|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Cierpię, więc kocham
ABP JÓZEF ŻYCIŃSKI
„Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła ...
i polecił, aby jej dano jeść”
(Mk 5, 42n).
Opisane w Ewangelii uzdrowienie córki Jaira musiało
szokować obserwatorów przynajmniej z dwóch powodów. Najpierw dlatego, że
Chrystus przywrócił życie dziecku, które uważano za bezpowrotnie stracone.
Następnie dlatego, że zamiast rozwijać hermeneutykę dokonanego cudu kazał
zachować milczenie i zwyczajnie zatroszczył się o to, czy dziecko nie jest
głodne. Te zdumiewające cechy Jezusowego stylu uderzały także w stylu
kapłańskiej służby naszego brata Józefa. W swej posłudze miłości i prawdy
przywracał on do nowego życia tych, którzy sądzili, że jedyną dostępną dla nich
rzeczywistością jest beznadzieja, rozpacz, zagubienie w mrokach bezsensu.
Pomagał im odbudowywać zniszczony świat ludzkiej nadziei, uczył myślenia według
wartości, z krainy schorowanej wyobraźni przeprowadzał w pisaną życiem
filozofię dramatu. A przy tym wszystkim nie wprowadzał ich na szczyty
abstrakcji, lecz dostrzegał ich prozaiczne, zwyczajne potrzeby i troszczył się
o to, aby koić ich codzienny głód wartości i sensu, sprawiedliwości i chleba.
Wskrzeszonych nakarmić
Chrystus zatroskany o to, by wskrzeszoną nakarmić,
uczy nas trudnej sztuki ewangelicznego łączenia niebios z ziemią, zespolenia
odległych czy pozornie przeciwstawnych wartości. Tej właśnie sztuki uczył
również swym życiem i swą posługą ks. Józef, jednocząc w swym stylu te
wartości, które często zwykliśmy przeciwstawiać. Od niego możemy się uczyć, jak
łączyć uniwersalne, rozległe spojrzenie Kościoła z umiłowaniem małej ojczyzny.
To on, obywatel świata, ceniony na najwyższych Areopagach, nosił w sobie zawsze
miłość do Łopusznej, górskich świerków, potoków i hal. Dla niego refleksje
Husserla czy Schelera odsłaniały tę samą mądrość życia, której w inny sposób
uczył Jontek Waksmundzki albo stary Korkos. W swej sztuce wielkiej integracji
potrafił u słuchaczy wyzwalać fascynacje, wyjaśniając podstawy aksjologii i
głosząc rekolekcje dla inteligencji, przekomarzając się z przedszkolakami i
tłumacząc Heideggera na góralski.
Wykładając filozofię dialogu, uczył równocześnie tej
trudnej sztuki dialogowania, której niedoścignionym Mistrzem pozostaje sam
Jezus Chrystus w Swej rozmowie z Samarytanką przy studni Jakuba. Kobieta o
pokomplikowanym życiu odnalazła w tamtym dialogu perspektywę nowego życia,
kiedy pozostawiła przy studni swój dzban, by biec do miasteczka i głosić
szokującą prawdę o niezwykłym spotkaniu z Mesjaszem. Było tak wielu
przychodzących z daleka Samarytan, którzy dzięki spotkaniu z kapłańską i
profesorską posługą ks. Józefa powstawali do nowego życia, odkrywali horyzont
zagubionego sensu, wyrażali swą tęsknotę za wodą żywą. Wielu z nich,
doświadczając upału dnia, koiło potem swe pragnienie sensu i łaski w jego
publikacjach podejmujących trudne kwestie współczesności.
Głosząc prawdę, nie unikał bynajmniej niepopularnych
opinii i potrafił także wypowiadać zdecydowane non possum. Czynił to na
przykład odnosząc się do jednej z krytycznych ocen encykliki „Veritatis
splendor”. Autor tej oceny utrzymywał, że „po Reformacji”, „po Kancie” i „po
Freudzie” nie można już bronić wartości w takim stylu, jak czyni to Jan Paweł
II. Podejmując dyskusję ks. Tischner przypominał, że „po Reformacji, po Kancie
i po Freudzie był jednak narodowy socjalizm i był komunizm”. Następnie zaś
pytał retorycznie: „Czy takie słowa, jak »Oświęcim« i »Kołyma«, coś Panu mówią,
panie Profesorze? Jeśli nie mówią, to rozumiem, skąd się bierze pańskie dobre
samopoczucie” („W krainie schorowanej wyobraźni”, Znak, Kraków 1997).
Jego odbudowywanie nadziei nie szło więc bynajmniej w
parze z poszukiwaniem łatwych kompromisów. Ucząc wolności, ukazywał wyzwalającą
prawdę i głosił ją w miłości. O tym, jak bardzo ceniono tę posługę wskrzeszonej
nadziei, mogłem przekonać się w rozmowach z dziennikarzami tuż po śmierci ks.
Józefa. Pierwszy telefon z prośbą o komentarz pochodził od dziennikarki z
Informacyjnej Agencji Radiowej. Zduszonym głosem wyrzuciła w słuchawkę kilka
słów swej prośby. A potem nie mogła już nic więcej mówić; tylko jej tłumiony
szloch stanowił akompaniament dla mej wypowiedzi. Myślałem wtedy ze wzruszeniem
o tej mocnej, uczuciowej reakcji osób, które u ks. Tischnera odnajdywały
wielkie połączenie autentyzmu człowieczeństwa i głębi kapłaństwa. Jego
refleksja umacniała w nich tęsknotę za niewidzialnym światem duchowej harmonii,
sensu i piękna. W jego przesłaniu odnajdywali, podobnie jak Samarytanka przy
studni, nadzieję piękniejszego życia naznaczonego godnością istot stworzonych
na Boży obraz.
Kamieniem w Hioba
W ewangelicznym opisie dialogu Jezusa z Samarytanką
pojawia się mała wzmianka o reakcjach obserwatorów. Św. Jan pisze: „przyszli
jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział
... »Czemu z nią rozmawiasz?«” (J 4, 27). W przypadku ks. Józefa niektórzy z
komentatorów nie tylko dziwili się, lecz wręcz się gorszyli. I nie musieli
bynajmniej pytać o intencje, gdyż wiedzieli z góry, iż u podstaw każdego
dialogu tkwią ukryte mechanizmy polityczne. W tej perspektywie nieistotne było
ani zbawienie współczesnych Samarytanek, ani kapłańska misja rozmówcy. Jako
centralne jawiło się pytanie: która partia polityczna pozostaje najbliższa
przekonaniom Samarytanki? W tej perspektywie, całkowicie obcej spojrzeniu
wiary, odnajdujemy postać współczesnego bałwochwalstwa. Jedyną wartość stanowią
bożki przekonań politycznych, które mają rzekomo tworzyć wspólnotę ważniejszą
od wspólnoty sakramentalnych więzów kapłaństwa czy chrztu. O takiej
perspektywie z bólem mówił Jezus, przywołując zabijanie proroków i kamienowanie
posłańców Bożych (Mt 23, 37) jako przejaw działań, w których pozorna
pryncypialność górowała nad spojrzeniem wiary.
Niestety, w bogactwie doświadczeń, przez które
przeszedł ks. Józef, dane było mu także poznać, jak pieką kamienie rzucane w
proroka. Jeszcze wtedy, gdy niczym współczesny Hiob zmagał się z wyjątkową dawką
cierpienia, w jego stronę kierowano personalne ataki, pozbawione jakichkolwiek
podstaw merytorycznych. Kamienowanie Hioba proponowano w nich jako przejaw
pryncypialnego ratowania ducha narodu. Z konsternacją i bólem patrzymy na tę
praktykę, w której ideologiczna agresja przesłania zarówno ewangeliczną miłość,
jak i elementarną międzyludzką solidarność w cierpieniu. Naszym wspólnym
zadaniem na szlaku budowania kultury solidarności pozostaje kształtowanie
postaw, w których elementarna ludzka godność będzie ważniejsza od przekonań
politycznych czy sympatii partyjnych.
W doświadczeniu polskich zawirowań, kiedy w skali
całego kraju narastał klimat podejrzeń i oskarżeń, doświadczył ks. Józef także
wiernej przyjaźni dusz, które nie zmieniały swych ocen wraz z podmuchem wichru
historii. Z czasów mego pasterzowania w Tarnowie wspominam wizyty u
starosądeckich Sióstr Klarysek, które często pytały o bliskiego im ks.
Tischnera. Pytały z niepokojem, bo ktoś na furcie powiedział, że prawdziwi
Polacy nie mogą już liczyć na jego pomoc. Tłumaczyłem siostrom, żeby nie
zwracały uwagi na podobne komentarze. Mówiłem, że ks. Józef nie zmienił się i
zawsze pozostaje sobą, spełnia niezmiennie tę samą kapłańską posługę jednania z
Bogiem i że niezmiennie głosi prawdę Ewangelii. Na twarze sióstr powracał
uśmiech i poczucie ulgi. Myślałem wtedy, jak głęboka jest ta duchowa więź
między duszpasterzem intelektualistów i prostymi zakonnicami, które z dala od
zgiełku świata potrafią w modlitwie serca odkrywać prawdy niedostępne dla
ideologów stawiających politykę nad modlitwę.
Tę samą więź szacunku i zaufania można było dostrzec w
naszych wzajemnych kontaktach w Papieskiej Akademii Teologicznej. Jej przejawem
było zarówno wielokrotne zawierzenie Józefowi funkcji dziekana, jak i próba
wyboru na rektora PAT, której to funkcji wybrany nie przyjął. Paradoks
polskiego kształtu wolności przejawiał się więc w tym, że gdy najbliższe kręgi
kościelne obdarzały niezmiennym zaufaniem dawnego kapelana „Solidarności”,
słowa emocjonalnych oskarżeń kierowały w jego stronę środowiska, którym bliższa
była łatwa hermeneutyka podejrzeń niż etos solidarności. Kochać, to boli.
Z perspektywy wieczności patrzymy dziś na całą życiową
drogę ks. Józefa. Na jej początku był etap przekazu prawdy. Niósł on zapowiedź
wyzwolenia i pozwalał rozwijać nadzieję na zbudowanie nowego, piękniejszego
świata, w którym respektowano by prawa człowieka i szanowano ludzką godność.
Następnie przyszedł etap budowania solidarności serc, wznoszonej nie na piasku
politycznych haseł, lecz na skale wartości inspirowanych prawdą Ewangelii. Jako
ostatni przyszedł etap cierpienia, które wymagało rezygnacji z posługi słowa i
milczącego przyjęcia Chrystusowego krzyża. Rzeczywistość szpitalnej sali
narzucała styl surowej ascezy. Jej surowość wzmacniał sam ks. Józef,
wykluczając wizyty tych, którzy pragnęli mu zanieść słowa uznania czy łatwe
komplementy. Nie roztkliwiał się wtedy nad sobą ani też nie chciał ukazywać,
jak stylowo cierpi. W skrawkach czasu naznaczonych mniejszą dawką cierpienia,
siadał do pisania nowych artykułów, jak gdyby chciał zasygnalizować te
zagadnienia, którym nie zdążył poświęcić wcześniej wystarczająco dużo czasu. Owocem
refleksji tego okresu są m.in. rozważania o Bożym Miłosierdziu. Kiedyś na progu
swych akademickich zajęć przyciągał słuchaczy wykładami, w których –
korzystając z myśli Maxa Schelera – ukazywał pełną paradoksów wizję Boga
zakochanego w człowieku. Doświadczenie życiowe pozwoliło mu poznać bliżej
naturę niektórych paradoksów; także tych, w których miłość Boga przyjmuje
postać miłosierdzia wobec współczesnych Hiobów.
W swoich wykładach często podkreślał, że prawdę o
świecie poznajemy nie tylko dzięki racjonalnej refleksji, lecz również dzięki
cierpieniu, miłości, współczuciu. Życie przyniosło mu wiele sytuacji, w których
podejmując krzyż mógł powtarzać bez patosu: „cierpię, więc kocham”. Właśnie ten
styl podejmowania krzyża w ostatnim okresie życia stanowi dla nas najbardziej
wymowną lekcję jego kapłańskiej duchowości i jego głębokiej więzi z Chrystusem,
Który dokonał dzieła odkupienia nie przez porywające kazania czy głośne cuda,
lecz przez konsekwentne trwanie na krzyżu wyznaczonym przez Ojca.
Nauczyciel wolności
Przecierając nowe szlaki dla myśli musiał często
przyjmować samotność jako cenę swoich wyborów. Przyjmował ze spokojem, gdy
jedni nie rozumieli jego dalekosiężnych propozycji, inni zaś nie chcieli pojąć,
dlaczego w jego wizji świata tak wielką rolę odgrywają Bóg i wierność ideałom
kapłaństwa. Bogactwo jego osobowości ukazywało nam wszystkim, jak piękny i
wielki potrafi być człowiek, kiedy szarą codzienność otworzy na działanie
łaski. Miał Józef swój niepowtarzalny styl, w którym Platoński świat
najwyższych wartości był równie realny jak ukryte w chmurach wierzchołki
ukochanych gór. Wędrując ku szczytom myśli, trzeba umieć przyjąć samotność jako
stan naturalny. W tym również wyraża się fascynująca wolność istot, które Bóg
obdarzył Swoją nieskończoną miłością.
Żyjąc tą wolnością, niewielką wagę przykładał
natomiast do ludzkich wyróżnień. Jako znamienne można wspomnieć problemy,
których doświadczaliśmy, kiedy chcieliśmy na Wydziale Filozofii przeprowadzić
wniosek o przyznanie mu tytułu profesora zwyczajnego. Wniosek ten trudno było
zrealizować, gdyż nie istniała ludzka siła, która mogłaby skłonić Józia do
złożenia wykazu publikacji. Po długim czasie oczekiwań zaproponowałem mu
wreszcie, aby pomógł asystentowi sporządzić potrzebną bibliografię. Propozycję
przyjął z uśmiechem sceptyka i machnięciem ręki, wyjaśniając: „Dajcie mi święty
spokój z tymi sprawozdaniami. Mnie wcale nie bawi kolekcjonowanie tytułów ani
honorów. Całe życie można bawić się w niewolników, czekając na awanse i
uzależniając nasz przyszły los od dobrego nastroju recenzenta”.
Drogi Józiu. Dziękujemy Ci dziś za świadectwo wolności
i prawdy pisane całym Twym życiem. Dziękujemy za styl Twej kapłańskiej posługi,
w którym potrafiłeś rozpoznawać znaki czasu i ze spokojem poszukiwać odpowiedzi
niesionych przez Ewangelię. Dziękujemy za przetarcie nowych szlaków dla myśli i
za ukazywanie piękna Kościoła, który w pokomplikowanych czasach niezmiennie
głosi światu Dobrą Nowinę. Zaskoczyłeś nas tym razem twą szybkością działania.
Być może chciałeś prosto, po góralsku, powiedzieć, że zrobiłeś już wszystko, co
do ciebie należało. Wyłożyłeś, napisałeś, wycierpiałeś i nie potrzebujesz już
od nikogo ani wdzięczności, ani uznania. Przyjmij je teraz od Tego, Który
zesłał nam Ciebie jako Boży dar dla świata. Bogatszy o wieczność, widzisz dziś
znacznie ostrzej i wyraźniej niż my wędrujący wśród mroków śmierci. Niech Twe
pośrednictwo nadal pomaga nam budować wielki etos solidarności; solidarności
między niebem a ziemią. Nie zapominaj o nas, lecz pamiętaj, że wskrzeszonej do życia
córce Jaira potrzebna była także normalna atmosfera domu, w którym zaraz po
wskrzeszeniu można było sięgnąć po zwykły kawałek chleba.
Abp Józef Życiński
Homilia wygłoszona w kościele śś. Piotra i Pawła w
Krakowie podczas Mszy św. pogrzebowej ks. Józefa Tischnera, 2 lipca 2000 r.
|