GŁOSY PO ŚMIERCI JERZEGO TUROWICZA

 

 

 

 

Dyskretny przyjaciel

Zachowuję w pamięci dwa ważne wspomnienia o Jerzym Turowiczu: rozmowę w Rzymie zaraz po wyborze Jana Pawła II i spotkanie w Gdańsku, gdzie razem słuchaliśmy homilii Papieża w pamiętnym dniu 12 czerwca 1987 roku. Były to dwa momenty, w których Jerzy był szczęśliwy z powodu tego, co się stało i tego, co usłyszał. Właśnie jego radość sprawiła, że te momenty tak głęboko się wryły w moją pamięć.

Po wyborze Papieża Turowicz, który właśnie przyjechał do Rzymu, spotkał się z grupą włoskich dziennikarzy. Wiedziałem, kim jest, ale widziałem go wtedy po raz pierwszy. Mówił nam, że nowego Papieża zna od trzydziestu lat, jednak tak wtedy, jak i potem, był bardzo wstrzemięźliwy w ujawnianiu jakichkolwiek poufnych informacji. Nie ukrywał łączącej go z Papieżem przyjaźni, ale też przyjaźni tej nie eksponował. Zwykł z naciskiem powtarzać: „Ojciec Święty ma bardzo wielu przyjaciół na całym świecie, zwłaszcza w Polsce, nie mówiąc o Krakowie. Ja jestem jednym z nich, ale jest nas bardzo wielu”.

Zawsze był gotów mówić, kim jest ten przyjaciel, który został papieżem. Każde słowo było niejako pełną miłości obroną przed uprzedzeniami, czy – jak to określał „mitami” – pokutującymi w zachodniej prasie. Pamiętam, jak mówił o maryjności nowego Papieża, którą niektórzy z nas uznali za przesadną i nadmiernie polską. Mówił: „Niektórzy nasi biskupi nie są dobrymi teologami i zawsze mówią o Matce Boskiej. Myślicie, że podobnie Papież. Ale nowy papież jest dobrym teologiem i mówi o Matce Bożej idąc za duchem »Lumen Gentium«”.

W czerwcu 1987 zanosiło się na to, że trzecia pielgrzymka Papieża do Polski będzie przez międzynarodową prasę interpretowana niewłaściwie: były to, po podróży w roku 1983, drugie odwiedziny ojczyzny po stanie wojennym, a wśród nas dominowała tendencja do interpretowania ich jako oznaki wymuszonej powściągliwości Papieża, rozumianej jako kapitulacja. Turowicz przybył do Rzymu w przeddzień podróży i odbył konferencję prasową z dziennikarzami. Z całą stanowczością utrzymywał, że Papież kapitulować nie zamierza. Spotkałem potem Jerzego na ulicach Gdańska, po przepięknej homilii Papieża na Zaspie, wygłoszonej do zgromadzonej tam milionowej rzeszy. Powiedział wtedy: „Nic już nie będzie tak jak dawniej”. Jan Paweł II – po latach bolesnego umiarkowania – znów stwierdził, że robotnicy mają prawo do samorządu, i że to prawo zakłada istnienie niezależnych i autonomicznych związków zawodowych. „Potrzebowaliśmy tych słów, żeby nie zapanował klimat klęski, i w końcu te słowa zostały wypowiedziane”. I dodał: „a co, nie miałem racji, kiedy mówiłem do was w Rzymie?”. Potem zwierzył mi się, prosząc, bym tego nie dalej nie rozpowiadał: „To Papież mnie wezwał, chcąc, żebym o jego nastawieniu powiedział dziennikarzom”.

Luigi Accattoli

Luigi Accattoli – dziennikarz, watykanista, publicysta „Corriere della sera”, autor książek o pontyfikacie Jana Pawła II

 

 

Adieu l’ami!

Polska powie, że straciła właśnie jeden z najcenniejszych głosów swego sumienia; ja powiem po prostu: straciliśmy przyjaciela.

Poznaliśmy go, moja żona i ja, po naszym przyjeździe do Instytutu Francuskiego w Krakowie, w grudniu ’81 i było to spotkanie olśniewające. Nieco onieśmieleni tym, że spotkamy tak wielką osobistość, i to w szacownym wieku, odkryliśmy tymczasem kogoś o takiej ciekawości świata, spontaniczności i entuzjazmie, jakie widuje się u bardzo młodych ludzi. Przykładem jego miłość do filmu: na projekcje najnowszych filmów francuskich chodził równie systematycznie i z równym zapałem jak do kabaretu Piotra Skrzyneckiego. Później, kiedy mieszkaliśmy w Rzymie, po przyjeździe pytał zawsze, co należy obejrzeć w kinie, i między dwiema sesjami poważnego watykańskiego kongresu biegł na najbardziej nowatorskie i niekonwencjonalne filmy... Tak, był dla nas uosobieniem młodości. Był też wcieleniem humanizmu; „nic, co ludzkie, nie było mu obce”.

Był wcieleniem mądrości, ale mądrości pełnej uśmiechu i pobłażania dla szaleństwa innych. Był wcieleniem dobroci, ale umiał być nieugięty wobec tych, którzy zagrażali przyszłości jego ojczyzny. Był wcieleniem tolerancji, a zarazem wiary, ale fakt, że my jego wiary nie podzielaliśmy, nie rzucił nigdy najmniejszego cienia na naszą przyjaźń; był uosobieniem kultury, ale bez krzty pedantyzmu: pozwolił, by książki zawładnęły jego mieszkaniem, ale nie dał im władzy nad tym, co mówił.

Każdy inny redaktor naczelny takiego pisma jak „Tygodnik” miałby powody do uzasadnionej dumy, ale on był również uosobieniem skromności; jeśli był zadowolony ze swego dzieła, to tak jak rzemieślnik z rzetelnie wykonanej pracy, jaką los przed nim postawił. Wydawać się mogło, że tylko on nie wiedział, że jest „wielkim człowiekiem”, spontanicznie realizując ambicję Sartre’a bycia „człowiekiem całkowitym, stworzonym ze wszystkich ludzi, wartym ich wszystkich – i którego wart jest pierwszy lepszy”.

Był wcieleniem miłości, przede wszystkim miłości małżeńskiej, zawsze bliski Anny, nawet kiedy podróże ich rozdzielały. Wyobrażam sobie, że jeśli obawiał się śmierci, to dlatego, że bał się, by swojej żonie nie sprawić jedynego bólu, jakiego jej nie mógł oszczędzić: bólu osamotnienia. Kiedy spotkaliśmy się na Wielkanoc ubiegłego roku, w naszej radości po raz pierwszy zabrzmiał poważniejszy ton, tak jakbyśmy przeczuwali, że po raz ostatni widzimy ich, Annę i Jerzego, razem.

Jean Baisnée

Dyrektor Instytutu Francuskiego w Krakowie w latach 1981–1985

 

 

Stanowcza łagodność

Jerzy Turowicz cieszył się w redakcji niekwestionowanym autorytetem już wtedy, kiedy w 1951 roku przyszedłem do niej jako praktykant. „Tygodnik Powszechny” posiadał już wówczas ogromne znaczenie w Polsce. Oczywiście w dużej mierze dzięki jego Redaktorowi Naczelnemu.

Wydaje się to nieprawdopodobne, ale w ciągu mojej czterdziestoletniej pracy w redakcji (byłem redaktorem działu religijnego i asystentem kościelnym), nie miałem z Jerzym ani jednego spięcia. Posiadał on niezwykły charyzmat kierowania zespołem. Nie lubił rządzić. Właściwie można było mu zarzucić, że za mało jest „szefem”. Słuchał, co mają do powiedzenia inni, radził, sugerował, jeśli coś krytykował, to w taki sposób, że trudno było się na niego obrazić. Nigdy nie okazywał zdenerwowania, czasem – zirytowany – jedynie lekko podnosił głos.

Niekiedy miał pretensje do adiustacji tekstów. W kwestii czystości polszczyzny był bardzo wymagający. Miał ogromną słabość do najnowszej sztuki i poezji. Wiem, że w tej dziedzinie dochodziło czasem do konfliktów z księciem kardynałem Sapiehą. Sapieha nie lubił i chyba nie rozumiał sztuki nowoczesnej. Czasem wzywał ks. Piwowarczyka i mówił: „Co wy za jakieś bohomazy zamieszczacie!”. Ale Turowicz był nieugięty. Za czasów kard. Karola Wojtyły nie było już z tym problemów. Dzięki stanowczości Turowicza „Tygodnik” uchodził za koryfeusza nowoczesnej poezji i sztuki.

Po Soborze zaczął się trudny okres dla Kościoła. Turowicz napisał wtedy głośny artykuł „Kryzys Kościoła”. Ten tytuł zirytował Prymasa Wyszyńskiego. Jego zdaniem, można jedynie było mówić o kryzysie „w Kościele”. Turowicz przyznał, że tytuł rzeczywiście nie był trafny. Z Prymasem jednak zawsze pozostawał w dobrych stosunkach. Znali się przecież jeszcze przed wojną z „Odrodzenia”.

W sprawach teologicznych dawał mi całkowicie wolną rękę. Jeżeli miałem wątpliwości, nigdy ich nie kwestionował. Sugerował jedynie poprawki stylistyczne. Ostateczną decyzję jednak zawsze ja podejmowałem. Wiele razy sam się go radziłem. Praktycznie każdy mój artykuł o Soborze dawałem do przeczytania Jerzemu. Jego uwagi, nie tylko stylistyczne, były dla mnie niezwykle cenne.

W dziedzinie tematyki kościelnej Jerzy podejmował decyzje jedynie co do losu tekstów, które mogłyby być wykorzystane przez władze do walki z Kościołem. Tak było np. ze świetnie napisanym artykułem Jasia Szczepańskiego „Między buntem a letargiem”, dotyczącym stosunku Kościoła do tzw. kwestii społecznej; Szczepański uważał iż Leon XIII z encykliką „Rerum novarum” spóźnił się w stosunku do „Manifestu Komunistycznego” aż o 40 lat. Tekst ten czytali także Stomma i Gołubiew. Razem z Turowiczem uważali, że może zostać odczytany jako krytyka Stolicy Apostolskiej. Zastanawiano się, czy rozwiązaniem nie byłoby zamieszczenie polemiki. Powiedziałem wówczas, że z artykułem tym nie można polemizować, gdyż byłaby to polemika z prawdą. Ostatecznie, ze względu na trudną ówcześnie sytuację Kościoła polskiego, artykuł się nie ukazał (szerzej pisałem o tym w wydanej przez Znak książce „Zawsze jest inaczej”).

Kłopotliwy dla Kościoła temat poruszał także mój artykuł „Milczenie Piusa XII”. Uważałem, iż obowiązkiem Papieża jako sumienia świata było zabrać głos w czasie II wojny światowej w sprawie obozów koncentracyjnych i zagłady Żydów, bez względu na konsekwencje. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że tekst ten jest w pewnym sensie samobójczy. Turowicz jednak nie sprzeciwiał się, a nawet miałem wrażenie, że jest zadowolony.

Autorytet miał tak duży, że nawet wielkie redakcyjne indywidualności liczyły się z jego zdaniem. Kiedy zaczęła się ukazywać „Poczta ojca Malachiasza”, zdarzało się, że pewne sprawy kwestionowałem. Tadeusz Żychiewicz był wyśmienitym publicystą, ale czasem go ponosił temperament. Kiedy usiłowałem mu zwracać uwagę, wściekał się, zabierał tekst i wychodził z redakcji. Wtedy nie miałem innego wyjścia, jak prosić o pomoc Jerzego. Na następny dzień siadaliśmy już we trójkę i Turowicz przekonywał: „Jesteś świetnym pisarzem, ale tak pisać nie można”. I Żychiewicz ustępował.

Podobnie było z felietonami Kisiela. Ponieważ była to publicystyka polityczna, ja ich nie czytałem, ale czasem Jerzy  mi je pokazywał. Kiedyś powiedział: „Co ten Kisiel tutaj powypisywał o diabłach? Zobacz”. Odpowiedziałem, że to taka konwencja, a przecież wszyscy są przyzwyczajeni do oryginalnego stylu Kisiela. Ale często z nim rozmawiał i nawet niepokorny Kisiel ustępował. Nigdy jednak nie było autorytarnych decyzji. Zawsze rozmowy były przyjacielskie, w duchu wzajemnego zaufania. Zresztą w redakcji niezmiennie panował bałagan, nie było dyscypliny. Na Wiślną przychodziliśmy właściwie na pogaduszki, pracowało się zaś w domu.

W związku z Soborem czułem z Jerzym szczególną wspólnotę zainteresowań. Już wcześniej zajmowaliśmy się wspólnie problemami ekumenicznymi. W czasach Soboru nasza współpraca jeszcze się zacieśniła. Ponieważ podobnie jak Jerzy byłem entuzjastą odnowy soborowej, bardzo sobie tę wspólnotę ceniłem. Był bardziej ostrożny ode mnie, ale tylko dlatego, iż nie przyznałem mu się, że dzięki ówczesnemu biskupowi Rubinowi znam soborowe praschematy i wiem, o czym będzie się dyskutować na Soborze. Pytał, czy w poruszaniu pewnych zagadnień nie idziemy za daleko. Odpowiadałem, że na moje wyczucie nie. „Jeżeli ty uważasz, że nie, to ryzykujmy” – godził się.

Do naszej „prosoborowej grupy” należeli jeszcze Jacek Woźniakowski i Stefan Wilkanowicz oraz inni redaktorzy miesięcznika „Znak”. Głównymi soborowymi przeciwnikami byli zaś Kisiel i Żychiewicz. Uważali oni, że Sobór jest szkodliwy dla Kościoła, a my powariowaliśmy na jego punkcie. Nie przejmowaliśmy się tym zupełnie.

Jerzy Turowicz miał ogromne poczucie humoru. Pamiętam wiele napiętych sytuacji, które bezbłędnie rozładowywał jakimś żartem. Kiedyś, gdy z jakichś powodów ogarniało nas przygnębienie, Jerzy niespodziewanie opowiedział kawał. Do rabina przychodzi Żyd i mówi: „Rebe, my już tego dłużej nie wytrzymamy”. A rabin na to: „Mosiek, nie daj Boże, żeby to trwało tak długo, jak długo my to możemy wytrzymać”.

Ale pamiętam też doskonale sytuację, w której nie było nam do śmiechu. W 1965 roku polscy biskupi ogłosili słynny list do biskupów niemieckich kończący się słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Rozpętała się niesłychana nagonka władz komunistycznych na hierarchię. Zwołano posiedzenie Frontu Jedności Narodu, na które imiennie zaproszony został także Jerzy Turowicz. Wówczas u Krzysztofa Kozłowskiego odbyła się dramatyczna narada, na którą z Warszawy przyjechali Stomma, Kisiel i Bartoszewski. Kisiel, który zawsze tak lubił błaznować, wygłosił śmiertelnie poważne przemówienie, że żaden kompromis z władzą nie jest w tej sprawie możliwy. Wszyscy byliśmy tego zdania. O wpół do drugiej w nocy Turowicz krótko podsumował: „Wiem trzy rzeczy: muszę pojechać do Warszawy; muszę wygłosić przemówienie; muszę bronić listu Episkopatu. Wolałbym dostać zawału i nie jechać do Warszawy”. Zdawaliśmy sobie sprawę, że po wystąpieniu Turowicza „Tygodnik” może być powtórnie zamknięty, tym razem definitywnie. Na szczęście tak się nie stało.

 

*

Jestem głęboko przekonany, że nic nigdy tak nie zraniło i nie skrzywdziło Jerzego Turowicza, jak opublikowane pośmiertnie na początku 1997 roku „Dzienniki” Kisiela. Niektórzy zaczęli wykorzystywać je przeciwko Jerzemu. W 9. numerze „Tygodnika Solidarność” ukazał się obszerny artykuł, który, obficie cytując „Dzienniki”, oskarżył środowisko „Tygodnika Powszechnego”, a zwłaszcza Turowicza, o „wewnętrzne zakłamanie” i kolaborację z władzami komunistycznymi. Ponieważ zbliżała się papieska wizyta w Polsce, postanowiłem poinformować Jana Pawła II o całej sprawie. Do listu dołączyłem artykuł z „Tygodnika Solidarność” oraz tekst Stanisława Rodzińskiego (wydrukowany w „TP” nr 11/97), który bronił Turowicza.

Na mój list otrzymałem odpowiedź z datą 10 kwietnia. Papież poinformował mnie, że dzwonił do Jerzego i że chce się z nim spotkać podczas swego pobytu w Polsce, co się też później stało. Przyznał także, iż ze względu na ujawnienie „Dzienników” Kisiela szczególnie ważny jest artykuł Rodzińskiego, „który usiłuje podjąć całe zagadnienie i prawidłowo je ustawić”.

Kilka zdań z tego listu, otwarcie biorących w obronę Turowicza i „Tygodnik Powszechny”, zdecydowałem się zacytować w rozmowie z Anną Kluz-Łoś z Radia Kraków, która ukazała się w „Gazecie Wyborczej” (z 17–18 maja). Papież napisał: „Publikacja »Dzienników« jest przykrym zaskoczeniem. W szczególności jest wielką krzywdą wyrządzoną Jerzemu Turowiczowi, ale nie tylko jemu. Wszyscy – przynajmniej ludzie mojego pokolenia – pamiętają, jak opatrznościowa była inicjatywa księdza kardynała Sapiehy, który powołał ten organ zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ufam, że wielu ludzi, nawet po publikacji »Dzienników« Kisiela zachowa właściwą ocenę 50-letniego dorobku »Tygodnika«”.

 Tekst z „Gazety Wyborczej” wysłałem Papieżowi. W odpowiedzi (z 27 maja) Jan Paweł II napisał mi: „Dobrze, że zabrałeś głos w obronie skrzywdzonych Przyjaciół”. Wiem, że Jerzemu sprawiło to ogromną satysfakcję.

Ks. Andrzej Bardecki

 

 

Żyjący pośród nas

Byłem, od pierwszego numeru w marcu 1945 r., jak zresztą większość ludzi w środowisku, w jakim się obracałem, czytelnikiem „Tygodnika Powszechnego”, ale nie podjąłem żadnych prób współpracy z nim, zajęty wtedy w pełni pracą w dzienniku PSL Mikołajczyka „Gazeta Ludowa” i w samym PSL w Warszawie. Sądziłem zresztą, że służę wspólnej sprawie. W drugiej połowie lat 40. i pierwszej połowie lat 50. byłem przeważnie więziony. W ówczesnych warunkach gazety i czasopisma do więźniów politycznych nie docierały, co najwyżej – od 1953 r. – „Trybuna Ludu” lub „Słowo Powszechne” PAX-u. Przybywali jednak nowi ludzie, „Tygodnik Powszechny” bywał im dobrze znany.

W dramatycznych – dla Kościoła w Polsce i dla Jerzego Turowicza – miesiącach 1953 roku miałem w więzieniu mokotowskim ograniczone pole obserwacji. I tam jednak doszły do nas wiadomości o likwidacji „Tygodnika”. Nie mogę powiedzieć, aby mnie to szczególnie zdziwiło lub poruszyło. Na tle codzienności, w jakiej żyłem, wydawało mi się to całkiem oczywiste. Wielu z nas w więzieniu – świeckich i księży – uważało raczej za fenomen, że „TP” istniał aż do wiosny 1953 ciągle jeszcze...

Wkrótce po wznowieniu „Tygodnika”, gdzieś w pierwszych tygodniach 1957 r., odwiedziłem redakcję przy ul. Wiślnej. Przyznaję, że czułem się zaszczycony możliwością poznania osobiście ludzi, którzy sprostali w taki sposób próbie, jak Jerzy Turowicz i jego redakcja przez te lata i po śmierci Stalina, publicznie – jedyni w Polsce, a może nawet w kilku krajach tzw. obozu socjalistycznego. Sądzę, że potrafiłem to szczególnie docenić po doświadczeniach i obserwacjach więziennych kilku poprzednich lat. Czułem się usatysfakcjonowany i prawie dumny, gdy Jerzy Turowicz życzliwie zareagował na moją ofertę współpracy. Zaczęła się ona w początku sierpnia 1957 r. bardzo obszernym artykułem o powstaniu warszawskim, tekstem na pograniczu cenzuralności, nawet w owych względnie liberalnych miesiącach, i trwa odtąd w różnych formach przez lat kilkadziesiąt. Nie zapomnę, co mam Jerzemu Turowiczowi do zawdzięczenia w pierwszym okresie tej współpracy: dyskretną, lecz stanowczą solidarność zawsze, gdy spotykałem się z rzeczywistymi trudnościami ze strony aparatu władzy, ofertę (którą z wdzięcznością przyjąłem) stałej pracy w „Tygodniku” i reprezentowania go w Warszawie, gdy w końcu 1960 r. usunięto mnie w trybie nagłym z redakcji tygodnika „Stolica”. Faktyczną tego przyczyną była moja równoczesna, jawna współpraca z „Tygodnikiem”, publicznie wiadoma akceptacja dla linii redakcji „TP”, a także chęć, czy nawet konieczność, pozbycia się z „rządowego” bądź co bądź tygodnika RSW „Prasy” dziennikarza, który nie rokował szans na promoczarowską reorientację tego wówczas głównie historyczno-architektonicznego pisma.

Rozumowi, cierpliwości, a nawet wielkoduszności Jerzego zawdzięczam możność publikacji w „Tygodniku” kilkudziesięciu artykułów dotyczących historii walki o niepodległość Polski w latach II wojny światowej, które nie mogły się wtedy ukazać w tej wersji nigdzie indziej, albo jeśli nawet, to za cenę nieznośnego kompromisu – ogłaszania obok zakłamanych homagiów ku czci AL i PPR. Nie miejsce tu i czas na obszerniejsze wspomnienia o mojej współpracy z „Tygodnikiem”, choć myślenie o Jerzym nasuwa wiele skojarzeń i szczegółów, niekiedy barwnych. Ale muszę przynajmniej przypomnieć tu fundamentalne znaczenie społeczne ankiety, którą dzięki niemu ogłosić mogłem wiosną 1963 r. w „Tygodniku” – na temat współdziałania Polaków z Żydami w czasie okupacji niemieckiej w Polsce pod hasłem zaczerpniętym z wiersza Antoniego Słonimskiego „Ten jest z ojczyzny mojej”. Owocem tej ankiety, na kilka lat przed poruszającymi i zastraszającymi wydarzeniami lat 1967–68, było kilkadziesiąt wypowiedzi Polaków-chrześcijan i Żydów ogłoszonych w „Tygodniku” i gruby tom dokumentacji wydanej potem dwukrotnie przez Społeczny Instytut Wydawniczy Znak.

Redakcja „Tygodnika” stała się dla mnie, w dużej mierze dzięki Turowiczowi osobiście, choć nie tylko dzięki Niemu, małą ojczyzną. Wyznaję, że najgłębiej trafiała mi do przekonania konsekwentna postawa Jerzego i „TP” wobec spraw i ludzi. Ta wyrażająca się w kategorycznej zasadzie: nie kłamać. Jeśli ze względów cenzuralnych nie wolno powiedzieć prawdy, milczeć milczeniem, które krzyczy i wskazywać różnymi dostępnymi metodami drogę do prawdy, ułatwiać czytelnikom jej odnalezienie. Ujmowała mnie w Jerzym zasada dialogu z ludźmi, z grupami ludzi, tolerancji dla poszukującego człowieka, dyskretnej, ale konsekwentnej solidarności z prześladowanymi czy uciskanymi.

Przyjąłem za swoją zasadę środowiska wyrażoną kiedyś, w 1970 r., słowami Jerzego, że korzeniem światopoglądu katolickiego, chrześcijańskiego jest wiara w Boga, w Chrystusa, w prawdę objawioną. Ale owa prawda „nie jest tylko prawdą o Bogu i o stosunku człowieka do Boga, czyli religii. Jest także prawdą o człowieku, jego miejscu w świecie i w historii, o stosunku człowieka do drugiego człowieka, jest więc prawdą o sensie egzystencji ludzkiej i sensie historii. Pogłębienie tej prawdy pomaga ustalić obiektywną hierarchię wartości, potrzebną do budowania światopoglądu, który ułatwiłby człowiekowi żyć po ludzku, żyć w sposób odpowiadający godności człowieka”.

Gdy po 13 grudnia 1981 r. „Tygodnik” już po raz drugi w swej historii przestał się ukazywać, podobnie zresztą jak i wiele innych czasopism, to owo zasuspendowanie trwało wyjątkowo długo, bo aż do końca maja 1982 r. Jeszcze raz ludzie Turowicza zamanifestowali wierność sobie: odmówili akceptacji w jakiejkolwiek formie haniebnego wprowadzenia stanu wojennego w Polsce.

Po czterech i pół miesiącach internowania w Jaworzu koło Drawska, gdzie zresztą dotarł w Jerzego i redakcji imieniu i dostał się do mnie pod przemyślnym pretekstem Krzysztof Kozłowski, odzyskałem swobodę ruchów, zanim jeszcze redakcja odzyskała możność wydawania „Tygodnika”. Uważam do dziś za zupełnie szczególny zaszczyt, że w pierwszym po wznowieniu jego numerze uznano za stosowne napisać w ujmujący sposób o mało ważnym przecież w skali ogólnej jubileuszu moich sześćdziesiątych urodzin. A gdy w lecie 1982 r. zaproponowano mi wejście w skład zespołu „Tygodnika” firmującego pismo z uwidocznieniem mego nazwiska w „stopce”, było to dla mnie wyróżnienie tyleż zaskakujące, co bardzo konsekwentnie zobowiązujące. Wyznaję, że czyniłem w ciągu następnych dziesięciu lat, co w mojej mocy, by temu zobowiązaniu wobec Jerzego Turowicza sprostać i aby być możliwie jak najbardziej jednym z tych, którzy Go nie zawiodą.

I na koniec jeszcze jedno. Dobry los dał mi w lecie 1942 r. poznać ks. Jana Zieję – Ojca Jana, jak mówiliśmy wtedy wszyscy – stykać się z Nim, względnie regularnie, w Warszawie, aż do wybuchu powstania. W krótkim szkicu Jerzego „Kim jest dla nas Ojciec Jan” otwierającym książkę ks. Jana Zieji „Życie ewangelią”, wydaną w 1991 roku w Paryżu, Turowicz powiedział: „Czym jest Kościół, czym jest chrześcijaństwo, czym jest wiara, poznajemy patrząc na ludzi, którzy tę wiarę wyznawali, którzy wedle tej wiary żyli, którzy tej wierze dawali świadectwo; patrząc na świętych i męczenników, na apostołów i proroków, na biskupów zarządzających sprawami Kościoła, wreszcie na ludzi – powiedzmy – zwykłych, bo całym życiem dawali świadectwo wierze. Widzimy tych ludzi w przeszłości, w historii Kościoła, w świecie czy też w naszym własnym kraju, spotykamy ich – jeśli mamy szczęście – żyjących pośród nas”.

Uważam Jerzego Turowicza za jednego z najskromniejszych ludzi, jakich dane mi było poznać w życiu. Miałem wielkie szczęście, że spotkałem takiego człowieka „żyjącego pośród nas” i dającego świadectwo Prawdzie i że cieszyłem się Jego ciepłą życzliwością. Nie ja jeden tak myślę i czuję. Byłem i jestem wdzięczny Opatrzności, że istniejesz i że jesteś, jaki jesteś.

Dzieło Twego życia weszło już do kultury polskiej, ufam, że i do historii Kościoła w Polsce. Ale pośrednio, w konsekwencjach, nie jest jeszcze zamknięte. Jesteś nam nadal nie mniej potrzebny niż przed laty. Nadal zadawać będziemy sobie pytanie: A co by powiedział, co by o tym sądził, co by zrobił Jerzy Turowicz?...

Władysław Bartoszewski

 

 

Reduta Ordona

Jerzego Turowicza pokazał mi licealny kolega, Turowiczowe pismo prenumerował ojciec: wcześnie więc zrozumiałem, że nie jest to gazeta jak inne, zaś jej redaktor nie ma nic wspólnego ze zwykłymi gryzipiórkami. Ale prędko także zrozumiałem, że jej polityczny status jest w Polsce wyjątkowy i na pewno długo nie potrwa. Na redakcję patrzyłem więc trochę jak na redutę Ordona, podziwiając odwagę, nie pchając się jednak pod kule. Kiedy poznałem Jerzego, patrzyłem na redakcyjną gromadkę jak na herosów i właściwie tak to odczuwam do dzisiaj: „Tygodnik jeden mocy twej urąga...” Ale Jerzy żachnąłby się na takie żarty czy porównania. Jednak to właśnie w tych latach, w świadectwie sprzeciwu ugruntowało się szczególne miejsce i pisma, i jego Redaktora. Szczególne w moim przynajmniej odczuciu.

Potem pismo zezwyklało, ale nie całkiem, to heroiczne znamię naznaczyło i pismo, i Redaktora, skądinąd najłagodniejszego z ludzi. Ta łagodność szła dziwnie w parze z niezłomnością z jednej strony, otwarciem i życzliwością z drugiej: Turowicz był i odruchowo ekumeniczny, i spontanicznie życzliwy, byle dostrzegał w partnerze dobrą wolę. Skąd ta zdolność jednania sobie ludzi, skąd zdolność rozumienia, przyswajania sobie nowości? Może się to wyda niejednemu przesadne, ale myślę, że prócz cnót chrześcijańskich jakąś rolę grała ogromna wrażliwość literacka czy szerzej – kulturalna Jerzego. Mnóstwo czytał, wchłaniał dziesiątki i setki książek z rozmaitych dziedzin, ale także czy zwłaszcza literackich sensu stricto. W dziedzinie humanistycznej kultury był absolutnie kompetentny, zdumiewałem się nieraz, że znajduje czas na wystawy, koncerty... to był dla Jerzego chleb codzienny, nie wyobrażał sobie życia nie wspartego sztuką. Ale podkreślał także, że jest tylko amatorem i rzeczywiście, całą swą – bardzo znaczną – humanistyczną wiedzę traktował jako otium, niepróżnujące próżnowanie: nie udawał wszechznawcy, przeciwnie, podkreślał swoje amatorstwo. Co też przysłużyło się pismu, które unikało – i będzie daj Boże unikać – mędrkowania i pedanterii... Humanistyczna kultura nie wiązała się z zawodem, była jakby naturalnym środowiskiem codziennego istnienia. Co sprawiało, że przenikała całe jego myślenie i zachowanie.

Wykluczała także wszelką przesadę, nadmierność, co dopiero fanatyzm... Nie znaczy to, że łatwo ustępował, przeciwnie; miał nadzwyczajne poczucie proporcji i hierarchii spraw, zwłaszcza spornych: suaviter in modo, fortiter in re. Ani zgodny nadmiernie ani fanatyczny: można to chyba dostrzec i w sprawach religijnych, i politycznych: bardzo cierpliwy, szanujący ludzkie różnice, ale też bezwzględnie i jakby odruchowo wierny imponderabiliom, co mogło wprowadzić w błąd przyzwyczajonych do posłuszeństwa wielmoży...

Jerzy Turowicz? Toż to po prostu – prawość wcielona.

Jan Błoński

 

 

Uwaga i pamięć

Gdy umierają rodzice – najgłębszym chyba doznaniem jest, że nikt już nas nie będzie pamiętać tak, jak oni; takimi, jakimi byliśmy w ich oczach. Simone Weil wiedziała: miłość jest uwagą i pamięcią.

Myślę, że wielu ludzi tak się czuło pamiętanymi przez Jerzego, i to było, jest i będzie nam zawsze potrzebne. To nie wszystko: przecież nie tylko poszczególne osoby, ale po prostu świat, Kościół, a przede wszystkim Polska miała w Jerzym  zapewnioną dobrą pamięć – dokładną, rozumną, szeroką, tolerancyjną, przebaczającą.

Mam naiwną nadzieję, że tam, gdzie teraz jest, Jerzy będzie mógł wpływać na Pana Boga, by nas też widział takimi, jakimi byliśmy w jego pamięci. Mniej naiwne jest przekonanie, że postawa życiowa Jerzego była autentycznym braniem za wzór Ojca, który sprawia, że deszcz i słońce są dla nas wszystkich.

 

*

Trudno coś dodać do wspomnień tylu osób. Może więc te dwa wspomnienia, w szczególny sposób moje.

Najdawniejsze: przyjazd ekipy „Tygodnika” do Instytutu Katolickiego w Trzebnicy, gdzieś we wczesnych latach pięćdziesiątych.

Instytut ów kształcił przyszłe katechetki dla dolnośląskich i mazurskich parafii. Kierownictwo wywodziło się z Wileńszczyzny i Gołubiew był tam czczony od zawsze. Z Gołubiewem przyjechał Turowicz. Na ich intencję uczyłyśmy się parzyć prawdziwą kawę (picie jej uchodziło w Instytucie za ekstrawagancję). Ilości niebezpiecznego napoju pochłaniane przez redaktorów wzbudziły nasze przerażenie. Zapamiętałam też, że Jerzy przeprowadził dla nas, katechetek zajęcia, które dziś nazwano by warsztatami dziennikarskimi. Z jaką życzliwą powagą omawiał nasze niedowarzone wypociny!

Mój własny wniosek – do dziś aktualny – był taki: być redaktorem gazety to czynność jakby święta – powołanie do uczciwego informowania jest do naszego katechetycznego podobne.

Drugie wspomnienie: patrzę na fotografię – Jan Paweł II w przededniu swej papieskiej inauguracji, w tłumie ludzi mediów, wśród których i my jesteśmy. Na pierwszym planie Jerzy – bo przed nim się ten tłum rozstąpił. Ręce Jerzego, które przed chwilą Papież uściskał. Papież jeszcze taki młody, Jerzy już całkiem siwy. Nasza radość. Tyle tej radości do pamiętania.

Halina Bortnowska

 

 

Moje nieskromne szczęście

Dziwaczne działanie ówczesnej komunistycznej biurokracji spowodowało, że w okresie po pierwszej „Solidarności”, kiedy na granicy zabierano nawet „Trybunę Ludu”, można było w Czechosłowacji zaprenumerować „Tygodnik Powszechny”. Dzięki temu poczta regularnie przynosiła mi do domu teksty, jakie w moim kraju mogły się wtedy ukazać tylko w drugim obiegu.

W latach 80. znałem więc mądre teksty Jerzego Turowicza i podziwiałem stanowczość linii jego „Tygodnika”. Dzięki takim jak on zakochałem się w Polsce. Jerzy Turowicz potwierdzał znany paradoks: wielcy ludzie, czasem oskarżani niesprawiedliwie przez niektórych własnych rodaków o szkalowanie swego kraju i narodu, powodują, że ten naród jest przez innych podziwiany i kochany. W historii mojego narodu to przypadek zarówno Tomáša Masaryka, jak i Václava Havla...

Dopiero na początku lat 90. odwiedziłem redakcję ulubionego pisma. Nie miałem wątpliwości, że Jerzy Turowicz jest moralnym autorytetem i świetnym dziennikarzem. Przyznaję jednak, że byłem ciekawy, na ile – w wielu lat 80 – jest Szefem raczej honorowym, w jakim stopniu uczestniczy jeszcze w codziennej pracy redakcji. To, co zobaczyłem i usłyszałem, było niezwykłe. Z jednej strony widziałem, jaką swobodę zostawia Turowicz swoim współpracownikom. A z drugiej? Dzięki wielkoduszności redakcji zostałem wkrótce – człowiek kompletnie nieznany – zaproszony na cotygodniową naradę. Jeśli Szef łagodnie, cichym głosem powiedział: „Nie, tego nie drukujemy”, natychmiast urywała się najbardziej nawet gorąca dyskusja o losach tekstu. Zazdrościłem krakowskim kolegom. Już nie chodziło tylko o to, że na co dzień spotykają w pracy wzór moralny i legendę dziennikarstwa. Coraz bardziej im zazdrościłem Jerzego Turowicza właśnie jako Szefa.

A później... Czasem napisałem coś dla „Tygodnika”. Nie ukrywam, drukowanie na tych łamach napawało mnie dumą. I niemal od razu przyszła mi do głowy nieskromna myśl: „Więc Jerzy Turowicz jest teraz poniekąd też twoim Szefem...” Byłem bardzo szczęśliwy.

Václav Burian

Václav Burian – poeta, dziennikarz i polonista; pracownik uniwersytetu w Ołomuńcu, tłumacz m.in. „Traktatów” Miłosza.

 

 

Znaki pokuty

Jerzy Turowicz należy do wielkich osobowości tego stulecia, a jedną z Jego zasług jest to, co On i środowisko „Tygodnika Powszechnego” uczynili dla pojednania polsko-niemieckiego.

Rozpoczęta przez Niemcy wojna kosztowała życie miliony; innym milionom odebrała zdrowie albo ich „małą ojczyznę”. Dla narodów Europy środkowej jej skutkiem było także pół wieku sowieckiej dominacji. Trzeba było naprawdę wielkiej odwagi, aby po takich doświadczeniach wyciągnąć rękę do pojednania z Niemcami. Jerzy Turowicz uczynił to.

W latach 50. działacz ewangelicki Lothar Kreyssig wezwał młodzież niemiecką, aby jeździła do krajów zniszczonych przez Niemców, i aby pomagała w budowie szkół, szpitali, kościołów, będąc żywym znakiem woli pojednania. W ten sposób powstała „Akcja Znaków Pokuty”. Pierwsze grupy młodych ludzi, które przybywały do Polski z NRD, znalazły wsparcie w środowisku „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i Klubów Inteligencji Katolickiej – wśród takich właśnie ludzi jak Jerzy Turowicz, Anna Morawska, Mieczysław Pszon, Stanisław Stomma i wielu innych.

W tamtych latach wojenne rany były jeszcze świeże. Sam spotykałem wówczas wielu Polaków, którzy przyrzekli sobie, że nigdy więcej nie wypowiedzą ani słowa po niemiecku, że nigdy nie podadzą Niemcowi ręki. Oprócz tego propaganda komunistyczna próbowała podtrzymywać strach i nienawiść wobec Niemiec, i wykorzystywać te uczucia do swoich celów. Tymczasem Jerzy Turowicz uważał, że wiara chrześcijańska wymaga od nas wszystkich zaangażowania na rzecz pokoju, sprawiedliwości i pojednania. Widział, że takiego świata nie da się zbudować siłą; że jedyną drogą jest tutaj demontowanie wzajemnych stereotypów – a także poznanie lęków i nadziei sąsiadów. To, że dzisiaj znajdujemy w Polsce tak wiele otwartych drzwi i mamy tam wielu przyjaciół, zawdzięczamy takim ludziom jak Jerzy Turowicz.

Erich Busse

Erich Busse – pastor ewangelicki, działał w Akcji Znaków Pokuty oraz w opozycji demokratycznej w NRD.

 

 

***

Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci założyciela i Redaktora Naczelnego „TP”. Jerzy Turowicz przez całe swoje życie dawał świadectwo autentycznego przeżywania prawdy Ewangelii i głębokiego patriotyzmu. Przez wiele dziesięcioleci kierowane przez niego pismo było tym dla ludzi poszukujących prawdy, czym kromka chleba dla głodnego. Był jednym z tak niewielu współczesnych rzeczywistych autorytetów intelektualnych i moralnych.

Umarł, by narodzić się dla nieba. Pozostaje wierzyć, że tu na ziemi, jego zdrowy rozsądek, odwaga, zdecydowanie łączone z życzliwością wobec ludzi, głębokie zainteresowanie sprawami Kościoła katolickiego i poparcie udzielane dialogowi ekumenicznemu oraz polsko-żydowskiemu pozostaną wzorem dla pokolenia następców wielkiego Polaka i chrześcijanina.

Non omnis morietur.

Jerzy Buzek

Premier rządu RP

 

 

***

Znaleźliśmy świadectwo, które Jerzy napisał kiedyś o Taizé. Ten tekst nabiera dzisiaj pełnego znaczenia. Oto jego słowa: „Zaprzyjaźniłem się z Bratem Rogerem podczas Soboru i widziałem się z nim wielokrotnie w Krakowie, gdzie spotykał również przyszłego papieża Jana Pawła II. Między nim a Polską istnieje więź prawie uczuciowa. To co cenię w Taizé, to jego całkowita otwartość...

Z serdecznościami

Brat Charles-Eugene z Taizé

 

 

Redaktor niezłomny

Czy to czas taki zły, czy też wszedłem już w sferę wspomnień, kiedy wokół nas staje się coraz puściej i kiedy pośród wzbierających tłumów stajemy coraz bardziej samotni? Odszedł Jerzy niby spodziewanie, ale zarazem niespodziewanie i mam gorzkie poczucie zaniedbania, że nie pożegnałem się z nim, że nie powiedziałem mu tego najprostszego „dziękuję”, które nam Polakom – tak trudno przechodzi przez gardło. Ale przecież nigdy nie wiadomo, kiedy powinno nastąpić ostatnie pożegnanie i zarazem ostatnie podziękowanie. Więc pozostaje tylko ta, jakże smutna i jakże wspaniała świadomość, że udało mi się poznać, a nawet zaprzyjaźnić z jednym z największych redaktorów mej ojczyzny. Że to on dał mi możliwość debiutu i że mnie przez tak wiele lat zechciał gościć w swoim piśmie, co jest zaszczytem ogromnym, pismo to bowiem w sposób budzący najgłębszy szacunek towarzyszyło dziejom tego kraju, tak płaskiego w sensie geograficznym i etycznym, a zarazem tak wzniosłego i pięknego.

Nie stałem aż tak blisko Jerzego i redakcji, by wspominać owe pierwsze, a potem najtrudniejsze lata stalinizmu, mogę tylko wspominać jakieś rozmowy, właściwie strzępy rozmów i zaprezentować swoją refleksję o tym prawdziwie mądrym człowieku. Moja opinia o jego walorach, jako redaktora, opiera się przede wszystkim na tym, że – jak każdy redaktor z prawdziwego zdarzenia – stosunkowo niewiele pisał sam, zadanie bowiem, które sobie postawił, to było budowanie zespołu ludzi, którzy w tym kłótliwym kraju tworzyli jakiś ośrodek rozsądku i uczciwości. Jego najpierwszą zasługą było więc to, że zgromadził w powojennym Krakowie całą grupę „tutejszych” i „bieżeńców” (stąd tak silny współczynnik przybyszy z Wileńszczyzny), że zbudował autentyczny „trust mózgów” i z tym zespołem udało mu się przetrwać najcięższe lata stalinowskiego finału. Zamknięcie pisma stało się bowiem dla zespołu może i ciężkim przeżyciem, ale zarazem w pewnym sensie zabezpieczeniem przed dalszymi pokusami uginania się pod presją władców. I w ten sposób zespół ten, łącznie z działalnością koła „ZNAK” w ówczesnym Sejmie przeszedł przez ten czas nie umoczony w PRL-owskim plugastwie.

Jerzy, niby to nieśmiały, niby strachliwy, zacierający ręce w sytuacjach trudnych (stąd przezwisko „Lisek”, którym go czasem obdarzaliśmy) był człowiekiem o bardzo jednoznacznym i bardzo konsekwentnym światopoglądzie, a to mu nie zyskiwało poklasku ani z prawa, ani z lewa, on zaś nadal szedł zawsze własną drogą i „robił swoje”.

Jako się rzekło: miał dar zjednywania sobie ludzi, był bowiem spokojny, zrównoważony, nieodmiennie uprzejmy, co wszelako nie oznaczało, aby był ustępliwy w sprawach zasadniczych. Miał słabość do poetów, ale w gruncie rzeczy tylko jeden – Miłosz – uczcił to mądrym wierszem. Sam bardzo pięknie umiał czytać cudze wiersze, a czy kiedykolwiek sam takowe pisał – na ten temat nie mam wiadomości. Ale miał też „nosa” do młodocianych „geniuszy”, a jak ktoś na taką kwalifikację nie zasługiwał, to się go z kręgu współpracowników delikatnie i bezszelestnie pozbywał.

Przede wszystkim jednak miał „nosa” do spraw politycznych, co pozwalało mu bardzo długo opierać się zakusom komunistów i ich podopiecznych w rodzaju PAX-u. I zarazem stawał się coraz bardziej „solą w oku” PRL-owskich instytucji. Opowiadał mi Jasienica, że kiedy go Bristigierowa zwalniała z więzienia, to właściwie nie stawiała żadnych warunków z wyjątkiem jednego: żeby obiecał jej zaprzestać współpracy z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Nie jest tajemnicą, że w latach 40. i początku 50. stosunek kleru do „Tygodnika” był często nader krytyczny: pismo było dla nich zanadto lewicowe, zanadto nowatorskie. Zwłaszcza ostre spięcia pojawiały się pomiędzy redakcją a prymasem Wyszyńskim. Tylko że kiedy „Prymas Tysiąclecia” został zaaresztowany, to właśnie Turowicz i cały zespół zachował wobec jego osoby lojalność, czego niezupełnie da się powiedzieć o całym episkopacie. Sądzę zresztą, że wyrok na pismo zapadł we „właściwych czynnikach” wcześniej niż nastąpiło jego unicestwienie, a sprawa nekrologu po śmierci Stalina była już tylko przykrywką dla z dawna ukartowanej decyzji. I śmiem twierdzić, że okres zamknięcia pisma i oddanie go „gratis franco” PAX-owcom był w jakimś stopniu korzystny dla redakcji, która się tym bardziej uwiarygodniła w opinii społecznej.

Jednym z najgłupszych powiedzonek w naszej i nie tylko naszej mowie, jest stwierdzenie, że „nie ma ludzi niezastąpionych”. A ja mógłbym wyliczyć wcale liczny zastęp takowych, po których pozostały dziury nie do załatania i należy do nich Turowicz. Ja „Tygodnikowi” życzę jak najlepiej, aby był kontynuatorem świetności przeszło pięćdziesięciu lat redaktorstwa Jerzego, ale to już nie będzie nigdy to samo pismo, będzie w najlepszym razie dzieckiem tamtego, kiedy doprawdy niełatwo było zachować „postawę wyprostowaną”, skoro dziś o to tak łatwo.

Ja ponadto uważam Jerzego za znakomitego polityka. Bo redaktor musi być zawsze w jakimś stopniu politykiem, ale w czasach stalinowskich ta umiejętność wysuwała się na pierwsze miejsce. Z kolei bowiem ze statusem polityka musiała się wówczas wiązać jeszcze umiejętność świadczenia i dawania przykładu. Ani wówczas, gdy kraj nasz zapełnił się ogromną liczbą kolaborantów, ani teraz, gdy tłoczą się w nim oszołomy i samozwańczy zbawcy, nadal taka właśnie „postawa wyprostowana” jest czymś na wagę złota. Mnie dzisiejsza tak zwana scena polityczna przypomina „orloj” (zegar) na staromiejskim ratuszu w Pradze: o równych godzinach, kiedy dzwon ogłasza ich liczbę, otwierają się nad cyferblatem drzwiczki i zaczyna się przemarsz figurek-kukiełek: byłych premierów, ministrów, posłów i senatorów, samozwańczych przywódców, proroków i ideologów. Ale w takim Grand-Guignolu nie ma nigdy Turowicza, ani Giedroycia, ani innych polityków, którzy nie będąc działaczami, byli tymi, którzy ratowali kraj przed zbiorową infamią i zbiorowymi erupcjami głupoty. Chwała Ci Jerzy, za to, że tak wspaniale dopełniłeś swego obowiązku wobec Polaków, choć wiele wycierpiałeś nie od komunistów, ale właśnie od oszołomów i nawiedzeńców, których tu nad Wisłą nigdy nie brakowało. I niewielu, może zbyt niewielu zamieszkało w moim umyśle i sercu na fotelach szacunku, na ekranach godności. Ale Ty z pewnością do nich się zaliczasz.

Tadeusz Chrzanowski

 

 

Latarnia

Była to dla mnie wstrząsająca wiadomość.

Odszedł wielki i dobry Człowiek. A dla wielu, takich jak ja, zniknęła latarnia, według której orientowaliśmy się w sprawach świata.

Wilhelm Dichter

 

 

Uśmiech Jerzego Turowicza

Jerzy Turowicz pozostanie na zawsze w mojej pamięci jako człowiek, który chętniej słucha niż mówi, słucha z zaciekawieniem, łagodnie uśmiechnięty. Raz tylko zdarzyło mi się słyszeć redaktora mówiącego z gniewem, nieco podniesionym głosem, dotyczyło to żądania rabina Weissa, by redaktor się z nim spotkał – odmowie towarzyszył w najwyższym stopniu nieuprzejmy komentarz Turowicza.

Gdy w roku 1948 zlikwidowano wydawany przez ambasadę brytyjską tygodnik „Głos Anglii”, moi rodzice uznali, że „TP” jest jedynym pismem, które można czytać. W pierwszym okresie tych lektur szczególnie pociągały mnie artykuły polemiczne. Nie mogły one już dotyczyć spraw najważniejszych; były możliwe jeszcze w kwestiach literackich czy historyczno-literackich. Do dziś zapamiętałem spory Wacława Borowego ze Stefanem Żółkiewskim czy Konrada Górskiego z tymże Żółkiewskim i Janem Dürr-Durskim. Wzrastająca w „Tygodniku” tonacja oględności sądów, uprzejmości w wyrażaniu opinii równoważona ostrością felietonistów wynikała chyba równocześnie z charakteru redaktora i ograniczeń cenzury. Miała ona i może ma łagodzący wpływ na moje własne skłonności. Lektura pisma Jerzego Turowicza także uleczyła mnie, a pewnie i jakąś grupę czytelników, z mniemania, że my katolicy z samej natury rzeczy jesteśmy lepsi od innych.

Zacząłem drukować w okresie, gdy „Tygodnik” nie istniał. Szybko się przekonałem, że nie mogę liczyć na lojalność redaktorów. Boleśnie tego doświadczyłem w „Nowej Kulturze” w roku 1955, gdy poproszono mnie o zrecenzowanie dwóch tomów prozy autora nazwiskiem Roman Bratny. Były to jego siedemnasta i osiemnasta książka. Skupiwszy się na omówieniu pewnych skromnych różnic, zakończyłem konkluzją, że możemy oczekiwać z zainteresowaniem na dwudziestą dziewiątą książkę Bratnego. Ze zgrozą przeczytałem – nie uprzedzony – po tygodniu, że czekam na kolejną książkę Bratnego. W roku 1966 pierwsze zdanie mego pierwszego felietonu w „Życiu Literackim”: „Warszawa latem” – w druku zostało poprawione przez Władysława Machejka: „Warszawa latem zdeglomerowana urlopami”. W roku ’67 zaniosłem tekst do umiarkowanego jeszcze wtedy „Miesięcznika Literackiego”. Obok mnie debiutował w tym samym numerze przyszły komendant Akademii Spraw Wewnętrznych, przyszły generał, ale już wtedy funkcjonariusz UB dr Tadeusz Walichnowski, autor koncepcji istnienia osi Bonn-Kawiarnia PIW-Tel-Awiw.

Wiosną 1968 poprosiłem Jerzego Turowicza o spotkanie. Poświęcił mi przeszło godzinę i zaprosił do współpracy. Wkrótce dostałem list, że nadesłany tekst „nadaje się do numeru świątecznego, co w »TP« oznacza Boże Narodzenie lub Wielkanoc, jednak by przyspieszyć pański debiut, damy go w innym czasie »liturgicznym«”. „Kuchnia narodowa polska” ukazała się 21 lipca 1968 r. Niestety, ponieważ Kisiel właśnie miał zakaz druku, nie było mowy o wprowadzeniu w tym czasie nowego stałego felietonu. Musiałem jeszcze czekać, a okoliczności sprawiły, że czekałem jeszcze trzydzieści lat, zanim spełniły się moje ambicje zostania felietonistą „TP”.

Dobry uśmiech, wynikająca z nieskazitelności własnej biografii wyrozumiałość wobec innych, miały jednak surowe granice. Drukując w „Tygodniku” miałem i mam zawsze absolutną pewność, że mój tekst nie zostanie choć trochę popsuty, ani nie znajdzie się obok łobuza lub szaleńca.

Łagodny uśmiech Jerzego Turowicza wynikał z niezachwianej stanowczości jego przekonań i godził się z odmową relatywizmu wobec prawdy. Pamięć tego uśmiechu jest dla nas zobowiązaniem, by go nigdy nie zgasić.

Andrzej Dobosz

 

 

Trochę nadziei

Jerzy Turowicz, publicysta, redaktor..., ale tak naprawdę wielki polityk. Polityk Kościoła, polityk Państwa Polskiego, jeden z rzadkich obecnie polityków, którzy w polityce kierują się nie doraźnym interesem, lecz moralnością. I to jest chyba najważniejsza cecha jego działalności w „Tygodniku” i na niwie społecznej.

Poza tym trudno mówić coś więcej, bo to właściwie obejmuje wszystko.

A do tego jego łagodność, wyrozumiałość i ta wizja przyszłości, która była do przyjęcia nie tylko dla katolików, ale i dla całego postępowego świata.

Czy był optymistą? Trudno powiedzieć. Lecz na pewno był człowiekiem, który zawsze miał trochę nadziei, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego. To – i twardość zasad moralnych – pozwoliły mu przetrwać okupację niemiecką i czasy stalinowskie. Oraz działać w wolnej Polsce. 

Dziś drugiego takiego człowieka nie widzę.

Marek Edelman

 

 

Powrót do Boga

Powrót do Boga wielkiego dziennikarza i intelektualisty chrześcijańskiego, którym był Jerzy Turowicz, głęboko dotyka jego niezliczonych przyjaciół na całym świecie. Ale, rzecz jasna, szczególnym echem odbija się tu, w Rzymie.

Rzym był bowiem dla Niego sercem tego Kościoła, który tak bardzo kochał i któremu tak rozważnie służył. Ten polski pionier międzynarodowego życia katolickiego uczestniczył w wielu wydarzeniach kościelnych, spotkaniach i kongresach. Ci, którzy go wówczas znali, pamiętają pasję, z jaką śledził cztery sesje II Soboru Watykańskiego; wtedy właśnie wytworzyły się łączące nas więzy przyjaźni. Od tego czasu, wykonując swój zawód, nieprzerwanie głosił świadectwo Soboru i był jego niestrudzonym krzewicielem. Potem przyszło ogromne przeżycie i radość z wyboru naszego Papieża, Jana Pawła II, z którym łączyła Go wzajemna przyjaźń i zaufanie.

Dzisiaj wszyscy jesteśmy zasmuceni Jego odejściem, ufając, że Jego udziałem stanie się Radość Pana i że będzie wstawiał się za nami u Ojca.

Kardynał Roger Etchegaray

Przewodniczący Centralnego

Komitetu Obchodów Wielkiego Jubileuszu Roku Dwutysięcznego

 

 

 

Następne...

 

 

 

 


FOT. DANUTA WĘGIEL

Kalendarium życia Jerzego Turowicza

Głosy po śmierci Jerzego Turowicza

Pierwsza rocznica śmierci

O „Bilecie do raju” – wyborze publicystyki Jerzego Turowicza

Archiwum Jerzego Turowicza

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl