BILET DO RAJU

Pewność wiary

JAROSŁAW GOWIN

 

Jerzy Turowicz stworzył pismo, więcej: zbudował wokół niego formację polskiego katolicyzmu, której cechą wyróżniającą była otwartość na poglądy tych, co chodzą po granicy wiary i niewiary, co poszukują, wątpią albo wręcz – z dna moralnego buntu przeciw złu świata – kwestionują metafizyczny sens istnienia. Gdy jednak dzisiaj czyta się teksty Jerzego Turowicza pisane na przestrzeni pięćdziesięciu lat, tym, co uderza w nich najbardziej, jest ton niezachwianej wiary. Paradoks? Myślę, że nie. Trzeba tak niezachwianej wiary, by mieć odwagę poddać ją próbie wątpienia, by z uwagą przyjmować argumenty tych, którzy wsłuchując się w „muzykę sfer”, słyszą lament nie odkupionego cierpienia, a nie dziękczynną harmonię.

 

Ta pewność wiary opiera się na dwóch filarach. Pierwszym jest metafizyka św. Tomasza, wizja rzeczywistości jako harmonijnego, racjonalnego i celowego ładu. Chrześcijaństwo Jerzego Turowicza to religia głosząca pochwałę rozumu i woli, pochwałę „krytycznego realizmu”, niezbędnego w „czasach powszechnego zagubienia i dezorientacji intelektualnej, czasach myślowej wieży Babel”. Ale o wiele ważniejszy wydaje się filar drugi. Istnieje bowiem obszar, na którym rozum bezradnie milknie. Chrześcijaństwo nie jest jednak bezradne – tam, gdzie kończą się argumenty rozumu, pozostaje argument najmocniejszy i rozstrzygający: świadectwo świętych.

 

Świadkowie

Jeżeli kluczem do zrozumienia postawy życiowej Jerzego Turowicza jest owa pewność wiary i wynikająca z niej wizja Kościoła, to klucza do tej ostatniej dostarczają teksty zebrane w rozdziale „Świadkowie Ewangelii”. Portrety Jacquesa Maritaina, Pier Giorgio Frassatiego, Matki Teresy, Dorothy Day, Małej Siostry Magdaleny od Jezusa czy ks. Jana Ziei więcej mówią o Jerzym Turowiczu i jego pojmowaniu Kościoła niż głośne teksty programowe.

Patrzę na daty powstania esejów o „świadkach Ewangelii”. 1973, 1974, 1976, 1982, 1991, 1994. Pisał je człowiek starszy, potem starzec. Ale teksty pełne są śladów długoletniej fascynacji, gruntownego oczytania, starannych przygotowań. Nie jest więc tak, że Jerzy Turowicz zainteresował się problemem świętości późno. Jest raczej tak, że długo czekał, zanim uznał, iż jest już gotów, by z problemem tym się zmierzyć, by publicznie podjąć temat, którym prywatnie żył od dawna. Właśnie tak: żył. To także wydaje mi się cechą charakterystyczną jego publicystyki: teksty są nie tylko przemyślane; one są wyrazem pracy głębszej niż intelektualna, wypływają z jakiegoś rodzaju doświadczenia, do którego dochodzi się mozolną pracą wewnętrzną. Myślę, że na tym polegał dar trafności Jerzego Turowicza, to, że skomplikowane problemy potrafił sprowadzić do kilku najważniejszych prawd. W jego artykułach jest nie tylko precyzja, jest coś, co – za teologami – nazwałbym „ogołoceniem”, odarciem ze wszystkiego, co przeszkadza dotrzeć do duchowej istoty rozważanej kwestii, jakimś rodzajem pokory i szacunku dla prawdy.

Jeszcze więcej o chrześcijaństwie Jerzego Turowicza mówi dobór postaci, które go fascynowały. Wszystkich wymienionych świadków Ewangelii – a także innych, których nazwiska często przewijają się na kartach książki: Karola de Foucauld, Maksymiliana Kolbego, biskupa Helder Camarę, Brata Rogera, Jeana Vanier, Jana XXIII, Jana Pawła II – łączy to, że miarą chrześcijaństwa jest dla nich stosunek do bliźniego, że swoim życiem potrafili dać praktyczny wyraz zasadzie, iż „człowiek jest drogą Kościoła”. Typ świętości, który był Jerzemu Turowiczowi najbliższy, łączył oddanie się modlitwie i kontemplacji z zanurzeniem się w „świecie”, z postawą praktycznej służby konkretnym bliźnim.

Kościół ubogich

Poglądy Jerzego Turowicza zwykło się streszczać w formule „katolicyzmu otwartego”. Ale lektura książki pokazuje, że o wiele prawdziwsze byłoby określenie „Kościół ubogich”. To jest dla Turowicza sercem chrześcijaństwa: miłość do „ludzi najbiedniejszych, najbardziej nieszczęśliwych, opuszczonych, pogardzanych”. Ubóstwo, o którym pisze redaktor „Tygodnika”, ma kilka znaczeń. Jest czymś pożądanym, gdy myślimy o sobie: chrześcijanin jest wezwany do ubóstwa po to, by zachować wewnętrzną wolność i gotowość służby. Ale jest też warunkiem wiarygodności zarówno indywidualnych chrześcijan, jak i całego Kościoła. Nie chodzi przy tym tylko o ubóstwo materialne. W przypadku Kościoła równie ważne jest poprzestawanie na „środkach ubogich”: rezygnacja z sojuszu z „tronem”, wyrzeczenie się wszelkich przywilejów, a nawet prozelityzmu... Apostolstwo świętości wyraża się „przez świadectwo życia, przez miłość i przyjaźń do wszystkich ludzi, bez względu na ich wiarę (lub niewiarę), przekonania, narodowość, klasę społeczną”. Świętość nie nawraca, świętość promieniuje.

W takim samym jednak stopniu, w jakim chrześcijaństwo wyraża się dobrowolnym wyborem ubóstwa, zobowiązuje ono do sprzeciwu, gdy ubóstwo staje się przyczyną cierpienia innych ludzi. I znów – nie chodzi tylko o ubóstwo materialne, ale o wszelkie formy odtrącenia, pogardy, dyskryminacji. W każdym potrzebującym, którego spotykamy na swojej drodze, przybywa do nas Chrystus. Jerzy Turowicz pieczołowicie odtwarza szczegóły z życia „świadków Ewangelii”, opisuje konkretne formy ich działalności czy np. rytm dnia sióstr ze Zgromadzenia Misjonarek Miłości. To przywiązywanie wagi do konkretów, to skupienie się na przykładach ujawnia fascynację świętością dużo bardziej niż najwznioślejsze deklaracje, od których Jerzy Turowicz wyraźnie zresztą stroni.

Miłość i krytyka

Inną charakterystyczną cechą publicystyki Jerzego Turowicza jest ciągłość i konsekwencja. Czytając „Sprawę katolicyzmu” – pierwszy programowy tekst redaktora naczelnego „Tygodnika”, napisany w roku 1945 – odnajduje się w nim podstawowe idee stanowiska rozwijanego przez Jerzego Turowicza i jego pismo do dzisiaj: krytyczną diagnozę religijności masowej, przeciwstawienie dwóch typów katolicyzmu (nazwijmy je „politycznym” i „ewangelicznym”) czy przeświadczenie, że najważniejszym dla Kościoła obszarem wyzwań jest nie polityka, ale kultura. Jeśli pominąć nieco anachroniczny język, artykuł ten uznać można za w pełni reprezentatywny dla poglądów Jerzego Turowicza; wystarczy przeczytać choćby programowy passus kończący „Sprawę katolicyzmu”: „Praca organiczna, pogłębienie religijności, upowszechnienie głębokiego, personalistycznego światopoglądu, stworzenie prawdziwego humanizmu katolickiego, nie importowanego z zewnątrz, ale opartego o naszą tradycję kulturalną, wreszcie zrozumienie olbrzymiej roli, którą prawda o Kościele jako organizmie mistycznym może odegrać w koniecznym dziś uspołecznieniu życia zbiorowego, oto najważniejsze zadania katolicyzmu w Polsce”.

Dzisiaj poglądy te brzmią mało kontrowersyjnie, ale przed pięćdziesięciu laty oznaczały przełom w polskiej samoświadomości katolickiej. Jeszcze bardziej sprzeczny z tradycyjną wersją polskiego katolicyzmu był z pewnością artykuł „Kryzys w Kościele”. Opisując dramatyczne pęknięcia, jakie pojawiły się w Kościele posoborowym na Zachodzie, Jerzy Turowicz nie pozostawia cienia wątpliwości, że za ich przyczynę uważa niechęć hierarchii do wprowadzania reform soborowych. Nic dziwnego, że tekst wywołał gwałtowną irytację prymasa Wyszyńskiego. Inna sprawa, czy redaktor Turowicz w pełni podpisałby się dzisiaj pod swymi uwagami sprzed trzydziestu lat (wydaje się, że zwłaszcza pod wpływem zarzutów kierowanych na Zachodzie pod adresem Jana Pawła II – papieża, na którego pontyfikat Jerzy Turowicz patrzył z największym szacunkiem i nadzieją – z czasem zdystansował się wobec stanowiska niecierpliwych entuzjastów Soboru). Jednak nawet tam, gdzie uwagi krytyczne wobec Kościoła brzmią dzisiaj dyskusyjnie, tylko całkowicie pozbawieni dobrej woli oponenci Jerzego Turowicza mogliby przeoczyć, z czego wypływa ta krytyka: z miłości do Kościoła, z poczucia współodpowiedzialności za niego (co najlepiej pokazuje niezwykle przejmujący artykuł „Dobro i zło w Kościele”).

 

Prawda, sprawiedliwość, pojednanie

Po roku 1989 Jerzy Turowicz padł ofiarą niesprawiedliwej i bolesnej krytyki ze strony wielu środowisk kościelnych. Okazało się, że jego wizja Kościoła podzielana jest przez stosunkowo nieliczną warstwę katolickiej inteligencji, świeckiej i duchownej. Jednak nawet z perspektywy ostatnich kilku lat i przemian zachodzących w polskim Kościele widać, jak znaczny był długofalowy wpływ stworzonej przez redaktora Turowicza formacji na kształt polskiego katolicyzmu.

Lektura „Biletu do raju” przynosi natomiast inne zaskoczenie: jak niewielkie było oddziaływanie stanowiska zajętego przez Jerzego Turowicza wobec najważniejszych polskich sporów ideowych po roku 1989. Mam na myśli przede wszystkim spór o stosunek do spuścizny po PRL i do spadkobierców partii komunistycznej. Mówiąc w największym uproszczeniu, dylemat, przed jakim stanęły środowiska dawnej antykomunistycznej opozycji, wyrażał się w napięciu pomiędzy wartościami prawdy, sprawiedliwości i pojednania. Imperatyw prawdy nakazywał nazwać PRL czasami totalitaryzmu; imperatyw sprawiedliwości domagał się pociągnięcia do odpowiedzialności winnych za zbrodnie komunizmu przy równoczesnym jednak przestrzeganiu zasad państwa prawa; imperatyw pojednania z kolei wzywał do zdobycia się na akt przebaczenia. Znalezienie rozwiązań, które w możliwie optymalny sposób respektowałyby każdy z tych imperatywów, nie było (i nie jest nadal) rzeczą prostą. Na tę zasadniczą trudność nałożyła się dodatkowo bieżąca polityka. Oto prawda o czasach PRL wykorzystywana była przez niektórych działaczy prawicowych do sformułowania takich programów lustracji czy dekomunizacji, które naruszały zasady rządów prawa; jak mówił cytowany przez Jerzego Turowicza polityk: „Jeżeli w trakcie lustracji ucierpi pewna liczba niewinnych ludzi, no to trudno”. Z kolei części postsolidarnościowych środowisk lewicowo-liberalnych apel o pojednanie służył do zawarcia taktycznego sojuszu z partią postkomunistyczną, w której dostrzeżono sojusznika w walce z widmem nacjonalizmu i religijnego fundamentalizmu.

Stanowisko zajęte przez Jerzego Turowicza wolne jest od wszelkiej jednostronności. Obraz PRL, jaki wyłania się np. ze szkicu „Pamięć i rodowód”, w podręcznikowo jasny i nie pozostawiający żadnych wątpliwości sposób odsłania prawdę o latach 1945-1989; Turowicz nie kryje też moralnego szoku wywołanego powrotem do władzy postkomunistów, co uważa za fakt głęboko dla Polaków zawstydzający. Równie jednoznaczne jest stanowisko redaktora naczelnego „TP” w sprawie postulatów dekomunizacji i lustracji; ta pierwsza powinna oznaczać przede wszystkim przezwyciężenie wszelkich instytucjonalnych, prawnych i mentalnych pozostałości „dawnego ustroju”, ta druga zaś jest niezbędna, pod warunkiem, że przeprowadzi się ją z pominięciem jakiejkolwiek formy odpowiedzialności zbiorowej. Ale dla Turowicza-chrześcijanina prawda i sprawiedliwość, choć na równi niezbędne, to nie wszystko – w ostatecznej instancji rozrachunek z przeszłością ma służyć pojednaniu. Pojednaniu – podkreślmy raz jeszcze – które nie zamazuje prawdy o przeszłości ani nie uchyla wymogu sprawiedliwej jej oceny.

Głos Jerzego Turowicza do dziś, mimo uchwalenia ustawy lustracyjnej, pozostaje głosem wołającego na puszczy. Stanowisko redaktora naczelnego nie było, zdaniem niżej podpisanego, reprezentatywne nawet dla kierowanego przez niego pisma. W sprawie rozliczenia z przeszłością patronem „Tygodnika” wydaje mi się raczej Adam Michnik niż Jerzy Turowicz. To prawda, że siłę perswazyjną argumentów tego ostatniego osłabiał fakt związania się z Unią Demokratyczną – partią, która w sprawie rozrachunku z PRL mówiła różnymi głosami, a stanowisko Jerzego Turowicza (czy Tadeusza Mazowieckiego) nie było podzielane przez większość ugrupowania. W kwestii zaangażowania politycznego wobec autorytetów intelektualnych stosuje się ta sama zasada co wobec Kościoła: poparcie dla określonej partii jest wprawdzie dopuszczalne, ale odbiera wiarygodność, jaka przysługuje bezstronnemu arbitrowi.

Ale w sporze o prawdę, sprawiedliwość i pojednanie to właśnie Jerzy Turowicz miał rację i można tylko mieć nadzieję, że przyszłe pokolenia, czytając jego teksty poświęcone moralnym dylematom pierwszego dziesięciolecia demokratycznej Polski, okażą większą od nas wrażliwość na ich rozumność i wielkoduszność.

 

Zobowiązanie

Z pewnością wiele osób zadaje sobie pytanie, co stanie się z dziedzictwem Jerzego Turowicza. Jak wszystko, co cenne, może ono łatwo zostać roztrwonione: przez zapomnienie albo przez nietwórcze powielanie. Redaktor Turowicz wytyczył kierunek rozwoju polskiego katolicyzmu: kierunek nie jedyny (a tym bardziej nie „jedynie słuszny”), ale jeden z niewielu poważnych. Źle by się stało, gdyby z tego dziedzictwa czerpało tylko jedno środowisko; oby po śmierci Jerzego Turowicza zaczęli jego teksty uważniej czytać ci, którzy, gdy żył, odrzucali jego wizję Kościoła, często bez poważniejszej nad nią refleksji.

Jednak dla środowiska, dla którego Jerzy Turowicz był mistrzem, dla środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Więzi”, to dziedzictwo pozostanie szczególnym wyzwaniem. Trzeba przechowywać pamięć o historii Ruchu Znak, trzeba popularyzować jego ideały i koncepcje, a przede wszystkim starać się je rozwijać, nawet gdyby w takim czy innym punkcie oznaczało to konieczność ich rewizji. Świadectwo życia i myśli takich ludzi jak Jerzy Turowicz do takiej wierności nas zobowiązuje. Niewykluczone, że właśnie tego „biletu do raju” zażąda od nas kiedyś święty Piotr.

 

 

Jerzy Turowicz
„Bilet do raju”
wybór Michał Okoński
Znak 1999

 

 

 

 

 


FOT. DANUTA WĘGIEL

Kalendarium życia Jerzego Turowicza

Głosy po śmierci Jerzego Turowicza

Pierwsza rocznica śmierci

O „Bilecie do raju” – wyborze publicystyki Jerzego Turowicza

Archiwum Jerzego Turowicza

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl