KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Wyzwanie

Jerzy Szacki

 
 

Niepodobna sporządzić naprędce bilansu życia człowieka tak wszechstronnego i twórczego jak ks. Józef Tischner ani nawet zdać sobie w pełni sprawę, co dzieło tego życia znaczy dla nas samych. Dla mnie znaczy wiele, chociaż nie zawsze byłem skłonny z Nim się zgadzać, czemu trudno się dziwić, gdyż ani Jego wiara nie była moją wiarą, ani jego filozofia nie była moją filozofią. Może zresztą właśnie dystans, który nas dzielił, pozwolił mi uświadomić sobie od razu, jak wspaniały był to człowiek. Nie tylko pisał o filozofii dialogu, ale dialog rzeczywiście praktykował, niezmiennie ciekaw innych ludzi i wolny od zarozumiałości, do której miałby z pewnością prawo jako człowiek tylu talentów i tylu osiągnięć.

Był to człowiek rzadkiej zaiste wszechstronności: subtelny filozof i bystry obserwator swoich współczesnych, góralski kaznodzieja i biegły w swoim zawodzie teolog, namiętny publicysta i z Bożej łaski poeta, jakże inaczej można bowiem nazwać autora nawiązujących do Norwida rozważań o Polsce i znanych mi, niestety, tylko z nagrań kazań w Łopusznej. Co najdziwniejsze, potrafił łączyć cechy wyrafinowanego intelektualisty i człowieka umiejącego przemówić do każdego, ktokolwiek ma uszy do słuchania. Pisał i mówił dużo, może nawet czasami za dużo, nigdy nie miało się jednak wrażenia, że robi to z obowiązku czy też bez najgłębszego przekonania. W każdym słowie i geście był sobą. Miał swój niepowtarzalny styl i swoje bardzo twarde przekonania.

Była to twardość szczególnego rodzaju. Nie wymagała zamknięcia się w gronie ludzi tak samo myślących i pogardy dla wszystkich innych. Nie wymagała śmiertelnej powagi i zabicia poczucia humoru. Nie wymagała też od nikogo natychmiastowego opowiedzenia się za lub przeciw. Zmuszała jedynie do poważnego namysłu i rozmowy. Należał do tych, nie tak, niestety, licznych ludzi polskiego Kościoła, dla których liczą się także ci, którzy już nie wierzą lub jeszcze nie wierzą, a także ci, których wiara jest mocno zaprawiona pogaństwem. Wiedział, że obowiązkiem zawodowym zarówno filozofa, jak i kapłana, jest rozumienie innych ludzi. To zapewne sprawiło, że w niektórych środowiskach katolickich podejrzewano go o naganny „liberalizm”. Ale ludzie nietuzinkowi zawsze są obiektem podejrzeń. Czyniąc świat lepszym, każą nam się zmienić, a to nie każdy lubi. Są wyzwaniem, które wymaga odpowiedzi, a na odpowiedź nie każdego stać.

 

 

Autor jest socjologiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl