KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Jak chłop z hrabią

Karol Tarnowski

 
 

Poznałem go przez Annę Turowiczową, która „zaciągnęła” mnie na początku lat sześćdziesiątych na rekolekcje młodego ucznia Romana Ingardena, o którym to uczniu wyrażała się z wielkim respektem. Zapamiętałem z tych spotkań jedynie twarz Tischnera: niezwykle skupioną i poważną, z wyrazistymi, mądrymi oczyma w chudym podówczs owalu. Parę lat później dane mi było brać udział w prywatnych seminariach i wykładach, które ks. Tischner odbywał przeważnie w mieszkaniu mojego przyjaciela Pawła Taranczewskiego, później także za zakrystią w kościele św. Anny. Tischner wprowadzał nas w świat fenomenologii, czytał z nami „Idee pierwsze” Edmunda Husserla i fragmenty „Sporu o istnienie świata” Ingardena, ale przede wszystkim wykładał myśl Bergsona, Husserla, Schelera i Heideggera „Bycie i czas”, które właśnie czytał, nieco później, także Paula Ricoeura.

Wykłady były fascynujące: wprowadzały nas w świat myśli, na innej drodze praktycznie dla nas wówczas niedostępnej. Wciągany coraz bardziej w filozofię, zapisałem się – od dawna pracując jako pianista – na drugie studia na Uniwersytecie Jagiellońskim; Tischner patronował im z dala, lecz czujnie, załatwiwszy mi, już na studiach doktoranckich, z własnej woli, stypendium w Louvain, a po doktoracie – dowiedziawszy się o zamknięciu przede mną drzwi na Uniwersytecie, zaproponował natychmiast wykłady w powstającym właśnie Wydziale Filozoficznym przy Papieskiej Akademii Teologicznej.

Nasze, bardzo nieraz intensywne i częste współprzebywanie miało szczególny charakter. Wspierałem się mocno o jego dobroć i gotowość niesienia rozmaitej pomocy – mnie i mojej żonie – ulegając także coraz bardziej urokowi jego myśli, czułem się z jego „owczarni”. Ale miałem już także swoją intelektualną i społeczną biografię, która nie pokrywała się z „Józkową”; istniała więc do pewnego stopnia między nami polemiczna gra, która – z cudownym Tischnerowskim poczuciem humoru – miała także swoją komiczną postać konfliktu „chłopa” i „hrabiego”, a Józek wspominał przy każdej okazji galicyjską rabację. Później dzieliliśmy coraz bardziej – mimo oczywistej różnicy naszych intelektualnych potencjałów – poczucie współodpowiedzialności za kształt współczesnej filozofii bliskiej chrześcijaństwu i za Papieską Akademię Teologiczną.

Sekret Tischnera – który pozostanie na zawsze sekretem – tkwił gdzieś w połączeniu inteligencji, wiary, dobroci i góralszczyzny. Tischner był przede wszystkim dobry; dobroć zamieszkała w nim w sposób całkiem naturalny, była „z niego”, choć on sam wskazałby na jej transcendentne źródło: „Dobro samo”, „łaskę”. Dobrocią tą Tischner promieniował tak, jak się oddycha. Dlatego każdy, kto się z nim spotkał, był jakoś przez tę dobroć ogarnięty, jak przez naturalny, a przecież właśnie najgłębiej ludzki żywioł. Bo cechą tej dobroci była „naturalność”, to znaczy akceptacja „natury”: świata, a przede wszystkim drugiego człowieka w całej jego, komicznej nieraz, nieporadności, a przede wszystkim w jego suwerennej wolności. Stąd – ale i właśnie ze szczególnej łaski – niesłychane, góralskie poczucie humoru, którego już nam nikt nie zastąpi i które tylu ludziom opromieniało życie, dodając „odwagi bycia”, lekkości, witalności.

Dobroć i humor płynęły ku drugiemu człowiekowi, ale płynął ku niemu przede wszystkim może – filozoficzny namysł. Tischner był filozofem w każdym calu, to znaczy tym, dla kogo równie naturalne jak dobroć jest zapytywanie, poczucie nieoczywistości, niepewności, której źródłem jest w ogromnym stopniu dramat ludzkiej egzystencji. Tischner współodczuwał głęboko nie tylko z poszczególnymi ludźmi, ale także z naszą trudną epoką, po Holokauście i po Kołymie. Dlatego nie mógł zaakceptować ani dla siebie, ani dla naszej epoki filozofowania w ramach uporządkowanych systemów – choć potrafił czerpać wiele bogactwa z systemu heglowskiego. Ale jego nachylenie ku drugiemu człowiekowi, jego wewnętrzne poczucie i szacunek dla ludzkiej wolności prowadziły go prosto w objęcia filozofii podmiotu, fenomenologii i filozofii dialogu. Tischner miał poczucie, że nie tylko on sam, ale świat, a przede wszystkim Polska potrzebują tej filozofii jak powietrza. Dlatego przyswajał ją Polsce niecierpliwie i nieomal gorączkowo, podobny w tym do wcześniejszego, o więcej niż pół wieku, Stanisława Brzozowskiego. Równocześnie stawiał tej filozofii sam twórcze pytania i przetwarzał od wewnątrz, budując swoją filozofię dramatu, gnany pytaniami, które niesie w sobie rzeczywistość posttotalitarna. To także dlatego jego myśl była najgłębiej otwarta na perypetie polskiej rzeczywistości, w której wolność wykluwała się powoli, a ledwo wykluta, okazała się dla wielu „nieszczęsnym darem wolności”.

Tischner stawiał swoje pytania nie tylko zwykłemu człowiekowi, nie tylko Polsce, ale także Kościołowi. Dla niego bowiem dramat człowieka zawiązuje się nie tylko między mną a innym, mną a nami, ale – może przede wszystkim – nami a Bogiem. Człowiek jest wewnątrz dramatu, którego nie jest inicjatorem, lecz współautorem i w którym rozgrywa się śmiertelnie poważna sprawa ludzkiego zbawienia. W dramacie tym kluczową sprawą jest wolność, lecz wolność opromieniona pierwotną Boską akceptacją, „łaską”, którą wszakże człowiek – także człowiek w Kościele i jego instytucjach – może zasłonić strukturami strachu i zniewolenia. Dlatego ludzkie życie jest grą, dzianiem się wolności zdolnej do wierności, ale i do zdrady, a także zakłamania – gra, w której nic nie jest przesądzone do końca, także intelektualnie,  jasne, ale w której mamy prawo do nadziei, wyrastającej z Dobrej Nowiny.

Osoba i myśl Tischnera była i jest Polsce – a może i światu – potrzebna jak świeże powietrze, wpuszczone do zamkniętego, o lekko zatrutej atmosferze, pokoju.

 

 

Autor jest filozofem, profesorem PAT.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl