KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Żal i wdzięczność

Władysław Stróżewski

 
 

Kiedy odchodzi na zawsze człowiek tej miary, tej wielkości, co ks. Józef Tischner, przenikają nas uczucia, które nie zawsze idą z sobą w parze: żalu i wdzięczności. Żalu, bo zdajemy sobie sprawę, że tracimy człowieka, którego nikt i nic nam nie zastąpi. To „nic” objawia się tu w całej swojej grozie. Nie ma i nie będzie już nikogo takiego. Nasz dalszy byt napiętnowany już będzie brakiem najdotkliwszym: brakiem wartości, a raczaj całego splotu niezwykłych wartości, które zechciały ucieleśnić się w tym człowieku. Kim był? Obcowaliśmy z nim na co dzień. Rozmawialiśmy i dyskutowaliśmy na rozmaite tematy. Słuchaliśmy jego kazań, czytaliśmy jego książki i artykuły. Śmialiśmy się z jego dowcipów. Wiedziliśmy, że był kimś niezwykłym. Ale kim był naprawdę?

Ci, co znali go nieco bliżej, wiedzieli, że był człowiekiem głębi. Swe powołanie, role (bo było ich więcej niż jedna), których się podjął w życiu, traktował niezwykle serio. Ale nie obnosił się z nimi, nie eksponował ich na każdym kroku: przeciwnie – starał się raczej je ukryć, niekiedy przesłonić niby lekceważącym uśmiechem albo znienacka wypowiedzianym dowcipem. Był człowiekiem wiary, wiary rozumnej, świadomej siebie, ale przede wszystkim niosącej dar wolności. Wiary głębokiej i niezachwianej. Żył głębią myśli, uprawianej systematycznie w kontakcie z największymi autorytetami. Ich teksty zgłębiał, komentował i przyswajał sobie w stopniu, jaki był mu potrzebny do rozwiązywania zagadnień, nad którymi właśnie pracował i które uznawał za najważniejsze. Inspirował się autorytetami nie dlatego, że za takie były uznane, ale dlatego, że znajdował w nich myśl ożywczą i płodną, przede wszystkim zaś ważną dla naszej teraźniejszości. Może dlatego nie fascynował go św. Tomasz, którego odsuwał na rzecz św. Augustyna, wielkich mistyków i Platona. Studiował gruntownie Hegla (któremu poświęcił osobną książkę), tłumaczył i komentował Heideggera, ubogacał się myślą Ricoeura i Levinasa. Stanowili oni, wraz z wieloma innymi, pożywkę dla jego własnej myśli, która pojawiała się jednak jako z gruntu oryginalna, wyrastająca z jego własnych niepokojów teoretycznych i egzystencjalnych, z jego troski o prawdę.

Był świetnym pisarzem. Rzadko komu udaje się znaleźć w słowie tak adekwatny kształt własnej myśli. Był twórcą sformułowań, które stały się znakami rozpoznawczymi jego filozofii: „świat ludzkiej nadziei”, „myślenie z głębi metafory”, „myślenie według wartości”, „nieszczęsny dar wolności”... Pisał jasno i pięknie, językiem zrozumiałym, a trafiającym w sedno nie zawsze łatwych spraw.

Jako filozof podejmował tematy ważne i z teoretycznego, i z „życiowego” punktu widzenia. Nie bał się tych, które – zdawało się – od dawna są do gruntu przedyskutowane i do których niewiele da się wnieść nowego. Polemizował z Ingardenowską wykładnią fenomenologii Husserla, wedle której nieuchronnie wiodła ona do idealizmu. Jakby w kontrpropozycji do marksizmu (którego świetnym reprezentantem był jeden z jego przyjaciół – Jan Szewczyk) przepracował na nowo problematykę pracy. Dociekania dotyczące potrzeb i wartości przybliżały go coraz bardziej do problematyki dobra, w którym widział nie tylko najwyższą wartość, ale i metafizyczną zasadę rzeczywistości. A cały czas prowadził dogłębny namysł nad losem człowieka, co zaowocowało w jego teoriach spotkania i dialogu, w jego filozofii dramatu. I wreszcie motyw także nieodłączny, a wybijający się na czoło zwłaszcza w ostatnim okresie jego życia: problem wolności, który widział nie tylko w świetle filozofii, ale i teologii. Ewangelia była dlań przede wszystkim dobrą nowiną wyzwolenia człowieka, niezawodnego przewodnika znalazł w św. Pawle. Problem wyzwolenia konkretyzował i konfrontował z naszą sytuacją dzisiejszą, która pozwoliła mu stawiać dramatyczne pytania o użytek, jaki czynimy z wolności, gdy wreszcie mogliśmy ją odzyskać.

Nie był politykiem, lecz miał bezbłędne wyczucie tego, co w polityce się dzieje, miał własną wizję państwa (chciał, by było go jak najmniej, ale żeby miało najwyższy autorytet tam, gdzie jest niezbędne), wizję Polski (słynny cykl esejów „Polska jest ojczyzną”) i – bynajmniej nie na końcu – wizję solidarności, zarówno tej przez małe, jak i przez wielkie „S”. Przypomnijmy, że był nieoficjalnym kapelanem tej pierwszej, wspaniałej i wielkiej „Solidarności”, a jego kazania z czasu Pierwszego Zjazdu w Oliwie były włączane do oficjalnych dokumentów zjazdowych. I co z tego zostało?

Tak się złożyło, że ostatnie Msze niedzielne, na kilka miesięcy przed pójściem do szpitala, odprawiał w kościele św. św. Piotra i Pawła, który w swych podziemiach kryje prochy najsławniejszego polskiego kaznodziei – ks. Piotra Skargi. Jest w tym fakcie coś symbolicznego. Ks. Tischner był wspaniałym kaznodzieją. Jego wcześniejsze kazania, czy to u św. Marka (dla dzieci!), czy u św. Anny, gromadziły tłumy. Były to kazania autentycznie religijne, przesycone Pismem Świętym, choć nie unikające aktualnych tematów dnia, były gruntownie przemyślane i zmuszające do myślenia. Takie kazania mógł głosić tylko ksiądz, który do głębi, bezkompromisowo przeżywa swe kapłaństwo.

Słuchacze, rozmówcy, byli mu potrzebni. Nie tylko nie unikał spotkań z ludźmi, ale sam je wywoływał. Brał udział w wielkich międzynarodowych zjazdach i sympozjach naukowych, ale bywał i na zebraniach najzupełniej prywatnych, jak – i to bodaj najchętniej – na posiadach z ukochanymi Góralami, których uczył i od których uczył się sam. Występował w świetle telewizyjnych reflektorów, ale i w skromnych salach szkolnych. W 1997 roku przyjął zaproszenie społeczności zupełnie mu nieznanego, poznańskiego miasta, które jego obecnością chciało uświetnić miejscową uroczystość. Wygłosił wtedy w miejskim ratuszu przejmujące przemówienie, poruszony tym, co tam zobaczył: jak wiele można było dokonać w okresie odzyskanej wolności. Tylko gdy jechaliśmy drogami południowej Wielkopolski, wzdychał: „jak tu płasko!” i nie dał się przekonać, gdy zwracałem mu uwagę: „ale zobacz, ile tu nieba!”

Poczucie humoru nie opuszczało go do końca. Gdy w czasie ostatniego z nim spotkania pokazałem mu właśnie wywołane fotografie moich wnuków, sięgnął po długopis i na odwrocie zdjęcia roześmianej Kasi napisał:

 

„Dopiero mi było

dwanaście miesięcy

Już chodzili ku mnie

chłopcy śpiewajęcy”

 

Dla wielu z nas niezrozumiały był jego los w ciągu ostatnich dwóch lat. Czym wytłumaczyć tak niesłychane cierpienie? Wiedzieliśmy, że poddawany był coraz to nowym operacjom i zabiegom. Proces choroby przebiegał kapryśnie: niekiedy zdawał się zatrzymywać, budząc nadzieję, kiedy indziej pogarszał się, zwiastując najgorsze. Ból był coraz okrutniejszy, zawodziły środki znieczulające, mimo najlepszych starań lekarzy i najczulszej opieki rodziny. Początkowo mógł czytać i pisać, z biegiem czasu stawało się to coraz bardziej niemożliwe. Rak krtani raz na zawsze odebrał mu dar mowy, dzięki któremy czynił tak wiele dobrego... Teraz myślę, że to, czego nie potrafiłem zrozumieć, on rozumiał bezbłędnie. Jak inaczej wytłumaczyć, że właśnie w czasie tej straszliwej choroby rozmyślał i pisał o Bożym miłosierdziu? Dał heroiczne świadectwo swej wiary i temu, co pisał o wolności, o cierpieniu, o śmierci. Niewielu było filozofów, którzy potrafili tego dokonać. Jest Sokrates. Jest Tischner. 

Nikt nie zgłębi tajemnicy drugiego człowieka. Nie dokona tego także przyjaciel wobec przyjaciela. Ale stratę, brak potrafi odczuć każdy. Tragiczne „nie ma” zrywa się przy każdej myśli o nim, przy każdym wspomnieniu. Kto nie doznał doświadczenia nicości, nie dozna wartości bytu, nie dozna wartości dobra.

Śmierć każdego człowieka oznacza jakiś brak w bycie, w naszym bycie. „Żaden człowiek nie jest samotną wyspą; każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jakby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie ...” (John Donne). Jakiż to przylądek straciliśmy, jakąż część kontynentu! I jakąż część nas samych...

A jednak pozostaje drugie uczucie. Równie przejmujące jak doświadczenie braku i żalu. Nie pozwala nam popaść w rozpacz i beznadzieję. Jest to uczucie wdzięczności. Nigdy nie bedziemy inaczej myśleć o Józku jak tylko – by posłużyć sie jego metaforyką – w horyzoncie wdzięczności. Sam był darem i pozostawił nam dar tego daru. Słabnąca pamięć może go od nas oddalać. Ale zostają jego książki, zaklęte w nich jego myśli, jego słowa. Przychodzi czas ich spokojnego, dogłębnego studiowania. Oby wzięli je do ręki nie tylko filozofowie, ale wszyscy, do których były skierowane. Także ci, którzy dotąd nie byli w stanie ich zrozumieć, bo zaślepiała ich niezdolność do spojrzenia inaczej, a może także zawiść i zła wola. Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co nam dał i co nam zostawił – włącznie ze swym świadectwem życia, cierpienia i śmierci. Wdzięczni za to, że był z nami, i że po prostu był. Ten ostatni akt wdzięczności kierujemy jednak nie do niego, lecz do Tego, od którego pochodzi wszystko. Prawdziwa wdzięczność ma wymiar metafizyczny.

 

 

Autor jest filozofem, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl