|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Idealny pracownik
Jerzy Stuhr
Najbardziej lubiłem spotykać Go znienacka. Najczęściej
działo się to w Krakowskiej Szkole Teatralnej, której rektorowałem przez sześć
lat, a on tam, ku radości wszystkich, spotykał się z teatralną młodzieżą. On
zawsze, jak mnie zobaczył, głośno na cały korytarz wygłaszał: „Witam mego
czcigodnego pracodawcę!” Ja odkrzykiwałem: „Jakże się miewa mój szanowny
pracownik!? Widziałem na biurku znowu podanie o urlop bezpłatny. A gdzie to?...
A gdzie to?...” „Ano do Wiydnio” odpowiadał już gwarą – „za nauko...” To ja też
gwarą: „Wos to jakisik taki ucony wir wzion!”, a on konkludował: „i trzimie,
hej!”
Tak oto za sprawą Gombrowicza robiliśmy sobie gęby,
kpiąc po trosze ze swych niejako zastępczych funkcji. Prowadząc tę grę z
Księdzem Profesorem należało być jednak bardzo czujnym i szybko wyczuwać kiedy
on zmienia styl, natychmiast reagować i już kontynuować dyskurs w tej nowej
proponowanej poetyce. To trudne zadanie, takiej, jakby to nazwać, twórczej
mistyfikacji, przychodziło Księdzu Profesorowi niezwykle łatwo. Ujawnił przy
tym niemały talent aktorski. Do każdej scenki zmieniał nawet osobowość. Mówiłem
mu: „Księże Profesorze, to są zadania z trzeciego roku, moglibyśmy Księdza
przyjąć, nawet na wiek przymknęlibyśmy oko”. A on: „No casem pasowołoby mi na
aktora, ino co z temi miłośnymi scynami bydzie?” I tak w nieskończoność...
Czynił to wszystko z niesłychaną pogodą ducha, tak
jakoś radośnie. Miałem zawsze poczucie, że cieszył się na mój widok, ale jak go
podpatrywałem z boku w czasie egzaminów czy Rad Wydziału zauważałem, że cieszył
się tak samo ze spotkań z innymi, w ogóle gdy kogoś spotkał, to się radował i
dawał od razu znać, że go lubi, że jest temu komuś życzliwy. Dlatego ludzie tak
do niego lgnęli. Był jedynym z wielkich myślicieli, których jednak kilku w mym
życiu spotkałem, przed którym nie wstydziłem się wygłaszać mych domorosłych,
często dyletanckich poglądów na świat. Miałem takie poczucie, wręcz pewność i
ufność, że on nie potraktuje mnie z góry, nie zakpi, nie zlekceważy. Dodawał
każdemu pewności siebie. Studenci uwielbiali u niego zaliczać, zdawać egzaminy.
Nie wiem, czy nie był dla nich zbyt łagodnym. Miałem też poczucie, że za jego
poglądami, za jego rozterką, właśnie tego, że nie wie, stoi jakaś olbrzymia
siła mądrości, że on tylko cząstką tej tajemniczej wiedzy z nami się dzieli. W
swoich pracach tak jakby powoli, etapami, odkrywał przed czytelnikiem kolejne
fazy tajemnicy wiary. To wiara była jego siłą. – Nie wiem – ale nie wiem z
pozycji wiary, a więc wierzę głęboko, że i mnie maluczkiemu któregoś dnia
będzie dane zrozumieć, dostąpić tajemnicy. I to sprawia, że nie jestem na
straconych pozycjach. To mnie popycha do nieustannego, twórczego szukania. To
były moje osobiste konkluzje z Tischnerowego nauczania, któremu czasem, w
szkole czy w kościele św. Anny, się przysłuchiwałem.
Kiedy czasem przychodził do mnie jako „pracodawcy”
wiedziałem:
że nigdy nie będzie się skarżył, narzekał;
że nigdy nie powie nic złego na kogoś innego;
że nigdy nie zażąda podwyżki;
że nie będzie żądał w ogóle;
że zawsze podpowie mi jakieś konstruktywne
rozwiązanie;
że zawsze usłyszę od niego dobre, mądre słowo;
że pożartujemy.
I zawsze tak było. Idealny „pracownik”.
Potem skończyłem już moje rektorowanie, on był już
chory... przestaliśmy się widywać i robić sobie „gęby” pracodawcy, pracownika,
cepra i górala. Słyszałem tylko, że kiedy dowiedział się, że nie będzie mógł
mówić, wykrzyknął: „Drżyjcie wydawcy, bo dopiero teraz zacznę naprawdę pisać!”
Boże! Daj mi chociaż setną część tej siły, aby chcieć mimo wszystkie
przeciwności losu mówić do ludzi, mieć im coś za wszelką cenę, nawet strasznej
choroby, do powiedzenia.
Autor jest reżyserem i aktorem, byłym rektorem
krakowskiej PWST.
|