpnia ’86 (do Paryża – przyp. J.H.): „Skoro o kolaboracji (naszej, tj. Waszej z »TP«) mowa, to od razu i przypadkiem otworzyłem niedawno radio i – o dziwo – słyszę głos Artura, który mówi o Antonim! Radość wielka ten głos słyszeć, a i tekst piękny i od razu myśl, że może by to w »TP« wydrukować, zwłaszcza, że nam wymawiają, żeśmy jakoby 10 rocznicy śmierci Antoniego nie zauważyli (co prawda zauważyliśmy i uczcili 5–tą, której wówczas nikt inny nie zauważył). Próbujemy dzwonić w tej sprawie na Surcouf, ale czy się uda? (...) Tegoż dnia słyszałem też piękne wiersze Zbyszka H, przez tegoż Zbyszka b. pięknie czytane. Nie wiem, gdzie Zbyszek się obraca w Paryżu (może też w Cité des Arts?), ale jak go zobaczycie, powiedzcie mu proszę, żeśmy go słuchali z radością i że miłą od niego karteczkę już też żeśmy dostali. Wróciłem z Rzymu 8 lipca i dowiedziałem się, że mam niemal natychmiast jechać do Genewy, na spotkanie związane ze (znaną Wam chyba) aferą klasztoru karmelitanek w Oświęcimiu. Przez 10 dni musiałem stawać na głowie, aby zdobyć paszport, bilet na samolot, wizy itp. no i 20 lipca poleciałem na tydzień do Genewy, gdzie odbyło się dość niezwykłe spotkanie »na szczycie« (w Chateau Rotschild nad Lemanem!): 4 kardynałów (w tym oczywiście Macharski), 5 Żydów – prezydentów różnych znanych międzynarodowych organizacji (m.in. Grand Rabin de France) – oraz młody jezuita z Krakowa z naszej redakcji i ja! Spotkanie trwało parę godzin w bardzo kurtuazyjnej atmosferze, wydaje się, że uczestnicy (z obu stron) byli zadowoleni, co nie znaczy, że sprawa jest zamknięta! Trudno tu szerzej o tym pisać, jeśli »TP« czasem widujecie, to był na ten temat artykuł z końcem czerwca, a ostatnio obszerny komunikat po genewskim spotkaniu.

A co u Was? Byliście zdaje się w Normandii na wakacjach? A teraz Cité des Arts – bardzo mnie intryguje, co to takiego, nazwa bardzo stosowna. A jak Wasze zdrowie, bo o Arturze tu jakieś nienajlepsze wieści dochodziły, uważaj na siebie, Arturze, wprawdzieś młody w porównaniu ze mną, ale znowu nie najmłodszy. Kochani, ściskam Was najserdeczniej i kiedy się do jasnej cholery zobaczymy?

PS: Jak zobaczycie Zenona M., to zapytajcie, proszę, czy ma jeszcze płatne egzemplarze książki J. F. Sixa »Karol de Foucauld«, wydaną przez nich w serii »Znaki czasu« (nie te Micewskiego!) nr 25 w r. 1973. Pewnie już nie ma, ale jeśli ma, może mógłby mi przysłać 1 egzemplarz?”

 

*

Kiedy czytam te urywki listów, wracają strzępy przeszłości. Dziwić może, że tyle w tych listach odległych adresów, nazw miast pięknie brzmiących. To prawda, ale przecież ta korespondencja trwała kilka dziesiątków lat, na które składały się różne przypadki życia i historii, również podróże. Podróże, więc i listy. Z Krakowa do Warszawy i z Warszawy do Krakowa nie trzeba było korespondować, były telefony, były spotkania i rozmowy. Rozmów nie da się wskrzesić, bodaj trochę listów zostało.

Julia Hartwig

 

 

„Piórka, rozbite lusterka”

Późne lata czterdzieste. Jerzy z kolegami, pochylony nad biurkiem, planuje następny numer „Tygodnika Powszechnego”. Szpalty artykułów, przyniesione spod linotypu, mierzy zwyczajnym sznurkiem. Zabawnie? Ale potem Jerzemu wszystko się zgadza, teksty wchodzą na kolumnę jak wrysowane, ani dziur, ani nadmiaru do skracania. Pan Janota, metrampaż na Wielopolu, tylko z naczelnym zgadza się przełamywać numer po spustoszeniach cenzury, bo tylko z naczelnym nie ma próżnej roboty.

W tych samych latach Jerzy z rodziną w Pewli Małej w zaciszu domu, gdzie gospodarzy pani Krystyna Popiel. Jego trzy śliczne córki bawią się z Niusią Jenke, wtedy studentką polonistyki, po latach nauczycielką zmarłą w Jarosławiu i czczoną do dziś. Wieczorami śpiewamy pod starym orzechem (dopiero potem z prozy Jana Józefa Szczepańskiego dowiem się, że to wojenny repertuar z Goszyc). Toczymy mądre debaty (są wśród nas i teologowie), chodzimy na wycieczki (Babia Góra tylko o pół dnia drogi). Dzień zaczyna się i kończy w kaplicy domowej.

Jerzy czytający wiersze na spotkaniach przyjaciół, także w moim sublokatorskim pokoju. Na zewnątrz robi się coraz ciemniej, nadciąga rok 1953. Ale to czytanie to nasza stała składowa ucieczki w wolność.

Jerzy w „Tygodniku” popaździernikowym. „Tygodnik” wzbogacił się o młodą ekipę, głównie absolwentów KUL i naczelny z całkowitą równowagą znosi nieustanne wybuchy indywidualności, jakimi na pewno są ci adepci dziennikarstwa. Ot, choćby pozornie „antysoborowe” filipiki Tadzia Żychiewicza, niebawem uduchowionego Ojca Malachiasza. Nie było chyba wtedy w redakcji dwóch ludzi bardziej do siebie niepodobnych, a tak samo skupionych na Kościele całą swoją uwagą i troską.

„Jerzy Turowicz telefonuje z Rzymu”. Trwa Sobór, potem kolejne synody, Jerzy co tydzień cierpliwie dyktuje swoje gęste od treści korespondencje, literując każde obco brzmiące nazwisko. A po powrocie, łagodny ale wściekły, znowu ubolewa, że wydrukowaliśmy z błędami. Bo naczelny, dla którego sprawy Kościoła po paru latach nie będą miały tajemnic, równocześnie uprawia od zawsze kult pracy porządnej w każdym szczególe. Kiedyś sam poprawiał błędy po korekcie. Teraz uporczywie zgłasza je już tylko po przeczytaniu nowego numeru.

Odkąd uchylono granic, tabuny gości niewiele albo nic nie rozumiejących z polskich spraw. I Jerzy, zawsze mający czas, by tak samo rzetelnie przedstawiać im aktualny stan stosunków Kościół–państwo albo historię „Tygodnika”.

I jeszcze to: Jerzego nieodmienne, pewnie najwierniejsze podczas konferencji pytanie: dlaczego znowu nie odpisaliście na listy?

Wszystko to oczywiście głupstwa, Herbertowskie „piórka, rozbite lusterka”. Ale przecież w ciągu tej jednej doby po Twoim odejściu, Jerzy, tylu ludzi wypowiedziało i napisało tyle pięknych słów na Twój temat, ilu może nie zdarzyło Ci się usłyszeć przez długie lata życia. Więc tylko to potrafię.

Józefa Hennelowa

 

 

Do Anny Turowiczowej

Do wiedziałyśmy się o śmierci Pani męża, Jerzego Turowicza, i ta wiadomość bardzo nas poruszyła, bo był on dla nas – a zwłaszcza dla naszej założycielki, małej siostry Madeleine – wielkim przyjacielem.

Nie możemy zapomnieć świadectwa Jego życia wiarą, Jego odwagi i chrześcijańskiej dzielności w najtrudniejszych chwilach, które przeżywał Wasz kraj. Zachowujemy Go w żywej pamięci jako kogoś, kto zrozumiał „od wewnątrz” charyzmat naszego życia zakonnego i kto potrafił dać temu świadectwo przez swoje pisma i wypowiedzi. Odtąd będzie On „naszym przyjacielem u Boga”...

Wraz z wyrazami współczucia zapewniamy o naszym zjednoczeniu z Panią w bólu tego rozstania, ale także w nadziei, pokładanej w słowach Jezusa: „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

Mała Siostra Jeanne

wraz z Radą Wspólnoty Generalnej Małych Sióstr

 

 

 

Następne...

 

 

 

 


FOT. DANUTA WĘGIEL

Kalendarium życia Jerzego Turowicza

Głosy po śmierci Jerzego Turowicza

Pierwsza rocznica śmierci

O „Bilecie do raju” – wyborze publicystyki Jerzego Turowicza

Archiwum Jerzego Turowicza

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl