|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
To, co wiem
Dorota Zańko
Kiedy w ’98 roku zaczęliśmy z Jarkiem Gowinem nagrania
do książki „Przekonać Pana Boga”, Ksiądz mówił już tylko wysilonym szeptem.
Nagrywaliśmy w Łopusznej, bo On uciekał tam, jak tylko kończył obowiązkowe
badania w Krakowie. Któregoś dnia, po rozmowach, powiedział, że zaproszony jest
do sąsiadów na kolację, więc zabiera nas ze sobą. Mógłby pewno odwołać
spotkanie z nuncjuszem, ale nie mógł nie stawić się u górali.
To był okazały nowy dom i duża rodzina. Trzy pokolenia
górali zdrowymi głosami znaczyły swoją obecność w pokoju. Dzieci wpychały się
matce na kolana, babcia częstowała wędliną. Popatrzyłam na Księdza. Siedział z
boku, zgięty na krześle, i próbował rozmawiać z gospodarzem. Jak w niemym
filmie. Potem przestał próbować. W domowym szumie już nie istniał.
Kiedy przyjeżdżaliśmy z Krakowa i wysiadaliśmy z
samochodu na podwórku w Łopusznej, klaskał z okna na pierwszym piętrze, żeby
powiedzieć: „Jestem”. Chyba pokornie godził się na to nieistnienie. W rozmowach
zapisanych w książce powiedział: „Uświadamiam sobie, że z powodu choroby nie
wrócę do wielu rzeczy. I mi tego, cholera, nie żal! Zamiast żeby mi choroba
zubożyła świat, to mi go wzbogaciła. Dała mi poczucie wolności. Uświadomiła mi
też zewnętrzność ciała”. Oszpecony, godził się też pokazywać ludziom. Nawet
tym, którzy przychodzili, żeby oznajmić potem znajomym: „Widziałem księdza
Tischnera”.
Kiedyś, na samym początku choroby, powiedział z
zażenowaniem: „Ludzie myślą, że mnie boli, a mnie nie boli...” Potem, kiedy już
bolało, mógł to cierpienie jeszcze dobrowolnie powiększać. To jedno jeszcze
mógł, więc dlaczego nie? Siadał czasem przy stole i patrzył, jak zmiatamy z
talerzy obiad albo układamy na kanapkach szynkę. Dawno już zapomniał, jak
smakuje kotlet. Uśmiechał się do nas.
Więcej nic nie wiem.
Całą resztę zna rodzina, przede wszystkim Łukasz i
jego Mama, bo to oni w dzień i w nocy stali pod tym krzyżem.
Autorka jest redaktorem miesięcznika „Znak”.
|