|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Etyczny filar demokracji
Manfred Spieker
Józef Tischner był przyjacielem Niemiec nie tylko
dlatego, że jego filozoficzne korzenie tkwiły głęboko w niemieckiej
fenomenologii, w myśli takich filozofów jak Ingarden i Husserl – lecz również
dlatego, że jako kapłan i filozof, publicysta i profesor miał tak otwarte
serce, tak jasny umysł i tak głęboką wiarę, iż każdy, kto szukał rozmowy z nim
albo współpracy, mógł czuć się jego przyjacielem. Jego osoba, jego nauka, jego
rada przyciągały kolorową gromadkę poszukujących: studentów teologii, filozofii
i teatrologii, aktorów i artystów, polityków i działaczy związkowych,
dziennikarzy i naukowców, katolickie uniwersytety, ewangelickie akademie,
wiedeński Instytut Nauk o Człowieku, duchownych, biskupów i Papieża, a także
agnostyków, radykalnych republikanów i lewicowych liberałów.
W Niemczech Józef Tischner uważany był po pierwsze za
kapelana „Solidarności”, po drugie zaś za przyjaciela Papieża. Ale choć
przyjaciołom Jana Pawła II nie jest łatwo zdobyć w Niemczech rozgłos i uznanie,
to jego związek z „Solidarnością” zapewnił Tischnerowi szeroką sympatię – nie
tylko w kręgu tych, którzy zajmują się Kościołem w Polsce. Jego duchowe i
duszpasterskie wsparcie dla ruchu, który zapoczątkował upadek komunistycznego
imperium, jego spór z marksizmem i jego krytyczne prace, towarzyszące
przemianom społecznym i politycznym w Polsce, uczyniły z Józefa Tischnera
partnera zarówno pożądanego, jak i cenionego – nie tylko przez dziennikarzy,
lecz również ludzi nauki, w tym przez etyków.
Józef Tischner rozumiał, że ludzkich zachowań nie
można analizować w oderwaniu od kontekstu, który tworzy system społeczny i
polityczny. Katolicka nauka społeczna także przykłada do tego dużą wagę, często
jednak jest ona w Kościele traktowana po macoszemu. Większość kaznodziejów
zdaje się mieć nadzieję, że zmienią świat poprzez same tylko apele, odwołujące
się do ludzkich cnót. Tischner pokazywał, że apele takie muszą być skazane na
niepowodzenie, jeżeli nie uwzględniają kontekstu, czyli danego systemu politycznego.
I że odnosi się to w szczególności do ludzkiej pracy. Praca człowieka, a także
jej godność, były częstym tematem analiz Tischnera.
Przykładowo, jeszcze w czasach komunistycznych,
Tischner skrytykował synod diecezji krakowskiej za przyjęty przezeń dokument na
temat pracy. Dokument ten poddawał surowej krytyce ówczesny narodowy wzorzec
lenistwa oraz niechęci do pracy, i formułował apel o uzdrowienie nadszarpniętej
w Polsce moralności pracy. Tischner natomiast zwracał uwagę, że ów synodalny
dokument nie kwestionuje w ogóle monopolistycznej pozycji państwowego
pracodawcy, i że słowem nawet nie wspomina o własności prywatnej. Jak
przywrócić pracy jej godność – pytał Tischner – jeżeli nierozwiązany pozostaje
najistotniejszy w socjalizmie problem z pracą, czyli jej „polityzacja”,
instrumentalne traktowanie w celu podporządkowania człowieka partii
komunistycznej? Synod w ogóle nie zauważa – tłumaczył dalej – że komunizm
zawsze dawał chleb zamiast wolności i w opozycji do wolności; tymczasem
bezsensowna praca stanowi najbardziej skrajną formę wyzysku człowieka przez
człowieka, gdyż poniża godność osoby ją wykonującej.
Ze swym wyostrzonym spojrzeniem na znaczenie kontekstu
społeczno-politycznego był Tischner również autorem świetnych analiz procesów
transformacyjnych w Europie postkomunistycznej. Również i tu troska jego w
pierwszym rzędzie kierowała się ku godności pracy. Kwestię jej przywrócenia
uczynił centralnym tematem kazania, które wygłosił podczas zjazdu
„Solidarności” w gdańskiej hali „Olivii” na początku września 1981 roku. Mówił,
że polska praca jest chora, ale dzięki ruchowi „Solidarności” pojawiła się
szansa na jej uzdrowienie. Zjazd „Solidarności” Tischner interpretował jako
pracę na rzecz pracy. Potrafił otworzyć przed słuchaczami ostateczny horyzont
ludzkiej pracy, który znajduje swój wyraz w Mszy Świętej, w ofiarowaniu darów
chleba i wina. „Gdyby nie ludzka praca, nie byłoby chleba i wina. Gdyby nie
chleb i wino, nie byłoby wśród nas Syna Człowieczego. Bóg nie przychodzi ku nam
poprzez dzieła natury: święte drzewa, wodę, ogień. Bóg przychodzi poprzez
pierwsze dzieła kultury – chleb i wino. Praca tworząca chleb i wino jest
budowaniem drogi Bogu. Ale każda praca ma udział w tej pracy. Nasza praca
również. W ten sposób nasza praca, praca każdego z nas, okaże się budowaniem
drogi Bogu”.
Osiem lat później, po upadku komunizmu uwaga Tischnera
znowu skupiła się na etosie pracy. Jak ktoś, komu sabotaż w miejscu
zatrudnienia wydawał się przez lata czynem patriotycznym, może odbudować moralność
pracy, która pracy odda należną jej godność? Jak „homo sovieticus”, obecny
również w Polsce, który oduczył się podejmowania odpowiedzialności, może stać
się polskim obywatelem? Otóż musi on pożegnać się nie tylko z państwem
totalitarnym, lecz również z państwem opiekuńczym. Musi stać się podmiotem
społeczeństwa obywatelskiego, które jest fundamentem stabilnej demokracji.
Dopiero w warunkach wolności, w postkomunistycznej praworządnej demokracji,
praca mogła odzyskać swą godność. Do tego potrzeba było jednak również renesansu
cnót, gotowości do podejmowania odpowiedzialności i nie tylko do respektowania
demokracji, lecz również do udziału w jej kształtowaniu. A podejmowanie
odpowiedzialności oznacza bycie solidarnym.
Jako etyk solidarności Tischner wniósł istotny wkład w
sukces procesów transformacyjnych w Polsce po 1989 roku. Należał on do
filozoficznych i społeczno-etycznych filarów nowej polskiej demokracji.
Przyczynił się do demontowania lęków przed pluralistycznym społeczeństwem –
oraz do tego, że demokracja została w Polsce zaakceptowana bez zastrzeżeń. Jak
Jan Paweł II w encyklice „Centesimus annus”, tak i Tischner nie podzielał
poglądu, że demokracja musi być nierozerwalnie związana z relatywizmem
etycznym. Dla religii demokracja nie jest zagrożeniem, lecz szansą – pisał
Tischner. I dowodził, że w państwie demokratycznym wolność jest zawsze
wolnością obywatela, zakorzenioną w porządku prawnym. Podkreślając, że nie ma
iunctim między demokracją a relatywizmem moralnym, Tischner zaznaczał, że w
demokracji państwo ma trzymać się możliwie z dala od obywatela, a wkraczać
dopiero wówczas, gdy zagrożone jest dobro wspólne.
Józef Tischner był nie tylko wybitnym księdzem i
filozofem, był on także niezwykłą osobowością. Jego humor łagodził niewygodne
prawdy. Wesoły, szelmowski błysk jego oczu odbierał sporom element napięcia.
Naturalnie, był on Polakiem z Krakowa, dokładniej z Podhala. Jako taki miał też
swoje kłopoty z Polakami z Warszawy czy Lublina. Pod tym względem Tischner nie
różnił się od innych Polaków. Kiedy jadąc kiedyś z Lublina odwiedziłem go w
Krakowie, powiedział z uśmiechem, że wracam z Rosji. Innym razem, będąc w Warszawie,
zaobserwowałem niemal zgorszone spojrzenia rozmówców, gdy powiedziałem, że jadę
do Krakowa. Zgorszenie nie minęło, gdy oznajmiłem, że mam umówione spotkanie z
Tischnerem. Najwyraźniej w oczach tych osób wkraczałem na drogę ku liberalnemu
Zachodowi. Ta nieufność między ośrodkami myśli katolickiej w Krakowie,
Warszawie i Lublinie jest polską chorobą, czasem obawiam się, że nieuleczalną.
Cieszyłem się jednak zawsze, gdy udało mi się zgromadzić przy jednym stole
przyjaciół i kolegów po fachu z tych trzech miast. Józef Tischner powiedział mi
kiedyś, że jest to możliwe chyba tylko w Niemczech, w Osnabrück – ale oczy
znowu zabłysły mu przy tym szelmowsko.
Józef Tischner był człowiekiem, do którego odnieść
można słowa, jakie sam powiedział w kazaniu w wawelskiej katedrze 19
października 1980 roku o solidarności: że jest jak „ciepły promień słońca”, a
gdziekolwiek się zatrzyma, pozostawia ciepło, które swobodnie promieniuje
dalej...
Przełożył WP
Autor jest profesorem chrześcijańskich nauk
społecznych w instytucie teologii Uniwersytetu w Osnabrück (Niemcy). W latach
90. zorganizował w Osnabrück i w Polsce szereg seminariów, poświęconych roli Kościoła
w transformacji krajów postkomunistycznych.
|