|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Na Wysokiej Połoninie
Cezary Wodziński
Nie potrafię w tej chwili myśleć i pisać o profesorze
i księdzu – Józefie Tischnerze. Zbyt wiele zaważył i ważył na moim własnym
życiu. Zbyt wiele ciągle znaczy. Nie potrafię też myśleć o Nim w języku
nieobecności. Ta najboleśniejsza w życiu, wytrącająca z życia chwila – kiedy
odchodzi ktoś bardzo bliski – zmusza do tego, by ze słów „nieobecność” i
„obecność” wycisnąć nowe znaczenia. By próbować doświadczyć nieobecności –
rozpaczliwie bolesnej i pokazującej się jako nieodwracalna – inaczej niż
pustki, braku, wyrwy... Ale jak zakląć śmierć, z którą trzeba żyć?
Każde spotkanie z Józefem Tischnerem – nawet w
najpowszedniejszych okolicznościach – było dla mnie doświadczeniem istotnym.
Trwało znacznie dłużej niż bezpośredni kontakt. Zostawiało ślady, których nie
zacierał ani czas, ani oddalenie. Przeciwnie, wraz z rosnącym dystansem ślady
odciskały się coraz silniej. I przemawiały. Osobliwa rzecz, na której często
się przyłapywałem: choć byłem przez Niego szczęśliwie obdarowywany wieloma
rozmowami, zwykle starałem się słuchać. Pytać i zamieniać się w słuch.
Prawdziwa rozmowa, w której stawałem się już żywym współrozmówcą, zaczynała się
z chwilą, gdy się fizycznie unieobecniał. I ta rozmowa nigdy się właściwie nie
kończyła, ustając najwyżej na jakiś czas, by dzięki następnemu spotkaniu
rozgorzeć na nowo. I ona wciąż trwa... Wciąż rozmawiam z Józkiem Tischnerem –
wciąż pytam i nasłuchuję. Wiem, że Jest, choć zagadkę tego najbardziej
zagadkowego słowa uniósł ze sobą tam, dokąd poszedł.
Spotkałem Józefa Tischnera po raz pierwszy dwadzieścia
lat temu, gdy na seminarium prowadzonym przez Krzysztofa Michalskiego dał
wykład, którego nigdy nie zapomnę: „O fenomenologii wolności, czyli o spotkaniu
stryja Sebka z niedźwiedziem”. Jako student drugiego roku filozofii
dowiedziałem się wówczas, że „fenomenologię ducha” spisał stryj Sebek, i że
wolność – to swoisty sposób (s)potykania się z Niedźwiedziem. Od tego
pierwszego wejrzenia – które wywróciło na nice wiele moich dotychczasowych nauk
– zdawałem sobie sprawę, że czeka mnie wielka filozoficzna i życiowa Przygoda,
otwarta tym Spotkaniem. W zgniłym, przeżeranym beznadzieją i pajęczymi
przeczuciami czasie stanu wojennego przyjeżdżałem do Krakowa na seminarium
Józefa Tischnera. W ciemnej salce nad zakrystią kościoła św. Anny zawsze
czekało światło i duch, który przepędzał wszystkie mroczne myśli. Namawiał do
namysłu – światłego i śmiałego, wolnego od uprzedzeń, resentymentu i pochopnego
osądu. Zawsze otwierał i unosił.
Nie zliczę tych wszystkich spotkań i rozmów... W
przeświadczeniu o ich niepowtarzalności – mimo wielu „powtórzeń” – i bogactwie,
które Józef Tischner rozdawał z bezprzykładną hojnością, wiele z tych rozmów
starałem się utrwalić inaczej niż we własnej pamięci. „Rozmowy Alethei” – kiedy
w kuluarach studia na Woronicza Józek wciągnął do spektaklu wszystkich smutnych
kamerzystów i znudzony personel techniczny. I po bitej godzinie zapytał: „To
jeszcze nie nagrane?” A zaplanowaną półgodzinną rozmowę musieliśmy podzielić na
dwie godzinne sesje (wyemitowane potem bez cięć i montażu przez TVP – gdzież te
czasy!?) I rozmowy te – bodaj najliczniejsze – w okolicznościach akademickich.
Jako że był Józef Tischner niezwykle troskliwym i przyjaznym patronem moich
starań o zadomowienie się w Akademii. Podczas habilitacji groził palcem tym, co
twierdzili bez namysłu, że niepodobna być uczonym, bredząc o szarlatanach w
rodzaju Heideggera czy Nietzschego, i moim warszawsko-lwowskim krytykom polecał
rychłą... rehabilitację. Nobilitował mnie niegdyś ponad moją miarę, gdy pośród
ukochanych i kochających Go bez reszty Górali rekomendował mnie publicznie na
przewodniczącego Związku Podhalan, bom się skumał z Heideggerem na tyle, że
różnicuję „po góralsku”... Pisząc tzw. recenzję profesorską karcił już mnie za
„myślenie w odwrocie”. I była to dla mnie istotna przestroga – tym bardziej, że
na jednym ze swoich ostatnich seminariów dyskutował krytycznie moje
„Światłocienie zła”. Chciałem bardzo rozjaśnić nieporozumienia i
niezrozumienia, ale z publikacją przemyślanej „odpowiedzi” zwlekałem do chwili,
kiedy choroba ustąpi. I tej „repliki” już nie podam do druku. Poślę gdzie
indziej, jeśli Józek poda mi adres.
Na
krótką chwilę przed tym, jak spadła choroba – co się okazała chorobą na śmierć
i co odbierała Go nam tak długo i okrutnie – odprowadzałem Go do nowego
mieszkania na Kanoniczej. Cieszył się nim i z radością prawił, że ma wreszcie
warunki do pracy, jak kanonik Piotr Skarga. I wkrótce to straszliwe i
bezlitosne „trach!” Jego dzielności w tej chorobie – naznaczonej jeszcze tyloma
przecierpianymi pismami, których ceny nigdy bodaj nie poznamy – potrafię
nieporadnie, ze strachem i buntem, współczuć tylko wtedy, gdy przyrównuję ją do
dzielności i samodzielności Sokratesa u kresu jego drogi. A kiedy przyjdzie
umierać na wietrze... Na Wysokiej Połoninie...
Autor jest filozofem, profesorem w Instytucie
Filozofii i Socjologii PAN.
|