|
GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA
Dyskretny przyjaciel
Zachowuję w pamięci dwa ważne wspomnienia o Jerzym
Turowiczu: rozmowę w Rzymie zaraz po wyborze Jana Pawła II i spotkanie w
Gdańsku, gdzie razem słuchaliśmy homilii Papieża w pamiętnym dniu 12 czerwca
1987 roku. Były to dwa momenty, w których Jerzy był szczęśliwy z powodu tego,
co się stało i tego, co usłyszał. Właśnie jego radość sprawiła, że te momenty
tak głęboko się wryły w moją pamięć.
Po wyborze Papieża Turowicz, który właśnie przyjechał
do Rzymu, spotkał się z grupą włoskich dziennikarzy. Wiedziałem, kim jest, ale
widziałem go wtedy po raz pierwszy. Mówił nam, że nowego Papieża zna od trzydziestu
lat, jednak tak wtedy, jak i potem, był bardzo wstrzemięźliwy w ujawnianiu
jakichkolwiek poufnych informacji. Nie ukrywał łączącej go z Papieżem
przyjaźni, ale też przyjaźni tej nie eksponował. Zwykł z naciskiem powtarzać: „Ojciec Święty ma bardzo wielu przyjaciół na
całym świecie, zwłaszcza w Polsce, nie mówiąc o Krakowie. Ja jestem jednym z
nich, ale jest nas bardzo wielu”.
Zawsze był gotów mówić, kim jest ten przyjaciel, który
został papieżem. Każde słowo było niejako pełną miłości obroną przed
uprzedzeniami, czy – jak to określał „mitami” – pokutującymi w zachodniej
prasie. Pamiętam, jak mówił o maryjności nowego Papieża, którą niektórzy z nas
uznali za przesadną i nadmiernie polską. Mówił: „Niektórzy nasi biskupi nie są dobrymi teologami i zawsze mówią o Matce
Boskiej. Myślicie, że podobnie Papież. Ale nowy papież jest dobrym teologiem i
mówi o Matce Bożej idąc za duchem »Lumen Gentium«”.
W czerwcu 1987 zanosiło się na to, że trzecia
pielgrzymka Papieża do Polski będzie przez międzynarodową prasę interpretowana
niewłaściwie: były to, po podróży w roku 1983, drugie odwiedziny ojczyzny po
stanie wojennym, a wśród nas dominowała tendencja do interpretowania ich jako
oznaki wymuszonej powściągliwości Papieża, rozumianej jako kapitulacja.
Turowicz przybył do Rzymu w przeddzień podróży i odbył konferencję prasową z
dziennikarzami. Z całą stanowczością utrzymywał, że Papież kapitulować nie zamierza.
Spotkałem potem Jerzego na ulicach Gdańska, po przepięknej homilii Papieża na
Zaspie, wygłoszonej do zgromadzonej tam milionowej rzeszy. Powiedział wtedy: „Nic już nie będzie tak jak dawniej”. Jan
Paweł II – po latach bolesnego umiarkowania – znów stwierdził, że robotnicy
mają prawo do samorządu, i że to prawo zakłada istnienie niezależnych i
autonomicznych związków zawodowych. „Potrzebowaliśmy
tych słów, żeby nie zapanował klimat klęski, i w końcu te słowa zostały
wypowiedziane”. I dodał: „a co, nie
miałem racji, kiedy mówiłem do was w Rzymie?”. Potem zwierzył mi się,
prosząc, bym tego nie dalej nie rozpowiadał: „To Papież mnie wezwał, chcąc, żebym o jego nastawieniu powiedział
dziennikarzom”.
Luigi Accattoli
Luigi Accattoli – dziennikarz, watykanista, publicysta „Corriere della
sera”, autor książek o pontyfikacie Jana Pawła II
Adieu l’ami!
Polska powie, że straciła właśnie jeden z
najcenniejszych głosów swego sumienia; ja powiem po prostu: straciliśmy
przyjaciela.
Poznaliśmy go, moja żona i ja, po naszym przyjeździe
do Instytutu Francuskiego w Krakowie, w grudniu ’81 i było to spotkanie
olśniewające. Nieco onieśmieleni tym, że spotkamy tak wielką osobistość, i to w
szacownym wieku, odkryliśmy tymczasem kogoś o takiej ciekawości świata,
spontaniczności i entuzjazmie, jakie widuje się u bardzo młodych ludzi.
Przykładem jego miłość do filmu: na projekcje najnowszych filmów francuskich chodził
równie systematycznie i z równym zapałem jak do kabaretu Piotra Skrzyneckiego.
Później, kiedy mieszkaliśmy w Rzymie, po przyjeździe pytał zawsze, co należy
obejrzeć w kinie, i między dwiema sesjami poważnego watykańskiego kongresu
biegł na najbardziej nowatorskie i niekonwencjonalne filmy... Tak, był dla nas
uosobieniem młodości. Był też wcieleniem humanizmu; „nic, co ludzkie, nie było
mu obce”.
Był wcieleniem mądrości, ale mądrości pełnej uśmiechu
i pobłażania dla szaleństwa innych. Był wcieleniem dobroci, ale umiał być
nieugięty wobec tych, którzy zagrażali przyszłości jego ojczyzny. Był
wcieleniem tolerancji, a zarazem wiary, ale fakt, że my jego wiary nie
podzielaliśmy, nie rzucił nigdy najmniejszego cienia na naszą przyjaźń; był
uosobieniem kultury, ale bez krzty pedantyzmu: pozwolił, by książki zawładnęły
jego mieszkaniem, ale nie dał im władzy nad tym, co mówił.
Każdy inny redaktor naczelny takiego pisma jak „Tygodnik”
miałby powody do uzasadnionej dumy, ale on był również uosobieniem skromności;
jeśli był zadowolony ze swego dzieła, to tak jak rzemieślnik z rzetelnie wykonanej
pracy, jaką los przed nim postawił. Wydawać się mogło, że tylko on nie
wiedział, że jest „wielkim człowiekiem”, spontanicznie realizując ambicję
Sartre’a bycia „człowiekiem całkowitym, stworzonym ze wszystkich ludzi, wartym
ich wszystkich – i którego wart jest pierwszy lepszy”.
Był wcieleniem miłości, przede wszystkim miłości
małżeńskiej, zawsze bliski Anny, nawet kiedy podróże ich rozdzielały. Wyobrażam
sobie, że jeśli obawiał się śmierci, to dlatego, że bał się, by swojej żonie
nie sprawić jedynego bólu, jakiego jej nie mógł oszczędzić: bólu osamotnienia.
Kiedy spotkaliśmy się na Wielkanoc ubiegłego roku, w naszej radości po raz
pierwszy zabrzmiał poważniejszy ton, tak jakbyśmy przeczuwali, że po raz
ostatni widzimy ich, Annę i Jerzego, razem.
Jean Baisnée
Dyrektor Instytutu
Francuskiego w Krakowie w latach 1981–1985
Stanowcza łagodność
Jerzy Turowicz cieszył się w redakcji niekwestionowanym
autorytetem już wtedy, kiedy w 1951 roku przyszedłem do niej jako praktykant. „Tygodnik
Powszechny” posiadał już wówczas ogromne znaczenie w Polsce. Oczywiście w dużej
mierze dzięki jego Redaktorowi Naczelnemu.
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale w ciągu mojej
czterdziestoletniej pracy w redakcji (byłem redaktorem działu religijnego i
asystentem kościelnym), nie miałem z Jerzym ani jednego spięcia. Posiadał on niezwykły
charyzmat kierowania zespołem. Nie lubił rządzić. Właściwie można było mu
zarzucić, że za mało jest „szefem”. Słuchał, co mają do powiedzenia inni,
radził, sugerował, jeśli coś krytykował, to w taki sposób, że trudno było się
na niego obrazić. Nigdy nie okazywał zdenerwowania, czasem – zirytowany –
jedynie lekko podnosił głos.
Niekiedy miał pretensje do adiustacji tekstów. W
kwestii czystości polszczyzny był bardzo wymagający. Miał ogromną słabość do
najnowszej sztuki i poezji. Wiem, że w tej dziedzinie dochodziło czasem do konfliktów
z księciem kardynałem Sapiehą. Sapieha nie lubił i chyba nie rozumiał sztuki
nowoczesnej. Czasem wzywał ks. Piwowarczyka i mówił: „Co wy za jakieś bohomazy
zamieszczacie!”. Ale Turowicz był nieugięty. Za czasów kard. Karola Wojtyły nie
było już z tym problemów. Dzięki stanowczości Turowicza „Tygodnik” uchodził za
koryfeusza nowoczesnej poezji i sztuki.
Po Soborze zaczął się trudny okres dla Kościoła.
Turowicz napisał wtedy głośny artykuł „Kryzys Kościoła”. Ten tytuł zirytował
Prymasa Wyszyńskiego. Jego zdaniem, można jedynie było mówić o kryzysie „w
Kościele”. Turowicz przyznał, że tytuł rzeczywiście nie był trafny. Z Prymasem
jednak zawsze pozostawał w dobrych stosunkach. Znali się przecież jeszcze przed
wojną z „Odrodzenia”.
W sprawach teologicznych dawał mi całkowicie wolną
rękę. Jeżeli miałem wątpliwości, nigdy ich nie kwestionował. Sugerował jedynie
poprawki stylistyczne. Ostateczną decyzję jednak zawsze ja podejmowałem. Wiele
razy sam się go radziłem. Praktycznie każdy mój artykuł o Soborze dawałem do
przeczytania Jerzemu. Jego uwagi, nie tylko stylistyczne, były dla mnie
niezwykle cenne.
W dziedzinie tematyki kościelnej Jerzy podejmował
decyzje jedynie co do losu tekstów, które mogłyby być wykorzystane przez władze
do walki z Kościołem. Tak było np. ze świetnie napisanym artykułem Jasia Szczepańskiego
„Między buntem a letargiem”, dotyczącym stosunku Kościoła do tzw. kwestii
społecznej; Szczepański uważał iż Leon XIII z encykliką „Rerum novarum” spóźnił
się w stosunku do „Manifestu Komunistycznego” aż o 40 lat. Tekst ten czytali
także Stomma i Gołubiew. Razem z Turowiczem uważali, że może zostać odczytany
jako krytyka Stolicy Apostolskiej. Zastanawiano się, czy rozwiązaniem nie
byłoby zamieszczenie polemiki. Powiedziałem wówczas, że z artykułem tym nie
można polemizować, gdyż byłaby to polemika z prawdą. Ostatecznie, ze względu na
trudną ówcześnie sytuację Kościoła polskiego, artykuł się nie ukazał (szerzej
pisałem o tym w wydanej przez Znak książce „Zawsze jest inaczej”).
Kłopotliwy dla Kościoła temat poruszał także mój
artykuł „Milczenie Piusa XII”. Uważałem, iż obowiązkiem Papieża jako sumienia
świata było zabrać głos w czasie II wojny światowej w sprawie obozów koncentracyjnych
i zagłady Żydów, bez względu na konsekwencje. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę,
że tekst ten jest w pewnym sensie samobójczy. Turowicz jednak nie sprzeciwiał
się, a nawet miałem wrażenie, że jest zadowolony.
Autorytet miał tak duży, że nawet wielkie redakcyjne
indywidualności liczyły się z jego zdaniem. Kiedy zaczęła się ukazywać „Poczta
ojca Malachiasza”, zdarzało się, że pewne sprawy kwestionowałem. Tadeusz Żychiewicz
był wyśmienitym publicystą, ale czasem go ponosił temperament. Kiedy usiłowałem
mu zwracać uwagę, wściekał się, zabierał tekst i wychodził z redakcji. Wtedy
nie miałem innego wyjścia, jak prosić o pomoc Jerzego. Na następny dzień
siadaliśmy już we trójkę i Turowicz przekonywał: „Jesteś świetnym pisarzem, ale
tak pisać nie można”. I Żychiewicz ustępował.
Podobnie było z felietonami Kisiela. Ponieważ była to
publicystyka polityczna, ja ich nie czytałem, ale czasem Jerzy mi je pokazywał. Kiedyś powiedział: „Co
ten Kisiel tutaj powypisywał o diabłach? Zobacz”. Odpowiedziałem, że to taka
konwencja, a przecież wszyscy są przyzwyczajeni do oryginalnego stylu Kisiela.
Ale często z nim rozmawiał i nawet niepokorny Kisiel ustępował. Nigdy jednak
nie było autorytarnych decyzji. Zawsze rozmowy były przyjacielskie, w duchu
wzajemnego zaufania. Zresztą w redakcji niezmiennie panował bałagan, nie było
dyscypliny. Na Wiślną przychodziliśmy właściwie na pogaduszki, pracowało się
zaś w domu.
W związku z Soborem czułem z Jerzym szczególną
wspólnotę zainteresowań. Już wcześniej zajmowaliśmy się wspólnie problemami
ekumenicznymi. W czasach Soboru nasza współpraca jeszcze się zacieśniła.
Ponieważ podobnie jak Jerzy byłem entuzjastą odnowy soborowej, bardzo sobie tę
wspólnotę ceniłem. Był bardziej ostrożny ode mnie, ale tylko dlatego, iż nie
przyznałem mu się, że dzięki ówczesnemu biskupowi Rubinowi znam soborowe
praschematy i wiem, o czym będzie się dyskutować na Soborze. Pytał, czy w
poruszaniu pewnych zagadnień nie idziemy za daleko. Odpowiadałem, że na moje
wyczucie nie. „Jeżeli ty uważasz, że nie, to ryzykujmy” – godził się.
Do naszej „prosoborowej grupy” należeli jeszcze Jacek
Woźniakowski i Stefan Wilkanowicz oraz inni redaktorzy miesięcznika „Znak”.
Głównymi soborowymi przeciwnikami byli zaś Kisiel i Żychiewicz. Uważali oni, że
Sobór jest szkodliwy dla Kościoła, a my powariowaliśmy na jego punkcie. Nie
przejmowaliśmy się tym zupełnie.
Jerzy Turowicz miał ogromne poczucie humoru. Pamiętam
wiele napiętych sytuacji, które bezbłędnie rozładowywał jakimś żartem. Kiedyś,
gdy z jakichś powodów ogarniało nas przygnębienie, Jerzy niespodziewanie
opowiedział kawał. Do rabina przychodzi Żyd i mówi: „Rebe, my już tego dłużej
nie wytrzymamy”. A rabin na to: „Mosiek, nie daj Boże, żeby to trwało tak
długo, jak długo my to możemy wytrzymać”.
Ale pamiętam też doskonale sytuację, w której nie było
nam do śmiechu. W 1965 roku polscy biskupi ogłosili słynny list do biskupów
niemieckich kończący się słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.
Rozpętała się niesłychana nagonka władz komunistycznych na hierarchię. Zwołano
posiedzenie Frontu Jedności Narodu, na które imiennie zaproszony został także
Jerzy Turowicz. Wówczas u Krzysztofa Kozłowskiego odbyła się dramatyczna
narada, na którą z Warszawy przyjechali Stomma, Kisiel i Bartoszewski. Kisiel,
który zawsze tak lubił błaznować, wygłosił śmiertelnie poważne przemówienie, że
żaden kompromis z władzą nie jest w tej sprawie możliwy. Wszyscy byliśmy tego
zdania. O wpół do drugiej w nocy Turowicz krótko podsumował: „Wiem trzy rzeczy:
muszę pojechać do Warszawy; muszę wygłosić przemówienie; muszę bronić listu
Episkopatu. Wolałbym dostać zawału i nie jechać do Warszawy”. Zdawaliśmy sobie
sprawę, że po wystąpieniu Turowicza „Tygodnik” może być powtórnie zamknięty,
tym razem definitywnie. Na szczęście tak się nie stało.
*
Jestem głęboko przekonany, że nic nigdy tak nie zraniło
i nie skrzywdziło Jerzego Turowicza, jak opublikowane pośmiertnie na początku
1997 roku „Dzienniki” Kisiela. Niektórzy zaczęli wykorzystywać je przeciwko Jerzemu.
W 9. numerze „Tygodnika Solidarność” ukazał się obszerny artykuł, który,
obficie cytując „Dzienniki”, oskarżył środowisko „Tygodnika Powszechnego”, a
zwłaszcza Turowicza, o „wewnętrzne zakłamanie” i kolaborację z władzami
komunistycznymi. Ponieważ zbliżała się papieska wizyta w Polsce, postanowiłem
poinformować Jana Pawła II o całej sprawie. Do listu dołączyłem artykuł z „Tygodnika
Solidarność” oraz tekst Stanisława Rodzińskiego (wydrukowany w „TP” nr 11/97),
który bronił Turowicza.
Na mój list otrzymałem odpowiedź z datą 10 kwietnia.
Papież poinformował mnie, że dzwonił do Jerzego i że chce się z nim spotkać
podczas swego pobytu w Polsce, co się też później stało. Przyznał także, iż ze
względu na ujawnienie „Dzienników” Kisiela szczególnie ważny jest artykuł
Rodzińskiego, „który usiłuje podjąć całe zagadnienie i prawidłowo je ustawić”.
Kilka zdań z tego listu, otwarcie biorących w obronę
Turowicza i „Tygodnik Powszechny”, zdecydowałem się zacytować w rozmowie z Anną
Kluz-Łoś z Radia Kraków, która ukazała się w „Gazecie Wyborczej” (z 17–18
maja). Papież napisał: „Publikacja »Dzienników« jest przykrym zaskoczeniem. W
szczególności jest wielką krzywdą wyrządzoną Jerzemu Turowiczowi, ale nie tylko
jemu. Wszyscy – przynajmniej ludzie mojego pokolenia – pamiętają, jak
opatrznościowa była inicjatywa księdza kardynała Sapiehy, który powołał ten
organ zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ufam, że wielu ludzi, nawet
po publikacji »Dzienników« Kisiela zachowa właściwą ocenę 50-letniego dorobku
»Tygodnika«”.
Tekst z „Gazety
Wyborczej” wysłałem Papieżowi. W odpowiedzi (z 27 maja) Jan Paweł II napisał
mi: „Dobrze, że zabrałeś głos w obronie skrzywdzonych Przyjaciół”. Wiem, że
Jerzemu sprawiło to ogromną satysfakcję.
Ks. Andrzej Bardecki
Żyjący pośród nas
Byłem, od pierwszego
numeru w marcu 1945 r., jak zresztą większość ludzi w środowisku, w jakim się
obracałem, czytelnikiem „Tygodnika Powszechnego”, ale nie podjąłem żadnych prób
współpracy z nim, zajęty wtedy w pełni pracą w dzienniku PSL Mikołajczyka „Gazeta
Ludowa” i w samym PSL w Warszawie. Sądziłem zresztą, że służę wspólnej sprawie.
W drugiej połowie lat 40. i pierwszej połowie lat 50. byłem przeważnie
więziony. W ówczesnych warunkach gazety i czasopisma do więźniów politycznych
nie docierały, co najwyżej – od 1953 r. – „Trybuna Ludu” lub „Słowo Powszechne”
PAX-u. Przybywali jednak nowi ludzie, „Tygodnik Powszechny” bywał im dobrze
znany.
W dramatycznych – dla
Kościoła w Polsce i dla Jerzego Turowicza – miesiącach 1953 roku miałem w
więzieniu mokotowskim ograniczone pole obserwacji. I tam jednak doszły do nas
wiadomości o likwidacji „Tygodnika”. Nie mogę powiedzieć, aby mnie to
szczególnie zdziwiło lub poruszyło. Na tle codzienności, w jakiej żyłem,
wydawało mi się to całkiem oczywiste. Wielu z nas w więzieniu – świeckich i
księży – uważało raczej za fenomen, że „TP” istniał aż do wiosny 1953 ciągle
jeszcze...
Wkrótce po wznowieniu „Tygodnika”,
gdzieś w pierwszych tygodniach 1957 r., odwiedziłem redakcję przy ul. Wiślnej.
Przyznaję, że czułem się zaszczycony możliwością poznania osobiście ludzi,
którzy sprostali w taki sposób próbie, jak Jerzy Turowicz i jego redakcja przez
te lata i po śmierci Stalina, publicznie – jedyni w Polsce, a może nawet w
kilku krajach tzw. obozu socjalistycznego. Sądzę, że potrafiłem to szczególnie
docenić po doświadczeniach i obserwacjach więziennych kilku poprzednich lat.
Czułem się usatysfakcjonowany i prawie dumny, gdy Jerzy Turowicz życzliwie
zareagował na moją ofertę współpracy. Zaczęła się ona w początku sierpnia 1957
r. bardzo obszernym artykułem o powstaniu warszawskim, tekstem na pograniczu
cenzuralności, nawet w owych względnie liberalnych miesiącach, i trwa odtąd w
różnych formach przez lat kilkadziesiąt. Nie zapomnę, co mam Jerzemu Turowiczowi
do zawdzięczenia w pierwszym okresie tej współpracy: dyskretną, lecz stanowczą
solidarność zawsze, gdy spotykałem się z rzeczywistymi trudnościami ze strony
aparatu władzy, ofertę (którą z wdzięcznością przyjąłem) stałej pracy w „Tygodniku”
i reprezentowania go w Warszawie, gdy w końcu 1960 r. usunięto mnie w trybie
nagłym z redakcji tygodnika „Stolica”. Faktyczną tego przyczyną była moja
równoczesna, jawna współpraca z „Tygodnikiem”, publicznie wiadoma akceptacja
dla linii redakcji „TP”, a także chęć, czy nawet konieczność, pozbycia się z „rządowego”
bądź co bądź tygodnika RSW „Prasy” dziennikarza, który nie rokował szans na
promoczarowską reorientację tego wówczas głównie historyczno-architektonicznego
pisma.
Rozumowi, cierpliwości, a
nawet wielkoduszności Jerzego zawdzięczam możność publikacji w „Tygodniku”
kilkudziesięciu artykułów dotyczących historii walki o niepodległość Polski w
latach II wojny światowej, które nie mogły się wtedy ukazać w tej wersji
nigdzie indziej, albo jeśli nawet, to za cenę nieznośnego kompromisu –
ogłaszania obok zakłamanych homagiów ku czci AL i PPR. Nie miejsce tu i czas na
obszerniejsze wspomnienia o mojej współpracy z „Tygodnikiem”, choć myślenie o
Jerzym nasuwa wiele skojarzeń i szczegółów, niekiedy barwnych. Ale muszę
przynajmniej przypomnieć tu fundamentalne znaczenie społeczne ankiety, którą
dzięki niemu ogłosić mogłem wiosną 1963 r. w „Tygodniku” – na temat
współdziałania Polaków z Żydami w czasie okupacji niemieckiej w Polsce pod
hasłem zaczerpniętym z wiersza Antoniego Słonimskiego „Ten jest z ojczyzny
mojej”. Owocem tej ankiety, na kilka lat przed poruszającymi i zastraszającymi
wydarzeniami lat 1967–68, było kilkadziesiąt wypowiedzi Polaków-chrześcijan i
Żydów ogłoszonych w „Tygodniku” i gruby tom dokumentacji wydanej potem
dwukrotnie przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak.
Redakcja „Tygodnika”
stała się dla mnie, w dużej mierze dzięki Turowiczowi osobiście, choć nie tylko
dzięki Niemu, małą ojczyzną. Wyznaję, że najgłębiej trafiała mi do przekonania
konsekwentna postawa Jerzego i „TP” wobec spraw i ludzi. Ta wyrażająca się w
kategorycznej zasadzie: nie kłamać. Jeśli ze względów cenzuralnych nie wolno
powiedzieć prawdy, milczeć milczeniem, które krzyczy i wskazywać różnymi
dostępnymi metodami drogę do prawdy, ułatwiać czytelnikom jej odnalezienie.
Ujmowała mnie w Jerzym zasada dialogu z ludźmi, z grupami ludzi, tolerancji dla
poszukującego człowieka, dyskretnej, ale konsekwentnej solidarności z
prześladowanymi czy uciskanymi.
Przyjąłem za swoją zasadę
środowiska wyrażoną kiedyś, w 1970 r., słowami Jerzego, że korzeniem
światopoglądu katolickiego, chrześcijańskiego jest wiara w Boga, w Chrystusa, w
prawdę objawioną. Ale owa prawda „nie
jest tylko prawdą o Bogu i o stosunku człowieka do Boga, czyli religii. Jest
także prawdą o człowieku, jego miejscu w świecie i w historii, o stosunku
człowieka do drugiego człowieka, jest więc prawdą o sensie egzystencji ludzkiej
i sensie historii. Pogłębienie tej prawdy pomaga ustalić obiektywną hierarchię
wartości, potrzebną do budowania światopoglądu, który ułatwiłby człowiekowi żyć
po ludzku, żyć w sposób odpowiadający godności człowieka”.
Gdy po 13 grudnia 1981 r.
„Tygodnik” już po raz drugi w swej historii przestał się ukazywać, podobnie
zresztą jak i wiele innych czasopism, to owo zasuspendowanie trwało wyjątkowo
długo, bo aż do końca maja 1982 r. Jeszcze raz ludzie Turowicza zamanifestowali
wierność sobie: odmówili akceptacji w jakiejkolwiek formie haniebnego
wprowadzenia stanu wojennego w Polsce.
Po czterech i pół
miesiącach internowania w Jaworzu koło Drawska, gdzie zresztą dotarł w Jerzego
i redakcji imieniu i dostał się do mnie pod przemyślnym pretekstem Krzysztof
Kozłowski, odzyskałem swobodę ruchów, zanim jeszcze redakcja odzyskała możność
wydawania „Tygodnika”. Uważam do dziś za zupełnie szczególny zaszczyt, że w
pierwszym po wznowieniu jego numerze uznano za stosowne napisać w ujmujący
sposób o mało ważnym przecież w skali ogólnej jubileuszu moich sześćdziesiątych
urodzin. A gdy w lecie 1982 r. zaproponowano mi wejście w skład zespołu „Tygodnika”
firmującego pismo z uwidocznieniem mego nazwiska w „stopce”, było to dla mnie
wyróżnienie tyleż zaskakujące, co bardzo konsekwentnie zobowiązujące. Wyznaję,
że czyniłem w ciągu następnych dziesięciu lat, co w mojej mocy, by temu
zobowiązaniu wobec Jerzego Turowicza sprostać i aby być możliwie jak
najbardziej jednym z tych, którzy Go nie zawiodą.
I na koniec jeszcze
jedno. Dobry los dał mi w lecie 1942 r. poznać ks. Jana Zieję – Ojca Jana, jak
mówiliśmy wtedy wszyscy – stykać się z Nim, względnie regularnie, w Warszawie,
aż do wybuchu powstania. W krótkim szkicu Jerzego „Kim jest dla nas Ojciec Jan”
otwierającym książkę ks. Jana Zieji „Życie ewangelią”, wydaną w 1991 roku w
Paryżu, Turowicz powiedział: „Czym jest
Kościół, czym jest chrześcijaństwo, czym jest wiara, poznajemy patrząc na
ludzi, którzy tę wiarę wyznawali, którzy wedle tej wiary żyli, którzy tej
wierze dawali świadectwo; patrząc na świętych i męczenników, na apostołów i
proroków, na biskupów zarządzających sprawami Kościoła, wreszcie na ludzi –
powiedzmy – zwykłych, bo całym życiem dawali świadectwo wierze. Widzimy tych
ludzi w przeszłości, w historii Kościoła, w świecie czy też w naszym własnym
kraju, spotykamy ich – jeśli mamy szczęście – żyjących pośród nas”.
Uważam Jerzego Turowicza
za jednego z najskromniejszych ludzi, jakich dane mi było poznać w życiu.
Miałem wielkie szczęście, że spotkałem takiego człowieka „żyjącego pośród nas”
i dającego świadectwo Prawdzie i że cieszyłem się Jego ciepłą życzliwością. Nie
ja jeden tak myślę i czuję. Byłem i jestem wdzięczny Opatrzności, że istniejesz
i że jesteś, jaki jesteś.
Dzieło Twego życia weszło
już do kultury polskiej, ufam, że i do historii Kościoła w Polsce. Ale
pośrednio, w konsekwencjach, nie jest jeszcze zamknięte. Jesteś nam nadal nie
mniej potrzebny niż przed laty. Nadal zadawać będziemy sobie pytanie: A co by
powiedział, co by o tym sądził, co by zrobił Jerzy Turowicz?...
Władysław Bartoszewski
Reduta Ordona
Jerzego Turowicza pokazał mi licealny kolega,
Turowiczowe pismo prenumerował ojciec: wcześnie więc zrozumiałem, że nie jest
to gazeta jak inne, zaś jej redaktor nie ma nic wspólnego ze zwykłymi gryzipiórkami.
Ale prędko także zrozumiałem, że jej polityczny status jest w Polsce wyjątkowy
i na pewno długo nie potrwa. Na redakcję patrzyłem więc trochę jak na redutę
Ordona, podziwiając odwagę, nie pchając się jednak pod kule. Kiedy poznałem
Jerzego, patrzyłem na redakcyjną gromadkę jak na herosów i właściwie tak to
odczuwam do dzisiaj: „Tygodnik jeden mocy
twej urąga...” Ale Jerzy żachnąłby się na takie żarty czy porównania.
Jednak to właśnie w tych latach, w świadectwie sprzeciwu ugruntowało się
szczególne miejsce i pisma, i jego Redaktora. Szczególne w moim przynajmniej
odczuciu.
Potem pismo zezwyklało, ale nie całkiem, to heroiczne
znamię naznaczyło i pismo, i Redaktora, skądinąd najłagodniejszego z ludzi. Ta
łagodność szła dziwnie w parze z niezłomnością z jednej strony, otwarciem i
życzliwością z drugiej: Turowicz był i odruchowo ekumeniczny, i spontanicznie
życzliwy, byle dostrzegał w partnerze dobrą wolę. Skąd ta zdolność jednania
sobie ludzi, skąd zdolność rozumienia, przyswajania sobie nowości? Może się to
wyda niejednemu przesadne, ale myślę, że prócz cnót chrześcijańskich jakąś rolę
grała ogromna wrażliwość literacka czy szerzej – kulturalna Jerzego. Mnóstwo
czytał, wchłaniał dziesiątki i setki książek z rozmaitych dziedzin, ale także
czy zwłaszcza literackich sensu stricto. W dziedzinie humanistycznej kultury
był absolutnie kompetentny, zdumiewałem się nieraz, że znajduje czas na
wystawy, koncerty... to był dla Jerzego chleb codzienny, nie wyobrażał sobie
życia nie wspartego sztuką. Ale podkreślał także, że jest tylko amatorem i rzeczywiście,
całą swą – bardzo znaczną – humanistyczną wiedzę traktował jako otium, niepróżnujące próżnowanie: nie
udawał wszechznawcy, przeciwnie, podkreślał swoje amatorstwo. Co też
przysłużyło się pismu, które unikało – i będzie daj Boże unikać – mędrkowania i
pedanterii... Humanistyczna kultura nie wiązała się z zawodem, była jakby
naturalnym środowiskiem codziennego istnienia. Co sprawiało, że przenikała całe
jego myślenie i zachowanie.
Wykluczała także wszelką przesadę, nadmierność, co
dopiero fanatyzm... Nie znaczy to, że łatwo ustępował, przeciwnie; miał
nadzwyczajne poczucie proporcji i hierarchii spraw, zwłaszcza spornych: suaviter in modo, fortiter in re. Ani
zgodny nadmiernie ani fanatyczny: można to chyba dostrzec i w sprawach
religijnych, i politycznych: bardzo cierpliwy, szanujący ludzkie różnice, ale
też bezwzględnie i jakby odruchowo wierny imponderabiliom, co mogło wprowadzić
w błąd przyzwyczajonych do posłuszeństwa wielmoży...
Jerzy Turowicz? Toż to po prostu – prawość wcielona.
Jan Błoński
Uwaga i pamięć
Gdy umierają rodzice – najgłębszym chyba doznaniem
jest, że nikt już nas nie będzie pamiętać tak, jak oni; takimi, jakimi byliśmy
w ich oczach. Simone Weil wiedziała: miłość jest uwagą i pamięcią.
Myślę, że wielu ludzi tak się czuło pamiętanymi przez
Jerzego, i to było, jest i będzie nam zawsze potrzebne. To nie wszystko:
przecież nie tylko poszczególne osoby, ale po prostu świat, Kościół, a przede
wszystkim Polska miała w Jerzym
zapewnioną dobrą pamięć – dokładną, rozumną, szeroką, tolerancyjną,
przebaczającą.
Mam naiwną nadzieję, że tam, gdzie teraz jest, Jerzy
będzie mógł wpływać na Pana Boga, by nas też widział takimi, jakimi byliśmy w
jego pamięci. Mniej naiwne jest przekonanie, że postawa życiowa Jerzego była
autentycznym braniem za wzór Ojca, który sprawia, że deszcz i słońce są dla nas
wszystkich.
*
Trudno coś dodać do wspomnień tylu osób. Może więc te
dwa wspomnienia, w szczególny sposób moje.
Najdawniejsze: przyjazd ekipy „Tygodnika” do Instytutu
Katolickiego w Trzebnicy, gdzieś we wczesnych latach pięćdziesiątych.
Instytut ów kształcił przyszłe katechetki dla
dolnośląskich i mazurskich parafii. Kierownictwo wywodziło się z Wileńszczyzny
i Gołubiew był tam czczony od zawsze. Z Gołubiewem przyjechał Turowicz. Na ich
intencję uczyłyśmy się parzyć prawdziwą kawę (picie jej uchodziło w Instytucie
za ekstrawagancję). Ilości niebezpiecznego napoju pochłaniane przez redaktorów
wzbudziły nasze przerażenie. Zapamiętałam też, że Jerzy przeprowadził dla nas,
katechetek zajęcia, które dziś nazwano by warsztatami dziennikarskimi. Z jaką
życzliwą powagą omawiał nasze niedowarzone wypociny!
Mój własny wniosek – do dziś aktualny – był taki: być
redaktorem gazety to czynność jakby święta – powołanie do uczciwego
informowania jest do naszego katechetycznego podobne.
Drugie wspomnienie: patrzę na fotografię – Jan Paweł
II w przededniu swej papieskiej inauguracji, w tłumie ludzi mediów, wśród
których i my jesteśmy. Na pierwszym planie Jerzy – bo przed nim się ten tłum rozstąpił.
Ręce Jerzego, które przed chwilą Papież uściskał. Papież jeszcze taki młody,
Jerzy już całkiem siwy. Nasza radość. Tyle tej radości do pamiętania.
Halina Bortnowska
Moje nieskromne szczęście
Dziwaczne działanie ówczesnej komunistycznej
biurokracji spowodowało, że w okresie po pierwszej „Solidarności”, kiedy na
granicy zabierano nawet „Trybunę Ludu”, można było w Czechosłowacji zaprenumerować
„Tygodnik Powszechny”. Dzięki temu poczta regularnie przynosiła mi do domu
teksty, jakie w moim kraju mogły się wtedy ukazać tylko w drugim obiegu.
W latach 80. znałem więc mądre teksty Jerzego
Turowicza i podziwiałem stanowczość linii jego „Tygodnika”. Dzięki takim jak on
zakochałem się w Polsce. Jerzy Turowicz potwierdzał znany paradoks: wielcy
ludzie, czasem oskarżani niesprawiedliwie przez niektórych własnych rodaków o
szkalowanie swego kraju i narodu, powodują, że ten naród jest przez innych
podziwiany i kochany. W historii mojego narodu to przypadek zarówno Tomáša Masaryka,
jak i Václava Havla...
Dopiero na początku lat 90. odwiedziłem redakcję
ulubionego pisma. Nie miałem wątpliwości, że Jerzy Turowicz jest moralnym
autorytetem i świetnym dziennikarzem. Przyznaję jednak, że byłem ciekawy, na
ile – w wielu lat 80 – jest Szefem raczej honorowym, w jakim stopniu
uczestniczy jeszcze w codziennej pracy redakcji. To, co zobaczyłem i usłyszałem,
było niezwykłe. Z jednej strony widziałem, jaką swobodę zostawia Turowicz swoim
współpracownikom. A z drugiej? Dzięki wielkoduszności redakcji zostałem wkrótce
– człowiek kompletnie nieznany – zaproszony na cotygodniową naradę. Jeśli Szef
łagodnie, cichym głosem powiedział: „Nie, tego nie drukujemy”, natychmiast
urywała się najbardziej nawet gorąca dyskusja o losach tekstu. Zazdrościłem
krakowskim kolegom. Już nie chodziło tylko o to, że na co dzień spotykają w
pracy wzór moralny i legendę dziennikarstwa. Coraz bardziej im zazdrościłem
Jerzego Turowicza właśnie jako Szefa.
A później... Czasem napisałem coś dla „Tygodnika”. Nie
ukrywam, drukowanie na tych łamach napawało mnie dumą. I niemal od razu
przyszła mi do głowy nieskromna myśl: „Więc Jerzy Turowicz jest teraz poniekąd
też twoim Szefem...” Byłem bardzo szczęśliwy.
Václav Burian
Václav Burian – poeta, dziennikarz i polonista; pracownik uniwersytetu
w Ołomuńcu, tłumacz m.in. „Traktatów” Miłosza.
Znaki pokuty
Jerzy Turowicz należy do wielkich osobowości tego
stulecia, a jedną z Jego zasług jest to, co On i środowisko „Tygodnika Powszechnego”
uczynili dla pojednania polsko-niemieckiego.
Rozpoczęta przez Niemcy wojna kosztowała życie
miliony; innym milionom odebrała zdrowie albo ich „małą ojczyznę”. Dla narodów
Europy środkowej jej skutkiem było także pół wieku sowieckiej dominacji. Trzeba
było naprawdę wielkiej odwagi, aby po takich doświadczeniach wyciągnąć rękę do
pojednania z Niemcami. Jerzy Turowicz uczynił to.
W latach 50. działacz ewangelicki Lothar Kreyssig
wezwał młodzież niemiecką, aby jeździła do krajów zniszczonych przez Niemców, i
aby pomagała w budowie szkół, szpitali, kościołów, będąc żywym znakiem woli
pojednania. W ten sposób powstała „Akcja Znaków Pokuty”. Pierwsze grupy młodych
ludzi, które przybywały do Polski z NRD, znalazły wsparcie w środowisku „Tygodnika
Powszechnego”, „Znaku” i Klubów Inteligencji Katolickiej – wśród takich właśnie
ludzi jak Jerzy Turowicz, Anna Morawska, Mieczysław Pszon, Stanisław Stomma i
wielu innych.
W tamtych latach wojenne rany były jeszcze świeże. Sam
spotykałem wówczas wielu Polaków, którzy przyrzekli sobie, że nigdy więcej nie
wypowiedzą ani słowa po niemiecku, że nigdy nie podadzą Niemcowi ręki. Oprócz
tego propaganda komunistyczna próbowała podtrzymywać strach i nienawiść wobec
Niemiec, i wykorzystywać te uczucia do swoich celów. Tymczasem Jerzy Turowicz
uważał, że wiara chrześcijańska wymaga od nas wszystkich zaangażowania na rzecz
pokoju, sprawiedliwości i pojednania. Widział, że takiego świata nie da się
zbudować siłą; że jedyną drogą jest tutaj demontowanie wzajemnych stereotypów –
a także poznanie lęków i nadziei sąsiadów. To, że dzisiaj znajdujemy w Polsce
tak wiele otwartych drzwi i mamy tam wielu przyjaciół, zawdzięczamy takim
ludziom jak Jerzy Turowicz.
Erich Busse
Erich Busse – pastor ewangelicki, działał w Akcji Znaków Pokuty
oraz w opozycji demokratycznej w NRD.
***
Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci
założyciela i Redaktora Naczelnego „TP”. Jerzy Turowicz przez całe swoje życie
dawał świadectwo autentycznego przeżywania prawdy Ewangelii i głębokiego
patriotyzmu. Przez wiele dziesięcioleci kierowane przez niego pismo było tym
dla ludzi poszukujących prawdy, czym kromka chleba dla głodnego. Był jednym z
tak niewielu współczesnych rzeczywistych autorytetów intelektualnych i
moralnych.
Umarł, by narodzić się dla nieba. Pozostaje wierzyć,
że tu na ziemi, jego zdrowy rozsądek, odwaga, zdecydowanie łączone z
życzliwością wobec ludzi, głębokie zainteresowanie sprawami Kościoła
katolickiego i poparcie udzielane dialogowi ekumenicznemu oraz
polsko-żydowskiemu pozostaną wzorem dla pokolenia następców wielkiego Polaka i
chrześcijanina.
Non omnis morietur.
Jerzy Buzek
Premier rządu RP
***
Znaleźliśmy świadectwo, które Jerzy napisał kiedyś o
Taizé. Ten tekst nabiera dzisiaj pełnego znaczenia. Oto jego słowa: „Zaprzyjaźniłem się z Bratem Rogerem podczas
Soboru i widziałem się z nim wielokrotnie w Krakowie, gdzie spotykał również
przyszłego papieża Jana Pawła II. Między nim a Polską istnieje więź prawie uczuciowa.
To co cenię w Taizé, to jego całkowita otwartość...”
Z serdecznościami
Brat Charles-Eugene z Taizé
Redaktor niezłomny
Czy to czas taki zły, czy też wszedłem już w sferę
wspomnień, kiedy wokół nas staje się coraz puściej i kiedy pośród wzbierających
tłumów stajemy coraz bardziej samotni? Odszedł Jerzy niby spodziewanie, ale zarazem
niespodziewanie i mam gorzkie poczucie zaniedbania, że nie pożegnałem się z
nim, że nie powiedziałem mu tego najprostszego „dziękuję”, które nam Polakom –
tak trudno przechodzi przez gardło. Ale przecież nigdy nie wiadomo, kiedy
powinno nastąpić ostatnie pożegnanie i zarazem ostatnie podziękowanie. Więc pozostaje
tylko ta, jakże smutna i jakże wspaniała świadomość, że udało mi się poznać, a
nawet zaprzyjaźnić z jednym z największych redaktorów mej ojczyzny. Że to on
dał mi możliwość debiutu i że mnie przez tak wiele lat zechciał gościć w swoim
piśmie, co jest zaszczytem ogromnym, pismo to bowiem w sposób budzący
najgłębszy szacunek towarzyszyło dziejom tego kraju, tak płaskiego w sensie
geograficznym i etycznym, a zarazem tak wzniosłego i pięknego.
Nie stałem aż tak blisko Jerzego i redakcji, by
wspominać owe pierwsze, a potem najtrudniejsze lata stalinizmu, mogę tylko
wspominać jakieś rozmowy, właściwie strzępy rozmów i zaprezentować swoją
refleksję o tym prawdziwie mądrym człowieku. Moja opinia o jego walorach, jako
redaktora, opiera się przede wszystkim na tym, że – jak każdy redaktor z
prawdziwego zdarzenia – stosunkowo niewiele pisał sam, zadanie bowiem, które
sobie postawił, to było budowanie zespołu ludzi, którzy w tym kłótliwym kraju
tworzyli jakiś ośrodek rozsądku i uczciwości. Jego najpierwszą zasługą było
więc to, że zgromadził w powojennym Krakowie całą grupę „tutejszych” i „bieżeńców”
(stąd tak silny współczynnik przybyszy z Wileńszczyzny), że zbudował autentyczny
„trust mózgów” i z tym zespołem udało mu się przetrwać najcięższe lata
stalinowskiego finału. Zamknięcie pisma stało się bowiem dla zespołu może i
ciężkim przeżyciem, ale zarazem w pewnym sensie zabezpieczeniem przed dalszymi
pokusami uginania się pod presją władców. I w ten sposób zespół ten, łącznie z działalnością
koła „ZNAK” w ówczesnym Sejmie przeszedł przez ten czas nie umoczony w
PRL-owskim plugastwie.
Jerzy, niby to nieśmiały, niby strachliwy, zacierający
ręce w sytuacjach trudnych (stąd przezwisko „Lisek”, którym go czasem
obdarzaliśmy) był człowiekiem o bardzo jednoznacznym i bardzo konsekwentnym
światopoglądzie, a to mu nie zyskiwało poklasku ani z prawa, ani z lewa, on zaś
nadal szedł zawsze własną drogą i „robił swoje”.
Jako się rzekło: miał dar zjednywania sobie ludzi, był
bowiem spokojny, zrównoważony, nieodmiennie uprzejmy, co wszelako nie
oznaczało, aby był ustępliwy w sprawach zasadniczych. Miał słabość do poetów,
ale w gruncie rzeczy tylko jeden – Miłosz – uczcił to mądrym wierszem. Sam
bardzo pięknie umiał czytać cudze wiersze, a czy kiedykolwiek sam takowe pisał
– na ten temat nie mam wiadomości. Ale miał też „nosa” do młodocianych „geniuszy”,
a jak ktoś na taką kwalifikację nie zasługiwał, to się go z kręgu współpracowników
delikatnie i bezszelestnie pozbywał.
Przede wszystkim jednak miał „nosa” do spraw
politycznych, co pozwalało mu bardzo długo opierać się zakusom komunistów i ich
podopiecznych w rodzaju PAX-u. I zarazem stawał się coraz bardziej „solą w oku”
PRL-owskich instytucji. Opowiadał mi Jasienica, że kiedy go Bristigierowa
zwalniała z więzienia, to właściwie nie stawiała żadnych warunków z wyjątkiem
jednego: żeby obiecał jej zaprzestać współpracy z „Tygodnikiem Powszechnym”.
Nie jest tajemnicą, że w latach 40. i początku 50.
stosunek kleru do „Tygodnika” był często nader krytyczny: pismo było dla nich
zanadto lewicowe, zanadto nowatorskie. Zwłaszcza ostre spięcia pojawiały się pomiędzy
redakcją a prymasem Wyszyńskim. Tylko że kiedy „Prymas Tysiąclecia” został
zaaresztowany, to właśnie Turowicz i cały zespół zachował wobec jego osoby
lojalność, czego niezupełnie da się powiedzieć o całym episkopacie. Sądzę
zresztą, że wyrok na pismo zapadł we „właściwych czynnikach” wcześniej niż
nastąpiło jego unicestwienie, a sprawa nekrologu po śmierci Stalina była już
tylko przykrywką dla z dawna ukartowanej decyzji. I śmiem twierdzić, że okres
zamknięcia pisma i oddanie go „gratis franco” PAX-owcom był w jakimś stopniu
korzystny dla redakcji, która się tym bardziej uwiarygodniła w opinii
społecznej.
Jednym z najgłupszych powiedzonek w naszej i nie tylko
naszej mowie, jest stwierdzenie, że „nie ma ludzi niezastąpionych”. A ja
mógłbym wyliczyć wcale liczny zastęp takowych, po których pozostały dziury nie
do załatania i należy do nich Turowicz. Ja „Tygodnikowi” życzę jak najlepiej, aby
był kontynuatorem świetności przeszło pięćdziesięciu lat redaktorstwa Jerzego,
ale to już nie będzie nigdy to samo pismo, będzie w najlepszym razie dzieckiem
tamtego, kiedy doprawdy niełatwo było zachować „postawę wyprostowaną”, skoro
dziś o to tak łatwo.
Ja ponadto uważam Jerzego za znakomitego polityka. Bo
redaktor musi być zawsze w jakimś stopniu politykiem, ale w czasach
stalinowskich ta umiejętność wysuwała się na pierwsze miejsce. Z kolei bowiem
ze statusem polityka musiała się wówczas wiązać jeszcze umiejętność świadczenia
i dawania przykładu. Ani wówczas, gdy kraj nasz zapełnił się ogromną liczbą
kolaborantów, ani teraz, gdy tłoczą się w nim oszołomy i samozwańczy zbawcy,
nadal taka właśnie „postawa wyprostowana” jest czymś na wagę złota. Mnie dzisiejsza
tak zwana scena polityczna przypomina „orloj” (zegar) na staromiejskim ratuszu
w Pradze: o równych godzinach, kiedy dzwon ogłasza ich liczbę, otwierają się
nad cyferblatem drzwiczki i zaczyna się przemarsz figurek-kukiełek: byłych
premierów, ministrów, posłów i senatorów, samozwańczych przywódców, proroków i
ideologów. Ale w takim Grand-Guignolu nie ma nigdy Turowicza, ani Giedroycia,
ani innych polityków, którzy nie będąc działaczami, byli tymi, którzy ratowali
kraj przed zbiorową infamią i zbiorowymi erupcjami głupoty. Chwała Ci Jerzy, za
to, że tak wspaniale dopełniłeś swego obowiązku wobec Polaków, choć wiele
wycierpiałeś nie od komunistów, ale właśnie od oszołomów i nawiedzeńców,
których tu nad Wisłą nigdy nie brakowało. I niewielu, może zbyt niewielu
zamieszkało w moim umyśle i sercu na fotelach szacunku, na ekranach godności.
Ale Ty z pewnością do nich się zaliczasz.
Tadeusz Chrzanowski
Latarnia
Była to dla mnie wstrząsająca wiadomość.
Odszedł wielki i dobry Człowiek. A dla wielu, takich
jak ja, zniknęła latarnia, według której orientowaliśmy się w sprawach świata.
Wilhelm Dichter
Uśmiech Jerzego Turowicza
Jerzy Turowicz pozostanie na zawsze w mojej pamięci
jako człowiek, który chętniej słucha niż mówi, słucha z zaciekawieniem, łagodnie
uśmiechnięty. Raz tylko zdarzyło mi się słyszeć redaktora mówiącego z gniewem,
nieco podniesionym głosem, dotyczyło to żądania rabina Weissa, by redaktor się
z nim spotkał – odmowie towarzyszył w najwyższym stopniu nieuprzejmy komentarz
Turowicza.
Gdy w roku 1948 zlikwidowano wydawany przez ambasadę
brytyjską tygodnik „Głos Anglii”, moi rodzice uznali, że „TP” jest jedynym
pismem, które można czytać. W pierwszym okresie tych lektur szczególnie pociągały
mnie artykuły polemiczne. Nie mogły one już dotyczyć spraw najważniejszych;
były możliwe jeszcze w kwestiach literackich czy historyczno-literackich. Do dziś
zapamiętałem spory Wacława Borowego ze Stefanem Żółkiewskim czy Konrada
Górskiego z tymże Żółkiewskim i Janem Dürr-Durskim. Wzrastająca w „Tygodniku”
tonacja oględności sądów, uprzejmości w wyrażaniu opinii równoważona ostrością
felietonistów wynikała chyba równocześnie z charakteru redaktora i ograniczeń
cenzury. Miała ona i może ma łagodzący wpływ na moje własne skłonności. Lektura
pisma Jerzego Turowicza także uleczyła mnie, a pewnie i jakąś grupę
czytelników, z mniemania, że my katolicy z samej natury rzeczy jesteśmy lepsi
od innych.
Zacząłem drukować w okresie, gdy „Tygodnik” nie
istniał. Szybko się przekonałem, że nie mogę liczyć na lojalność redaktorów.
Boleśnie tego doświadczyłem w „Nowej Kulturze” w roku 1955, gdy poproszono mnie
o zrecenzowanie dwóch tomów prozy autora nazwiskiem Roman Bratny. Były to jego
siedemnasta i osiemnasta książka. Skupiwszy się na omówieniu pewnych skromnych
różnic, zakończyłem konkluzją, że możemy oczekiwać z zainteresowaniem na
dwudziestą dziewiątą książkę Bratnego. Ze zgrozą przeczytałem – nie uprzedzony
– po tygodniu, że czekam na kolejną książkę Bratnego. W roku 1966 pierwsze
zdanie mego pierwszego felietonu w „Życiu Literackim”: „Warszawa latem” – w
druku zostało poprawione przez Władysława Machejka: „Warszawa latem
zdeglomerowana urlopami”. W roku ’67 zaniosłem tekst do umiarkowanego jeszcze
wtedy „Miesięcznika Literackiego”. Obok mnie debiutował w tym samym numerze
przyszły komendant Akademii Spraw Wewnętrznych, przyszły generał, ale już wtedy
funkcjonariusz UB dr Tadeusz Walichnowski, autor koncepcji istnienia osi Bonn-Kawiarnia
PIW-Tel-Awiw.
Wiosną 1968 poprosiłem Jerzego Turowicza o spotkanie.
Poświęcił mi przeszło godzinę i zaprosił do współpracy. Wkrótce dostałem list,
że nadesłany tekst „nadaje się do numeru
świątecznego, co w »TP« oznacza Boże Narodzenie lub Wielkanoc, jednak by
przyspieszyć pański debiut, damy go w innym czasie »liturgicznym«”. „Kuchnia
narodowa polska” ukazała się 21 lipca 1968 r. Niestety, ponieważ Kisiel właśnie
miał zakaz druku, nie było mowy o wprowadzeniu w tym czasie nowego stałego
felietonu. Musiałem jeszcze czekać, a okoliczności sprawiły, że czekałem
jeszcze trzydzieści lat, zanim spełniły się moje ambicje zostania felietonistą „TP”.
Dobry uśmiech, wynikająca z nieskazitelności własnej
biografii wyrozumiałość wobec innych, miały jednak surowe granice. Drukując w „Tygodniku”
miałem i mam zawsze absolutną pewność, że mój tekst nie zostanie choć trochę
popsuty, ani nie znajdzie się obok łobuza lub szaleńca.
Łagodny uśmiech Jerzego Turowicza wynikał z
niezachwianej stanowczości jego przekonań i godził się z odmową relatywizmu
wobec prawdy. Pamięć tego uśmiechu jest dla nas zobowiązaniem, by go nigdy nie
zgasić.
Andrzej Dobosz
Trochę nadziei
Jerzy Turowicz, publicysta, redaktor..., ale tak
naprawdę wielki polityk. Polityk Kościoła, polityk Państwa Polskiego, jeden z
rzadkich obecnie polityków, którzy w polityce kierują się nie doraźnym
interesem, lecz moralnością. I to jest chyba najważniejsza cecha jego
działalności w „Tygodniku” i na niwie społecznej.
Poza tym trudno mówić coś więcej, bo to właściwie
obejmuje wszystko.
A do tego jego łagodność, wyrozumiałość i ta wizja
przyszłości, która była do przyjęcia nie tylko dla katolików, ale i dla całego
postępowego świata.
Czy był optymistą? Trudno powiedzieć. Lecz na pewno
był człowiekiem, który zawsze miał trochę nadziei, że może zdarzyć się coś
nieprzewidzianego. To – i twardość zasad moralnych – pozwoliły mu przetrwać
okupację niemiecką i czasy stalinowskie. Oraz działać w wolnej Polsce.
Dziś drugiego takiego człowieka nie widzę.
Marek Edelman
Powrót do Boga
Powrót do Boga wielkiego dziennikarza i
intelektualisty chrześcijańskiego, którym był Jerzy Turowicz, głęboko dotyka
jego niezliczonych przyjaciół na całym świecie. Ale, rzecz jasna, szczególnym
echem odbija się tu, w Rzymie.
Rzym był bowiem dla Niego sercem tego Kościoła, który
tak bardzo kochał i któremu tak rozważnie służył. Ten polski pionier
międzynarodowego życia katolickiego uczestniczył w wielu wydarzeniach
kościelnych, spotkaniach i kongresach. Ci, którzy go wówczas znali, pamiętają
pasję, z jaką śledził cztery sesje II Soboru Watykańskiego; wtedy właśnie wytworzyły
się łączące nas więzy przyjaźni. Od tego czasu, wykonując swój zawód,
nieprzerwanie głosił świadectwo Soboru i był jego niestrudzonym krzewicielem.
Potem przyszło ogromne przeżycie i radość z wyboru naszego Papieża, Jana Pawła
II, z którym łączyła Go wzajemna przyjaźń i zaufanie.
Dzisiaj wszyscy jesteśmy zasmuceni Jego odejściem,
ufając, że Jego udziałem stanie się Radość Pana i że będzie wstawiał się za
nami u Ojca.
Kardynał Roger Etchegaray
Przewodniczący
Centralnego
Komitetu
Obchodów Wielkiego Jubileuszu Roku Dwutysięcznego
Następne...
|